anja0123
13.04.07, 14:12
Zawsze wydawalo mi sie, ze posiadanie dziecka, to taka oczywista sprawa. Ze
owszem, matki kochaja wlasne dzieci, ale to cos tak naturalnego, ze
przechodzi sie nad tym do porzadku dziennego i sie o tym nie rozmawia, bo nie
ma oczym. A mnie tak to wszystko od srodka rozpiera, ze mam potrzebe wylania
tego z siebie. Boje sie, ze ci, ktorzy dzieci maja, nie chca na ten temat
rozmawiac albo uznaja mie za egzaltowana, a ci, ktorzy dzieci nie maja, moga
nie zrozumiec. Mam potrzebe, aby napisac to czarno na bialym. Bo boje sie, ze
za jakis czas, za pare lat, albo moze juz za pare tygodni – kto wie – to
wszystko spowszednieje, przyblednie. Ze kiedy sie pierwszy raz na moje
dziecko rozzloszcze, albo kiedy przestanie mnie juz tak potrzebowac, jak
teraz, zapomne jak czulam sie w tych pierwszych miesiacach jego zycia. Jak
rozpiera mnie tak ogromne szczescie, tak ogromna radosc, ze graniczy ona
niemal z bolem. I ogromnym strachem, ze nagle ta radosc moze zostac odebrana.
I ze z kazdym dniem ono rosnie, staje sie starsze, i te dni juz nigdy nie
powroca. Jak za kazdym razem, gdy trzymam je na rekach, to czuje sie, jakbym
miala w srodku wielka mydlana banke, jak bym unosila sie troche w powietrzu.
Dlaczego nigdy o tym nie slyszalam? Ze taka wlasnie jest milosc do wlasngeo
dziecka? Najsilniejsze uczucie, jakie moge sobie wyobrazic. Przestalam sie
dziwic tym matkom, ktore oburzaja sie, gdy slysza, ze ich dzieci zrobily cos
okropnego. Nie wierze, ze milosc do faceta moze byc slepa, ale milosc do
dziecka taka jest.
A zdrugie strony, tak jak napisalam, boje sie, ze za jakis czas ta milosc
przybladnie, ze nie bede sie juz tak czula i ze to bedzie ogromna strata. Ze
pewne rzeczy zapomne. Na przyklad to, jak moje dziecko rano smieje sie na moj
widok, czasem cala buzia, az mu oczki sie zwezaja w szparki, a czasem takim
pol usmiechem typu Elvis Presley. Jak spi glebokim snem i robi sie takie
bledziutkie na twarzy, az mu sie powieki prawie niebieskie robia. Jak robi
buzie w podkowke. Jak rozmawia ze swoimi zabawkami. Jak zlosci sie dwie
minuty, gdy je klade spac, a potem natychmiast zapada w gleboki sen. Jak jest
zmeczone i namietnie ssie smoczek, szukajac w tym ukojenia. Jak paluszkami
wczepia sie w moje ubranie. Jakie ma chlodne i puculowate policzki. Jak
zawsze pije z przejeciem, z zacisnietymi piastkami, wydajac westchniecie po
kazdym lyku, jakby obalenie butelki bylo dla niego ciezka praca. Jak, za
kazdym razem gdy placze, peka mi serce na kawalki. I jak sie goi, gdy sie
usmiecha. Jak w jednej chwili jest smutne i zle, a w nastepnej radosne. Jak
sie przeciaga i jak ziewa. Jak pachnie. Jakie jest sliczne.
Wydaje mi sie, ze to wlasnie dlatego ludzie decyduja sie na drugie czy
trzecie dziecko. Bo przeciez to tak naprawde to ciezka praca, brak czasu,
brak snu, i tak dalej. Potem dzieci rosna i robi sie latwiej, ale znowu
zaczyna sie tesknic za tym uczuciem, ktore sie czuje do malenkiego dziecka,
Do tej euforii i bezwarunkowej milosci.
To takie moje refleksje po pierwszych paru miesiacach macierzystwa. Ciekawa
jestem Waszych.