rzasia
07.04.05, 18:27
Miałam jechać wczoraj do szpitala, bo już nie wytrzymywałam psychicznie
czekania na poronienie. Okazało się, że położna nie wypisała jakiegoś numeru
na skierowaniu. Dziś poszłam więc do gina jeszcze raz, ale dopiero po
południu. (Doszłam do wniosku, że chcę koniecznie zobaczyć jutro pogrzeb
papieża w TV. Zresztą przez ten tydzień bardzo się do Niego - dziwne, ale
właśnie do Niego! - modliłam. Uwierzyłam, ,że jest już Święty i może bardzo
dużo). Gin się zdziwił jak mnie zobaczył. Wytłumaczyłam mu , że czekam aż
poronię sama, ale już nie wytrzymuję i musi poprawić mi to skierowanie. Byłam
spakowana do szpitala.
Zrobił mi usg,żeby w szpitalu szybciej się mną zajęli, a tam....piękna
10mm DZIDZIA i serdzuszko mocno bije!!!
Rozpłakałam się i zaczęłam go oskarżać, a on się plątał w tłumaczeniach.
Ja od dwóch tygodni płaczę, a wczoraj już mogłam być po zabiegu. Nie jestem
też pewna CO usunięto mi pół roku temu??? Może też DZIDZIĘ??? Przez kilka
godzin nie mogłam dojść do siebie. Byłam zła na niego i szczęśliwa.
Uwierzyłam po prostu w CUD!!! Bo jak TO nazwać?
Przepraszam, że chaotycznie piszę, ale pewnie jeszcze w nocy bęę się budzić
i myśleć o zbliżąjącym się zabiegu. Przecież ja przestałam już dwa tygodnie
temu brać duphaston i kwas foliowy. Teraz się zastanawiam, czy to nie szkodzi.
Mąż mój kochany cały czas twiedził, że on czuje tam dzidzię i się pytał "jak
się czuje nasze Maleństwo", czym sprawiał mi jeszcze większy ból -
niepoprawny optymista.
Na następną wizytę idę 28 kwietnia w swoje 37 urodziny. Stara jestem, ale
szczęśliwa.