anusinek
29.10.04, 17:20
Dawno tu nie zaglądałam, moje plany wakacyjne wzięły w łeb, myślałąm, że
odpocznę- miałam trzy miesiące przerwy wakacyjnej (od października -
rozpoczęłam 4 semestr studiów). Mam dużo do wypłakania, bardzo dużo, więc
jeśli ktoś nie zechce czytać to zrozumiałe w 100 %, u Was też nie jest
bajecznie. Jestem już wykończona, aktualnie nie pracuję, zajmuję się swoją
córcią dwulatką. Ci, którzy wiedzą jakim "żywym sreberkiem z charakterkiem"
jest dwulatek to rozumieją o czym mówię. Dziecko wspaniale się rozwija, dużo
mówi, jest bardzo inteligentne, co ogromnie mnie cieszy oczywiście. Ale
faktem jest, że zajmuję się nią cały dzień, jestem zdana tylko i wyłącznie na
siebie. Wieczory (tzn. od godz. 22:00) wyglądają u mnie identycznie prawie -
ok. 30 minut gimnastyki, potem kąpiel, ewentualnie czasem odpowiem na jakiś
mail i od godz. 23:30 do 1:00 czy dalej uczę się. Przy gimnastyce oglądam
trochę film, czy wiadomości żeby być na bieżąco. Potem nadchodzi piątek -
przed dwudniowym zjazdem na uczelni. Do tej pory w piątki wybierałysmy się do
babci i dziadka, moja mama zaoferowała mi pomoc przed rozpoczęciem studiów, a
ja wiedziałam, że będą problemy. W moim domu rodzinnym zawsze była sztuczna i
chora atmosfera. Ojciec nadużywał alkoholu, potem się wyżywał, można
powiedzieć, że zniszczył tę rodzinę. Ja się wcześnie wyprowadziłam, została
mama i siostra. Finansowo byli i są ustawieni, co z tego, skoro brak tam
jakiegokolwiek porozumienia czy sympatii. Owszem jest sztuczna - na pokaz dla
ewent. gości. Ojciec parę lat temu zaczął się leczyć, ale zbajerował kogo
trzeba i zaprzestał terapii. Jest agresywny, co jakiś czas wyżywa się na tym,
kto jest pod ręką. Moją ogromną przyjaciółką i serdeczną powiernicą była moja
ukochana młodsza siostra. Ojciec zawsze jeździł po niej (nie miała pracy).
Siostry już nie mam. Przypuszczam, że jej organizm nie wytrzymał stałego
napięcia i konieczności bycia czujnym, bo sekcja zwłok nic nie wykazała.
Więc zostali sobie w dwójkę i z ogromem wzajemnych do siebie pretensji i
ukrytych wstrętów. Odwalili mieszkanie jeszcze bardziej i co z tego.
Więc do tej pory w piątki chodziłam tam z córką, w soboty i niedziele
zajęcia, wracałam tam wieczorem, kąpałam i karmiłam córkę. Kiedy córka była
młodsza, spanie tam w domu rodziców było bezproblemowe (ja też tam śpię z
nią, nigdy nie zostawiłam jej samej na noc). Po kąpaniu było mleczko i
spanie. Ja co prawda nie mogę się tam za bardzo uczyć, bo światło i
przeszkadza, bo świeci im w oczy (mają trzy pokoje), albo hałas, itp. Ale to
nie istotne. Jak pisałam , wiedziałam, że będę zdana na siebie i zacisnę zęby.
Ostatnie miesiące (to znaczy już jak zaczynałam 3 sem. moja córka zaczęła
gorzej tam zasypiać - sądzę,że to z powodu nadmiaru wrażeń, poza tym
dorasta). U mnie w domu jest raczej bezproblemowo. U babci jest płacz ogromny
przy kapaniu, mleka nie chce, spać też nie. Siedzi i ryczy chce,żeby przyszła
babka i zabawę. Moja matka zupełnie nie liczy się z moim sposobem
wychowywania dziecka. Rozmawiałam o tym z nią wielokrotnie, aby nie pozwalała
jej na wszystkie fanaberie, bo w efekcie, to czego nauczę ją w domu, tzn np:
sprzątania swoich zabawek po zabawie, grzecznego pójścia spać czy kąpać -
wszystko to bierze w łeb. Mała już nawet nie wita się ze mną jak w sobotę czy
niedzielę wracam tam po zajęciach do niej. Wiadomo, że dwulatek to dwulatek,
ale moi rodzice zapomnieli już jak to było. Fantazjują, że ja i siostra nie
płakałyśmy, co jest bzdurą, bo stosowali wobec nas wyjątkowo perfidne metody,
łącznie ze straszeniem mnie oddaniem do domu dziecka, no nie będę o tym
pisać. Dzieciństwo moje i siostry było mocno "niespecjalne". Więc począwszy
od piątku, nocy z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę mała budziła się w
nocy, popłakiwała, wyrzucała mnie z łóżka, cuda się działy. Było mi cholernie
przykro, wiedziałam, że to znowu zasługa działań mojej matki (przypuszczam,
że nieświadomie to robi) to typowe działanie, którego mechanizm rozumiem -
ona daje jej wszystko i na wszystko pozwala dla świętego spokoju. Potem się
chwali, że mała nie płakała. Jak może mała płakać, jak na wszystko jej tam
pozwalają, nawet nie musi poprosić, wyprzedzają jej życzenia, a jak nie zdążą
to mała się krzywi a nie daj jej Boże płakać - totalnie ich opanowała.
Nadmieniam, że taka sytuacja u mnie w domu nie istnieje. Ale wróćmy do
problemów nocnych. Otóż ostatnio właśnie była taka seria - noc piątek,
sobota, niedziela. W sobotę i niedzielę byłam cały dzień na uczelni.
Wyobraźcie mnie sobie w poniedziałek rano (w poniedziałek wracamy do domu i
jest normal). Po tych nocach, kiedy mała kazała mi wychodzic z łózka i miała
wtedy (w nocy o 3:00) przychodzić baba, rano byłam nieprzytomna i potwornie
rozżalona. Nie dość, że mi nie pomagają, nigdzie nie mogę wyjść, zawsze z
małą, bo inaczej to dziecka nie moge poznać, taka jest odmieniona. Te dwa
dni, to dni wyjęte z życiorysu. Więc w poniedziałek rano mój chory
psychicznie i niedoleczony alkoholik - ojciec postanowił po mnie pojeździć.
To co usłyszałam zjeżyło mi wszystkie włosy. Przez cały tydzień próbowałam
stanąć na nogi psychicznie - tak mną wytarł buty. Moja matka się w to nie
miesza - tak się określiła. On zrobił mnie odpowiedzialną za te płacze (bo on
się nie wyspał - jest emerytem siedzi w domu), wszystko z rozdartą mordą - że
ja ją biję, że ona do mnie nie ma zaufania...Tym podobne brednie. Jestem
samotną matką ale wiem czym jest krzywdzenie dziecka - psychiczne i fizyczne.
Sama przez to przeszłam i nie zgotuję tego swojemu dziecku. Czułam się
potwornie upokorzona i samotna. Matka nigdy nie stawała po stronie ani mnie
ani siostry, ona woli spokój. Nie jestem też gó..arzem - mam 31 lat, jestem
samodzielna i od dawna mieszkam osobno - wszelkie problemy rozwiązuję sama,
zresztą moje problemy nigdy nikogo nie obchodziły (oprócz młodej,której nie
ma). W efekcie ryczę przez cały tydzień, postanowiłam napisać do Was, nie
wiem co robić, przypuszczam, że oni nieświadomie chcą traktować moje dziecko
jak to, które odeszło, a przecież nikt na to nie pozwoli!!!
Studiów nigdy bym nie przerwała,na razie jutro matka do mnie przyjdzie, ja
tam już nie chcę spać, moja córka zresztą wcale tam nie wypoczywa. Ona się
budzi tam o 6;00 i zaraz babka do niej leci, żeby natychmiast dać czadu, tzn:
muzyka, książeczki, tańce - dziecko dopiero co się rozkręca, tak cały dzień
na wysokich obrotach.
Pocieszcie mnie choć trochę, muszę wytrzymać do końca studiów (licencjackie)
wtedy zmienię pracę i wynajmę opiekunkę, bo chcę robić magistra. Do końca
licencjata jeszcze 4,5,6 sem, no to ok. 1,5 roku. Czy i jak ja to wytrzymam.
Popłaczcie ze mną, albo pocieszcie mnie...