Wczoraj jedliśmy pieczoną rybę na obiad, znaczy się świeżego dorsza
prosto z morza.
Młoda po rosołku była ale tak patrzyła i patrzyła mi w talerz...
Ku przerażeniu mojej mamy, która była w pozycji startowej do 1
pomocy i pamietając wasze wskazówki że się krztusić może i MUSI
właściwie bo się uczy podałam tej rybki w kawałkach, spokojnie, bez
stresu.
Bez żadnego ciapania, do łapki, a z łapki sama sobie poradziła.
Zjadła, uśmiechała się od ucha do ucha, raz odkaszlnęła i tyle.
Już mi się podoba...