nie wiem od czego zacząć.kilka dni ciszy,życia obok siebie.dziś
popiwkował,ato dodaje mu werwy...zadzwoniłam do teściowej,powiedziałam jak
jest,on oczywiście zrobił z siebie ofiare,że pracuje cały dzień,a ja tylko
marudze.czulam,że teściowa jest po mojej stronie,tłumaczyła mu spokojnie,ze
tak sie nie robi itp.-oczywście efekt jak groch o ściane.stwierdził że ma
dosyć tego,że ciagle coś od iego chce(np.żeby zajął sie dziećmi),i powiedział
że to koniec.jak łatwo można przekreślić 12lat

((((nie twierdze że jestem
święta-chyba nikt nie jest,ale-skoro wszystkim remontuje mieszkania a nasze
aż sie prosi-to kto by nie marudził,jeszcze pare piw chlapnie i czuje sie
panem świata.ja nie chce żyć w stresie i myśleć czy mi nie zrobi krzywdy.Co
mnie zaskoczyło to jego śłowa:"mam dzieci i zobowiąże sie",oby sie na
słowach nie skończyło.mamy mnóstwo znajomych i wszyscy dziwią sie ,że on ma
taki luz,zero obowiązków-a on uważa że ma źle!niech więc sobie polepszy-ja
tylko chciałam,żeby nam i dzieciom było dobrze,żeby czuły się w domu jak w
azylu,żeby chociaż niedziela byla dla nas-wspólna.cóż chyba chciałam za
dużo.ciągle mam mętlik w głowie,i tu chyba nikt mi nie pomoże...z jednej
strony chciałabym ratować to małżenstwo-ale tego muszą chcieć 2 osoby..z
drugiej-chce spokoju