Pięknie jest. Po prostu pięknie.
Miało być lepiej, jest coraz gorzej. Byłam dziś po raz kolejny w tym
cholernym MOPSie dowiedziecieć się, dlaczego jeszcze nie dostałam decyzji o
przyznaniu zasiłku, nie mówiąc o pieniądzach. Oczywiście z dzieckiem.
Po kilku godzinach stania w kolejce - tym razem powiedziałam, ze nie
odpuszczę - poinformowano mnie, że mój wniosek ZGINĄŁ. Tak po prostu.
Z wymęczoną Alą, wyjącą, ledwie co przytarabaniłam się do domu (przy
wchodzeniu do tramwaju mało co nie wypadła z wózka i narobiłam histrii na
cały tramwaj). Padnięta, zalana łzami, próbowałam ją nakarmić i uśpić, też
wyjącą, co zajęło mi dwie godziny. Nawet, k...wa wysikać się nie mogłam.
Mam dość. Po prostu dość!!! Przede mną kolejne formalności przy załatwianiu
chrztu, kolejne żebranie o kasę u mojej siostry, użeranie się z exem, który
NIE MA WARUNKÓW do bycia tatusiem, użeranie się matką, której trzeba
tłumaczyć po raz milionowy, że teraz to zasiłki od gminy są a nie z ZUSU i że
na pewno dobrze wypełniłam wniosek. Tak, znowu będę winna, że ZGUBILI te
cholerne papiery, że nie potrafię nakłonić exa do płacenia itd, itd, itd....
Do tego kuźwa znowu SAMA muszę się z wszystkim zmierzyć. Znowu tłumię w sobie
zazdrość, gdy patrzę na matkę mojej koleżanki, która dzień w dzień pogina z
jej synkiem do parku, podczas gdy koleżanka jeździ sobie samochodem po
mieście i SPRAWY załatwia, a jej mąż uczciwie chleb młotem wykuwa. Zalewa
mnie frustracja i żółć, tak, i jest to kolejne uczucie, którego nie mogę w
sobie wytępić.
Jakoś nie mogę dostrzec tej szklanki pełnej w połowie

((((((((((((