hrabina_murzyna
13.08.08, 23:02
Po prostu chyba go nie kocham. Mam dość życia bez planow, radości z
dnia codziennego. Jutro nasza rocznica ślubu- 4 rocznica. Nie
spodziewam się już nic, żadnego prezentu, spędzenia razem czasu. Ot
dzień jak co dzień. W zasadzie to zawsze tak było, pierwsza rocznicę
przepłakałam, drugą spędziliśmy z rodzicami, rok temu mi całkiem
powiewała. Podarłam zdjęcia ślubne, cofam się wstecz i w zasadzie to
chyba nigdy nie byłam z nim szczęśliwa. On mnie zatruwa, zabija moją
radość. Kiedy wchodzę do domu to tak jakby mnie ktoś wypuścił w inny
świat, jakiś popaprany. Kiedy go widzę w progu gasnę, tłumię w sobie
złość pomieszaną z żalem i smutkiem. Nie tak powinno być, nie teraz
kiedy jestem taka młoda, pełna planow. Szkoda, że tak poźno
przejrzałam na oczy. Szkoda, że nie słuchałam mamy kiedy trąbiła mi
donośnie nie będziesz z nim szczęśliwa. W zasadzie została mi praca.
Nie mam znajomych, przyjaciołki od serca, ktorej można się wygadać.
Cały swoj czas poświęcałam jemu, pracy. A teraz co? Szef mnie wysłał
siłą na urlop, w zeszłym roku nie byłam. Nie chciałam tego, bo co ja
niby mam na tym urlopie robić. Być z nim, patrzeć na niego, podawać
mu obiad, myć gary i wyrzucać jego pety z popielnicy. Mogłam wykupić
sobie wycieczkę, stać mnie, ale jak to tak bez męża. A teraz siedzę
i szukam usilnie byle uciec, pojechać gdzieś i mieć nadzieję, że po
powrocie nie zastanę go w swoim domu, że będę miała na tyle odwagi,
by puścić się z pierwszym lepszym, rozwieść i uciec od tego
zasranego życia. By przejrzeć w końcu na oczy i żyć bez balastu, bez
tego wampira.