iwonag25
06.07.07, 20:18
Mój "kochany" tatuś - pijaczek znowu nawalił. Ale ja chyba przesadziłam i mam
mętlik w głowie.
Otóż, moja siostra robi remont pokoju. Poprosiła ojca, żeby jej pomógł.
Właściwie to ojciec jak tylko usłyszał słowo 'remont' to sam zaproponował
pomoc. Siostra i mama postawiły mu tylko jeden warunek. Gdy zobaczą że pił,
koniec robienia.
I oczywiście pierwszy dzień pijany, drugi, trzeci...
Dzis mijają 2 tygodnie remontu (malowanie ścian i kładzenie paneli), a pokój
nawet w połowie nie jest zrobiony (16m2).
Dzisiaj siostra robiła remont razem z ojcem. Wyszła do łazienki na chwilę, a
po powrocie, ojca już nie było. Wrócił za 15 minut - ledwo się trzymał na
nogach.
Siostra powiedziała mu, ze w takim razie ma nie robić więcej dzisiaj, a on na
upartego właził jej do pokoju. Po kilkukrotnym wyganianiu go przez siostrę z
pokoju, wkroczyłam do akcji.
We dwie nakrzyczałyśmy na niego, że w takim stanie nie jest nam do niczego
potrzebny, żeby sobie gdzieś polazł skoro nie ma co ze sobą zrobić. Na
wychodne wykrzyczałam mu, że dziękuję mu za spieprzone życie i za to, że
przyszło mi być córką pijaka.
Poszedł na balkon i ... płakał skrycie.
A ja mam wyrzuty sumienia, że za ostro go potraktowałyśmy. Ale w sumie jak on
nas traktuje? Od dzieciństwa żyjemy w strachu, codziennie musimy patrzeć jak
tatuś się zatacza. Niejednokrotnie wycierałyśmy jego szczochy. Tłumaczę to
sobie właśnie tak, ale jak pomyślę że on płakał... Mimo że ja wiele łez przez
niego wylałam.
Mój mąż mówi, że bierze nas na litość, żebym się nim nie przejmowała.
Ale ja boje sie że może coś sobie zrobi. Z drugiej strony jestem tak
wściekła, że nie mogę sobie miejsca znaleźć. Wypiłam już melisę, ale mało
pomogło.
Jestem rozdrata psychicznie i wyżywam się na moich bliskich. I naprawdę
czuję, że ojciec spaprał mi życie. Nie potrafię się nim w pełni cieszyć.
Może było by lepiej bez niego...