Moja teściowa jest bardzo chora. Po raz n-ty. Miała już raka piersi - prawie
położyła się do grobu - po badaniach okazało się, że nie ma nawet
niewielkiego zgrubienia.Potem miała postępującą ślepotę, ale jakoś ozdrowiała
i widzi doskonale, nawet okularów nie nosi. Jak teściowie nie interesowali
się wnuczką w ogóle, mężowi było przykro, pojechał porozmawiać i dowiedział
się, że ona jest umierająca, za rok jej już nie będzie. Ostatnio doszła do
wniosku, że miała ukryty wylew i skacze jej lewe oko, teraz jej dni są już
policzone.Ponieważ lekarze nie znają się na niczym i nie potrafią tego wykryć
(!), mąż załatwił jej tomografię mózgu i inne badania w szpitalu. i co się
okazało? Teściowa jest zdrowa jak ryba...Powiedziałam męzowi, że ona jest
chora, ale chyba na głowę i dowiedziałam się, że przecież jeszcze
wyszystkiego nie sprawdzili, może nie miała wylewu, tylko coś w wątrobie,
albo w nerkach?
Mam już tego dość, jak jeździmy na obiad, to ona siada na brzegu łózka i ze
łzami w oczach opowiada, jak to już niedługo jej nie będzie. Wszyscy jej
współczują, oprócz mnie, ale ja wyrodna synowa jestem

Ciekawe, co teraz
wymyśli? Pewnie serce jej nawali...Mam już dość tych jej chorób,wszystko to
stek kłamstw, ale po co ona to wymyśla? A do tego mąż uważa, że powinnam jej
współczuć bo on jest święcie przekonany, że ona jest bardzo chora!
Nie wiem, co mam robić, najchętniej potrząsnęłabym tą kobietą i powiedziała,
żeby wzięła się w końcu w garść, ale wiadomo, że tak nie zrobię...
Co o tym myślicie?
pozdr
M.