Jako rasowa ematka siedzę sobie z kawą na tarasie

i naszła mnie taka refleksja, że jakieś przełomowe jest to lato dla mnie. Po prawie 10 latach życia ze zleceń wracam niebawem na etat, mojemu bratu urodzi się dziecko i w związku z tym przeprowadza się do większego lokum, a seniorzy z obu stron rodziny (męża i mojej) zaczynają poważnie chorować. Ot, życie, niby nic niezwykłego, ale jakoś tak między tą kawą a pakowaniem starszaka na jutrzejszy wyjazd dopadły mnie takie myśli. Nie wiem w sumie: żalę się czy chwalę, ale chciałam się tym z Wami podzielić i klasycznie spytać: też tak macie?

Chodzi mi o takie momenty przełomowe, gdzie niby z dnia na dzień nie dzieje się nic niezwykłego, a jednak... Do tego wszystkiego jeszcze covid (nas właśnie przeczołgał po raz pierwszy), wojna, inflacja. Mam dobre życie: kochanego męża, fajne dzieci, dostatek... I nawet nie jest mi smutno, tylko tak właśnie refleksyjnie.