messinmyhead
24.07.08, 15:08
Wlasnie przeczytalam watek "boje sie kredytu" i postanowilam sama
opisac swoja sytuacje, bo juz sama nie wiem co robic.
Generalnie chodzi o to, ze tak jak i w tamtym watku najwiekszym
problemem mojej rodziny jest brak wlasnego kata. Przeprowadzalam sie
juz kilkanascie razy w doroslym zyciu a konca nie widac. Mam juz
dosc wiecznego przywyczajania sie i odzwyczajania do nowych
mieszkan, okolicy, sasiadow, wiecznego urzadzania sie 'na nowo',
wiecznego zaczynania wszystkiego od poczatku. Pochodze z Warszawy,
maz z Olsztyna i mimo ze zawsze jakos sobie radzilismy finansowo to
nigdy nie stac nas bylo na kredyt, nie mielismy zdolnosci
kredytowej. Teraz pracujemy z mezem za granica i w koncu
mamy "upragniona" zdolnosc kredytowa ale przez ten caly skok na
rynku nieruchomosci nie wiemy czy ryzykowac, czy nie wkopiemy sie na
cale zycie w studnie bez dna. Musielibysmy wziac co najmniej 300
tysiecy na 30 lat, i placic raty po 1800-2000 zl, oczywiscie mowie o
malym mieszkaniu 2 pokojowym w wielkiej plycie bo co innego kupie z
za te pieniadze w Warszawie. No moze 3 pokoje w wielkiej plycie POD
Warszawa i wydam w perspektywie lat kupe kasy na dojazdy, nie mowiac
o tym ile czasu to zajmie. Kolejna sprawa to to jakby to nasze zycie
wygladalo po oplaceniu raty. Mysle, ze maksymalne maksimum jakie
mozemy zarobic z mezem w Warszawie to 4-5 tysiecy zlotych, wiec za
2200-3000 musielibysmy utrzymac 3 osoby, oplacic przedszkole,
dojazdy, ubrania, wakacje... wszystko. Wiem, ze mozna, wiem ze da
sie ale... no wlasnie i tu pojawia sie ale. Mamy alternatywe -
mozemy zamieszkac u tesciowej, pod Olsztynem w jej mieszkaniu. Ona
mieszka jeszcze gdzies indziej, wiec bylibysmy niby niezalezni. Tyle
ze tesciowa lubi ukladac zycie innym, do tej pory nasze relacje byly
poprawne ale boje sie jak to by wszystko wygladalo gdybysmy
mieszkali u niej.
Ona twierdzi, ze by sie nie wtracala, ze to marnotrawstwo kupowac
inne mieszkanie skoro jej duze mieszkanie stoi puste, ze jestesmy
glupi po prostu, honorowi z ten zly sposob, ze jeszcze za malo zycia
znamy etc. Tak twierdza tez niektorzy nasi znajomi, tak twierdzi
czesc rodziny. Z kolei druga polowa - znajomych i rodziny (zwykle ci
ktorym sie po prostu lepiej w zyciu powiodlo albo ci ktorzy zdolali
kuoic mieszkania przed "gorka") mowi zebysmy nie byli jeleniami,
naiwniakami - ze jak mamy szanse na wlasne mieszkanie na kredyt, to
zeby brac i nie ogladac sie na tesciowa. Puszczaja gadki w stylu
lepsze ciasne ale wlasne(nawet Ci ktorzy dostali 50 procent kasy na
m od rodzicow), ze satysfakcja wieksza itd. Ze bedziemy oplacac
czynsz, remontowac, urzadzac mieszkanie ktore nigdy nie bedzie nasze
i w ktorym tesciowa zawsze bedzie mogla rzadzic. Ze to zadna
niezaleznosc. A ja juz sama nie wiem, nie wiemy oboje jakas podjac
decyzje. Boimy sie, ze po powrocie do Polski znowu nie bedziemy miec
zdolnosci kredytowej, ze moze juz nigdy nie bedziemy jej miec, ze
uzaleznimy sie w pewniem sposob od tesciowej, ze mozemy miec
problemy z praca w Olsztynie, ze znowu bedziemy u KOGOS...
Tak bardzo brakuje mi stabilizacji, ale w tym wszystkim nie wiem juz
jak i gdzie jej szukac. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze obawa o
corke, ktora poki co jest malutka i niewiele rozumie ale juz
niedlugo zacznie, i to ciagle zmienianie miejsca pobytu, srodowiska,
brak wlasnego domu zacznie tez ja dotykac. Chce miec wlasny kat,
wlasny dom, chce w koncu kupic sobie swoje meble, bibeloty, urzadzic
sie a nie kupowac to co praktyczne i tanie - bo trzeba bedzie i tak
oddac czy sprzedac przy kolejnej przeprowadzce, chce by moje dziecko
mialo swoj pokoj, swoje rzeczy a nie ciagle tylko cos
tymczasowego...ale jakim kosztem, czy za wszelka cene? Jak to
rozwiazac...?