Dodaj do ulubionych

Rodzic w szkole. Nie mogę.

29.05.06, 20:00
Dzisiaj padłam. Uczę w liceum i mam takiego jednego ucznia który chyba nie
przejdzie do następnej klasy- nie tylko u mnie ale u kilku innych nauczycieli
też. I ten chłopak ma ojca który dzisiaj przyszedł się "wstawić" za synem.
Ojciec wjechał do sali z bukietem róż chyba z 50 tych róż było, z bombonierą
jak telewizor plazmowy i do mnie się przystawia, PODRYWA, wdzięki roztacza.
Brzuch jak piłka plażowa, tłuste włosy, wymięty jakiś ale normalnie pewny
siebie jak cholera. Jak nie bardzo podziałało na mnie to jego "podrywanie" to
zaczął z "innej Mańki". Bo jego synuś to w firmie pomaga (mają hurtownię
jakichś chemikaliów), towar po nocach rozładowuje i nie ma czasu się do
lekcji przygotować, to może "Pani szanowna profesor" korepetycji udzieli po
100zł za godzinę, tak ze dwie godziny codziennie i synkowi wszystko dokładnie
wytłumaczy.
Wywaliłam gada oczywiście za drzwi, ale pani od chemii się ZGODZIŁA. Reszta -
nie wiem.
Czy Ci ludzie za grosz wstydu nie mają? I nauczyciele i rodzice.
Jak "podryw" i prezenty nie zadziałają to przekupstwo jawne proponują? I się
na to godzą?
Co byście zrobiły w takiej sytuacji? Powiedzieć w dyrekcji? Mścić się na
synu? To jest po prostu taki zamknięty w sobie chłopiec, blady jak anemik,
taki jakiś nieporadny i zaduszony przez ojca... Zawsze boję się że mi
zemdleje ze strachu na zajęciach. Ale naprawdę NIC nie umie i NIC się nie
uczy...
Obserwuj wątek
    • inia25 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 20:04
      trzeba było powiedzieć że 500 zł za godzine, Jak by się tatuś zgodził -
      podjęłabym probe nauczenia gagatka,. Jeśli nie byłoby efektów - cóż będziesz
      zarobiona na kilka stóweksmile
      • mat.teacher Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 20:07
        Oczywiście ŻARTUJESZ- prawda?
        Bo ja, może jestem niezbyt moralna w pewnych sprawach ale jeśli chodzi o pracę
        to staram się być bardzo sumienna.
        • mavva Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 20:10
          Sądząc po Twojej sygnaturce i wątpliwościach, czy mścić się na synu, to chyba
          adekwatne jest zadanie sobie pytania: Czy to jest właściwy człowiek na właściwym
          miejscu?
          I nie mam oczywiście na myśli pana z brzucham jak piłka plażowa.

          Przepraszam, że tak brutalnie.sad
        • inia25 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 20:16
          jeśli chodzi o kasę, to ja w życiu nie żartuję!
        • kaja5 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 22:08
          mat.teacher napisała:

          > Oczywiście ŻARTUJESZ- prawda?
          > Bo ja, może jestem niezbyt moralna w pewnych sprawach ale jeśli chodzi o
          pracę
          > to staram się być bardzo sumienna.

          I miałabyś sumienie mścić sie na synu?
          A właściwie za co?Z jakiego powodu?Że ma ojca nietaktownego?
    • monia145 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 20:10
      Dzieci nie powinny ponosić żadnej odpowiedzialności za postępowanie swoich
      rodziców- ojciec to prosty chłop jakiś...więc jakakolwiek zemsta na chłopaku
      jest niedopuszczalna. Ale pomóc mu trzeba, dzieciak nie jest od tego aby towar
      w hurtowni po nocach przestawiać! Nie próbowałyście wcześniej w szkole pomóc
      temu uczniowi?
      • mat.teacher Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 20:14
        Wiesz monia, ja się tego dopiero dzisiaj dowiedziałam o tej hurtowni. Ja
        najpierw myślałam że ten chłopak jest z okropnie biednej rodziny, że jedzenia
        nie ma, ale widziałam jak w sklepiku sobie kupuje zapiekanki i frytki i inne
        rzeczy więc uznałam że nie jest zagłodzony.
        W sumie to jest dziwna sytuacja z każdej strony.
        .....
        A co do pracy w szkole i mojej sygnaturki to ... każdy musi odreagować. Ja tak
        po cichutku i potajemnie na forum anonimowym...
        • monia145 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 20:23
          Szkoda dzieciaka! U mnie w liceum był kolega, który dojeżdzał do szkoły ze wsi
          i też rodzice zmuszli go do pomocy w gospodarstwie a naukę spychali na drugie
          miejsce. Też czasami sprawiał wrażenie niewyspanego i zmęczonego, wszyscy mu
          współczuliśmy, mieszczuchy leniwesmile Ale on to zdolna bestia byłasmile I nauka szła
          mu nieźle, o dziwo. Nauczyciele nawet nie musieli starać się aby traktować go
          inaczej, bo ze wszystkim sam dawał sobie radę.
          Zdaję sobie sprawę, że to późno na poprawę ocen, ale nie widzicie żadnej
          mozliwości, aby go " wyciągnąć"?
          • mavva Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 20:28
            A gdzie byli nauczyciele wcześniej. Wychowawca, pedagog jeśli jest?
            Czy nikt nie starał się rozpoznać sytuacji, dlaczego chłopak się nie uczy?
            Są w ogóle jakieś zebrania nauczycieli, czy tak każdy sobie rzepkę skrobie i
            wpisuje oceny bez zastanowienia i refleksji dlaczego tak jest?

            Ale po podwyżkę to pierwsi, bo to taka ciężka praca. sad
            • mat.teacher Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 20:46
              Po pierwsze to: JAKIE PODWYŻKI??
              Po drugie- to JEST ciężka praca, szczególnie kiedy ktoś się przykłada- jak ja
              na przykład.
              Po trzecie- w szkole jest ponad 1000 uczniów, ja uczę 10 różnych klas i nie mam
              możliwości dociekania czy ktoś kto ma złe wyniki po prostu olewa czy ma inne
              kłopoty. Są oczywiście osoby, które ewidentnie olewają ale są też osoby o
              których właściwie nie wiadomo.
              A zebrania nauczycieli- zwane Radą Pedagogiczną są dwa do czterech razy w roku
              i dotyczą już zwykle "musztardy po obiedzie" czyli podsumowania semestru.
              • janowa Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 20:55
                mat.teacher napisała:

                > ja uczę 10 różnych klas i nie mam
                > możliwości dociekania czy ktoś kto ma złe wyniki po prostu olewa czy ma inne
                > kłopoty.
                -
                • mat.teacher Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 21:06
                  Wychowawcę ten uczeń oczywiście MA. Ale jakoś nie zwrócił mi uwagi na tego
                  chłopca.
                  Wy myślicie że w tym wieku co są uczniowie to łatwo od nich coś wydobyć. Juz
                  widzę jak lecą na zwierzenia do pani profesor....
                  tiaaaaaa.....
                  Problem jest niestety większego kalibru. Ciągle nie wiem jak zareagować na tą
                  sytuację- chłopak nie zaliczył połowy sprawdzianów, nawet nie ma zeszytu- to
                  podpada mi pod olewanie. Z drugiej strony jest blady, chudy i niewyspany- to
                  podpada pod pracę ponad siły po nocach. Po trzecie ta okropna dominacja ze
                  strony ojca. Może ojciec zawsze wszystko załatwiał za niego? Ten chłopiec jest
                  bardzo małomówny. Ja go uczę już rok ale wcale go nie znam.
                  Proszę o pomysł co mam teraz zrobić?
                  Dać mu szansę na uczciwą poprawę klasówek? Wątpię żeby zaliczył.
                  Dać mu te "korepetycje" i przepuścić do drugiej klasy? To w przyszłym roku
                  znowu wjedzie ojciec i będzie załatwiał a mały nic się nie nauczy.
                  Zostawić na "komis" lub na drugi rok? Niby nie chłopaka wina tak do końca....
                  • monia145 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 21:17
                    Ja bym spróbowała dać mu te korepetycje, ale za jakąś normalną stawkę, bo te
                    100 zł to chyba było tak rzucone, rzebyś nie mogła odmówićsmileMoże jest jakaś
                    szansa, żebyś Ty nie miała poczucia, że robisz coś wbrew sobie i " naciągasz"
                    mu te oceny a on, żeby nie myślał, że tak bedzie zawsze i może nic nie robić
                    cały rok a na koniec i tak się " upiecze"?
                    A na przyszłość- jesli rzeczywiście ten ojciec wymusza na nim pracę w tej
                    hurtowni i przez to chłopak ma kłopoty z nauką, to porozmawiałabym o tym z
                    dyrektorka i jego wychowawczynią- i wzięła się za tego ojca.
                  • janowa Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 21:18
                    Jezeli chlopiec ma takie zaleglosci, a wychowawca "nie zwrocil na niego uwagi"
                    to nie powinien pracowac jako nauczyciel. Dla mnie proste. I nie ma tu
                    wytlumaczenia.

                    Troche pozno, ale jezeli nikt temu chlopakowi nie pomoze, naprawde nie
                    zainteresuje sie, co sie z nim dzieje, to prawdopodobnie sie stoczy. Oczywiscie,
                    jak zwykle, winni beda tylko rodzice, nauczyciele i szkola - nie sad Chociaz
                    wiekszosc czasu spedza w tej szkole.

                    Nie dziwie sie, ze nikt "nie leci na zwierzenia" do nauczycieli, jezeli takie
                    macie podejscie. Z mlodzieza trzeba umiec rozmawiac, nie tylko wymagac. Ale, do
                    chol...ry, chyba tego tez powinni uczyc na studiach pedagogicznych?

                    Bulwersuje mnie to, ze nauczyciele przewaznie umywaja rece i uwazaja, ze nie
                    musza wiecej z siebie dac, bo zarabiaja grosze. Nikt im nie kazal wybierac tego
                    zawodu! Na calej swojej drodze edukacyjnej mialam jednego nauczyciela, z ktorym
                    mozna bylo pogadac jak z czlowiekiem i ktory nie traktowal nas jak gowniarzy,
                    ktorzy maja sie nauczyc "odtad-dotad" i nie zawracac gitary.

                    ---
                    "Bo tak normalnie to człowiek (kobieta człowiek ma pierś, a na niej cyce) wink"
                    bonkreta
                    • elf1977 Do Moni 30.05.06, 09:53
                      Słuchaj Monia, nie szalej i nie obrażaj...Ja na swojej drodze nauczycielskiej
                      nie spotkalam wielu rodziców, ktorzy pomagaliby dziecku, jeśli to miało poważne
                      problemy. Może dlatego, że uczylam w klasach terapeutycznych. Na moje prośby i
                      ostrzeżenia nie reagowali, na rozmowy nie przychodzili (mimo telefonów i mimo
                      to, że akurat nie byłam wychowawcą w klasie terapeutycznych.
                      Może nie jesteśmy aniołami, ale jest wiele osób, ktore bardzo się starają, ja
                      np. zawsze jako wychowawca miałam czas dla każdego rodzica, ktory miał ochotę
                      porozmawiać. Zawsze zauważałam, gdy uczeń zaczynał mieć np. problemy z nauką i
                      próbowałam temu zaradzić wszelkimi sposobami. Tylko, że to jest niemożliwe bez
                      porozumienia z rodzicem.
                      A z listu autorki wynika, że to ojciec lekceważył postępy syna i na dodatek
                      uważał, że można problem załatwić pieniędzmi. Co Ty na to? Wszak postawa ojca
                      jest karygodna! Mnie też się takie propozycje zdarzały, traktowalam je jak
                      próbe przekupstwa, bo tym są... Ale nie mściłam się na uczniu i dawałam zawsze
                      kolejną szansę poprawy. A to, że nie wszyscy potrafią z takiej szansy
                      skorzystać? Może nie każdy np. powiniem kończyć liceum, nie uważasz?
                      Twój list jest pełen uprzedzeń, o pracy nauczycielskiej piszesz, że
                      jest "ciężka", jakby tak nie było...To bardzo ciężka i stresująca praca. I może
                      w to nie uwierzysz, ale są ludzie, którzy chcą uczyć, mimo niskich płac (po 5
                      latach pracy zarabiam na rękę 1250 zł, podwyżki wynosily mniej więcej 20 zł
                      netto, jeżeli Cię to interesuje, nie liczę nagdodzin), mimo stresu, obraźliwych
                      uwag uczniów (którzy w klasach terapeutycznych i niektorych gimnazjalnych są
                      naprawdę bardzo trudni wychowawczo), ponieważ po prostu są pedagogami z
                      powolania.
                      Szkoda, że tyle uprzedzeń, życzę Ci, żebyś na swojej drodze poznała dobrego
                      nauczyciela.
                      • monia145 Czytaj uważnie i odpowiadaj właściwej osobie!!!!!! 30.05.06, 10:04
                        Rozumiem, że w gąszczu postów łatwo się zgubić i tylko tym tłumaczę sobie Twoją
                        napaść na mniesmile)))
                        Powinnaś chyba zatytułować : " Do Mavvy", nie sadzisz?
                        • elf1977 Do moni 2:-) 30.05.06, 10:09
                          Rzeczywiście, przepraszam Cięsmile Tylko tyle pisania mi się zmarnowało...
                  • mavva Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 21:28
                    Ty się pytasz na forum, co masz zrobić?
                    Przecież to Ty jesteś nauczycielem w tej szkole, nie my.
                    To Ty powinnas wiedzieć, tego oczekujemy od Ciebie my - rodzice.

                    Niech mnie ktoś pocieszy, że nie jest to normą, że pani nauczycielka zastnawia
                    się czy dać te "korepetycje".
                    Powiedzcie, że to wyjątek, proszę Was!
              • edka05 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 09:12
                mat.teacher napisała:


                > Po trzecie- w szkole jest ponad 1000 uczniów, ja uczę 10 różnych klas i nie
                mam
                >
                > możliwości dociekania czy ktoś kto ma złe wyniki po prostu olewa czy ma inne
                > kłopoty. Są oczywiście osoby, które ewidentnie olewają ale są też osoby o
                > których właściwie nie wiadomo.
                > A zebrania nauczycieli- zwane Radą Pedagogiczną są dwa do czterech razy w
                roku
                > i dotyczą już zwykle "musztardy po obiedzie" czyli podsumowania semestru.

                No własnie i tu jest pies pogrzebany,potem się dziwią, że dzieciaki (
                młodzież ) robi w szkole co chce, że są narkotyki, przestępczośc nieletnich
                itd. Piszesz, że nie masz MOŻLIWOŚCI dociekania, nie masz, bo Ci się nie
                chce ? Czy nie masz w kompetencjach , czy o co chodzi? Jak sam piszesz,
                widziałas , że z chlopakiem cos nie tak, ale nie zdobyłas się na rozmowę z nim,
                dlaczego się nie uczy, jakie sa powody jego słabych wyników. I takie
                stwierdzenie MYŚLAŁAm, że jest z rodziny patologicznej, źle o Tobie świadczy.
                Śweidczy o tym, że nigdy nie rozmawiałaś z chłopakiem o jego sytuacji, że
                został potraktowany jak jeden z tysiąca uczniów. Każde dziecko radzi sobie
                inaczej, ale są dzieciaki , które wymagają szczególnej troski. "Nie uczy się ,
                to niech powtarza klase.." Dlaczego nikt nie docieka dlaczego tak się dzieje?
                Ktos ma Ci pokazywać palcem co masz robić ?
                Co do ojca nie komentuję, bo sprawa jest oczywista.

          • iljana Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 21:26
            Zgadzam się z Monią. Dzieciaka szkoda. Moze nie ma mozliwości by sie uczyć..
            nauczyć. To co napisalaś na koniec postu o nim, jest jakieś takie smutne sad
    • aanniittaa Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 21:45
      Jestem nauczycielką. Uważam, że udzielanie korepetycji swojemu uczniowi jest
      nieetyczne. Skoro tatuś ma kasę, to niech opłaci uczciwe korepetycje u
      nauczyciela spoza szkoły.
    • mat.teacher Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 21:51
      Ale pani od chemii zgodziła się na kasę. I na korki.
      Może ja jestem frajerka? Może trzeba korzystać z takich "okazji". Kasa
      na "waciki" się przyda, a z uczniem przerobię to co powinien umieć.
      Może korepetycje ale BEZ GWARANCJI zaliczenia, czyli jak się mimo korepetycji
      nie nauczy to nie zda?
      To smutna sprawa jest.
      Wielu nauczycieli u nas w szkole daje korepetycje swoim uczniom. A kiedy
      jeszcze była stara matura którą MY sprawdzaliśmy to pani od chemii (akurat ta
      sama) się nieźle obławiała bo "wysokie wymagania" kobiecina miała. Czyli jak
      ktoś u niej korepetycji cały rok nie brał to na maturę mógł nie przychodzić.
      • sutra Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 22:11
        Nie, nie jesteś frajerka. Dziewczyny mają całkowitą rację, niech weźmie
        korepetycje gdzie indziej, a ty możesz sprawdzić jego wiedzę. A jeśli mu się
        nie uda, to trudno, moze pała na koniec roku otrzeźwi dziecko i tatusia. Poza
        tym są przecież jeszcze poprawki, prawda? Chłopak nie musi zostawać w klasie na
        drugi rok.
      • iwles Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 09:24
        To znaczy dzieciak ma czas na chodzenie na korepetycje 92 godz. dziennie), ale
        nie ma czasu uczyć się samodzielnie ?
        • iwles Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 09:25
          Tzn. miało być (2 godz. dziennie)
      • elf1977 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 09:55
        Suchaj kobieto, czy Ty prowokujesz, czy chcesz koniecznie posiać więcej
        niechęci do nauczycieli?
        Większość znanych mi nauczycieli nie daje korepetycji SWOIM uczniom, bo jest to
        przestępstwem. O czym Ty piszesz? Koniecznie chcesz namieszać?
    • janka19 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 21:52
      Cóż, nie bardzo wierzę w te pomoc w gospodarstwie. Może i czasami pomga ale
      brak zesztu to juz jawne olewanie Ciebie i Twojego przedmiotu.
      A co tu ma do rzeczy tatuś ? Miesiec przed końcem roku przychodzi do Ciebie,
      wciska łzawe kawałki a Ty sie zastanawisz ? Gdzie był do tej pory ? Kupił
      wiecheć kwiatów a Ty zaczynasz sie łamać ?
      Dziwne masz podejście.
      Koreptycję . Naprawdę wierzysz że czegoś go w tych ostatnich tygodniach
      nauczysz? Przecież to jawna łapówka.Ty trochę zarobisz, kasę weźmiesz, koleś i
      tak nic nie będzie robił, za to Ty będziesz czuła sie zobowiązana do
      wystawienia oceny dopuszczającej.
      Inaczej tatus Ci d... obsmaruje i jeszcze będziesz miała nieprzyjemności.

      Ja by uczciwie pogadała z chłopakiem. Nawet odpytała z wiadomości z tego
      semestru. Jeżeli faktycznie nic nie potrafi, to chyba innego wyjścia nie masz
      jak postawić ocenę niedostateczną.

      A co do pracy w gospodarstwie, wierz mi, jak dzieciak CHCE to potafi mimo tego
      nauczyć się na tą dopuszczająca. On zna smak cieżkiej pracy i na tego dopa
      zasze sie nauczy.
      Zaś ten wyglada mi na totalego olewusa, który teraz znalazł sobie dobrą (?)
      wymówkę. Ktos komu zależy, chociaż troszkę nosi przynajmnie zeszyt do szkoły. A
      tu, szkoda gadać.


      Problemy takie są mi znane bardzo dobrze. Młodzież wiejską, jej problemy tez
      znam.
      Nie stawiam jedynek-ot tak, jednak tutaj po szczerej rozmowie z chłopcem,
      odpytaniu go chyba bym jednak wystawiła.

      Ale zaraz posypią sie na mnie gromy smile
      • mavva Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 22:01
        brak zesztu to juz jawne olewanie Ciebie i Twojego przedmiotu.<

        To prawda, tylko na Boga, mamy kilka dni do końca roku, gdzie nauczyciel i jego
        interwencja wcześniej? Nie teraz, bo teraz to po ptakach.

        Przemyśleń "pani profesor" na temat korepetycji nawet nie skomentuję.
        Ile w tym biednym kraju jest jeszcze do zaorania. sad
        • kate8025 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 22:14
          Zawsze mi się wydawało,że korepetycji nauczyciel, który uczy danego ucznia udzielać nie może, ale to było kilka lat temu, jak ja chodziłam do ogólniaka, u nas nauczycieli zawsze kogoś polecały, żeby nie było, że za kasę sobie coś załatwiamy. I tak było fair
          a tatuś to najwyraźniej chciał Cię kupić. A z drugiej strony skoro, go stać na tak drogie korepetycje, powiedzmy 5 przedmiotów razy gpodzina dziennie czyli 500 zł dziennie czyli 2500 tygodniowo, to u licha chyba stać go, zeby zapłacić komuś za pracę, a nie wykorzystywac własne dziecko!!
          To jakas chora sytuacja. Jesli chłopak ma problemy z nauką tzreba mu pomóc, ale przede wszytkim porozmawiać, a od tego jet przede wszytkim wychowawca i pedagog, Ty oczywiście też możesz.
          A na poprawę ocen to z lekka już za późno, no chyba, że komis...

          A i pani od chemii to mnie rozwaliła, z tą maturą, niezły sposób na szybką kasę nie ma co.
    • anek.anek Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 22:40
      przeraża mnie tosad
      Pewnie, postąpiłaś dobrze. Oczywiście nauczycielce chemii należy się poważna
      nagana (a skąd wiesz, że się zgodziła??? Bo wątpię żeby się czymś takim
      pochwaliła przed kolgami z pracy).

      Oddzielną kwestią jest to gdzie do tej pory był wychowawca??? Jak nauczyciele (w
      tym również Ty) reagowali wcześniej na opuszczenie się w nauce tego ucznia?
      OK, każdy z was ma po 10 klas, w każdej po ok. 30 uczniów. Jaki procent z nich
      uczy się tak źle, że jest zagrożonym z kilku przedmiotów na koniec roku? Nawet
      jeśli jest to 10 %, to jest to na całą szkołę tylko (i aż) 30 dzieciaków.
      Nauczycieli też jest pewnie co najmniej 10. Na jednego nauczyciela przypada więc
      3 uczniów do "specjalnej obserwacji". Jak uczeń zaczyna mieć poważne problemy z
      nauką, to naturalne wydawałoby się rozpoznanie problemu. Co zrobił do tej pory
      wychowawca, pedagog? Czy ktoś wcześniej rozmawiał z rodzicami tego chłopaka? (bo
      to, że on oleje takie rozmowy to w sumie normalne) - zanim sytuacja stała się
      tak niedobra.
      Nie odbierz tego jako atak na siebie, wyjaśnij mi po prostu, z czystej
      ciekawości (szkoła jeszcze jest przed nami) jak to teraz funkcjonuje?

      Jeśli szkoła ma tylko przekazywać wiedzę, a nie również pomagać w wychowywaniu,
      to ja się będę chyba starała o indywidualne nauczanie dla dziecka.
      • erudy Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 29.05.06, 23:53
        anek.anek napisała:
        Oddzielną kwestią jest to gdzie do tej pory był wychowawca??? Jak nauczyciele (
        > w
        > tym również Ty) reagowali wcześniej na opuszczenie się w nauce tego ucznia?
        > Jeśli szkoła ma tylko przekazywać wiedzę, a nie również pomagać w wychowywaniu,
        > to ja się będę chyba starała o indywidualne nauczanie dla dziecka.

        Jestem wychowawcą i staram się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej.
        Regularnie spotykam się z rodzicami na wywiadówkach, telefonuję w ważnych
        sprawach, czasem odwiedzam w domu. I co? Ta moja dociekliwość i troska o
        podopiecznych jest odbierana bardzo źle, bo się wtrącam, jestem za młoda żeby
        coś wiedzieć o życiu (29 lat), często słyszę usprawiedliwienia, że "to są tylko
        dzieci". Na swoim koncie zliczyłam już pisemną skargę rodzica, którego dziecko
        agresywnie zachowywało się w stosunku do rówieśników siejąc postrach i powodując
        uszczerbki na zdrowiu innych, i kiedy ośmieliłam się szukać rozwiązania problemu
        zostałam oskarżona o "sąd nad niepełnosprawnym dzieckiem"(dziewczynka z zespołem
        Downa, otoczona przeze mnie szczególną opieką i po 3 latach takie oskarżenia...)
        Przepraszam Was rodzice, ale czasem mam już dość tych kontaktów z rodzicami, bo
        na prawdę daję z siebie wiele, a w zamian... tylko powody do łez. Chcę
        współpracy z domem ucznia, a spotykam sięz obojętnością i zamykaniem się w
        sobie. Nie ma mowy o pomocy, kiedy nie rozmawia się o problemach, albo udaje
        się, że ich nie ma... A może ja trafiam na takich rodziców... Coraz częściej
        myślę o zmianie pracy. Ale kocham dzieci i lubię to, co robię... Jak tu żyć...
        • anek.anek Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 10:14
          ja nie hciałam żeby ktokolwiek czuł się zaatakowany moim postem. Po prostu z
          treści wątku można było wnioskować, że wcześniej nikt z grona pedagogicznego nie
          interweniował. Wiem, że są rodzice, którzy w nosie mają dobre rady i dobre chęci
          nauczycieli. Pewnie, że to może rodzić frustrację, ale nie wierzę w to, że
          wszyscy rodzice , albo ich większość taka jest.
    • mijaczek Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 00:05
      Przyznam szczerze, ze myslalam, ze temat watku to "rodzić w szkole." ;o) rotfl
    • wieczna-gosia Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 00:12
      Po pierwsze bym ojca objechala. dziecko ma nie pomagac po nocach tylko sie
      uczyc. To jest jego podstawowy obowiazek. Nie przychodzi sie do nauczyciela pod
      koniec roku- a gdzie rodzice przepraszam byli? Jedynek nie widzieli? Tatus
      przyszedl dac lapowe i tyle a tu front obroncow. Nie lubie szkoly, nie cenie
      wysoko talentow nauczyczycieli ale trzeba dac im szanse. Dla mnei rodzic ktory
      przychodzi tuz przed rada no to sory ale taki troche niepowazny.

      Po drugie pogadalabym z chlopakiem. Ile to dziecko ma lat? Kilkanadcie chyba?
      Kazalabym mu sie zastanowic CO zamierza w tej sytuacji zrobic. Ale on a nie
      tatus i jego forsa. Powiedzialabym ze jestem gotowa mu pomioc (za darmo) ale to
      ON ma wymyslic jak ja mam mu pomoc. Chlopak powinien dostac komunikat, ze wbrew
      pozorom wiele w jego zyciu zalezy od niego. I jesli ma ochote przegrac to
      naprawde nikt nie ma takiej wladzy by mu w tym przeszkodzic. Jak sie czlowiek
      nie nauczy to nie bedzie umial.

      Po trzecie- moj maz kiblowal na przyklad. I kilka znam takich osob co nei zdaly
      bo costam. jedne byly malo zdolne. Inne sie po prostu nie uczyly. MOze warto-
      jesli on jest z tylu przedmiotow zagrozony- zeby on faktycznie te klase
      powtorzyl? Tylko nie z nockami w hurtowni......

      W calej historii bulwersuje mnie glownie:
      postawa rodzicow
      i postawa pani od chemii
      postawa reszty nauczycieli z wychowawca na czele dopiero na trzecim miejscu.

      Czy ktoras z was przepraszam sobie wyobraza zeby wasze dzieci zachrzanialy po
      nocach? Ja sobie nie wyobrazam.
      • mavva Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 00:47
        wieczna-gosia napisała:

        > Czy ktoras z was przepraszam sobie wyobraza zeby wasze dzieci zachrzanialy po
        > nocach? Ja sobie nie wyobrazam.

        O rany, to chyba oczywiste, że zadna sobie nie wyobraża. Myślałam, że jesteśmy
        na tym poziomie abstrakcji, żeby o tym nie mówić w ogóle.
        Problemem jest reakcja szkoły na sytuację, w której rodzice nie wypełniają
        swoich obowiązków prawidłowo, a być może w tym przypadku dopuszczają się nadużyć.
        Stawianie w kolejności, kto po kolei jest odpowiedzialny, powoduje właśnie, że
        pani od fizyki zerka na panią od plastyki, a pani od muzyki na panią od wuefu.
        Wszyscy są odpowiedzialni na równi, także za zaniechanie.
        Jeśli ktoś pierwszy zauważa nieprawidłowości, alarmuje. Według Twojej
        kolejności, w której na 2 pierwszych miejscach stawiasz patologię, nic nie ma
        prawa się zmienić.
        Nie chodzi, co bulwersuje i w jakiej kolejności, tylko brak reakcji, tych
        normalnych rzecz jasna, bo tylko oni są w stanie coś zmienić, prawda?
        • janowa Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 10:07
          Zgadzam sie w 100%. Myslenie o tym, kto NAJPIERW powinien cos z tym zrobic
          prowadzi wlasnie do tego ze NIKT nic nie robi.
          Nie widze tu frontu obroncow tatusia i chyba oczywiste jest dla wszystkich, ze
          jego zachowanie jest ponizej krytyki.
          A jak sama nazwa wskazuje, WYCHOWAWCA jest nie tylko od wystawiania ocen i
          sprawdzania listy obecnosci.
          ---
          "Bo tak normalnie to człowiek (kobieta człowiek ma pierś, a na niej cyce) wink"
          bonkreta
      • mkolaczynska Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 09:42
        wieczna a nie pomyslałaś ze ten dzieciak wcale tam nie zachrzania jak to
        malowniczo ujełaś tylko rodzc tak dziecko tłumaczy?
        Po prostu
        • wieczna-gosia Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 11:49
          > wieczna a nie pomyslałaś ze ten dzieciak wcale tam nie zachrzania jak to
          > malowniczo ujełaś tylko rodzc tak dziecko tłumaczy?
          > Po prostu

          pomyslalam o tym w pierwszej kolejnosci smile

          Dlatego wlasnie na miejscu nauczycielki wzilabym chlopaka na rozmowe. jesli po
          prostu sie nie uczy, ale jest grzeczny, nie chodzi na wagaru itd- dalabym mu
          szanse. Ale to ON ma przyjsc do MNIE i ON ma MNIE prosic o pomoc a nie jego
          tatus latac i forsa szastac.
    • 197575a Re: pytanie OT 30.05.06, 09:31
      O ile dobrze pamiętam, choć mogę się mylić smilezałożyłaś kiedyś fajny wątek o
      początkach szkolnego romansu. A ja jestem zwyczajnie ciekawa,czy coś z tego
      wyszło?
      Co do chłopca - to od jego ojca nic bym nie przyjęła, poprosiłabym, aby się
      przygotował i dałabym mu szansę. Takie idealistyczne mam podejście do młodzieży.
      Ale ja nigdy nie lubiłam matematyki , brrr
      pozdrawiam
    • roksi23 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 09:34
      mat.teacher napisała:

      > Co byście zrobiły w takiej sytuacji? Powiedzieć w dyrekcji? Mścić się na
      > synu? To jest po prostu taki zamknięty w sobie chłopiec, blady jak anemik,
      > taki jakiś nieporadny i zaduszony przez ojca... Zawsze boję się że mi
      > zemdleje ze strachu na zajęciach. Ale naprawdę NIC nie umie i NIC się nie
      > uczy...
      >
      Taak,pewnie mścij się na biedaku...a potem się ludzie zastanawiają,dlaczego
      taki młody popełnił samobójstwo.W domu piekło,a w szkole jeszcze gorzej...
    • shamsa Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 09:58
      czy skoro ten chlopak jest taki anemiczny, a do tego nic nie robi, to moze
      bierze narkotyki?

      tak czy inaczej, sumienie nie pozwoliloby mi przejsc obojetnie. po pierwsze
      stworzylabym mu mozliwosc zdania calego materialu (oczywiscie sa male szanse, ze
      skorzysta). po drugie, jesliby nie zdal, uwalilabym go. po trzecie zrobilabym
      wszystko, zeby sie dowiedziec wiecej o tym uczniu i w zaleznosci od wynikow
      "sledztwa" stosownie bym reagowala.
    • kachwi1 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 10:59
      przepraszam, ale kiedy zauważyłaś, że chłopak nie ma nawet zeszytu? teraz - w
      maju? no to ładnie. rozumiem, że stwierdziłaś, że jeśli kupuje sobie
      zapiekanki, to nie pochodzi z rodziny patologicznej, to już uwaga mu się nie
      należy - o matko, naprawdę jesteś pedagogiem?
      jasne, to może być leń i po prostu mu się nie chce - ale wtedy chyba nie byłoby
      tej dyskusji, prawda?
      a sytuacje, kiedy dzieciaki pracują w nocy, pomagając rodzicom, uwierzcie mi,
      wcale nie są takie rzadkie...
      nie rozgrzeszam tutaj ojca, ani pani chemiczki, ale jeśli chociaż w kilku
      procentach podejrzewasz, że kłopoty z nauką tego chłopaka nie wynikaja z braku
      chęci czy lenistwa, to może faktycznie warto dać mu ostatnią szansę i polecić
      kogoś w sprawie korepetycji? chociaż - mamy koniec maja, ale ten fakt tym
      bardziej świadczy o tobie jako nauczycielu.
    • wieczna-gosia Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 11:57
      a w ogole to sie doczytalam ze to liceum- czyli 16 lat i w gore?

      No prrrosze..... no czas chyba najwyzszy na samodzielnosc?

      Ostatnio byla u mie mamusia Marysi, czy bym Marysi jeszcze jednej szansy nie
      dala. Marysia konczy drugi rok studiow. Mialam ochote sie zapytac ze mamusia za
      Marysie chlopaka tez bzyknie czy to jednak Marysia sama zalatwi?

      Marysia szansy nie dostala poniewaz:
      byly dwa kolokwia dwie poprawy i rozbojnik. ja tam wielka formalistka nei
      jestem, kolokwia sa ustne- dopuscilabym ja gdyby wpadla chociaz na jedno.
      za dwa dni egzamin, protokoly oddane, nie bede profesorowi zawracac glowy z
      powodu panienki ktora i tak nie zda.
      • elf1977 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 15:19
        Kurczę, wreszcie głos rozsądku.
        Najlatwiej zrzucić na nauczyciela, a zwolnić z odpowiedzialności samego chłopca
        i jego tatusia. I pochwalić go, że załatwia sprawę pieniędzmi, zamiast
        przyjrzeć się synowi.
        • elizka111 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 18:24
          Nio tak. Z większości waszych wypowiedzi wynika,że to nauczyciele są nie w
          porzadku, bo chłopiec jest zagrożony jedynkami. Postawa tatusia jest w
          porządku. Zatem niech sie chłopaczyna nie uczy, a tatuś załatwia, co się
          dziecku należy. Szkoła ma także wychowywać, niech więc przygotuje do życia w
          społeczeństwie.
          Przepraszam, a o jakie podwyżki upominają sie nauczyciele zamiast uczyć? Bo
          pewnie o czymś nie wiem. A może w ogóle przestać im płacić, skoro dopuscili do
          tego,że uczeń ma jedynki?
          Nie jestem fanem szkoły, moje poglądy zbliżone są do tego co pisze wieczna
          Gosia. Ale dziwię się,że nawet w takiej sytuacji jak opisana powyzej, winny
          jest nauczyciel.
          • monia145 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 18:30
            Nie przesadzaj!!- NIKT nie napisał tutaj, że tatuś jest w porządku!
            A wina leży po obu stronach- nauczycieli również!!
            • elizka111 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 19:02
              Wydaje mi się,że ironia w moim poście byla czytelna. Może jednak nie.
              Wracając do sprawy. Koniec roku się zbliża. Chłopak nie zaliczył tego co
              trzeba.Tatuś interweniował, pani z dobrego serca daje szansę i za uszy wyciaga
              na oceny pozytwne. Chłopak zaszczycony ,że zdał, w przyszłym roku przykłada sie
              do nauki i świetnie sobie radzi(zaległości oczywiscie nie mają żadnego
              znaczenia). Tatuś rozumie popełnione błędy wychowawcze i nie angażuje syna do
              pracy po nocach, pozostali uczniowie z zapałem przystępuja do wzmożonej nauki,
              bo nauczyciele tacy w porządku, zawsze nas rozumieją i krzywdy nie zrobią.
              Teraz wersja pesymistyczna.Tatus interweniował, pani z dobrego serca daje
              dziecku szansę i za uszy wyciaga na oceny pozytwne. Tatuś utwierdza się w
              przekonaniu,że wszystko można zalatwić, zatem syn nie musi sie uczyć, bo i tak
              zda. Chłopak nadal pomaga w hurtowni w większym wymiarze godzin. Uczniowie,
              którzy na dwójki musieli sie natyrać, bo nie mają tatusiów załatwiaczy
              przestają sie uczyć, bo po co? I tak nie ma sprawiedliwiści.
              Który scenariusz jest bardziej prawdopodobny?
              A tak naprawdę to zbyt mało wiem o całej sprawie, aby oceniać
              kogokolwiek.Chłopak może być jak najbardziej w porzadku i jak najbardziej nie w
              porządku. Takich scenariuszy mogę opracować kilkanaście.
              • monia145 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 19:16
                A kto to może wiedzieć, który scenariusz jest bardziej prawdopodobny? To może
                nam powiedzieć autorka postu w przyszłym roku. Ja jednak, nawet gdybym
                zaqwracała sobie głowę rachunkiem prawdopodobieństwa na jej miejscu, dałabym mu
                szansę i za " uszy" w tym roku wyciągnęła. Jak sama przyznała, gdyby nie
                przybycie tatusia do szkoły,dalej nie wiedziałaby o sytuacji chłopaka. Może
                taka pomoc obecnie sprawi, że w przyszłym roku będzie inaczej? A jeśli nie - to
                będzie miała czyste sumienie, że pomogła mu raz, drugiej szansy nie musi już
                dawać.
                Nie sadzę też, że pomoc okazana przez nauczycieli, mogłaby zdemoralizować
                pozostałych uczniów i sprawić, że przestaną się uczyć. Zwłaszcza, jeżeli ta
                pomoc to byłoby zmotywowanie chłopaka do ciężkiej choć spóźnionej nauki,
                zaliczenie materiału, odpowiedzi na lekcjach.
                • mavva Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 19:22
                  monia145 napisała:

                  > A kto to może wiedzieć, który scenariusz jest bardziej prawdopodobny? To może
                  > nam powiedzieć autorka postu w przyszłym roku. Ja jednak, nawet gdybym
                  > zaqwracała sobie głowę rachunkiem prawdopodobieństwa na jej miejscu, dałabym mu
                  >
                  > szansę i za " uszy" w tym roku wyciągnęła. Jak sama przyznała, gdyby nie
                  > przybycie tatusia do szkoły,dalej nie wiedziałaby o sytuacji chłopaka. Może
                  > taka pomoc obecnie sprawi, że w przyszłym roku będzie inaczej? A jeśli nie - to
                  >
                  > będzie miała czyste sumienie, że pomogła mu raz, drugiej szansy nie musi już
                  > dawać.
                  > Nie sadzę też, że pomoc okazana przez nauczycieli, mogłaby zdemoralizować
                  > pozostałych uczniów i sprawić, że przestaną się uczyć. Zwłaszcza, jeżeli ta
                  > pomoc to byłoby zmotywowanie chłopaka do ciężkiej choć spóźnionej nauki,
                  > zaliczenie materiału, odpowiedzi na lekcjach.

                  Plus wysłanie tam kogoś z wywiadem środowiskowym, zainteresowanie odpowiednich
                  służb. Szkoła od tego jest, aby takie sprawy wyłapywać!
              • anek.anek Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 19:23
                Nikt tuaj nie pochwala postawy ani rodzica ani dzieciaka, że się nie uczy.
                Jest jednak koniec roku szkolnego i czy naprawdę dopiero teraz był czas na
                rozmowę z rodzicami??? Na półrocze chłopak też musiał mieć nie najlepsze oceny.
                Pytam się w takim razie: co należy do obowiązków nauczycieli, a przede wszystkim
                WYCHOWAWCY (który dostaje dodatkowe pieniądze zapełnienie takiej funkcji - o ile
                się nie mylę, nie ma znaczenia jakie to są kwoty). Czy chodzi wyłącznie o
                pogadanki, które mało kogo z tych nastolatków obchodzą, na godzinie wychowawczej?
                Nauczyciela zaniepokoiło wcześniej coś w tym chłopcu, teraz się tłumaczy, że
                jest tylu uczniów, i że głodny jednak nie chodził bo te zapiekanki... Ludzie,
                ile czasu potrzeba na powiedzenie wychowawcy - koledze po fachu w końcu: zwróć
                uwagę na tego X z 2 b, bo po za tym, że słabo mu u mnie na lekcjach idzie, to
                jakiś taki blady. o co zakład, że w ciągu tych paru miesięcy Ci sami nauczyciele
                tysiąc razy zdążyli wymienić się zupełnie prywatnymi problemami, podyskutowali
                na zupełnie nie związane ze szkołą rzeczy. A na zwrócenie uwagi na ucznia nie
                było czasu?
                To nie jest atak, tylko żal. Wymaga się od nas żebyśmy szanowali w sposób
                szczególny zawód nauczyciela. Ale dlaczego? Z jakiej racji? Do przekazywania
                wiedzy na poziomie licealnym można być samemu przygotowanym, wybaczcie, ale
                naprawdę przeciętnie inteligenty człowiek będzie w stanie zrealizować ten
                program z własnym dzieckiem.Szkoła ma być jednak czymś więcej. Ma również
                wychowywać i wspierać rodzinę / opiekunów w wychowywaniu.
                Zachowanie ojca tym bardziej świadczy o tym, że chłopak potrzebuje pomocy. było
                poniżej wszelkiej krytyki, to jest w ogóle bezdyskusyjne.
                Ale upierać się będę, że winni są tutaj wszyscy. Nauczyciele mogliby być z tej
                odpowiedzialności zwolnieni, gdyby wcześniej podjęli jakieś kroki, a nie czekali
                aż przyjdzie facet różami i łapówką. A może właśnie o to w szkołach chodzi?
                Uczciwych przepraszam.
          • mavva Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 18:50
            NIC nie zrozumiałaś. Nic.

            A Wieczna Gosia pisze w ogóle o czym innym i jakby bez związku ze sprawą.
            Co mają studenci, osoby dorosłe, do niepełnoletnich uczniów? I co ma do tego jej
            sposób załatwiania sprawy ze studentami?

            Stąd właśnie bierze się znieczulica i olewanie - nie moja sprawa, ma rodziców,
            duży jest.
            Jak ktoś słusznie zauważył, dopiero jak się powiesi, to będzie lament, co za
            podłe społeczeństwo.

            • elizka111 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 19:21
              Gosia napisała:dziecko ma nie pomagac po nocach tylko sie
              uczyc. To jest jego podstawowy obowiazek. Nie przychodzi sie do nauczyciela pod
              koniec roku- a gdzie rodzice przepraszam byli? Jedynek nie widzieli? Tatus
              przyszedl dac lapowe i tyle a tu front obroncow. Nie lubie szkoly, nie cenie
              wysoko talentow nauczyczycieli ale trzeba dac im szanse. Dla mnei rodzic ktory
              przychodzi tuz przed rada no to sory ale taki troche niepowazny.

              Po drugie pogadalabym z chlopakiem. Ile to dziecko ma lat? Kilkanadcie chyba?
              Kazalabym mu sie zastanowic CO zamierza w tej sytuacji zrobic. Ale on a nie
              tatus i jego forsa. Powiedzialabym ze jestem gotowa mu pomioc (za darmo) ale to
              ON ma wymyslic jak ja mam mu pomoc. Chlopak powinien dostac komunikat, ze wbrew
              pozorom wiele w jego zyciu zalezy od niego. I jesli ma ochote przegrac to
              naprawde nikt nie ma takiej wladzy by mu w tym przeszkodzic. Jak sie czlowiek
              nie nauczy to nie bedzie umial.
              I z tym się zgadzam.Tylko zapewne nie zrozumiałam z czym.
              Nigdzie nie napisałam ,żeby olać chłopaka.
              Ty natomiast napisałaś,że problemem jest postawa szkoły. Wybacz, ale szkola to
              jest budynek. Mnie może bulwersować postawa pani chemiczki, ale nie napiszę,że
              wszyscy nauczyciele w tej szkole są do bani.
              A pytanie zadane przez autorke wątku brzmiało, co byscie zrobili w takiej
              sytuacji, a nie kto jest winien takiej sytuacji.
              • mavva Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 19:27
                elizka111 napisała:

                > Gosia napisała:dziecko ma nie pomagac po nocach tylko sie
                > uczyc. To jest jego podstawowy obowiazek. Nie przychodzi sie do nauczyciela pod
                > koniec roku- a gdzie rodzice przepraszam byli?

                Czy Ty nie jesteś w stanie pojąć, że być może w tym przypadku są przesłanki do
                ograniczenia władzy rodzicielskiej? Że może odbywa się jakiś dramat??
                I że rodzice są jego sprawcami? Przyjmujesz do swojej świadomości coś takiego
                czy nie?
                CAŁY problem polega na tym właśnie, że tych rodziców NIE BYŁO, rozumiesz?

                Jedynek nie widzieli? Tatus
                > przyszedl dac lapowe i tyle a tu front obroncow. Nie lubie szkoly, nie cenie
                > wysoko talentow nauczyczycieli ale trzeba dac im szanse. Dla mnei rodzic ktory
                > przychodzi tuz przed rada no to sory ale taki troche niepowazny.

                Niepoważny? Dość łagodne słowo. smile)
                >
                > Po drugie pogadalabym z chlopakiem. Ile to dziecko ma lat? Kilkanadcie chyba?
                > Kazalabym mu sie zastanowic CO zamierza w tej sytuacji zrobic.

                Nie rozumiesz, że być może ma on guzik do powiedzenia na temat tego, co chce robić?

                Ale on a nie
                > tatus i jego forsa. Powiedzialabym ze jestem gotowa mu pomioc (za darmo) ale to
                > ON ma wymyslic jak ja mam mu pomoc. Chlopak powinien dostac komunikat, ze wbrew
                > pozorom wiele w jego zyciu zalezy od niego. I jesli ma ochote przegrac to
                > naprawde nikt nie ma takiej wladzy by mu w tym przeszkodzic. Jak sie czlowiek
                > nie nauczy to nie bedzie umial.

                Jakież to proste, jak w piosence. smile
                > I z tym się zgadzam.Tylko zapewne nie zrozumiałam z czym.
                > Nigdzie nie napisałam ,żeby olać chłopaka.
                > Ty natomiast napisałaś,że problemem jest postawa szkoły. Wybacz, ale szkola to
                >
                > jest budynek.

                NIE, szkoła ma nie być budynkiem. Tzn. tylko oczywiście. wink

                Mnie może bulwersować postawa pani chemiczki, ale nie napiszę,że
                > wszyscy nauczyciele w tej szkole są do bani.
                > A pytanie zadane przez autorke wątku brzmiało, co byscie zrobili w takiej
                > sytuacji, a nie kto jest winien takiej sytuacji.

                Pytanie pod koniec maja jest cokolwiek kuriozalne.
                Całe szczęście, że ten ojciec z piłką plażową się pokazał, może ktoś wreszcie
                zrobi, co do niego należy.
                • monia145 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 19:31
                  Też sobie pomyślałam, ten ojciec to może największą przysługę, chociaż
                  całkowicie nie zamierzoną, zrobił synowi w życiu. O ile ktoś w szkole wyciągnie
                  z tej wiedzy odpowiednie wnioski na przyszłość.......
                  • janowa Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 20:12
                    Wnioski? Szczerze watpie, po tym co tu czytam... sad Uwala go i tyle. I jeszcze
                    bedzie mial przechlapane dodatkowo, bo tatus przyszedl z lapowka. Sam fakt, ze
                    autorka zastanawia sie nad mszczeniem sie na chlopaku o tym swiadczy... W
                    przyszlym roku znow nikt sie nim nie zainteresuje przed koncem roku szkolnego,
                    bo jest tyyyyyle uczniow i pracy... Ech...
                    ---
                    "Bo tak normalnie to człowiek (kobieta człowiek ma pierś, a na niej cyce) wink"
                    bonkreta
    • melka_x Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 19:17
      Nie wzięłaś łapówy i prawidłowo. Ale reszta Twojego postu budzi moje ogromne
      wątpliwości. Mścić się na uczniu za ojca? Mam nadzieję, że to było
      nieprzemyślane zdanie, rzucone w pędzie.

      > Zawsze boję się że mi zemdleje ze strachu na zajęciach.

      I to Cię do tej pory nie zainteresowało? Dlaczego i czego tak się boi?
      Chłopak potwornie się boi, zbiera pały za pałą, a Ty do tej pory nie
      poświęciłaś ani jednej chwili na zastanowienie się dlaczego? Ma zaległości?
      Jest mało inteligentny? Nie ma warunków do nauki czy zwyczajnie mu się nie
      chce? A może coś tam umie, tylko strach go paraliżuje? Nie zamieniłaś nawet
      zdania o tym z wychowawcą? Nie odbieraj tego jako zaczepki czy chęci dowalenia,
      ale naprawdę bardzo dziwi mnie Twoja obojętność. W całej tej sprawie problemem
      jest dla Ciebie tylko zachowanie ojca. A ten chłopak? Czy to nie on powinien
      być głównym problemem?
      • elizka111 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 19:36
        Nie sądzę,żeby można było w przeciągu paru tygodni zaliczyć cały materiał z
        kilku przedmiotów. Jeśli tak, to uczeń musi być bardzo zdolny.Pisząc o
        wyciaganiu za uszy mam na mysli to co obserwuje w szkołach - zeszyt uzupełnisz,
        jakąś pracę napiszesz, jednego tematu się nauczysz i wystarczy. Tylko nie
        wiem, kto tu sie bardziej ośmiesza - uczeń czy nauczyciel. I jest to
        antywychowawcze.Nie rozumiem, dlaczego w szkole brakuje konsekwencji, nie uczy
        się młodzieży odpowiedzialności za własne postępowanie.Dzieciaki nie potrzebują
        litości, tylko tego,żeby traktować je poważnie. Postawienie jedynki to nie
        koniec świata - jest możliwość egzaminu komisyjnego. O ile sie nie mylę w
        szkole jest pedagog - powinien zając się takim delikwentem, wychowawca również
        powinien udzielić pomocy.
    • elf1977 naprawdę przesada 30.05.06, 20:37
      Ludzie, jeździcie po tych nauczycielach jak po łysych kobyłach.
      Jeszcze raz przeczytałam post autorki. Nie wywnoskowałam z niego, że:
      a) Wychowawca biernie siedział i nic nie robił (raczej autorka niewiele z
      wychowawcą rozmawiała)
      b)Chłopiec był zaszczuty przez nauczycieli, ktorzy nie dawali mu szans na
      poprawę i dowalali mu z każdej strony. Teraz w kodeksie ucznia zapisano, że
      każdy ma prawo do poprawiania ocen niedostatecznych i naprawdę z praktyki mogę
      powiedzieć, że nauczyciele wręcz MUSZĄ prosić, żeby uczeń był łaskaw cokolwiek
      zrobić.
      c) Chlopiec był w jakikolwiek sposób poszkodowany w rodzinie,tak, by móc np..
      powiadomić opiekę społeczną. Wybaczcie, ale wyładowywanie towaru, jeśli nawet
      jest tutaj prawdziwe, nie podlega żadnym przepisom o szkodzeniu dobru dziecka.
      Chyba przeceniacie wpływ szkoły, jeśli myślicie, że może ona wpłynąć na jakąś
      instytucję, żeby tata nie dawał synowi dodatkowej pracy w domu.
      Dziwny ten atak na szkołę. Nie znacie sytuacji chłopca. Nie wiecie, ile razy
      nauczyciele mu proponowali, by przyszedł i spróbował cokolwiek zrobić. Raczej
      wiele. Ostatnio wg mnie zbyt często właśnie przepuszcza się każdego, ponieważ
      jest taki trend. Bywa nawet tak, że nauczyciel chce postawić jedynkę, a jest
      zmuszany przez dyrekcję do zmiany decyzji. Wątpię więc, że z radością
      nauczyciele nawstawiali jedynek chłopcu (pewnie już pełnoletniemu biedaczynie)
      dla swojej sadystycznej satysfakcji...Jak dla mnie, chlopak sią cały rok nie
      uczył, a tatuś po swojemu próbuje zatrzeć ślady. Żeby dziecko się uczyło, jest
      potrzebny nauczyciel, rodzic i dobra wola ucznia, sam nauczyciel niewiele
      pomoże.
      Co do przekupstwa nauczycieli, pewnie istnieje w ograniczonym zakresie, ale ja
      np. się z nim nie spotkałam.
      I na koniec, nie zgadzam się z tym, że nauczyć każdy potrafi. Nauczanie to nie
      tylko program. To kwestia zapanowania nad klasą (co ostatnio jest coraz
      trudniejszym zadaniem, przekazanie im wiedzy, rozmowy, dyskusje, dzielenie się
      swoją pasją. Dziwne, że tak dużo złych wypowiedzi. Nia każę siebie szanować,
      proszę tylko o to, żeby nie patrzono na moją pracę poprzez uprzedzenia.
      A swoją drogą post autorki uważam za naiwną próbę włożenia kija w mrowisko,
      bardzo płytko opisała ona sytuację, na dodatek tem list jest jej własnym
      samooskarżeniem.
      • monia145 Nie zgadzam się!!! 30.05.06, 21:13
        A raczej zgadzam się połowiczniesmile)- rzeczywiście post autorki jest
        samooskarżeniem, ale ja mam wrażenie, ze tylko " wyglada" jak samooskarżenie w
        naszych oczach. Podejrzewam, że tu trochę chodzi o podkreślenie własnej
        uczciwości, umiejetności odmawiania próbie wygórowanej zapłaty za korepetycje,
        a koleżanki sa takie złe!!! Mogę się oczywiście mylić!!! Nie myślę, że autorka
        chciała strzelić sobie w stopę, tak wyszło- wspomnę tu to niefortunne zdanie o
        zemście na tym chłopaku za postepek ojca.
        I zgadzam sie z Janową - uwalą pewnie tego chłopaka, bo nic innego nie sa w
        stanie zrobić, przeciez o jego sytuacji dowiedzieli się dopiero teraz...
        biedactwa!!
        • procesor Re: Nie zgadzam się!!! 30.05.06, 21:36
          wiecie co?
          nie jestem nauczycielem
          nie uczę w szkole

          ale do szkoły chodziłam

          i naprawde przekonanie że uczeń ma marne oceny TYLKO dlatego że wredni
          nauczyciele nic nie zrobili
          jest ŚMIESZNE!

          ale to chyba taki trend - rodzice uważają że nauczyciele powinni zrobić wszystko
          - nauczyć i wychowac
          ciekawe.. dlaczego co rodzice często nie mają czasu na rozmowe z własną dwójką
          dzieci - ale oczekują że nauczyciel mający we własnej klasie 30 uczniów - taki
          czas nzjadzie, oczywiście dla każdego z uczniów z pozostałych 10 klas w których
          "tylko" uczy - też

          miałąm różnych nauczycieli - dobrych i złych, miłych i niemiłych
          ale wiem jedno - jak ktos CHCE sie nauczyć - to sie nauczy!
          będzi eszukał pomocy - u wychowawcy, nauczyciela, rodziców (nie na koniec roku w
          formie łapówki..), koleżanki
          za moich czasów szkolnych nie było korepetycji - za to była pomoc koleżenska - i
          nie było to po prostu odpisywanie - ale tłumaczenie tym co mieli problemy tak by
          zrozumieli

          nauczyciel to tylko człowiek
          nie kandydat na świetego
          ciekawe jakby tak każda z tych oburzonych poddac takim oględzinom - co by wyszło..

          obyś cudze dzieci uczył.. nadal pozostaje przekleństwem jak widać
    • lolinka2 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 30.05.06, 23:06
      Miałam kiedyś akcję w gimnazjum. Panna lawirantka pierwszej wody, nieuk i
      tłuczek jeszcze, na zajęciach spi od zawsze, wpełza mamusia, szuka mnie po całej
      szkole (a latorośl zagrożona ze wszystkiego jak leci) bo jestem najmłodsza i
      sama mam małe dziecko (tak zaargumentowała) a córeczka jest właśnie .... w 10 t.c.

      I co robić?????????

      To dziecię przepuściłam, bo miałam sama półroczną córkę, w sąsiedniej klasie
      druga koleżanka też (kurde, chyba zeby u mnie zdać) zrobiła sobie dziecko.... Za
      to ja w państwowej oświacie posiedziałam już tylko dwa lata od tamtej pory......
      • anek.anek chyba się nie rozumiemy:(( 30.05.06, 23:26
        1/ obowiązkiem ucznia jest uczyć się. Jeśli tego nie robi to powinien ponosić
        tego konsekwencje. Nie powiedziałam ani razu, że ten chłopak powinien być z
        łaski nauczycieli przepuszczony do następnej klasy. Nie jest tragedią oblanie.

        2/ obowiązkiem nauczycieli a w szczególności wychowawcy jest uczenie i
        wychowywanie.

        3/ jeśli nauczyciel widzi, że coś się z dzieckiem złego dzieje, to jak może nie
        zareagować?????? Jak można powiedzieć, że "coś mi się nie podobało, ale mam tylu
        uczniów...".To właśnie rzuca się w tym poście w oczy i to spowodowało taką
        lawinę. Po raz kolejny pytam: czy którykolwiek z tych nauczycieli wcześniej
        podjął jakąkolwiek próbę porozumienia się z rodzicami i chłopakiem? Jaki jest
        sytem w takich sytuacjach? Co należy do obowiązków wychowawcy? Dlaczego
        uważacie, że nauczyciel ma prawo nic nie robić? Jesli szkoła to nie tylko
        nauczanie to tym bardziej powinna być wcześniej jakaś reakcja. Razi mnie ten
        brak kompetencji.

        4/ nie zakłdam, że wczesniejsza reakcja nauczycieli cokolwiek zmieniłaby w
        sytuacji chłopca. To jest wielka niewiadoma.

        4/ gdyby to ten rodzic napisał tutaj na forum to najechałabym na niego. Jednak
        autorem jest nauczyciel. Polemizuję więc z nim, z faktami przez niego
        przedstawionymi. To są dwie niezależne od siebie sprawy. Dlaczego mam się
        rozpisywać o rodzicu skoro nic o nim tutaj poza tą idiotyczną łapówką nie ma? A
        o nauczycielach jest.

        5/ szkoda, że autorka nie postarała się o odpowiedzi na pytania tu postawione
        • melka_x Re: chyba się nie rozumiemy:(( 31.05.06, 09:04
          Zgadzam się z Ankiem. Myślę, że nikt tu nie neguje, że obowiązkiem ucznia jest
          nauka. Podobnie jak chyba nikt nie neguje, że za dziecko w pierwszej kolejności
          odpowiedzialni są rodzice. Ale wszyscy wiemy, że czasem rodzice nie wywiązują
          się ze swoich obowiązków. I jeśli uczeń zbiera same pały, wygląda jakby miał ze
          strachu na lekcjach stracić przytomność to obowiązkiem nauczyciela (który jest
          przecież również pedagogiem) jest zainteresować się możliwymi przyczynami.
          Oczekuję, że nauczyciel w publicznej szkole poświęci jednak choćby cień
          refleksji uczniom z problemami. To nie oznacza przeciągania do następnej klasy
          za uszy, powtarzanie klasy nie jest tragedią.
          • procesor Re: chyba się nie rozumiemy:(( 31.05.06, 10:01
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=755&w=42761728&v=2&s=0
            a jak widzicie taka sytuacje??
            • melka_x Re: chyba się nie rozumiemy:(( 31.05.06, 11:16
              Procesor ale to zupełnie inna sytuacja, moim zdaniem nijak mająca się do tego
              wątku. Ja nie namawiam do pobłażania, 'bezstresowej' nauki czy wypychania do
              nastepnej klasy bez względu na to czy dziecko coś umie, czy nie. Nie obarczam
              też nauczycieli winą za wszystkie problemy uczniów, doskonale sobie zdaje
              sprawę, że ogromnej części jedynkowiczów zwyczajnie nie chce się uczyć i często
              nawet najlepszy nauczyciel nic na to nie poradzi. Natomiast - znowu powtórzę -
              jeśli dziecko zupełnie nie radzi sobie z nauką i do tego tak bardzo się boi
              lekcji jak opisany w wątku chłopak, to obowiązki pedagoga chyba nie kończą się
              na postawieniu jedynki? Naprawdę nie uważasz, że obowiązkiem naczyciela w
              takiej sytuacji jest jednak postawienie sobie pytania dlaczego to dziecko nigdy
              niczego nie umie? I że brak jakiegokolwiek choćby cienia refleksji czy
              zainteresowania nie świadczy dobrze o nauczycielu?
              • procesor Re: chyba się nie rozumiemy:(( 31.05.06, 11:30
                nie, nie sadze ze nauczyciel to maszynka do wystawiania ocen

                ale ten watek jest tak przeciwko nim - ze musiałam zareagowac smile

                owszem, dobrze by było gdyby zawsze nauczyciele wyłapywali w pore problemy
                uczniów.. ale wiemy ze róznie bywa

                ale nie zawsze ktos pozwala na to żeby mu pomóc - i akurat nauczyciel
                niekoniecznie jest osobą przezd która się otworzy


                zastanawiąjące jest też to, że na tym forum nie raz byłam świadkiem brzydkich
                ataków na forumowiczki - mozna zostac wyśmianym, potraktownaym pogardliwie.. ale
                od innych - w tym wypadku nauczycieli - te same osoby które być może tu niejeden
                raz komus bezinteresownie dokuczyły (zaraz oberwę smile - nie, nie posądzam o to
                wszytskich w tym wątku, o złośliwość smile ) - oczekują anielskiej dobroci,
                wszystkowidzenia, empatii posunietej do granic mozliwości.. smile

                swoją drogą - jeśli taki nauczyciel sie przejmie takim uczniem - jak
                widziałybyście jego pomoc? tzn. co konkretnie waszym zdaniem powinien zrobić?
                (nie ukrywam że pytam m.in. mając na myśli artykuł, który zalinkowałam i
                komentarze do niego)
    • alexandra74 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 10:18
      Jak czytam wypowiedzi takich "nauczycieli" to się nie dziwię, że nie mają za
      grosz poważania.
      • janka19 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 11:03
        A skad wiesz że komentarze pod artukułem pisane są przez "nauczcieli "? Ja tego
        jakoś nie zauważyłam.
        • procesor Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 11:11
          janka19 napisała:
          > A skad wiesz że komentarze pod artukułem pisane są przez "nauczcieli "? Ja
          > tego jakoś nie zauważyłam.

          do kogo kierujesz te słowa?
        • monia145 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 11:57
          Ja jestem nauczycielem- obecnie wychowawcą a od września- dydaktykiem.
      • zuzanna56 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 11:06
        Jestem nauczycielką angielskiego w liceum.
        Uczenie własnych uczniów w domu w formie korepetycji nigdy nie przyszłoby mi do
        głowy!
        Uczę w domu tylko uczniów z innych szkół.
      • procesor Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 11:09
        alexandra74 napisała:
        > Jak czytam wypowiedzi takich "nauczycieli" to się nie dziwię, że nie mają za
        > grosz poważania.

        co konkretnie w PIERWSZYM poście autorki watku sprawiło że masz takie odczucia??
        • anek.anek procesor 31.05.06, 12:04
          podlinkowany przez Ciebie artykuł mówi o zupełnie innej sytuacji. Tam szkoła
          reagowała( tutaj nie było słowa na ten temat), tam uczeń stwarza zagrożenie
          bezpieczeństwa innych dzieci (tutaj zagrożony jest on sam i to nie fizycznie
          tylko nie zaniem do nastepnej klasy). Jedyne co łączy to reakcja rodziców.

          Gdyby tutaj zamiast tego nauczyciela napisał rozżalony tatuś: "mój syn jest
          zagrożony z wielu przedmiotów, poszedłem do nauczycieli i oni niechcą pomóc" to
          też pytałam natarczywie: gdzie byłeś tato wcześniej? dlaczego nie poszedłeś do
          nauczycieli kilka m-cy temu? Dlaczego obudziłeś się z ręką w nocniku za pięć
          dwunasta?Twoim obowiązkiem jako rodzica jest dbanie o edukację dziecka.

          Ale na forum napisał nauczyciel i niestety nie przedstawił sytuację w sposób
          nienajlepiej świadczący o szkole.

          Z sytuacją, jaka jest w artykule z Twojego linku, miałam styczność. No, rzecz
          dotyczy przedszkola, więc ranga mniejsza, buntu też nie było, bo problem
          rozwiążal się sam (ale moim zdaniem na niekorzść dziecka).
          Mój syn kilka m-cy temu zaczął bardzo narzekać na bóle brzucha. Po kilku dniach
          wezwaliśmy pediatrę, pani doktor zbadała, powiedziała, że nic nie widzi, dla
          świętego spokoju dała skierowanie na różne badania. Badania wyszły wzorcowa.
          Wieczorem po ich odbiorze udało mi się syna przekonać żeby wytłumaczył o co
          chodzi - podejrzewałam, że brzuch to wymówka żeby nie iść do przedszkola). I
          faktycznie. Okazało się, że w grupie jest chłopiec, który bije, zaczepia, jest
          niemiły itd. Poszłam więc do nauczycielki. Ta była zaskoczona reakcją mojego
          brzdąca, bo jak twierdziła (i znając go miała rację) moje dziecko jako jedne z
          nielicznych dzielnie stawiało opór koledzie - chuliganowi, odważając się nawet
          bronić czasem inne dzieci. amtego chłopca doskonale kojarzę, bo niejednokrtonie
          zmroziło mnie jego słownictwo, albo ojciec, który przy odbiorze dziecka z
          przedszkola zionął alkoholem. Sytuacja była dosyć poważna, innni rodzice się
          skarżyli - dzieci przychodziły podrapane, z siniakami. W przedszkolu i tak
          łatwiej opanować agresywne dziecko: jest więcej osób do pomocy. Jednak bez
          współpracy z rodzicami praca nad takim dzieckiem jest bardzo trudna. Tutaj
          rodzice również wyśmiali nauczycieli. Nie zgodzili się na indywidualne zajęcia z
          peagogiem (u nas jest to również psycholog). Nie chodziło o odseparowanie
          dziecka, tylko o pół godziny dziennie rozmowy i zajęć z młym. Naczycielka wbrew
          w sumie woli rodziców zaprosiła więc panią psycholog do naszej grupy na stałe.
          Kiedy inne dzieci biegną na zajęcia dodatkowe, mały rozrabiaka zostaje z
          psychologiem (zajęcia dodatkowe są płatne, rodzice tego chłopca nie zapisali
          małego na nie). Do tego wzmożona opieka nauczycielki nad chłopcem. Sytuacja była
          coraz lepsza. Mój syn coraz rzadziej skarżył się na kolegę.
          Niestety rodzice chłopca się zbuntowali i zrezygnowali z przedszkola. Nie
          wiadomo - być moze zabrali go do innego, po prostu wypisali go z naszego. Moim
          zdaniem to najgorsze rozwiązanie, tym bardziej, że wysiłki pedagogów zaczęły
          przynosić efekty.

          W sytuacji przedstawionej przezciebie - cóż, trudno oceniać. Nie wiem jakie są
          możliwośći prawne. Chciałabym, żeby były w Polsce możliwości wysłania takiego
          rodzica na obowiązkowe zajęcia z psychologiem, pedagogiem. A dzisiaj można
          pewnie jedynie złożyć wniosek o ograniczenie praw rodzicielskichsad Bo nawet
          zwykły kurator będzie nas odwiedzał raz na kilka m-cy. Ech..
        • kachwi1 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 12:04
          może to?
          "Mścić się na synu?"
          lub
          "To jest po prostu taki zamknięty w sobie chłopiec, blady jak anemik,
          taki jakiś nieporadny i zaduszony przez ojca... Zawsze boję się że mi
          zemdleje ze strachu na zajęciach."
          • procesor Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 12:56
            umiejętność czytania ze zrozumieniec - cnotą jest smile

            wyrwane z kontekstu - grożnie zabrzmiało
            a w całości było tak:
            "Powiedzieć w dyrekcji? Mścić się na synu?"
            ja to odczytałam że powiedzenie - o wizycie ojca konkretnie w tym wypadku, bo to
            jest bulwersujące, jego propozycje - dyrekcji byłoby w pewnym sensie mszczeniem
            sie na chłopaku, bo reakcja dyrekcji rykoszetem od niego by sie odbiła..

            a ty przepraszam - co myślałaś??

            co do opisu ucznia.. - skąd od razu taka pewność w osądach że nauczyciel nic nie
            robi tylko sklasyfikował go "chudy, anemik, przestraszony"

            ja akurat widzę że nauczycielka dyskretnie obserwowała go - wie np. że ma
            pieniądze na kupienie czegoś w sklepiku do jedzenia - a doprawdy, mój mąż o
            OGROMNYM apetycie w szkole średniej wyglądał jak nitka i był bladym dryblasem -
            a pochłaniał mnóstwo kalorii smile

            strach - na litośc - to JEJ odczucia
            jeśli ona nie zastarsza uczniów, a nie podejrzewam tego, to co ma mówić do
            16-18latków "nie bój sie chłopcze"?
            nie mówiąc o tym że on może tylko tak WYGLĄDA - zresztą jeśli sie nie
            przygotowuje do lekcji i zeszytu nie ma - ma pełne prawo się bać..
            • anek.anek Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 13:00
              upierać się bdę, że jeśli sama przyznała się do tej "dyskretnej obserwacji" i
              jej wyniki wzbudziły niepokój, to powinna zareagować. Naprawdę wsytarczyło może
              zwrócić uwagę wychowawcy.
              I chyba się nie dogadamy. Naprawdę szkoda, że autorka wątku nie odpowiedziała na
              postawione tu pytania. Pewnie czyta to, ale boi się już cokolwiek tu napisaćsad(
              Szkoda, bo ja szczerze jestem zainteresowana konkretami.
            • monia145 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 13:08
              Najwidoczniej tylko Ty jedna potrafisz czytać ze zrozumieniem, pozostałe 99%
              osób,które zbrało tu głos nie opanowało tej sztuki, jest uprzedzona do
              nauczycieli, i z góry przesadza o ich winie, tak?
              Autorka watku nie zareagowała oburzeniem na nasze ( m.in moje) próby zrobienia
              z niej potwora, który ma zamiar mścić się na uczniu, a wypowiadała się po
              takich postach, to chyba o czymś świadczy? Dla mnie to było nieprzemyślane
              zdanie ale dotyczyło czegoś innego niż Ty sugerujesz.
              Szkoda, że autorka watku jest nieobecna i nie broni swoich racji.
              • monia145 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 13:10
                To 99% forumowiczów dotyczy tych,którzy wypowiedzieli się na temat tej zemsty,
                oczywiście. Nie wszystkich, którzy tu napisali.
                • procesor Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 13:28
                  OK
                  masz rację smile

                  autorka to potwór który w ramach zemsty na pewno szykuje coś strasznego..
                  wszyscy nauczyciele to nieczułe dranie
                  biora forse za nic i nic ich nie interesuje

                  a to że odpowiadała tylko pierwszego wieczora po założeniu tego wątku
                  oczywiście nie ma żadnego związku z tym że jest zawalona pracą na koniec roku -
                  bo spora część uczniów przypomniała sobie o bliskim wystawianu ocen..

                  czytac pewnie jeszcze ten wątek poczytam ale usilnie będe sie starać nie pisac smile
                  bo i tak wyrok został wydany
                  • anek.anek dziewczyny! 31.05.06, 13:39
                    mój żal, że autorka zniknęła i nie odpowiada na pytania jest zupełnie szczery!
                    Ja naprawdę uważam, że szkoda, że jej tu nie ma - w tej historii jest bardzo
                    wiele niedopowiedzeń i gdyby aktywnie uczestniczyła dalej w dyskusji, być może
                    zupełnie inne wnioski mogłabym postawić. Ale na razie opieram się wyłącznie na
                    przekazanych informacjach, a te prowadzą mnie do do takich a nie innych stwierdzeń.
                    Naprawdę też podejrzewam, że autorka śledzi ten wątek, ale normalnie boi się już
                    tu odezwać - to nie jest zarzut wobec niej. ja też miałabym obawy przed
                    zaszczuciem. Tylko, że moim celem nie jest ani jej upokorzenie, ani bezmyślne
                    zwymyślanie. Dlaczego mam przechodzić obojętnie wobec obojętności. Jeśli takiej
                    nie było, to autorka może winić tylko siebie za reakcję - nie powiedziała tu
                    nic, co sugerowałoby, że ktoś wcześniej się zainteresował tym problemem.
                    Rozpoczynając taki wątek trzeba się liczyć z konsekwencjamisad
                    i ja też już kończę, bo naprawdę się niedogadamy.
                  • monia145 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 14:04
                    Pomimo tego wyroku, który jak piszesz został już wydany, a ława przysięgłych
                    była jednomyślna, byłaś świetnym adwokatem, chociaż tylko z urzędusmile))
                    Pozdrawia Cię oskarżyciel w tym procesiesmile))
                  • sylwii32 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 14:07
                    Jak sie czyta (a przeczytałam wszystko)to sie płakac chce

                    Znam taka sytaucje
                    Było to nascie dobrych lat temu
                    do szkoły do miasta trza na autobus rano bo 7.00rankiem
                    Ale wczesniej trzeba było czasem siano przewracac o 5 rano
                    a jak wiosna czy jesien to z krowa ganiac od powiedzmy 4.30 zanim do szkoły bo
                    zwierz musi jesc a i dziecko zarobic na zarcie musi
                    W autobusie 15 minut jazdy z regółły wyzwiska,popychanki a czasem i przemoc
                    fizyczna innych uczniów
                    Oczywiscie jak dzis w autobusie nauczyciel
                    Dziewczynka dziecko bo 4 klasa była otyła zakompleksiona i zduszona przez
                    rodzine
                    Po szkole albo pole u siebie albo harowanie u kogos bo jedzenia za darmo nie ma
                    połajanki jak sie uczy ze ledwo ciagnie
                    Wiem bo widziałam czytanie ksiazek ze swieczka pod kołdra!!!!!!!!!!!!
                    Ha myslicie ze jak to nazywano?fanaberie

                    Niewiem co z nia dzis sie dzieje
                    Wiem ze w czwartej nie zdała nikogo nie obchodziło dlaczego
                    Mysle ze strach nawet jak umiała tak ja blokował ze nie pozwalał dosłownie na
                    nic
                    Przeciez od zawsze dorosli mieli tylko wymagania
                    A wiadomo ze najwazniejsi w tym to postawa rodziców
                    Jednak czy to zwalnia szkołe???

                    Moze chłopak ma podobnie dzis przeciez tez sa takie dzieci
                    Kto z Was mysli pod ogromna presja
                    Kto mysli o sobie ze cos moze,umie ,nalezy mu sie jak ciagle by słyszał chodzby
                    i w pracy ze jest gó.. wart,nic nie potrafi,musi przestac zerowac
                    Moze robi co tylko moze by zadowolic tatusia

                    Dzieci maltretowane niestety wola milczec,po co sciagac wzrok innych
                    Moze inni beda traktowac go podobnie
                    A mowienie boli.....


        • alexandra74 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 14:29
          To, że ma wątpliwości, co robić w takiej sytuacji i dopuszcza ewentualność o
          mszczeniu sie na chłopaku za głupotę tatusia.
          Nauczyciel - ciężki i marnie płatny zawód, trzeba go wybrac kierując się
          powołaniem a nie przypadkowo.
          Współczuje nauczycielom - dzisiejsza gimnazjalna i licealna (własciwie
          podstawówkowa także) młodzież jest straszna i ja nie chciałabym być
          nauczycielem za żadne pieniądze.
          Z reguły kilka razy w roku szkolnym rozmawiam osobiście (oprócz wywiadówek) z
          nauczycielami o ocenach i zachowaniu syna i stwierdzam, ze niektórzy traktują
          nawet mnie, dorosłą osobe bardzo protekcjonalnie, z wyższością.
          Wielkie "profesory" się znalazły!
          • elf1977 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 15:19
            Nauczyciele są ludźmi, są sympatyczni i mniej sympatyczni. Mnie z góry traktuje
            np pani w urzędzie czy na poczcie, a nie wygłaszam sądów przeciwko wszystkim
            urzędnikom...
            Dużo domysłów i domniemań w tym wątku, mało konkretów. Z krótkiego postu
            wywnioskowano, że chłopak maltretowany i zasczuty, nauczyciele źli i pozbawieni
            dobrej woli. Jak jest naprawdę - nie wiemy. Ja wiem jedno, uczniów na drugi
            rok zostawia się ostatnio baardzo rzadko, jak ktoś zostaje, przeważnie na swoje
            własne życzenie, kompletnie nic nie robiąc cały rok. Prawdopodbnie chłopak w
            liceum znalazł się przez przypadek (w końcu ostatnio wszyscy garną się do
            liceów, a nie czarujmy się, że wszyscy się do niego nadają. Poziom spada
            dramatycznie, ale to już na inny wątek). A teraz boi się, bo po prostu nie
            nadąża i sobie nie radzi. Ale czy to wina nauczycieli? Może powinien kończyć
            inną szkołę? Trochę obiektywizmu, ludzie. Mam wątpliwości, czy autorka wątku
            jest nauczycielem, a jeśli już, to chyba od niedawna. Rozsądny nauczyciel nie
            napisałby listu w tym tonie.
            I to tyle zmojej strony, kolejny raz się przekonałam, że winny wszystkiemu jest
            nauczyciel i że wiele osób tylko czeka, żeby mu przywalić. Nie chodzi o to, że
            autorce wątku się dostało, chodzi o ogólną ocenę szkoły, jaka wyziera spoza
            większości wypowiedzi. A ciekawe, skąd się w takim razie urwali ci dobrzy
            pedagodzy, których ja znam całkiem sporo? Wiadomo, nie wszyscy są ideani,
            niektórzy się wręcz nie nadają do tego zawodu, ale jednak upgolnianie boli...
            • alexandra74 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 15:51
              Nauczyciele są ludźmi, są sympatyczni i mniej sympatyczni. Mnie z góry traktuje
              >
              > np pani w urzędzie czy na poczcie, a nie wygłaszam sądów przeciwko wszystkim
              > urzędnikom...


              Napisałam: niektórzy nauczyciele trktuja mnie protekcjonalnie.
              • ulus Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 18:10
                A co powiecie o takiej sytuacji, Matka 17- latka pojawia się teraz, na 2 tyg
                przed wystawieniem ocen i płacze, aby syna przepuścić, a chłopak cały rok nic
                nie robił,poza wulgarnymi odzywkami, nie wyrażał żadnej chęci poprawy...
                Gdzie ta matka była wcześniej? Co miesiąc są zebrania, siedzimy w szkole po
                kilka godzin do dyspozycji rodziców i jej nie było. Nawet jak została
                poinformowana o grożącej ocenie niedostatecznej, nie pojawiła się u mnie,kiedy
                był jeszcze czas, aby jakoś ucznia zmotywować do pracy. A teraz jak nie zda, to
                oczywiście ja będę tą wredną ... co go oblała.Bo on poprawki nie zda, wg słów
                mamy, więc powinnam mu teraz postawić dwójkę...
                • anek.anek Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 18:24
                  miałam już się nie odzywać, ale nie mogę.
                  Nie widzisz różnicy w opisanej przez Ciebie sytuacji a przedstawownej przez
                  autorkę wątku?
                  Tak, szansę na poprawkę zawsze możesz dać, ale jak młody nie zda, to bez
                  skrupułów postaw jedynkę. Nie będziesz wredna tylko uczciwa.
    • mat.teacher No więc sytuacja wygląda tak... 31.05.06, 18:36
      Sprawa "obiła się" o dyrektora.
      Po kolei wzywano nas - nauczycieli u których chłopiec jest zagrożony i złożono
      nam propozycję nie do odrzucenia- my damy ocenę dopuszczającą a ojciec
      przeniesie chłopaka do innej szkoły w nowym roku szkolnym.
      Dyrektor został przekupiony według mnie i innych. Ojciec udał się do
      najwyższej szkolnej instancji i załatwił wszystko sam.
      I co teraz? Jak ja się wytłumaczę przed innymi uczniami? A może wszystkim
      zaliczać BO TAK.
      • anek.anek Re: No więc sytuacja wygląda tak... 31.05.06, 20:04
        no to nieźle. Współczuję takij "instancji wyższej".
        A jak się nie podporządkujecie, to co? Przecież Was nie zwolni?
        • alexandra74 Re: No więc sytuacja wygląda tak... 01.06.06, 08:25
          Zwolnić nie zwolni ale jak wszedzie - po prostu uprzykrzy życie. Mój dyrektor
          celował w takich akcjach - klient (zazwyczaj stary znajomy) walił wprost do
          niego a on do nas z poleceniem służbowym - i wszystko dało się załatwić, nawet
          nie całkiem zgodnie z prawem. Zaznaczam, że nie mnie osobiście taka sytuacja
          sie nie zdarzyła ale koleżankom z pokoju owszem.
      • janowa Re: No więc sytuacja wygląda tak... 31.05.06, 20:19
        A wszystko rozbija sie o to, ze wczesniej nikt nie wyjasnil sytuacji. Czy
        rozmowa z uczniem z inicjatywy nauczyciela jakos boli? Podwaza autorytet?
        Wykracza zbytnio poza obowiazki? Chyba nie, prawda?

        Mat, jezeli widzialas to, co jak opisalas - dzialo sie z tym chlopcem przez caly
        rok i nie zareagowals, to moim zdaniem masz sobie cos do zarzucenia. Niezaleznie
        od ilosci uczniow, bo przeciez nie wszyscy z nich maja problemy z nauka. Moglas
        chociazby porozmawiac z wychowawca, jezeli on tez nic nie robil... Nie wiem, czy
        chlopak ma rzeczywiste problemy w domu, czy jest malo zdolny i nie powinien byc
        w tej szkole - ale ty, a juz na pewno wychowawca, powinniscie to wiedziec.
        Moim zdaniem. I nie ma to nic wspolnego z zaszczuwaniem nauczycieli jako ogolu
        czy tez ciebie jako jednostki. Uwierz.
        Po prostu - opisalas sytuacje, w ktorej postawa grona pedagogicznego w tej
        szkole pozostawia sporo do zyczenia. A lapowkarstwo tylko dopelnia obrazu sad
        ---
        "Bo tak normalnie to człowiek (kobieta człowiek ma pierś, a na niej cyce) wink"
        bonkreta
    • janka19 Re: Rodzic w szkole. Nie mogę. 31.05.06, 20:00
      Nawet nie jestem zbytnio zdziwiona. Samo zycie.
      A tatuś synka i tak ze szkoły nie zabierze, załozymy się ?
    • mat.teacher Zwolnić nie zwolni ale.... 31.05.06, 21:56
      ...
      Dyrektor za odmowę przepuszczenia chłopaka oczywiście oficjalnie nas zwolnić
      nie może ale potem będzie się dochrzaniał do wszystkiego, robił wizytacje,
      kontrole dziennika. itp. Wystarczy że będzie chciał dokładne plany prowadzenia
      zajęć- niby mam zrobione ale nie tak szczegółowo... Dotychczas nikt z
      dyrektorem nie walczył i nie wiadomo na co go stać sad

      Okropnie się poczułam przed samymi wakacjami.
      Może naprawdę czas zmienić pracę??

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka