Chyba popełniam jakiś kardynalny błąd i proszę o pomoc bo zwariuję niedługo

Mój syn (19 tydzień idzie) jest generalnie pogodnym człowiekiem, taki mało problemowy egzemplarz- było trochę kłopotów z brzuszkiem (ale żadnych kolek) z zasypianiem (ale radzimy sobie), no takich zwyczajnych. Na ogół jednak jest wesoły, gada, śmieje się, ciągle rusza, rozwija świetnie.
Staram się spełniać jego potrzeby, karmię piersią na żądanie, śpimy we trójkę, dużo przytulania, noszenia, huśtania i zabaw gdy ma ochotę lub wyciaszanie, gdy potrzebuje. Poświęcam mu dużo uwagi, ale też zostawiam go samemu sobie, gdy widzę że ma taką potrzebę. Wspomagam rozwój, ale myślę, że nie przebodźcowuje. Jednakże od kilkunastu dni jest po prostu nie do zniesienia. Od małego bawimy się sporo na podłodze, a ostatnio cokolwiek mu zaproponuję wywołuje marudzenie i frustracje, zarazem jednak widzę, że chce się bawić, chce dostać dany przedmiot, zmienić pozycję, ale gdy pomagam mu go wziąć/ dostać się gdzie chce i tak zaraz jest marudzenie, nie raz ryk jak mu pozycja nie odpowiada (prawie żadna ostatnio- najchętniej by siedział, a jeszcze nie może). Częściowo jest to spowodowane jego pragnieniem poruszania się, próbuje pełzać itp. ale kompletnie mu to jeszcze nie wychodzi. Obraca się na brzuch sam, ale po chwili jest ryk, odwracam na plecy- ryk. Pokazuję przedmiot, chwila zainteresowania i ryk nie wiadomo o co, zabiorę- ryk; najgorzej, gdy chce wpakować do buzi a nie może, bo za duże czy za płaskie (książeczka), mata edukacyjna też ostatnio jest be, do łask wróciła karuzelka, ale to też kilka minut i ryk (no i nie będę trzymać tak dużego malucha w łóżeczku cały dzień)
Wózek jest be, chusta super do spania a potem też be, noszenie na rękach super, ale nie na mój kręgosłup to- parę rundek i koniec. Leżenie samotnie kilka minut ok, potem ryk.
Mam wrażenie, że ciągle coś chce, ale nie wie co, albo nie wie co z tym zrobić, albo w ogóle nie wie o co mu chodzi (ja tym bardziej)
Co się stało z moim dzieckiem?? Ratunku bo oszaleję z tego ciągłego marudzenia i jęczenia, chcę mu pomóc ( i sobie)
Jestem z nim sama w tygodniu, tata wraca na kąpiel i spanie, dopiero w weekend się zajmie. Mam coraz mniej cierpliwości, do czego wstyd się przyznać i sama się na siebie wkurzam- gdzie ten spokój i pogoda ducha moja.
Chyba jestem nieco przemęczona i zła na siebie, że czasem mi brak inwencji i w ogóle ostatnio już nic mi się nie chce, a do niedawna byłam wulkanem energii i cierpliwości, również przy płaczach, wiszeniach na piersi, kryzysach. Chyba się za mocno rozpisałam z tym wyżalaniem. Proszę o poradę- co takiego robię, że moje dziecko przestało być szczęśliwe.
Nie musi zajmować się sam sobą (choć bywało już tak, że pół godziny bawił się sam na macie...) ale dlaczego każda moja propozycja wspólnej zabawy jest odrzucana. Jakich potrzeb mogę nie odgadywać? Te wieczne jęki są demotywujące.