Witajcie.
Od dłuższego czasu mam problem z mężem, który za pomocą "klapsów" dyscyplinuje naszego młodszego synka. Nie zgadzam się na takie "wychowywanie". Nie potrafię patrzeć spokojnie, jak mąż uderza malca (przedszkolak). Synek jest bardzo ruchliwy, wesoły i ciekawy świata. Jest też dosyć głośny, co bardzo irytuje męża. Tata dużo pracuje, wraca zmęczony i rozumiem, że nie ma sił bawić się z dziećmi. Nie oczekuję tego. Tłumaczę maluchom, że przez chwilę tata posiedzi, odpocznie, a potem z nimi porozmawia i ich poprzytula. Starsze dziecko "rozumie" i akceptuje te tłumaczenia, Młodsze "zapomina". Niestety, kończy się to "klapsami". Mąż nie bije ich mocno, nie wali na oślep (tak mi się wydaje). Jestem zdezorientowana i wściekła na męża.
Kiedyś przymykałam na to oko. Zdarzało się to sporadycznie. Niestety, ostatnimi czasy zdarza się częściej (mamy poważny kryzys małżeński).
Kłócę się z mężem o to jak wychowywać dzieci (czasem przy dzieciach

jak chce je uderzyć), a Starsze chyba zaczyna się bać taty. Pyta czy tata nie jest zdenerwowany (jak np. rozmawiam z mężem przez tel). Stara się go nie denerwować, "chodzi na palcach". Kiedyś usłyszałam jak Starsze dziecko prosi Młodsze, żeby było cicho bo tata je zbije

To straszne.
Niby nie dzieje im się taka wielka krzywda, nie odnoszą obrażeń, a mam takie okropne odczucie, że to jest mocno nie fair. Mąż tłumaczy, że przecież wszyscy dostawaliśmy i wyrośliśmy na porządnych ludzi

Ja się z tym nie zgadzam. Dostawałam dużo. Zbyt dużo. Zbyt często. Dlatego postanowiłam nigdy nie uderzyć dziecka. Mam kompleks/uraz z dzieciństwa. Nie wyobrażam sobie, że biję dziecko. Te maluszki są od nas całkowicie zależne i nie mogą nam oddać. Nie mają nikogo. Kto je obroni

Dom ma być miejscem bezpiecznym. Azylem od podłości i chamstwa. Nie miejscem strachu.
Jak wytłumaczyć mężowi, że nie może bić dzieci? Jak do niego dotrzeć?
A może ja (na podstawie złych doświadczeń) przesadzam?