zebra12
22.10.08, 06:06
Różaniec, kościół pełny, dzieci siedzą na stopniach ołtarza i trzymają wielki
różaniec. Kończy się liturgia. Jacyś mali chłopcy, może z zerówki, może z I
klasy coś do siebie szepnęli. Ksiądz jak sęp, zleciał na nich z góry, po
drodze piorunując ich już wzrokiem, którego nie widzieli, bo byli zwróceni do
siebie. Złapał za kołnierze, uniósł w górę, pouczył gwałtownym tonem (czyt.
nawrzeszczał) i rzucił nimi na dwa boki, jak małymi szczeniakami...
Chłopcy upadli na posadzkę, jeden zaczął płakać. Ksiądz z daleka pogroził mu
palcem. Wszyscy rozmodleni, cisza, każdy patrzył. Zero reakcji...
Wiecie co? Ja jednego nie rozumiem: dlaczego ksiądz nie został nawet zganiony
ani żadna mama nie przyszła z nim porozmawiać. Tymczasem kilka zadrapań na
ciele pięciolatka z innego wątku to już "pobicie"!
Czy to nie dziwne?
Podobnie ze zbiórką pieniędzy na komunię ( tak, tak, mam dziecko w II klasie).
Ten sam ksiądz zbiera 50 zł na: książeczkę, różaniec i obrazek. Otóż taki
różaniec kosztuje 5 zł, książeczka 10 i obrazek z oprawką 10... Tłumaczę
matkom, że lepiej kupmy same, bo po co przepłacać. Ale w odpowiedzi słyszę:
ksiądz też musi coś z tego mieć...
No ludzie! Niechby tak nauczycielka zamiast 35 zł, zbierała na wycieczkę 50 z
w imię, że też coś z tego musi mieć...