mama.igora
19.11.06, 16:06
Poszlamz malym na spacer. Pikena pogoda, slonce, niestety bez malza, bo w
pracy siedzi. Ide sobie, taka sciezka rowerowa nad rzeka. Drzewa, spokoj,
mialam nawet chlebek, zeby maly kaczkom porzucal. Sielana po prostu.
Patrze, idzie kot spomiedzy traw. Mowie do Igora: Zawoalj kotka, jak wolasz
kotka. No ale patrze k***a na kotka, a on taszczy mysz zdechla, co to jeszcze
jakies nerwy jej dogorywaja i raz po raz podskoczy. Do tego odwrocona tym
bialym od spodu, rozkraczona.
Spocil mi sie grzbiet, ominelam kocura wstretnego szarego (tak 3 metry ode
mnie byl). Stanelam, sztywna, i takie zaczely mna dreszzce obrzydzenia
rzucac, nie moglam tego powstrzymac, ze az popuscilam!!!! Dzizys, pierwszy
raz cos takiego w zyciu mi sie zdzarzylo, to znaczy to popuszczenie.
Ja jestem taka ze wszystko mnie obrzydza, wielu rzeczy sie boje. Ale koty
wywoluja u mnie wstret wyjatkowy. Dlatego miedzy innymi, ze kotek mial piekna
obrozke, zaraz pojdzie do pani i pana po szafkach w kuchni sobie lazic, lizac
ich po twarzach, gosci kurna lizac po nogach. Nienawidze kotow!!!!