Od ponad 15 lat jestem na rencie. Mam dziedziczną schizofrenię (matka miała). W czasie lockdownu starałam się o 500+ i dupa

Jeździłam z powodu odwołania do sądu, byłam w takim stanie że dosłownie krzyczałam, a sędzia nie chciał przesłuchać nawet mojej opiekunki. Leki biorę regularnie wszystkie przepisane, chociaż zdarzają mi się od tego upadki i złamania (nie tracę przy tym przytomności, więc to chyba nie padaczka). Ale do rzeczy: bardzo zazdroszczę niektórym rencistom stabilności finansowej. Widzialam w sklepie kobietę, o której wiem na 100% ze jest na rencie oraz pobiera 500+ i inne dodatki - "co na półkach, to moje". Dawno tak nie miałam. Złotym radom typu "idź do pracy" serdecznie dziękuję, bo i tak nikt mnie nie zatrudni - mała miejscowość, plotki szybko się rozchodzą. Co miesiąc pożyczam od znajomych stówkę czy półtora (zawsze oddaję w zębach), bo na ojca nie mam co liczyć - wyrzekł się mnie i nawet dzisiaj był w moim mieście, ale w ogóle nie dał o sobie znać.
Co mam robić? Iść do Jaworowicz? Czekać, aż Kaczyński sypnie groszem? Podać ojca o alimenty? Nie wiem. Boję się, że rozprawa będzie wyglądała podobnie, jak poprzednio.