Dodaj do ulubionych

znow czytamy

26.08.10, 20:33
czyli znow , o tym ze AP to wychowanie bezstresowe nie jest, i jak znalezc
droge do harmowniismile

dziecisawazne.pl/jean-liedloff-o-niefortunnych-konsekwencjach-skupiania-sie-na-dziecku/
www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53664,8272726,Zabron_mi_wreszcie_.html
Obserwuj wątek
    • mrs.t txt liedloff 1/ 26.08.10, 20:34
      Jean Liedloff – O niefortunnych konsekwencjach skupiania się na dziecku


      Wielu rodziców, lękając się zaniedbania lub lekceważenia potrzeb rozwojowych
      maluchów przegina w drugą stronę.

      Upłynęło trochę czasu nim mój „cywilizowany“ umysł pojął sens tego, co
      widziałam. Spędziłam ponad 2 lata wśród Indian żyjących w dżungli Ameryki
      Południowej tak, jak żyli ludzie z epoki kamienia. W naszych wędrówkach
      towarzyszyli nam mali chłopcy, których ojców wynajęliśmy jako przewodników i do
      pomocy. Często zdarzało się, że postawaliśmy przez parę dni lub tygodni w
      wioskach Indian Yequana, widząc dzieci bawiące się całymi dniami bez nadzoru
      starszych. Dopiero podczas czwartej z moich pięciu wypraw z zaskoczeniem
      stwierdziłam, że nigdy nie widziałam żadnego konfliktu ani między dziećmi, ani
      między dzieckiem a dorosłym. Dzieci nie tylko nie biły się ze sobą, lecz nawet
      nie sprzeczały się. Natychmiast i radośnie podporządkowywały się starszym.
      Podczas zabawy lub gdy pomagały w pracy często nosiły ze sobą niemowlęta.

      Gdzież te „straszne dwulatki“? Gdzie napady złości, walka o „postawienie na
      swoim“, samolubstwo, niszczycielstwo i brak troski o swoje bezpieczeństwo,
      nazywane przez nas „normą“? Gdzie gderanie, dyscyplina, „granice“, potrzebne dla
      powściągnięcia ich przekory, uporu? Gdzież te nieprzyjazne relacje między
      rodzicem a dzieckiem, które przyjmujemy za coś naturalnego? Gdzie obwinianie,
      karanie lub jakiekolwiek oznaki permisywizmu?

      Jak jest u Yequańczyków?

      W narzeczu Yequana jest powiedzenie znaczące mniej więcej to samo co angielskie
      przysłowie „chłopcy będą chłopcami“ jednak ma ono konotację pozytywną i odnosi
      się do świetnego humoru, z jakim biegają z wrzaskiem, pływają w rzece czy grają
      w yekuańskiego badmintona (gra bez współzawodnictwa, podczas której uczestnicy
      starają się utrzymać jak najdłużej w powietrzu lotkę, podbijając ją otwartymi
      dłońmi). Słyszałam wiele krzyków i dużo śmiechu, gdy chłopcy bawili się na
      dworze, lecz gdy wchodzili do chat, zniżali głos, by nie zakłócać panującego tam
      spokoju. Dzieci nigdy nie przeszkadzały w rozmowie dorosłych. W towarzystwie
      dorosłych odzywały się rzadko, ograniczając się do słuchania i oddawania
      drobnych przysług, takich jak podanie czegoś do jedzenia czy picia.

      Dalekie od dyscyplinowania czy zmuszania do uległości, te małe aniołki są
      zrelaksowane i radosne. Wyrastają na szczęśliwych, ufnych i współdziałających
      dorosłych!

      Jak oni to robią? Cóż takiego Yekuańczycy wiedą o ludzkiej naturze, czego my nie
      wiemy? Co możemy zrobić, by mieć dobre relacje z naszymi maluchami czy później,
      jeśli początki były niezbyt udane?

      A u nas, ludzi „cywilizowanych“?

      W mojej prywatnej praktyce udzielam konsultacji w zakresie przezwyciężania przez
      moich klientów niszczycielskich skutków przeświadczeń o sobie, ukształtowanych w
      dzieciństwie. Wielu z nich jest rodzicami, którzy nie chcą skazać swego
      potomstwa na tego rodzaju wyobcowanie, jakiego oni sami doświadczali ze strony
      ich własnych, zazwyczaj mających dobre intencje rodziców. Chcą się dowiedzieć,
      jak mogą wychowywać dzieci szczęśliwie i bezboleśnie.

      Większość tych rodziców zastosowała się do mojej rady i, biorąc za przykład
      Yequańczyków, utrzymywała fizyczny kontakt ze swoimi dziećmi w dzień i w nocy,
      dopóki nie zaczęły raczkować. Lecz niektórzy są zdziwieni, a nawet przerażeni,
      obserwując, jak ich maluchy zaczynają stawiać „żądania“ lub czują gniew w
      stosunku do swoich w najwyższym stopniu opiekuńczych rodziców. Żadne oddanie czy
      poświęcenie nie poprawia dyspozycji ich dzieci. Zwiększone wysiłki nie dają nic
      prócz zwiększenia frustracji zarówno u rodziców, jak i dzieci. Czemu Yequańczycy
      nie mają takich problemów i doświadczeń jak my?

      Zasadnicza różnica polega tym, że Yequańczycy nie skupiają się na dzieciach.
      Czasami przytulają je czule, bawią się z nimi w chowanego, śpiewają im, lecz
      przez większość czasu opiekun jest zajęty czymś innym, nie dzieckiem! Dzieci
      opiekujące się niemowlętami również traktują to zajęcie jako bierne i choć noszą
      dzieci wszędzie, rzadko kiedy zwracają uwagę bezpośrednio na nie. Tym samym
      niemowlęta Yekuańczyków towarzyszą czynnościom, do których potem przyłączą się,
      pełzając, raczkując, chodząc i mówiąc. Panoramiczny widok dorosłego życia daje
      mocne podstawy dla coraz większego uczestnictwa w nim.

      Całodniowe bawienie się z niemowlęciem, rozmawianie z nim i okazywanie mu swoich
      uczuć pozbawia je możliwości obserwowania jego przyszłego życia w bezpiecznej
      bliskości matki, co, według dziecka, byłoby dla niego właściwe. Nie mogąc
      powiedzieć o swoich potrzebach, niemowlę będzie odreagowywało swoje
      niezadowolenie. Próbuje zwrócić uwagę opiekunki – i tu tkwi przyczyna całego
      nieporozumienia – by ta zmieniła niezaspokajający potrzeb dziecka sposób opieki
      nad nim i spokojnie zajęła się własnymi sprawami bez pytania je o zgodę. Gdy ta
      sytuacja ulegnie zmianie, dziecko zaprzestanie zachowań mających na celu jej
      zmianę, które opiekunka opacznie interpretowała jako próby mające na celu
      zwrócenie jej uwagi na dziecko.

      Pewna oddana swemu dziecku matka znajdowała się u granic swojej wytrzymałości,
      gdy zaczęła korzystać z moich konsultacji. Znajdowała się w stanie wojny ze
      swoim ukochanym trzylatkiem, który łaził po niej, czasami uderzał ją, krzyczał
      do niej „zamknij się!“ oraz na wszelkie możliwe sposoby wyrażał wobec niej gniew
      i brak szacunku. Starała się jakoś z nim dojść do ładu, pytając, czego od niej
      chce, przekupując go i mówiąc słodkie słówka nim nie traciła cierpliwości i nie
      zaczynała na niego krzyczeć. Potem miała z tego powodu wyrzuty sumienia i
      próbowała go ułagodzić, ubolewając, wyjaśniając, przytulając i dając inne
      szczególne dowody jej miłości, na co jej drogocenna kruszyna reagowała,
      stawiając coraz to nowe, niezdrowe żądania.

      Niekiedy zaprzestawała prób ugłaskania go i z zaciśniętymi ustami zajmowała się
      swoimi sprawami mimo jego wrzasków i protestów. Jeśli udało jej się wytrzymać na
      tyle długo, by zaprzestał prób manipulowania nią i uspokoił się, patrzył na nią
      rozczulająco i mówił: „Kocham cię mamusiu“, zaś ona z wdzięczności za chwilową
      ulgę w poczuciu winy niemal jadłaby z jego rączki. On wkrótce znów szefował,
      okazując gniew i zachowując niegrzecznie, cały scenariusz powtarzał się po raz
      kolejny, zaś rozpacz mojej klientki pogłębiała się.

      Słyszę wiele podobnych historii od klientek z USA, Kanady, Niemiec, Anglii, więc
      jestem przeświadczona, że jest to powszechny problem większości wykształconych
      rodziców w krajach zachodnich, którym na sercu leży dobro dzieci. Toczą oni ze
      swoimi pociechami boje, gdy te wydają się nimi kierować i podporządkować swoim
      zachciankom. Sprawa jest tym bardziej poważna, ponieważ wiele osób uważa, że to
      zjawisko świadczy na rzecz rozpowszechnionego poglądu, iż tylko nasz gatunek
      wśród wszystkich stworzeń jest ze swej natury aspołeczny i wymaga lat oponowania
      („dyscypliny“, „socjalizacji“wink, by nadawał się do życia, był „dobry“. Jednak
      Yekuańczycy, Balijczycy i inni ludzie spoza naszej sfery kulturowej są żywym
      dowodem błędności takiego pojmowania rzeczy. Członkowie wszystkich społeczeństw
      reagują tak samo na próby wtrącania się do ich kultury.
      • mrs.t txt liedloff 2/ droga do harmoniii 26.08.10, 20:34
        Droga do harmonii

        Cóż zatem jest przyczyną tego braku szczęśliwości? Pod jakim względem źle
        rozumiemy naszą ludzką naturę? Co możemy zrobić, by zbliżyć się do harmonii,
        jaką Yekuańczycy cieszą się wobec własnych dzieci?

        Wydaje się, że wielu rodziców, lękając się zaniedbania lub lekceważenia potrzeb
        rozwojowych maluchów, przegina w drugą stronę. Jako ofiary deprywacji bliskości
        własnych matek skupiają się na własnych dzieciach zamiast zajmować się sprawami
        dorosłych, by dzieci mogły ich obserwować, naśladować i uczestniczyć w tych
        zajęciach, co jest ich naturalną tendencją. Innymi słowy, ponieważ maluch chce
        uczyć się tego, czym zajmują się jego bliscy, spodziewa się być zdolnym skupiać
        swoją uwagę na dorosłym, który zajmuje się swoimi sprawami. Dorosły, który
        zaprzestaje swoich czynności po to, by ustalić, czego chce dziecko, uniemożliwia
        dziecku zaspokojenie jego autentycznych potrzeb. Skutkiem tego małemu szkrabowi
        wydaje się, że matka nie wie, jak się ma zachować, że brakuje jej pewności, i –
        co jest jeszcze bardziej niepokojące – że matka oczekuje wskazówek od dwu- lub
        trzylatka, który potrzebuje jej spokoju, kompetencji i pewności siebie.

        Przewidywalną reakcją malucha na rodzicielską niepewność jest jeszcze większe
        wytrącanie rodzica z równowagi, aby znaleźć miejsce, w których stanie mocno na
        nogach tym samym łagodząc jego lęk spowodowany niepewnością, kto tu rządzi.
        Nadal może rysować po ścianach choć jego matka błagała go, by tego nie robił
        przepraszającym głosem, dającym mu do zrozumienia, że nie wierzy w to, że spełni
        jej błaganie. Gdy schowa wszystkie mazaki czy kredki, jednocześnie okazując lęk
        przed jego gniewem – równie pewnie jak to, że jest stworzeniem społecznym –
        dziecko wyjdzie naprzeciw jej oczekiwaniom i zacznie wrzeszczeć w gniewie.

        Jeśli matka mylnie odczytuje ten gniew, jeszcze bardziej stara się ustalić,
        czego dziecko chce, błaga, wyjaśnia i jest jeszcze bardziej zdesperowana w
        swoich próbach jego udobruchania, dziecko będzie zmuszone stawiać jeszcze
        dziwniejsze i jeszcze bardziej nieakceptowalne żądania. Musi to robić póki matka
        nie przejmie wreszcie przywództwa i dziecko nie poczuje, że został przywrócony
        porządek. Nadal może nie mieć spokojnej, budzącej zaufanie, niezawodnej
        osoby-autorytetu, od której mogłoby się uczyć, ponieważ jego matka obecnie
        przechodzi od stanu rozdrażnienia do stanu, w którym ponownie budzi się w niej
        wina i wątpliwości co do własnej kompetencji. Mimo to, dziecko ma teraz odrobinę
        ulgi, widząc, że gdy sytuacja była zła, matka przejęła komendę i ulżyła jego
        panicznemu poczuciu, że powinno wiedzieć, co ona powinna zrobić.

        Mówiąc prosto, gdy dziecko jest zmuszane do prób kierowania zachowaniem osoby
        dorosłej to nie dlatego, że dziecko chce tego dokonać, lecz dlatego, że musi być
        pewne, iż dorosły wie, co robi. Co więcej, dziecko nie może nie oprzeć się tego
        rodzaju próbom, dopóki dorosły nie zajmie twardego stanowiska, a dziecko nie
        zdobędzie tej pewności. Żadnemu dziecku nie śniłoby się przejęcie inicjatywy od
        osoby dorosłej, zanim nie otrzyma czytelnego komunikatu, że się tego od niego
        oczekuje; nie, że się chce, lecz – że się oczekuje! A gdy dziecko poczuje, że
        przejęło kontrolę, czuje zagubienie, lęk i musi uczynić wszystko, by zmusić
        dorosłego do ponownego przejęcia należnego mu przywództwa.

        Gdy rodzice to zrozumieją, łagodzi to ich lęk przed narzucaniem swojej woli
        dziecku i widzą, że nie ma w tym nic nieprzyjaznego. Utrzymując przywództwo,
        zaspokajają potrzeby swego ukochanego dziecka zamiast działać wbrew nim.

        Klientka, o której wspominałam, potrzebowała tygodnia czy dwóch by zobaczyć
        pierwsze wyniki takiego widzenia tego problemu. Lata braku jego rozumienia i
        siła starych przyzwyczajeń czyniły przechodzenie jej rodziny do przyjaznych
        relacji trochę nierównym. Lecz dziś, ona i jej mąż oraz wielu moich klientów z
        podobnymi problemami na podstawie własnych doświadczeń radośnie przekonuje się,
        że dzieci nie są istotami przekornymi, lecz z natury są istotami niezwykle
        społecznymi.

        Spodziewanie się po nich, że takimi będą, jest tym, co pozwala im takimi być.
        Gdy dziecko postrzega rodzicielskie spodziewanie się po nim zachowań
        społecznych, wychodzi ono naprzeciw tym oczekiwaniom. Podobnie, rodzicielskie
        doświadczanie społecznej natury ich dziecka wzmacnia ich jej oczekiwanie. W ten
        sposób to działa. W liście z podziękowaniami, mąż mojej klientki tak opisał
        sytuację swej żony, ich synka i swoją własną: „Dojrzeliśmy, poznaliśmy i
        pokochaliśmy siebie w cudowny sposób. Nasze relacje dalej rozwijają się w pełni
        pozytywnym i miłującym kierunku.“

        Jean Liedloff
        łumaczenie: Cezary Eugeniusz Urbański dla Wydawnictwa Mamania

        Artykuł po raz pierwszy został opublikowany w 1994 r. w magazynie „Mothering“.

        Książkę Jean Liedloff „W głębi kontinuum“ znajdziesz w księgarniach, sklapach z
        chustami i na www.mamania.pl
    • mrs.t Zabroń mi wreszcie!1 26.08.10, 20:36

      Zabroń mi wreszcie!
      ...

      Jeśli dzieciom pozwala się na wszystko w imię tzw. niekrępowania wolności czy
      bezstresowego wychowania, to one zaczynają eskalować swoje różne ekstremalne
      zachowania po to, by te granice wreszcie się pojawiły. Testują rodziców, żeby
      wzbudzić jakąś reakcję, bo granice dają im poczucie bezpieczeństwa - rozmowa z
      psychologiem Andrzejem Wiśniewskim
      Co by pan powiedział o rodzinie, w której trzylatek decyduje o tym, kiedy idzie
      spać, gdzie śpi, co je i o jakiej porze?

      Powiedziałbym, że to dramat dla dziecka.

      Ja słyszałam używane w tym kontekście słowo 'szacunek'. 'Szanuję swoje dziecko,
      więc daję mu prawo wyboru'.

      Zgadzam się, że okazywanie szacunku to duża umiejętność rodzicielska, ale trzeba
      umieć odróżniać szacunek od lęku rodziców przed stawianiem granic, przed
      konfrontowaniem dziecka z zaleceniami rodziców. Kiedy damy dziecku zbyt dużo
      wolności w podejmowaniu decyzji, zwłaszcza w obszarze, w którym brak mu
      doświadczenia, to ono po prostu tej odpowiedzialności nie udźwignie. Rodzice
      lubią sobie dorabiać różne ideologie, które usprawiedliwiają ich zachowanie -
      np. ideologię 'bezstresowego wychowania', 'traktowania po partnersku' czy
      jakiegoś innego 'programu wychowawczego', który rzekomo ma służyć dziecku i
      wspierać jego rozwój. Ale to całe racjonalizowanie często jest po prostu po to,
      żeby zagłuszyć lęk rodzica.

      Jaki lęk?

      W dzisiejszych czasach sukces dzieci w zdobywaniu życiowych osiągnięć jest
      jednym z podstawowych sposobów uzyskiwania prestiżu społecznego przez rodziców.
      Myślę, że stąd bierze się dość powszechny lęk rodziców o to, że może się okazać,
      iż jest się złym rodzicem, który niewystarczająco kocha, niewystarczająco się
      troszczy, niewystarczająco dużo poświęca czasu. To widać szczególnie wtedy, gdy
      rodzice idą na wywiadówkę. Idą i od razu myślą: 'Boże, co ja tam o sobie
      usłyszę, czego tam znowu nie dopilnowałem, nie zrobiłem, co zaniedbałem?'.
      Drugim obszarem lęku jest obawa, czy moje dziecko będzie się dobrze rozwijać,
      jeśli nie dostanie tego czy tamtego, np. najnowszego modelu komputera, jeśli nie
      nauczy się angielskiego lub nie posiądzie innych umiejętności, które są bardzo
      potrzebne w dzisiejszym świecie, bo wyścig szczurów przyspiesza i zaczyna się
      coraz wcześniej. W związku z tym rodzice cały swój wysiłek wkładają w to, żeby
      udowodnić sobie i całemu światu, że jednak potrafią bardzo zadbać o swoje dzieci.

      Zadbać to znaczy ulegać?

      Bardzo często to się przekłada na uleganie, czyli nieumiejętność stawiania
      granic. A dzieci potrzebują granic, bo one im zapewniają poczucie
      bezpieczeństwa. Rodzice, którzy umieją zachować równowagę pomiędzy miłością,
      czyli dostarczaniem takich ciepłych, pełnych akceptacji uczuć, a stawianiem
      granic, ci, którzy umieją powiedzieć: 'Nie wolno', 'Nie zgadzam się', 'Masz
      wrócić o 23 i koniec', świetnie sobie radzą z wychowywaniem dzieci, bo dają im
      poczucie oparcia i w sobie, i w jasnych zasadach, które panują w domu.

      A jeśli tych zasad nie ma? Albo dzieci o nich decydują?

      Jeśli dzieciom pozwala się na wszystko w imię tzw. niekrępowania wolności,
      jakiegoś głupiego bezstresowego wychowania, nietemperowania osobowości,
      eksplorowania świata albo jeszcze innej ideologii, to one zaczynają eskalować
      swoje różne ekstremalne zachowania po to, żeby te granice wreszcie się pojawiły.
      Testują rodziców, żeby wzbudzić jakąś reakcję. Słyszałem, jak starsze dzieci w
      takich rodzinach mówią nawet: 'No, nakrzycz na mnie! Daj mi klapsa! Powiedz, że
      nie mogę!'.

      Jak wygląda takie wołanie o granice?

      Dzieci robią się niegrzeczne, agresywne, niemiłe. Kilkulatek przeciążony
      odpowiedzialnością, niemający oparcia w stanowczych rodzicach ucieka się do
      takich zachowań jak bierna agresja, bunt. Ucieka, krzyczy, zamyka się w sobie.
      Niektóre dzieci próbują w heroiczny sposób podejmować jakieś decyzje, ale to
      jest zawsze dramat. Kiedy takie dziecko dojrzewa, jest jeszcze gorzej, bo
      nastolatki muszą się buntować, ale muszą też mieć rodziców z autorytetem. To
      bardzo trudna sytuacja dla obu stron - dziecko się wyrywa spod kontroli, ale
      musi to robić tak, żeby rodzice czuli, że je trzymają. Nastolatki potrafią
      znaleźć i trafić w takie czułe punkty u rodziców, takie obszary ich obaw, że
      rodzice czują się, jakby ich kochane i czułe dzieci stały się ich największymi
      gnębicielami. Mówią na przykład: 'Jesteś złym ojcem, złą matką', 'Nie kocham
      cię', 'Tylko czekam, aż skończę 18 lat i opuszczam ten potworny dom'.
      Przestraszeni rodzice czują się niepotrzebni, obrażeni i często sięgają po
      jedyny dostępny im środek obrony - robią wtedy tzw. fochy: zamykają się,
      obrażają, odcinają od kontaktu. Nie potrafią, boją się powiedzieć, że coś im się
      nie podoba, coś ich złości w zachowaniu dzieci. Obrażają się, zamiast się
      konfrontować i mówić: 'Nie zgadzam się na takie zachowanie, chociaż mi na tobie
      i kontaktach z tobą bardzo zależy'. Bardzo trudno im się znaleźć w takie
      sytuacji, nie rozumieją, że mogą czegoś zakazać, mogą być stanowczy, nie zgodzić
      się na coś i jednocześnie nie zrywać kontaktu. Mają tendencję do wycofywania
      uczuć i to są bardzo niebezpieczne sytuacje dla nastolatka, który tego kontaktu
      bardzo potrzebuje. On traci możliwość porozumienia, zostaje zupełnie sam i
      często prowadzi to do niebezpiecznego w rozwoju więzi dzieci i rodziców
      długotrwałego zerwania kontaktu.

      Jaką cenę dziecko płaci za to, że rodzic oddaje mu władzę?

      W maksymalnym wymiarze to jest utrata dzieciństwa. Znam takie rodziny, w których
      dzieci decydowały o wszystkim: gdzie się jedzie na wakacje, na co się wydaje
      pieniądze, jak się spędza wolny czas. Wystarczy tylko, że rodzic przeczyta w
      pozostawionym niby przez nieuwagę pamiętniku dziecka, że przy takich rodzicach
      to tylko się zabić. Wtedy rodzice wpadają w panikę i dokonuje się rodzinny
      zamach stanu - starzy godzą się na wszystko, czego dzieci zapragną. Dla dzieci,
      które w ten sposób zdobywają - przeważnie niechcianą - władzę, są to sytuacje
      dramatyczne. Zerwany zostaje bezpieczny i rozwojowy dla obu stron autentyczny
      kontakt. Dzieci przedwcześnie stają się dorosłe, a jednocześnie uwikłane w
      konflikt domowy nie nabierają takich umiejętności, jakie są potrzebne w
      kontaktach z rówieśnikami - umiejętności negocjacji, rywalizacji, ustępowania,
      budowania jakiejś spontaniczności, zadowolenia z siebie.

      Stają się apodyktyczne?

      Powiedziałbym raczej, że zbyt odpowiedzialne. Takie dzieci mają potem w dorosłym
      życiu kłopoty z tworzeniem partnerskich związków, gdyż wyszukują sobie takie
      osoby, którymi trzeba się opiekować, albo w ogóle nie wchodzą w związki, bo boją
      się zostać usidlone w pozycji opiekuna.

      To zaskakujące, co pan mówi. Wydawało mi się, że dzieci, które 'rządzą' w domu,
      uważają, że to one są najważniejsze i to one dyktują warunki. Tacy 'mali tyrani'.

      Nie. To są dzieci, które mają poczucie mniejszej wartości i ciągłej niepewności.
      Są samotne, bez wsparcia, opuszczone przez rodziców, za których jeszcze czują
      się odpowiedzialne.

      Z takich dzieci rzadko wyrastają tyrani.
      • mrs.t Zabroń mi wreszcie!2 26.08.10, 20:37
        A co z rodzicami, którzy mówią: 'Moje dziecko jest najlepsze, najładniejsze,
        najfajniejsze'. Oni też nie znają granic?

        To jest trochę inna bajka. To są rodzice tzw. oświeceni, a raczej
        pseudooświeceni, którzy się gdzieś naczytali i nasłuchali, że dziecko należy
        nieustannie chwalić bez względu na to, co robi, i nie dostarczać mu frustracji w
        postaci negatywnych komentarzy. Uważam, że to jest jeden z głupszych mitów,
        które krążą po świecie wśród różnych spraw związanych z wychowaniem. Przede
        wszystkim ciągłe chwalenie jest z gruntu nieprawdziwe. Dzieci natychmiast
        wyczuwają, że to, co słyszą, jest pewnego rodzaju fałszem emocjonalnym. Bo w
        życiu nigdy tak nie jest, że wszystko, co robimy, robimy świetnie i wszystko się
        nam udaje. Oczywiście dzieci często wchodzą w tę "grę" i potrafią ją cynicznie
        wykorzystywać. Stają się nieufne wobec komunikatów, które słyszą, i zaczynają
        sprawdzać, co się pod nimi kryje, a jedynym sposobem sprawdzania jest bycie
        niegrzecznym. Dziecko nie zapyta: 'Mamo, dlaczego ty mnie tak bardzo chwalisz?
        Dlaczego mówisz, że świetnie mi idzie w sporcie, kiedy wszyscy inni mówią co
        innego?'. W związku z czym dzieci testują taką sytuację, żeby ona się jakoś
        ujednoznaczniła, bo tęsknią za tym, żeby były jasno postawione granice i
        adekwatny przekaz o tym, że są kochane.

        Ale przecież takie dzieci ciągle otrzymują komunikat, że są kochane. Kiedy
        zachowują się niegrzecznie, rodzice tłumaczą: 'A bo on ma taki temperament',
        'Jest żywy' albo 'Od małego ma swoje zdanie'.

        To wynika z tego, że rodzic boi się stawiać granice, boi się interweniować i
        racjonalizuje sobie swój lęk, tłumacząc sobie i innym, że ma jakieś wyjątkowe
        dziecko. Wtedy pojawia się stwierdzenie: 'Jasiu, nie bij wujka, bo się
        spocisz!'. Efekt jest oczywiście ten sam - dziecko czuje się opuszczone i samotne.

        Jeśli rodzice chcą osiągnąć jakieś sukcesy w wychowaniu, muszą być autentyczni i
        spontaniczni. Muszą być czytelni emocjonalnie dla swojego dziecka. Nazywać
        rzeczy po imieniu. Porażkę nazywać porażką, ale nie zostawiać dzieci samych z tą
        porażką. Można powiedzieć: "Nie udało się, ale jestem z tobą, możemy o tym
        porozmawiać, ustalimy jakiś plan, żeby następnym razem było inaczej. Mogę cię
        przytulić, pocałować, pójdziemy do kina, pogadamy" - żeby dziecko nie otrzymało
        z kolei takiego komunikatu, że jest ważne tylko wtedy, kiedy odnosi sukcesy.

        Są oczywiście tacy rodzice, którzy wylewają na dziecko kubeł zimnej wody, kiedy
        odnosi sukces, bo mają w głowie jakiś chory pomysł, że jak się dziecko chwali,
        to się je rozpuści. Ale to jest przegięcie w drugą stronę.

        Jakie koszty ponosi takie dziecko, które jest bez przerwy chwalone?


        Czuje się niepewnie. Paradoksalnie, jako dorosły ma kłopoty z poczuciem
        wartości. Bo świat przynosi bardzo różne doświadczenia, również takie, w których
        ludzie mają do nas pretensje, są niezadowoleni z tego, co robimy, są na nas źli.
        Takie dziecko się nie zahartuje. Ono nie wie, jak się zachować w sytuacjach
        trudnych, bo najważniejsze dla niego osoby postanowiły je przed tym ochronić. A
        od rodziców najłatwiej, najbezpieczniej byłoby przyjąć negatywne informacje.

        Dlaczego niektórym rodzicom tak trudno jest stawiać granice?


        To są przeważnie rodzice o dużym poziomie lęku i małym poczuciu własnej
        wartości. Boją się, że jak postawią granice, to nie będą fajni, zostaną
        odrzuceni przez dzieci, nie będą przez nie kochani. A dzieci to oczywiście
        bardzo szybko wyczuwają i w różnych rozgrywkach mówią do takiej mamy, kiedy są
        niezadowolone: 'Nie kocham cię!'. Ona zamiast powiedzieć: 'No, no, ja ci zaraz
        dam!', zaczyna się przejmować, zamartwiać i główkować, co by tu zrobić, żeby to
        dziecko ją jednak kochało i było szczęśliwe. Kiedy dziecko rzuci się na ulicę,
        bo nie dostało cukierka, krzyczy i tupie, taka przerażona matka natychmiast mu
        kupi tego cukierka, żeby je udobruchać. Ona boi się kompromitacji, opinii innych
        ludzi. Myśli, że inni pomyślą, że jest złą matką. Nie ma takiej wewnętrznej
        pewności, że ma prawo powiedzieć swojemu dziecku 'nie'.

        Skąd ten brak pewności?


        W psychologii są takie pojęcia jak 'ludzie zewnątrzsterowni' i
        'wewnątrzsterowni'. Oczywiście te sposoby budowania relacji ze światem powstają
        w ważnych relacjach w dzieciństwie. Zewnątrzsterowni bardziej się orientują na
        to, żeby otoczenie było z nich zadowolone, a wewnątrzsterowni mają taki kompas
        wewnętrzny, który im mówi, czego chcą, a czego nie chcą, i posługują się nim w
        podejmowaniu decyzji. Wewnątrzsterowna matka spokojnie reaguje na to, że jej
        dziecko rzuciło się na ulicę. Powie: 'Uspokój się, wstawaj natychmiast!'.
        Znajduje adekwatny sposób reakcji na trudną sytuację. Zna swoje granice i
        kategorycznie się nie zgadza na takie zachowanie. Natomiast matka
        zewnątrzsterowna wpada w panikę, stresuje się tym, jak otoczenie zareaguje. Żeby
        dziecko spacyfikować, natychmiast spełnia jego zachciankę. I jest dramat, bo
        takie zachowanie się utrwala, a matka żyje w coraz większym przekonaniu, że jest
        złą matką. Jednocześnie świat doświadczeń dziecka staje się chaotyczny,
        nieuporządkowany, a więc pełen lęku i zagrożeń.

        Czy coś można powiedzieć o rodzinach, w których wychowali się ludzie
        zewnątrzsterowni?


        Dużo niepokoju wynosi się z takich rodzin, w których było się kochanym w
        warunkowy sposób. 'Kocham się, bo wynosisz śmieci'. 'Kocham cię, bo masz dobre
        stopnie i jesteś grzeczna'. 'Mój syn jest wspaniały, bo sobie dobrze radzi w
        walkach z rówieśnikami'. Wszystkie te warunkowe sposoby dawania uczuć rodzą
        napięcie i lęk - lęk, który uzależnia potem ludzi dorosłych od opinii innych
        osób. Spełnianie oczekiwań i pracowanie na dobrą opinię u innych ludzi staje się
        wartością ważniejszą niż świadomość, czego ja chcę i co dla mnie jest ważne.
        Kiedy tacy dorośli mają dzieci, zdarza się, że opinia dziecka staje się
        ważniejsza od ich własnej, więc robią wszystko, żeby to dziecko zadowolić.

        Czy tacy rodzice mają jakieś korzyści z tego, że oddają władzę dzieciom?


        Duże, bo dziecko, które musi decydować za wszystkich, zwalnia rodziców z
        odpowiedzialności za ich własne problemy, za relację, którą mają między sobą. W
        takiej sytuacji zawsze w tle jest jakiś konflikt rodzicielski bardziej lub mniej
        uświadamiany. W psychologii, w terapii rodzin to się nazywa 'utrójkątowieniem
        relacji'. Różnie to może wyglądać. Niekoniecznie musi być tak, że dziecko rządzi
        i rozkazuje rodzicom. Dziecko, które czuje się odpowiedzialne za rodzinę, może
        np. uciec w chorobę albo sprawiać kłopoty wychowawcze, albo się zamyka, albo
        wchodzi w sojusz z jednym rodzicem przeciwko drugiemu. W takiej sytuacji rodzice
        mogą zawiesić swoje spory, gdyż 'mają problem z dzieckiem'. Znam taki przypadek,
        gdy nastoletnia dziewczyna potrafiła swoim absolutnie destrukcyjnym zachowaniem
        doprowadzić do tego, że rozwiedzeni rodzice opuścili swoich nowych partnerów i
        zeszli się z powrotem, żeby się nią zajmować. Tak dzieci czasami ciężko
        psychicznie pracują, aby uratować małżeństwo rodziców, spójność rodziny.
        • mrs.t Zabroń mi wreszcie!3 26.08.10, 20:38
          Powiedział pan o sojuszu dziecka z jednym rodzicem przeciwko drugiemu. Czy
          nie jest tak, że w rodzinie, w której jeden rodzic jest bardzo uległy, drugi
          automatycznie zamienia się w policjanta i tutaj pojawia się pole do powstawania
          sojuszy. 'Ja i fajny tata kontra mama policjantka'?


          To, że ktoś jest uległy, wcale nie oznacza, że tylko takie zachowania
          prezentuje, a to, że ktoś jest dominujący, nie oznacza też, że tylko takie
          zachowania prezentuje. Bardzo często uległość jest formą agresji, a dominowanie
          jest formą wołania o kontakt i bliskość. Problem jest gdzie indziej. Rodzice,
          kiedy wchodzą do związku, wnoszą jakiś posag w sensie doświadczeń. Mają wzajemne
          oczekiwania w stosunku do partnera, wizje dotyczące związku. Często przyczyną
          konfliktu w parze jest brak poczucia wartości partnerów. Wtedy obydwoje uważają,
          że ta druga strona ma kochać bezwarunkowo, zaspokajać wszystkie ich potrzeby.
          Ale taka sytuacja na dłuższą metę nie może trwać. W życiu pary nieuchronnie
          pojawiają się kryzysy, złość, niezadowolenie z partnera. Wtedy padają zdania:
          'Ty mnie niewystarczająco kochasz', lub: 'Ty mi niewystarczająco pomagasz'. Ona
          mówi: 'Ja jestem dla ciebie nieważna'. On mówi: 'Ja mam za mało uczuć'. Pojawia
          się wtedy dużo frustracji, złości, walki, agresji. Jeśli w swoim mniemaniu nie
          dostaje się czegoś od partnera, to się tego szuka na zewnątrz. I to jest bardzo
          dobre pole do tworzenia sojuszy i do tego, żeby właśnie dzieci wzięły
          odpowiedzialność za rodziców. Stają się one elementem tej gry, tego tańca
          rodzinnego. Córka się przyjemnie uśmiecha, jest miła, mówi miłe rzeczy. Wtedy
          łatwo stworzyć sojusz z córką. I w ten sposób sygnalizuje się swojej żonie:
          'Widzisz, nasze dziecko się poznało na tym, kto tu jest dobrym człowiekiem.
          Gdybyś ty widziała to, co widzi nasza córka, toby nasza relacja wyglądała
          zupełnie inaczej'. Ten mechanizm jest zresztą najczęstszym powodem powstawania
          wszelkiego rodzaju zdrad.


          To zapytam inaczej. Czy jest jakiś sposób na to, żeby wpłynąć na rodzica, który
          bez przerwy ulega i w naszym mniemaniu krzywdzi w ten sposób dziecko?


          Jeśli spostrzegam, że mój partner nie stawia jasno granic, to mam wręcz
          obowiązek mu powiedzieć: 'Dosyć! Nie zgadzam się, żeby było tak, że ty bez
          przerwy rozpieszczasz nasze dziecko, a ja w związku z tym muszę stawiać granice,
          wymagać, zakazywać, i żądam, żebyśmy ustalili jakiś wspólny front'. Ale trzeba
          to zrobić na osobności, bez dziecka, żebyśmy mogli razem wypracować jakieś
          stanowisko. Jeśli taki kryzys nastąpi, to pojawia się szansa na zmianę. Rodziny
          zawsze się zmieniają wtedy, gdy dochodzi do jakiegoś kryzysu, nawet małego.
          Kiedy ludzie się ze sobą pokłócą, wywalą różne swoje pretensje i nie poobrażają
          się na siebie na śmierć i życie, wtedy można powiedzieć sobie takie rzeczy,
          których nigdy przedtem by się nie powiedziało. Jeśli ludzie potrafią się w tej
          kłótni nawzajem usłyszeć, wtedy jest szansa na porozumienie i zmianę. Natomiast
          w przypadkach, nazwijmy to, patologicznych, kiedy właśnie jeden z rodziców jest
          w sojuszu z dzieckiem przeciwko drugiemu, tego typu interwencje są w zasadzie
          niemożliwe. W takich układach cała rodzina albo przynajmniej rodzice powinni
          udać się po profesjonalną pomoc, bo to sygnalizuje dużo głębsze problemy w ich
          relacji.

          Wtedy pracuje się z całą rodziną?


          Najlepiej. Albo przynajmniej z parą małżeńską - żeby takim rodzicom pokazać, że
          używają swojego dziecka do tego, co tak naprawdę dzieje się między nimi.
          Ponieważ dziecko jest używane jako argument. I płaci za to ogromną cenę, bo
          jeżeli mówi coś miłego ojcu, to się gniewa mama, a jeśli powie coś miłego matce,
          to ojciec się czuje zdradzony. Miłość, bliskość w rodzinie przestają mieć
          charakter autentycznego, spontanicznego źródła rozwoju, stają się właśnie
          wspomnianymi wcześniej warunkowymi uczuciami.

          Czy jak pan patrzy na przestrzeni lat, to widzi pan dzisiaj więcej rodziców,
          którzy mają problem z wytyczaniem granic dzieciom np. w związku z tym, że są
          bardziej zapracowani i w ten sposób, pozwalając im na wszystko, rekompensują
          swoją nieobecność?


          Na pewno coś takiego jest, ale stawianie granic jeszcze jakoś im się udaje,
          natomiast widać, że dzisiejsi rodzice mają ogromny problem z budowaniem
          bliskości z dziećmi, szczególnie tymi większymi. Nie traktują dzieci jak
          partnerów w rozmowie. A trzeba pamiętać, że dzieci nie są naszymi partnerami w
          zasadzie w żadnej innej dziedzinie poza jedną - okazywaniem uczuć. Jeżeli chodzi
          o życiowe doświadczenia, to my po prostu wiemy lepiej, jesteśmy mądrzejsi. Jeśli
          natomiast chodzi o uczucia, to są one niezależne od doświadczenia. Dzieci
          przeżywają takie same uczucia jak my i obie strony mogą sobie tutaj bardzo dużo
          powiedzieć. Nawet jeśli dziecko jest bardzo małe.

          Czy podstawą budowania autorytetu jest umiejętność rozmawiania o uczuciach?

          To jest nasz obowiązek. Szczególnie rozmawiania o uczuciach trudnych. I to
          powinno działać w dwie strony. My powinniśmy umieć komunikować dzieciom, że mamy
          do nich o coś pretensję, że jesteśmy źli, że się na coś nie godzimy, i dzieci
          również mają mieć prawo do wyrażania takich uczuć w stosunku do nas. Takie
          uczucia są w życiu nieuchronne i w żaden sposób nie przekreślają miłości. One
          tylko świadczą o tym, że nasza relacja jest prawdziwa. A dopiero w takiej
          relacji można czuć się bezpiecznie. Kiedy mówię partnerowi lub dziecku, że coś
          mnie złości, coś mi się nie podoba w jego zachowaniu, i potrafię także okazywać
          miłość, to wtedy właśnie najbardziej dbam o swoich bliskich.

          Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka