Czytam i czytam (choć i sama jestem w takiej sytuacji), że brat/siostra lekką
ręką dostają od rodziców: miłość, pieniądze...prezent w postaci "łatwego
startu w dorosłość".
Mój brat od zawsze miał pieniądze na markowe ciuszki, potem w ruch poszły
korepetycje, język obcy, teraz idzie mieszkanie, mama pichci jedzonko w każdy
weekend, dorzuca do pensji bo brat ma wieczne wydatki....
Ja takiego szczęścia nie miałam. Owszem, nauczyło mnie to wiele, choć kilka
dni temu usłyszałam od rodziców, że to właśnie na mnie ciąży obowiązek
względem nich. Pomijam kwestię obowiązku, to osobna sprawa, choć przykro mi,
gdy ojciec powiedział "jeszcze (bratu) mieszkanie kupię i będę miał was z
głowy" (no cóż, ja nadal spłacam kredyt mieszkaniowy, o czym ojciec chyba
zapomniał).
Wracając do tematu, podpytałam kiedyś brata, jak się z tym czuje, jak to jest
być tym "lepszym, urodzonym w odpowiednim czasie, tym kochanym,
rozpieszczanym". Usłyszałam, że jestem frajerka i idiotka, kasę trzeba
wyciągnąć ile się da, bo zaraz się skończy. A co do uczuć ze strony
rodziców..."widać, że matka cię nie lubi, no cóż, nie moja sprawa...".
Broń Boże żadnych wyrzutów, żadnego trzymania mojej strony, po prostu "łap i
uciekaj". A przecież jest dorosły, potrafił zauważyć, że rodzice nie traktują
nas jednakowo i nie tylko o pieniądze tu chodzi. Wystarczy popatrzeć na nas by
wiedzieć, że jedno z nas jest tu obce.
Tak więc zadziornie pytam, która z Was jest tą "lepszą" w rodzinie? Jak się z
tym żyje?? Która z Was jest wyraźnie uwielbiana przez rodziców w zakresie:
czułości, pomocy, codziennej troski...?
To chyba taki poświąteczny dołek

(