danaide
01.11.12, 15:06
Zagrałam dzieckiem.
Czuję się kompletnie bezsilna. Niby nic. Przyjechał ojciec. Powiedziałam mu, że nadal jest mi winny pieniądze za sprawę. Powiedział, że nie wie o czym mówię, wszystko zapłacił adwokatowi. Przywiózł też lekarstwa, niedostępne w Polsce. Co dalej? Czy najpierw ja zabrałam dziecko z powrotem do domu, czy on mi wyrwał torebkę z lekarstwami? Mała się rozpłakała. Powiedziałam jej, że pójdziemy po dokument - szybciutko się uspokoiła. Zniosłyśmy orzeczenie - twierdzi, że nie rozumie po polsku, do adwokata nie zadzwoni, bo nie będzie mu przeszkadzać w święcie (01/11). Ale sprawdzi. Nie jest złodziejem. Lekarstwa oddał. Dziecko poszło na spacer.
Tak, powiecie, do leczenia. Czemu to tak boli? Nie że sobie poszedł. Nie on jeden. Sama też odchodziłam. Chyba skopanie. Zabranie czegoś w co się wierzyło. Dlaczego boli tak, że nie jestem w stanie się podnieść? Wstać, otrzepać i pójść dalej. Czuć się wygraną - mam dziecko, alimenty, zasiłek (tak, są jeszcze normalne kraje...). Siedzę i ryczę. Z bezsilności. Bo czuję się wciąż atakowana, wykorzystana, zniszczona. Traktowana jak powietrze albo z pogardą, jak kto woli - jego matka przyjechała, nawet nie przyszła się przywitać, czeka gdzieś w pobliżu. Poczucie, że nikt mnie nie obroni, że sama muszę wszystko wydrzeć pazurami, bo przecież nikt nie usłyszy jak normalnie poproszę.