Myślałam, że mam najgorszych sąsiadów pod słońcem, bo mruki
straszne, bo dzień dobry nie mówią, bo niekomunikatywni zupełnie.
Myślałam, że sąsiad z góry, który przez 10 miesięcy remontował swoją
chatę, burzył ściany, wyrywał futryny, przenosił rury to diabeł
piekielny. Myślałam, że ukatrupię dziada jak przez jego remont
spadły mi płytki ze ściany, zablokował mi wentylację, spowodował
przeciek gazu, pozbawiał mnie wody na weekendy, wysadził mi
elektrykę, na koniec zalał moją łazienkę. Myślałam, że w związku ze
zniszczeniami mojego mieszkania czeka mnie batalia sądowa z
sąsiadem. Dzięki niebiosom moi sąsiedzi od remontu nie są ematkami i
możemy sobie dzisiaj razem pić kawusię i jadać kolacyjki.
Apeluję, dajcie Drogie Panie czepialskie żyć innym. Wszystko jest
kwestią dogadania się wzajemnie i naprawdę są większe problemy
podczas remontów sąsiada niż nieśpiące dziecko czy wór śmieci pod
drzwiami. To tak w nawiązaniu do tych upierdliwych wątków