Dodaj do ulubionych

dziecko,któremu.. "się nie chce"

14.10.04, 21:31
Mamy nie lada problem z córką mojego męża.

Została porzucona przez matkę i oddana ojcu w wieku 7 lat.
Nie chodziła nigdy do zerówki,przemieszczała się po całej Polsce i poza
granicami -słowem -nie miała w zasadzie własnego domu,własciwej opieki,nie
zaznała matczynej troski.
Matka ukrywała się wraz z dzieckiem gdzie popadło.Na dziś -jest pozbawiona
praw rodzicielskich i nie ma żadnego kontaktu z mała z własnej woli.

Matylda mieszka u nas juz na tyle długo,że zaczynamy poważnie obawiać się o
jej dalsze losy -na początku wszystkie zagrania tłumaczyliśmy jej
przeszłością i nieumiejętnościam,podpowiadaliśmy cierpliwie uczyliśmy,ze np.
myjemy się codziennie,że trzeba myć zęby,że majtki się zmienia,że je widelcem
drugie dania,że dzień dobry,że do widzenia,prosze i dziękuję itd.
I chyba nie tylko my-szkoła chyba też mniej wymagała.

Rozpoczęła się nauka w szkole a wraz z nią gehenna.Jest w 2 klasie.
Matyldzie się "nie chce" absolutnie nic.
Ledwo liczy na liczydle,nie dzieli,nie mnoży,odejmuje z błędami typu(5 minus
dwa to 12 np) albo z góry zakłada "nie umiem","nie rozumiem"."nie wiem".
Pół biedy,gdybyśmy mieli pewność,że tak jest - ale to wedle naszych
obserwacji jest absolutna niechęc do uczenia się czegokolwiek-
czytania,liczenia,opowiadania,poznawania czegoś nowego.
Niumiejętności czy niechęc narasta - program szkolny idzie do przodu a my
mamy przekonanie,ze Matylda się cofa bądź stoi w miejscu.
Jak mamy ją zachęcić do uczenia się,jak ją zmotywować?
Kompletnie jej nie zależy,nie odczuwa wstydu,nie żenują jej mierne
osiągnięcia,nie skutkuje po dobroci,nie skutkuje odmawianie jej przyjemności
(od bardzo dawna nie ogląda tv i nie je słodyczy)...
CO my mamy robić????????????????
Jurto...jesteśmy znów wezwani do szkoły...jestem przerażona...
Obserwuj wątek
    • grrrrw Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 14.10.04, 21:41
      Na pwno zerówka skieruje ja na badania.
      Ale ciekawe, czy naprawde nie umie, czy tylko udaje ?
      Przecież jak macie ją w domu, to zauważacie. Na przykłąd, czy potrafi sama coś
      policzyc (widelce, cukierki).
      • jofin Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 14.10.04, 21:45
        Uwazam, ze powinniscie sie udac do dobrego psychologa. Bez pomocy specjalisty
        bedzie wam dosyc trudno znalezcz wspolny jezyk z dzieckiem.
        • edytek1 Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 14.10.04, 23:04
          A co na to szkolny pedagog? Każda szkoła ma obowiazek takiego zatrudniać!
          Problem jest napewnoi niemały i owawiam się, zę owa niecheć to zaleddwie
          wierzcholek gory problemów. A czy u Was ma stałe miejsce czy juz wie, ę wy z
          nią jesteście na dobre i na złe? Może Was testuje i waszą milość? Cieżko mi coś
          doradzić przez net.
          • alfa36 Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 14.10.04, 23:40
            Też tak mamy. Tyle, że dzieckiak starszy (Iklasa gimnazjum). Jeszcze jakis czas
            temu coś robil. Teraz- to koszmar. Kłamie w sprawie nauki na każdym kroku. Od
            dobrych dwóch lat nie mówi o złych ocenach (odkąd je zaczał dostawać, czyli
            tak mnie wiecej odkąd przestalo mu wystarczac to, co w szkole i przydałoby się
            posiedzieć nad lekcjami w domu). Comiesięczne wizyty w szkole nie pomagają, a
            częstsze są niemożliwe raczej. Dziś (mial wolny dzień) prosiłam, żeby nauczył
            sie niemieckiego i nie bardzo mu to wyszlo przed południem , dlatego kiedy
            popołudniu wychodzilam do pracy prosiłam, żeby popracował nad tym. Niestety,
            niedawno wrocilam i coż się okazalo... Dziecko tatusiowi powiedziało, ze mama
            go ze wszystkiego sprawdziła, tatuś uwierzył i synek całe popołudnie zamiast
            się uczyć spędzil przy kompie. Nie mogę przyjąć do siebie , ze przecież
            doskonale zdawal sobie sprawę, ze kiedy przyjdę z pracy to sie wyda. I zawsze
            tak jest. Kłamstwa, klamstwa, kłamstwa.Zaznaczam, ze nie wymagamy od niego
            wiele. Ale on po prostu najchętniej nic by nie robil. (chodzi o szkołe, poza
            tym raczej mozna sie dogadać). Pozdrawiasm.
            • pod_sciana Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 15.10.04, 10:10
              Dziękując za zainteresowanie naszą sprawą po krótce wyjaśnię - mała jest w 2
              klasie i do szkoły chodzi "towarzysko" póki co.

              Ponieważ jeszcze nie ma ocen typu -dwója,pała - próbuje nam wmówić że pieczątka
              w zeszycie"popraw się" czy tam postaraj jest fantastyczną oceną!

              U psychologa byliśmy jeszcze na samym początku - to ta sama osoba,co w szkole-
              pani stwierdziła że w zasadzie jest wszystko ok - że ja panikuję,żeby ją
              zapisac na dodatkowe zajęcia,zainteresować czymś itd.-słowem,osobiście uważam
              że miała to w nosie.

              Mała jest zapisana na kilka wybranych przez siebie zajęć - i albo rezygnuje po
              miesiącu albo ..też chadza dla koleżanek a nie żeby się czegos nauczyć9jest
              nieprzygotowana do zajęć,przeszkadza,jest złośliwa w stosunku do nauczycieli
              itd).

              Zdajemy sobie sprawę,że bez pomocy się nie obejdzie - tylko że jedyna pomoc na
              jaką liczyłam,zawiodła nas.Nie stac nas na porady prywatne.
              No i oczywiście to prawda-to wierzchołek góry lodowej - nie opisuję tego,bo
              najbardziej teraz zadręczmy się ta szkołą.

              Z resztą - Matylda idzie moim zdaniem w kierunku dziecka alfy -
              kłamstwa,krętactwa,zatajanie prawdy itd - spotyka nas to co raz częściej.
              Dziecko będzie z nami - to sprawa oczywista i pod względem moralnym i
              prawnym.Zdaję sobie też sprawę z braku miłości,jaki doświadczyła,błędów
              rodziców.Ale..do diaska..to chyba można jakoś ponaprawiać???czy mam biernie
              przyglądać się,jak ona poprostu idzie na dno...?
              • jofin Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 15.10.04, 10:34
                No coz. napisalam do dobrego specjalisty. Ale jezeli ten specjalista ciebie
                olal, to rzeczywiscie musicie sami probowac.
                Moze na poczatek przestan od niej za duzo wymagac. Nawet nie wymagaj nic. Taki
                to troche paradoks, ale sprobuj dac jej, dziecku, ktore teraz jest twoje,
                troche bezwarunkowej milosci. Sprobuj nawet zaczac przez jakis czas robic to co
                ona chce, troche wejsc w jej swiat. Z tego co piszesz wyglada, ze dziewczynka
                miala prawo nauczyc sie w ciagu swojego zycia, ze jest odrzucana, nikomu
                niepotrzebna, nikt sie nia nie interesuje.
                Cala sytuacja troche przypomina Pigmaliona. teraz to Twoje i Twojego meza
                zadanie nauczyc ja powoli "chodzic, mowic, bawic sie". Jezeli uda Wam sie zlapc
                wspolny jezyk, na pewno odbije sie to rowniez na jej nauce.
                Poza tym piszesz, ze jest ona teraz w 2 klasie, gdzie program i wymagania sa
                juz nieco trudniejsze. Czy program 1 klasy ma ona przerobiony. Moze po prostu
                zaleglosci jej sa tak duze, ze warto pomyslec o powtorzeniu 1 klasy, a nie
                forsowac jej z materialem klasy 2, gdzie wydaje sie ze przez dlugi okres czasu
                bedzie pozostawala w tyle.
    • agatka_s Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 15.10.04, 10:30
      Nie znam się na takich problemach, ale wydaje mi się, że przede wszystkim to Wy
      musicie teraz dziecku poświęcić dużo czasu. Zajęcia dodatkowe, czy psycholog
      nie rozwiążą sprawy, bo to są chyba rzeczy dla dzieci będących w jako takiej
      równowadze psychicznej. Z opisu wyglada,że wasze dziecko ma totalnie
      rozchwiane poczucie bezpieczeństwa, przynależności do rodziny i chyba ogólnie
      jest bardzo nieszczęśliwe i zagubione w tych wszystkich wydarzeniach wokół
      niej.

      Powinniście z dzieckiem rozmawiać, chodzić na spacery, odrabiać wspólnie
      lekcje, grać w jakieś gry, malować, jeździć na rowerze i tysiąć innych rzeczy.
      Ważny jest pewnie i kontakt cielesny, przytulanie, całowanie i oczywiście
      budowanie jej poczucia wartości. Trzeba ją chwalić i trzeba się nią chwalić,
      niech poczuje że jesteście z niej dumni że cieszycie się że jest z Wami. Córka
      musi poczuć się bezpiecznie, szcześliwa i zadowolona, jak to nastąpi to chyba
      dopiero będzie czas aby powoli wdrażać ją w samodzielność, odpowiedzialność,
      budować jej poczucie ambicji, obowiązkowości. Wtedy będzie dopiero czas aby od
      niej wymagać.

      Tak mi się wydaje.
      • pod_sciana Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 15.10.04, 11:00
        Tak.napewno tak.
        Tyle..że ja mam dorastającego syna i mamy z mężem wspólne,maleńkie dziecko.Nie
        daję radyc tego wszystkiego zrobić.Ojciec wraca wieczorami do domu.
        Znów narzekam,piętrzę problemy -ale tak to wygląda.
        • agatka_s Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 15.10.04, 11:13
          pod_sciana napisała:

          > Tak.napewno tak.
          > Tyle..że ja mam dorastającego syna i mamy z mężem wspólne,maleńkie
          dziecko.Nie
          > daję radyc tego wszystkiego zrobić.Ojciec wraca wieczorami do domu.
          > Znów narzekam,piętrzę problemy -ale tak to wygląda.


          No pewnie jest ciężko, ale w dużej mierze myślę że jest to kwestia podejścia i
          atmosfery. Zaczęłabym od spokojnejrozmowy z mężem no i chyba z dorastającym
          synem, też. Mąż musi sobie zdać sprawę że dziecko jest nieszczęśliwe, a te
          wszystkie kłopoty i problemy, to tylko tego objaw i skutek. Twój syn też
          pewnie może być pomocny, bo autorytet starszego brata to sprawa nie do
          przecenienia. Z dziewczynką teraz trzeba obchodzić się "delikatnie" i
          poświęcać jej dużo uwagi i mąż i Ty musicie mieć to poprostu na uwadze. Trzeba
          jej stworzyć ciepło i bezpieczeństwo. Wlączyć do opieki nad maluchem,
          poprosić o pomoc, podziękować i pochwalic jak coś wyjdzie. No nie wiem
          takie "babcine" metody, ciasto razem upiec, pójśc na spacer i dać jej prowadzić
          wózek, pozbierać razem kasztany, zrobić ludziki. trochę inwencji, dużo
          cierpliwości i wszystko w końcu wróci do normy.

          Aha no i twoje stosunki z mężem muszą być OK, bo jak się zaczniecie kłócić (a
          już nie daj Boże przy dziecku) to ona z pewnością winę za to weźmie w swojej
          głowce na siebie. Musicie z mężem się umówić ze dla dobra dziecka przynajmniej
          na jakiś czas tworzycie najserdeczniejszy dom po słońcem (poczytaj sobie
          Musierowicz, dużo inspiracjii można tam znaleźć)

          Pozdrawiam i zycze dużo pogody ducha
          • klaryma Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 15.10.04, 12:31
            zgadzajac sie w 100% z przedmówczynią, dodam jeszcze od siebie, ze czasem dobre
            efekty przynosi zabawa w szkołę, to znaczy zamiast normalnie odrabiać lekcje,
            ćwiczyć pisanie, czytanie itp. można sie pobawić w szkołę, raz Ty jesteś pania,
            a dziecko (plus np. pewna ilosć pluszaków, a nawet malutki dzidziuś) uczniami,
            a potem dziecko jest panią. W ten sposób można wiele rzeczy przećwiczyć,
            utrwalic, a dziecko nawet nie zauważy, że sie uczy... Dodatko jeden pluszak
            może odgrywać role np. nie lubianej koleżanki, która dostaje (oczywiscie z
            przymrużeniem oka) uwagę albo gorszą "ocenę" niz nasze dziecko.
          • pod_sciana Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 15.10.04, 22:42
            Wszystko to,jak najbardziej rozumiem.
            Postaram się,jak umiem.
            Średnio mi wychodzi zabawianie Matyldy maleństwem,bo ją to nudzi.Kiedy moja
            młodsza córka uleje,ona leci do wc,bo jej jak mówi - nie dobrze...tych
            przeszkód jest milion -tysiąc pomysłów,żeby postwić na swoim NIE.Na spacery
            nie chce z nami wychodzić,ponieważ od marca nie chce za Boga wyjśc na podwórko.
            Wróciliśmy z zebrania.
            Czeka nas tydzień próbny - jesli M. nie zmieni swojego stosunku -nauczycielka
            chce ją skierować na badania.
            Acha - ona również nie widzi powodu,zeby iść ponownie do poradni...
            A ja dalej na to naciskam.
            Pozdrawiam wszystkich,chcących doradzić
            • berdebul Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 16.10.04, 19:11
              hmm spróbuj maleństwo "wcisnąc" męzowi Tu poświeć czas TYLKO dla siebie-musisz
              być spokojna inaczej problemow bedzie wiecej...a dorastajacy syn może wyjść z
              siostrą-może chciałaby sie nauczyc grać w piłke? w kosza? a moze lubi szachy i
              może "zaimponowac" bratu który nie umie...albo Ty poświec czas tylko Jej-
              wyjedzcie na weekend na wieś-na sowja dizałke (jesli macie)czy do znajomych-
              mozecie pobawic sie w "pytanie czy wyzwanie" albo w godizne szczerosci...a
              praca w ogrodzie-nawet zwykłe grabienie lisci moze pomóc otworzyc sie
              Małej...ona czuje sie odrzucona-przez matke Ciebie moze uznawac jako tą która
              spowodawała brak mamy a ojca po prostu nie zna..albo niech Twój mąż pojedzie z
              mała...sprobuje ją poznać...poświecic czas którego w tygodniu nie ma tylko JEJ-
              niech poczuje sie najwazniejsza...niech będzie "mała kólewna" tatusia...mozna
              ja troszeczke rozpieszczac...niech poczuje sie akceptowana-wtedy powinno być
              ok...trzeba ja zainteresowac np. ksiazkami końmi-przy koniach bedzie musiala
              wykazac jakas aktywnosc-nauczyć sie ich pelegnacji jak je karmić jaka pozycje
              przyjac w siodle itp. w stajni łatwo nawiazuje sie znajomosci nie tylko ze
              zwierzetam-a wspolnaprzjeazdzkaz mama czy tata albo pokazanie ze ona umie a
              rodzice nie dowartosciuje ją:] powodzeniabig_grin
    • egusia Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 24.10.04, 23:08
      witaj,
      też mam dużo problemów i często jest naprawdę ciężko więc Cię rozumiem i
      momentami, jak widzę Twoją determinację w chęci rozwikłania 'zagadki Matyldy'
      to podziwiam - na pewno leży Ci na sercu, żeby wszystko się ułożyło i abyście
      mogli być szczęśliwą rodzinką ale zastanowiło mnie stwierdzenie "Średnio mi
      wychodzi zabawianie Matyldy maleństwem,bo ją to nudzi.Kiedy moja
      młodsza córka uleje,ona leci do wc,bo jej jak mówi - nie dobrze" dlaczego
      napisałaś MOJA - jeśli jest u Was podział na czyjeś dzieci (nawet ukryty tzn.
      że Tobie lub mężowi wypsnie się moja córeczka, mój syn - to dla dzieci
      tragedia) to raczej na szczęśliwe zakończenie nie ma co liczyć; myślę, że macie
      duże szanse poradzić sobie, bo tego pragniesz, te rady, które tutaj otrzymałaś
      są świetne ale dużo o dzieciach a nic o Tobie - czy jesteś szczęśliwa, czy
      czujesz czyjeś wsparcie?
    • rycerzowa Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 26.10.04, 15:38
      Nie przesadzajmy, nie jesteś "pod scianą". Tego określenia uzywa się w
      przypadku sytuacji bez wyjscia.
      Z twoich listów wynika, że jesteście rodziną "po przejściach", czyli macie
      sporo trudnych chwil za sobą. A teraz przyszły zwykłe życiowe problemy. Wiesz,
      każdy ma jakieś kłopoty z dziećmi.

      To nie jest problem tylko Matyldy. Każde z was potrzebuje troski i uwagi. Na
      przykład twój syn, w którego życiu zaszło zbyt dużo zmian. W interesie twoim i
      wszystkich twoich dzieci jest, aby rodzina była zgodna, abyście wspólnie
      radzili sobie z nieuchronnymi problemami.

      Psycholog stwierdził, że Matylda nie ma braków rozwojowych, że jest przeciętna.
      I to jest dobry punkt wyjscia.
      Spróbuj zrozumieć to dziecko, spróbuj też zrozumieć swoje uczucia.
      Matylda nie przepada za mała siostrzyczką, bo nie umie być opiekuńcza, nie
      potrafi zaradzić jej problemom, np. wymiotom. Tak samo ty nie lubisz Matyldy,
      bo jej nie wychowywałaś, nie znasz jej, bo wydaje ci się, ze nie radzisz
      sobie z nią. Jeśli nie bedziesz obarczać Matyldy poczuciem winy za jej brak
      uczuć do maleństwa, z czasem dziewczynki polubią się. Ale to musi potrwać.
      Tak samo ty kiedys polubisz Matyldę, gdy zauwazysz w niej swój "ślad", swój
      wpływ na jej osobowość.
      Teraz pogódż sie z tym, że za nią nie przepadasz, nie zmuszaj sie do miłości,
      ale staraj się być jej przyjacielem, wychowawcą.

      Ta dziewczynka przez lwią część swego życia chowała się w innym świecie, gdzie
      obowiązywały inne prawa, inne reguły postępowania. Jak można wymagać, aby w
      ciągu roku całkowicie przystosowała sie do życia w świecie - że sie tak
      wyraże - cywilizowanym? Gdzie obowiązują reguły savoir vivre'u a poza tym
      przymus intelektualnego rozwoju (nauka szkolna). Przecież ona bujała sobie, jak
      motyl na łące, a jedynym jej obowiazkiem było nie przeszkadzać dorosłym. Tu
      zaś nagle znalazła się w rzeczywistości represyjnej i opresyjnej.
      Uczciwie mówiac, to możecie być z siebie dumni, bo:
      - dziecko nie jest skrajnie agresywne, czyli musiało was polubić,
      - dziecko przez rok nauczyło sie takich ważnych umiejetności, jak mycie zebów,
      jedzenie widelcem itepe, a TO JEST SUKCES.
      Nie mogła w ciagu tak krótkiego okresu nadrobić WSZYSTKIEGO. Masz starsze
      dziecko i wiesz, że przygotowanie go do zycia w społeczeństwie to były lata
      żmudnej i cierpliwej pracy.
      Wyobraż sobie, że nagle ktos cie siłą wywozi do innego kraju, gdzie ludzie
      zachowują sie, ubierają i jedzą inaczej, niż u nas, mówią innym językiem, liczą
      systemem dwójkowym. A ty nie radzisz sobie , zamiast zaś cierpliwej pomocy i
      wytchnienia otrzymujesz ciagłą krytykę i kary.

      Matylda reaguje zupełnie naturalnie. Dziecku "się nie chce" wtedy, gdy nie
      odnosi sukcesów. Mija sie z prawdą, bo to reakcja samoobronna. Oskarżony w
      sądzie może kłamać i kręcić, gdyż Prawodawca rozumie, że pragnienie uniknięcia
      kary jest naturalnym ludzkim uczuciem. Ale my zawsze więcej wymagamy od dzieci,
      niż od dorosłych.
      Matylda boi sie, że nie da sobie rady. Sama piszesz, że nie wychodzi na
      podwórko, to jest też objaw lęku.
      Zatem co robić?

      Psycholog zrobił swoje, stwierdził, że dziecko jest zdrowe. Teraz czas na
      normalne rodzinne wychowanie, dostosowane do możliwości dziecka.
      Być może dziewczynka powinna powtórzyć pierwszą klasę. Ona ma problemy z tzw.
      przekroczeniem progu dziesiątkowego. Celowo wyżej wspomniałam o tzw. systemie
      dwójkowym , stosowanym w informatyce. Umiałabys biegle tak liczyć? Nawet gdyby
      ci to ktos raz wytłumaczył? A Matyldzie nikt pewnie porządnie nie wytłumaczył
      systemu dziesiątkowego, bo większośc dzieci przychodzi do szkoły umiejąc dobrze
      liczyć i pani nauczycielka nie musi sie wysilać.
      Niech liczy na konkretach (palce , liczydło)
      Dodatkowe zajęcia? Mogą być tylko wyrównawcze. Na pewno niczego nie należy
      dziecku dokładać. Ono musi poradzić sobie z programem minimum.

      Nie należy karać dziewczynki za coś, na co nie ma wpływu. Każdy przecież
      chciałby umieć i rozumieć.
      Podkreslać (zapisywać) osiągnięcia, typu owo (bardzo ważne) mycie zębów,
      stawiac przed nią małe ale realne cele, np. nauczenie się na pamieć wierszyka.
      Za każdy choćby najmniejszy sukces, np. położenie na stole odpowiedziej ilości
      sztućców, zapisać jej "wesołe" słoneczko, za brzydkie zachowanie - czarne,
      smutne słoneczko. Ale "brzydkie"zachowanie , to musi być naprawde brzydkie i
      zależne od niej, np. niepotrzebne kłamstwo, brzydkie wyrazy. Pilnować, aby
      liczba wesołych słoneczek była zawsze choćby trochę wieksza od tych smutnych. A
      pod koniec tygodnia podliczyć i zgodnie z wcześniejsza umową za odpowiednia
      ilość słoneczek kupić slodycze lub zabawkę.

      Wytłumaczyć jej i sobie,że wcale nie musi byc promowana do następnej klasy,
      niech sobie pochodzi do szkoły "towarzysko", bo to też bardzo ważna umiejetność
      umieć zachować sie wśród rówieśników. Ale niech się w tym roku nauczy jak
      najwięcej, aby jej w przyszłym roku było łatwiej.

      Niech jej tata codziennie przez 20 minut czyta książeczki. Ostatnią linijkę na
      każdej stronie niech przeczyta sama. Dziecko w tym wieku wytrzyma przy jednej
      (nudnej)czynności właśnie ok. 20 minut, zatem odrabianie lekcji tez nie powinno
      trwać dłużej.Chyba znajdziesz tyle czasu, aby jej codziennie pomóc przy
      lekcjach.
      Przede wszystkim niech się cieszy dzieciństwem i odzyskaną rodziną, niech się
      bawi i psoci, jak dziecku przystało, a wy oboje cieszcie się że macie fajne i
      zdrowe (moje twoje i nasze) dzieciaki. Wszystko będzie dobrze.

      • pod_sciana Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 26.10.04, 18:01
        W każdej wypowiedzi na temat Matyldy,czytający czy słuchający starają się
        wgryżźć we mnie,doszukać w moich słowach drugiego dna itd.

        Fakt -to prawda,że nie traktuję jej jak swojej córki -ale i ojciec Matyldy nie
        trakuje tak mojego syna...inaczej też traktuje naszą córkę...mówiąc - wiem,że o
        nią zadbasz..i odwraca się na pięcie.
        Z pewnością - byłoby dużo łatwiej,gdyby ojciec małej wykazywał większe
        zainteresowanie rodziną.Traktował wszystkich na równi,każdy w tej rodzinie
        czułby się ogniwem.
        Ale tak nie jest.
        Ja mam kłopoty nie tyle już emocjonalne z Matyldą..chociaż i o tych mogłabym
        mówić kiedyś godzinami..ale wychowawcze.
        Nie umiem zrozumieć dlaczego jednaego dnia liczy,pisze samodzielnie i z
        klasówek przynosi nie najgorsze oceny a drugiego niechce nawet zacząć,otworzyć
        zeszytu,pomyśleć..itd.

        Już dawno zrozumiałam,ze jej nie ulepię,tak jak bym chciała.Ona zawsze będzie
        inna.Pewnie-to wszystko,co umie to są sukcesy...ale..jej ojciec nie robi za
        wiele,żeby iść dalej.Umie jeść,?Umie.Umie umyć się?Umie..No to konie edukacji.
        Konsekwencja to dla niego abstrakcja - uważa że zbędna czynnośc,motywacja-to
        moze coś słodkiego....itd
        Ktoś tu dobrze zauważył - nie mam wsparcia,bo postępy M. są dla męża niczym
        specjalnym.
        Ja w ogóle zaczynam jego obwiniac ,za to co zrobili obydwoje z tym dzieckiem.
        Może tak podsumuję - nie mamy z meżem wspólnej linii wychowawczej,wspólnego
        poglądu na ten temat,wspólnego spojżenia.
        I może to jest tym największym problemem??????
        A jeśłi tak...to..co mam robić?????
    • rycerzowa Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 27.10.04, 12:58
      Tego "drugiego dna" wcale nie trzeba się specjalnie doszukiwać, bo jest ono
      nazbyt widoczne. Regułą niemalże jest, że problemy z dziećmi są pochodną
      problemów w rodzinie jako całości. Dlatego zwróciłam uwagę, że kazdy w waszej
      rodzinie wymaga specjalnego potraktowania, szczególnie starszy syn, któremu -
      oprócz innych kłopotów - zbyt gwałtownie przybyły dwie rywalki do serca mamy.
      Chodzi o to, by sprawy Matyldy nie staneły w centrum spraw rodziny, by wasz
      świat nie kręcił sie wyłącznie wokół jej problemów. Wyjdzie to zresztą
      dziewczynce na zdrowie.

      Nie ma łatwych zyciorysów, każda rodzina musi przejśc przez wiele trudnych
      momentów. To jest wpisane w ludzki los. Są takie sprawy, które stawiają
      człowieka rzeczywiście "pod sciana", np. smierć. Inne natomiast to są codzienne
      kłopoty do rozwiązania, z których naprawde nie warto robić tzw. sprawy.
      Dziwi mnie, jak ludzie, którzy mają wszelkie dane, aby mogli być szcześliwi,
      wyolbrzymiają problemy a nie widzą szczęścia, które mają pod reką.
      Nie masz pojecia, jak ci zazdroszczę, że masz przy sobie swoją maleńką
      córeczkę, która wyciąga do ciebie ręce i przytula się z ufnością. Moje dzieci
      juz wyrosły...
      Co do braku "wspólnej linii" z mężem w sprawie wychowania dzieci, każda
      doswiadczona męzatka powie ci:
      - Rzadko zdarza sie, aby meżczyżni mieli zdolności i wyczucie pedagogiczne.
      - Mężczyzna z reguły ma naturę mniej refleksyjną a raczej nastawioną na
      działanie; w waszym przypadku głównym jego celem powinno być zapewnienie bytu
      rodzinie, bo nietrudno domyslić sie , że się wam nie przelewa.
      - Jżeli ojciec mało przebywa z niemowlęciem, bo np. pracuje cały dzień, to nie
      może z nim mieć dobrego kontaktu. Wtedy trzeba poczekać, az maluch troszkę
      dorośnie. Wszystko to się dzieje niejako automatycznie, jak wynika z
      doswiadczeń wielu rodzin.
      - Matki kochaja dzieci, bo one są, ojcowie chca być dumni ze swego potomstwa.
      Zatem matki intuicyjnie "na wejście" taty zaczynają opowiedac o sukcesach i
      codziennych osiągnięciach dzieciaków,np. że chwyciło dziś samo grzechotkę, ze
      poznało pierwszą literkę, że pieknie nauczyło sie wierszyka, że potrafiło się
      obronić przed zaczepkami itp. Wierz mi, to działa. Nigdy nie witaj ojca
      informacjami o tym, co dzieciak zrobił żle. To i tak nic nie da.

      W twoim przypadku mąż ma przypuszczalnie ogromne poczucie winy w stosunku do
      starszej córeczki, i bardzo słusznie. Ale to może paraliżować codzienne bycie z
      dziećmi, bo on nie jest w stanie więcej on niej wymagać, ani okazać więej
      uczucia starszemu synowi i maleństwu, gdyż za wszelka cenę chciałby
      zrekompensować Matyldzie wczesniejsze odrzucenie. I tego samego wymaga od
      ciebie.

      Ty zaś wyglądasz na perfekcjonistkę, dajesz z siebie wiele ale chciałabyś, żeby
      wszystko ci sie udało, no i pragniesz docenienia. Doczekasz sie, ale póżno i w
      innej formie, niz sie spodziewasz.

      Co robić? Badż przede wszystkim tolerancyjna.
      Wobec siebie, bo wcale nie musisz kochać małej Matyldy jak własnego dziecka ani
      zrobić z niej w ciągu dwu lat panienkę z dobrego domu i wzorowa uczennicę.
      Wystarczy, że bedziesz traktować ją przyjażnie,ze zrozumieniem i robić swoje,
      czyli powoli, cierpliwie ale konsekwentnie uczyć ją życia .

      Wobec męża, bo widać, że on też sobie nie radzi z sytuacją i potrzebuje twojego
      wsparcia . Nie rób mu ciagłych wyrzutów, raczej staraj sie utrzymywać, że
      wszystko będzie dobrze, że sie uda. Mężczyzni wsparci przez wiarę i optymizm
      swoich kobiet są zdolni nawet do heroizmu, zatem jest szansa, że i z polską
      szkołą sobie poradzi.
      Ale tego codziennego czytania dzieciom wymagaj.

      Wobec Matyldy, bo to jeszcze małe dziecko. Zeby cos wymagać, trzeba najpierw
      dziecku duzo dać. A na razie wszystko dobre co otrzymała, to sprawa ostatniego
      roku. Skarżysz sie ,że dziewczynka nie zna poczucia wstydu, nie ma ambicji, ale
      przeciez z tym człowiek się nie rodzi. To trzeba najpierw wbudować w dziecko, a
      to wymaga lat. Przecież widzisz, że robi jednak postępy, niech ci to bedzie
      nagrodą. A że raz jest lepiej, raz gorzej, to wynika że ona jest żywym
      człowiekiem który ma lepsze i gorsze dni. Naprawdę, wcale nie musi otrzymać
      promocji, wystarczy, że się sporo nauczy. Czasem warto stracić rok, aby wygrać
      coś znacznie cenniejszego.

      Wiesz, nie znam ciebie, więc moje "wymądrzanie się " może nie byc trafne.
      Twoje uczucia są na wskroś "ludzkie" - pragnienie miłości i zrozumienia,
      harmonii w rodzinnych układach, sukcesu w codziennych zmaganiach z
      rzeczywistością. Ale musimy nauczyć się odnajdywać to wszystko w naszym
      codziennym dniu, który nie jest cukierkowy ani harlekinowy, ale przez to
      właśnie bardziej wartościowy. Tak czy owak, życze, aby ci sie udało.
      • pod_sciana Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 28.10.04, 11:47
        Witaj..

        moje "pod sciana" faktycznie nie odnosi się tylko do sytacji z Matyldą.To może
        brzmieć zbyt mocno,z wielką przesadą..ale - niechże pozostanie.

        Widocznie tak oceniam swoją sytuację i..celnie napewno trafiłaś,mówiąc że
        jestem perfekcjonistką.To prawda -aczkolwiek myślałam,że tę cechę już
        poskromiłam.

        Tak sobie myślę,że podejżewasz mnie o to,że nie potrafię się cieszyć chwilą a
        jedynie posrzegam to,co szwankuje.
        Może.
        Przemyślę to.
        Jednak co do córeczki - jestem przekonana,ze to dzięki Jej istnieniu mam
        siłę,nie poddaję się,pomimo wielu przeciwności losu,doceniam Ją i moje
        szczęście.

        Jeśli myślisz,że sprawa Matyldy jest jedną,jedyną sprawą która mnie niepokoi -
        to tak nie jest.

        Prawda kolejna- czuje się absolutnie niedoceniona i ..może gdybym
        słyszała,widziała lub czuła wsparcie-nie wyczekiwałabym tak niecierpliwie
        efeków pracy z Matyldą.Może ja rozpaczliwie szukam sensu tego wszystkiego?

        Tymczasem-wczoraj skończyłam "obrabiać" ostatnie dziecko o 22.30,podczas gdy
        małżonek od 21.00 śnił bądź wypoczywał...a poprzedniej nocy bawił na
        przyjęciu "pracowym".Widzę,jak ucieka przed problemami,problemikami...

        tak naprawdę...boje się,że nieługo będę zbyt zmęczona,żeby cieszyć się
        czymkolwiek...i uwierz mi - nie sądzę,zebym umiała Go wesprzeć.
        To ja rozpaczliwie się tego domagam,szukam...

        Piszesz wiele mądrych słów,
        a ja..pewnie i tego potrzebuję

        dziękuję Ci

    • egusia Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 27.10.04, 20:42
      witaj ponownie,
      prawdę mówiąc cały czas jestem pod wrażeniem tego co robisz w sensie
      pozytywnym, nie do końca zgodzę się z przedmówczynią, że musisz być podporą, bo
      jesteś matką - jeśli Twój mąż całkowicie Cię ignoruje, czujesz, że w żaden
      sposób jego oschłości nie pokonasz to chyba trzeba szukać jakiegoś "wentyla"
      poza domem - podobno jeśli się chce to kogoś przed kim można się wyżalić i kto
      doradzi zawsze się znajdzie;
      ale tak naprawdę z jakiegoś powodu związaliście się ze sobą Ty i Mąż- pewnie
      dlatego, że się kochacie i chcecie stworzyć dla dzieci prawdziwy dom - zapewne
      pod pancerzem zbudowanym na wypadek takich problemów jak te teraz - jest ten
      sam kochający facet, który o tym samym marzy co Ty; jeśli uznasz za właściwe
      pokaż mu ten wątek, to są jakieś spostrzeżenia ludzi stojących z boku,
      nieznanych - może będzie to powód do rozmowy czego chcecie i jak macie do tego
      dojść;
      co do szczegółów rady poprzednie są świetne przynajmniej dla mnie o czytaniu
      itp. natomiast przyczepiłabym się do dwóch rzeczy: po pierwsze żadnych czyichś
      dzieci: tutaj rzeczywiście jeśli którekolwiek z Waszych dużych i małych
      aniołków odczuje, że jest między rodzicami jakaś walka o ich miejsce w rodzinie
      (lepsze taty, lepsze mamy, lepsze wspólne) to chyba można zapomnieć o normalnym
      życiu, starszy syn pewnie (jakoś!) sobie poradzi, ale z maluszkami tak mi się
      zdaje będą różne problemy a to nie trudno wyzbyć się tej rywalizacji ale obie
      strony muszą chcieć, bo wszystkie dzieci na pewno chcą być traktowane na równi
      i sprawiedliwie;
      a drugie to Twoje samopoczucie - jesteś silną kobietą ale nie ideałem tak jak
      nie jest nim na pewno nikt z Twojej ani żadnej innej rodziny więc pewnie
      chciałabyś nie być obciążona kłopotami ponad miarę i móc normalnie żyć dletego
      jeśli chcesz oceń, kto z Twojej rodziny jest w stanie przyjąć normalne
      argumenty typu jestem zmęczona, staram się ale jestem tylko człowiekiem, co
      powinnam zmienić aby nam się żyło lepiej wszystkim; jestem pewna, że będzisz
      miała co najmniej jednego sprzymierzeńca,
      pozdowienia; ela
      • pod_sciana Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 28.10.04, 12:05
        No właśnie egusiu - to mniej więcej starałam się powiedzieć rycerzowej..tak -
        podporą ja nawet nie umiem być,bo sama podpory potrzebuję.

        To prawda,że po coś się związaliśmy,po cos ze sobą jesteśmy i że chcemy
        stworzyć dom.

        Tylko widzisz...każde z nas inaczej ten dom sobie wyobraża.
        Dla mnie -w dużym skrócie -dom to kochający i lubiący się wzajemnie
        domownicy,gdzie każdemu miło sie do niego wraca.
        Żądzą nim jakieś reguły,które mają ułatwiac życie ale i wprowadzać pewien
        pogląd na świat,ludzi,boga-jakkolwiek go nazywamy..i porządek.
        Dom to stabilizacja,to ostoja,to ciepło..
        Tutaj...jestem chyba odosobniona w takim przekonaniu i takiej chęci.

        Wentyla szukam..i to też jest powód,żeby mi coś zarzucić..a mianowicie-
        "nieodpępnienie" -czyli silna więź z rodzicami.
        Mam wspaniałych rodziców i właśnie z nimi dzielę się tym wszystkim,co mnie
        boli,do czego nie amm siły.W ramach granic,które sama wyznaczyłam.

        Serdecznie dziękuję ci za słowa,które są mi tak potrzebne...
        Pozdrawiam


        • berdebul Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 05.11.04, 18:45
          1.zostaw szkołe-nie jest teraz najwazniejsza a przeciez nic sie nie stanie jak
          Matylda powtorzy klasesmile
          2.nie martw się-powoli przyzwyczai się do Ciebie i Twoich wymagań...nauczycsię
          funkcjonować w rodzinie
          3.a może Matylda dogadala by się z Twoimi rodzicami-małe dziewczynki uwielbiaja
          dziadków:]
          4.nie mozesz tak wiele wymagac od siebie-tez jestes człowiekiem który moze
          popełnić błedy pozwól sobie na nie
          5. nie poświecaj sie tak dla rodziny
          6.nie zawsze wszystko musi byc idealnie zrób cos czasami przeciwko shcematowi
          jak Matylda/Syn worca powiedz ze wychodzicie razem do kina itp.
          Matylda potrzebuje matki ale przede wszystkim osoby kótrej moze zaufac-jesli
          nie ma kolezanek musisz nia byc Ty/Twoja mama przyjaźn miedzy kobietami jest
          naptawde wspaniała;]
          pozdrawiamsmile
    • rycerzowa Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 31.10.04, 01:13
      Dobra jesteś, skoro przy trojgu dzieciach udaje ci się skończyc domową
      krzątaninę o 22:30.
      Ja się nie mogę "wyrobić" przed północą. Może dlatego, że wszyscy mi pomagają...

      No tak, wydawało sie, że chodzi o problemy wychowawcze z dzieckiem, tymczasem
      są to problemy rodziny jako całości, problemy z mężem, a w końcu - z samą
      sobą. Poczucie osamotnienia, wyczerpania psychicznego, prowadzące do poczucia
      bezsensu, bezskuteczne pragnienie miłości - to są problemy egzystencjalne, z
      którymi musi uporać sie każdy z nas i zawsze niestety sam.
      Wszystko, co wszelkie przyjazne dusze mogą zrobić, to wspomnieć, w jaki sposób
      same szukały śladów szczęścia i sensu.

      Zatem jeszcze raz powtórzę,że uważam za wspaniałe
      - mieć swoje kochane maleństwo,
      - móc chodzić z kilkulatką na zakupy po "ciuchy", przyglądać się jej zabawnej
      kokieterii, jej marudzeniu, a na koniec wybrać się na lody i na plotki(tak
      miedzy nami kobietami),
      - mieć syna ucznia, który opowiada o różnych szkolnych hecach,
      - mieć kochanych rodziców, którym można podrzucić dzieciaki, aby wybrać sie z
      mężem "na wagary".
      Wiesz, ogarnia człowieka żólta zazdrość w zielone grochy!

      Twoje listy potwierdzają, że należysz do tych dzielnych ludzi, ktorzy wymagają
      duzo od siebie , od innych, a przede wszystkim od życia. Takim osobom jest
      trudno, bo są ciągle niezadowolone z osiągnięć własnych i ich bliskich, bo
      czują, że nie przybliżają sie do założonych celów, że "ideałow blaski" świecą
      ciagle bardzo daleko.
      Doświadczenie uczy, że czasem warto obniżyć poprzeczkę, bo wtedy jakąś część
      ideałów jednak sie osiągnie.I że warto nauczyć się odczytywać znaki sukcesu,
      nie tyle, żeby "cieszyć się małym", ale aby dostrzec "duże".
      O szklance, wypełnionej do połowy winem, optymista powie, że jest w połowie
      pełna, pesymista - że w połowie pusta.
      Piszesz, że mąż od 21 odpoczywał. A przedtem? Może ta szklanka w tamtej połowie
      była pełna?
      Zakładam, że twój mąż nie jest chamem i draniem; za takiego byś przeciez nie
      wyszła. Jest jednym z nas, ludzi z wadami, popełniającym błedy. To między
      innymi i od ciebie zależy, czy bedzie starał sie tych błędów popełniać jak
      najmniej, czy raczej uwierzy, ze jest do niczego, że rozwalił swój pierwszy
      związek, zmarnował dziecko a teraz unieszczęśliwia wartościową kobietę, nie
      wychodzi mu z kolejną rodziną. Z takim przekonaniem na pewno nikomu sie nie uda.
      Dom, do którego chętnie sie wraca, to nie taki, gdzie słyszymy "jesteś zły,
      popraw się" , ale gdzie nam mówią "jestes dobry, pokaż to". Dotyczy to i
      dorosłych i dzieci. Nikogo nie możemy ukształtować "na swoją modłę" a jedynie
      wydobyć z każdego, to co w nim najlepsze. Górnolotne to, ale przecież
      przekładalne na codzienność.
      Warto zrezygnować ze lśniących podłóg i pozwolić dzieciom zapraszac bałaganiące
      kolezanki i kolegów, bo to dla nich ważne.
      Warto darować sobie inne ważne czynności ale wygospodarować czas na wspólną
      herbatę ze słodyczami.
      Nigdy nie marudzic i nie zrzędzić, że dziecko nie spełnia naszych oczekiwań, bo
      ono nie po to jest.
      Itp.
      A przede wszystkim polubić siebie, zdawać sobie sprawę z własnej wartości,
      przyznac sobie prawo do błedów. Dosłownie. Na przykład masz chyba świadomość,
      że popełniasz sporo błędów ortograficznych, czyli nie masz pamieci wzrokowej.
      Ale reprezentujesz dobry styl, poprawną składnię, czyli piszesz i myślisz
      logicznie.
      A na błędy wystarczy włączyc odpowiedni program w komputerze i nie przejmować
      się. Do każdego zagadnienia spróbuj podejśc w podobny sposób.

      Znaki sukcesu bywaja też tam, gdzie ich się spodziewać trudno. Np. ja poczułam
      pewien rodzaj dumy, gdy mój syn grzecznie stwierdził, że razem z dziewczyną
      postanowili nie skorzystać z mojej rady ale cos tam zrobić po swojemu. Czyli
      dobrze go wychowałam, potrafi w odpowiednim momencie usamodzielnić się
      emocjonalnie.
      Albo gdy córka zachowała się "niegrzecznie" wobec nauczycielki, gdy ta
      stwierdziła, że nie może patrzeć na kalectwo jednego ucznia i w tej klasie
      uczyć nie będzie.

      A jak dzieci uczyć o wartościach najwyższych, jak Bog, ojczyzna, itp.?
      Dam przykład mojej sąsiadki , matki trzech Budrysów w wieku szkolnym. Wiadomo,
      stale bałagan, zamieszanie, brak wytchnienia, i ci ciągle głodni chłopcy.
      Kiedys zjawili sie w kuchni z kolegami, wszyscy zwabieni zapachem smażonych
      powideł a ona po prostu postawiła je na stole, położyła chleb i powiedziała :
      "Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy..."
      Na dźwięk znajomych słów chłopcy zamilkli a jeden z kolegów powiedział:
      "Acha, wiec to na tym polega?"
      Właśnie na tym.






























      Albo
      • sosna11 Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 05.11.04, 20:56
        Jestem pełna podziwu dla Twoich odpowiedzi, myślę, że masz przygotowanie
        psychologiczne i serce do dzieci. Ja mam podobny problem ale ze znacznie już
        starszym synem. Ma 16 lat, od kilku lat chodzę z nim do poradni, psychologa,
        lekarzy a teraz znalazł się nawet w klasie wyrównawczej w innej szkole, po
        powtórzeniu 1 klasy gimnazjalnej i warunkowym przejściu do trzeciej. Ostatnie
        trzy lata to koszmar dla niego i dla mnie mimo, że staram się nie tragizować.
        Syn jest najmłodszym z trzech a jego dewiza, ta oficjalna, to "nic mi się nie
        chce, nie mam siły i zdolności, zróbcie ze mną co chcecie". Nie jest agresywny,
        nie ma nałogów ani podejrzanego towarzystwa. Jest uzależniony od komputera i
        internetu i nawet nie próbuje z tej skorupy wyjść a próby zajęcia się choćby
        sportem natrafiły na prozaiczne problemy - przetrenowanie i odłożony w
        mięśniach kwas wystarczył. aby go zniechęcić. Nie dyskutujemy już o szkole, on
        uważa tę wyrównawczą klasę prawie za karę i unika lekcji, na których może
        otrzymać ocenę negatywną, ale w domu nawet nie zajrzy do zeszytu. Nie jesteśmy
        idealną rodziną ale też nie patologiczną. Ja opuściłam już ręce, zaczęłam mieć
        problemy zdrowotne ( dwie operacje i anemia w ciągu roku ). Wiem też, że nikt
        tak naprawdę mi nie pomoże, czekam więc wraz z nim na najgorsze. Piszę to aby
        powiedzieć, że takie postawy rodzą się niekoniecznie w rodzinach z różnymi
        przejściami. Pozdrawiam serdecznie z nutką nadziei.
        • berdebul Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 21.11.04, 21:24
          sosna11 napisała:

          Ma 16 lat, . Jest uzależniony od komputera i
          > internetu i nawet nie próbuje z tej skorupy wyjść -moze jakos zraził sie do
          ludzi-rozumem go, tez tak miałam ale w giamznjum znalazłam przyjaciól i wyszłam
          z tej skorupy,choc dalej komp zajmuje mi duzo czasu-a to jakies wypracownako a
          to piosenke sie sciaga:] i z koleznaka pogada,kolega-list szedby tydzień a tak
          rozmwiam szybkobig_grin i planuje poznac sie z kims w realu a znam go tylko z netu
    • tal3 Re: dziecko,któremu.. "się nie chce" 31.10.04, 04:41
      Podobny problem,
      znajomi wyjezdzajac na zachod zostawili syna u rodzicow, po 2latach dziecko
      zamieszkalo z rodzicami, jednak nie znajac ich, nie znajac brata , jezyka...
      bylo kilk problemow, zaczely sie pieluchy!, chowanie slodyczy pod poduszki...
      chodzac do szkoly nauczyl sie jezyka, nie chce mowic juz po polsku, z rodzicami
      do tej pory nie rozmawia na powazniejsze tematy, tylko gry bajki.. jesli jest
      rozmowa o szkole niczego nie mozna sie dowiedziec ( uczy sie dobrze, jak chce i
      kiedy chce!) pediatra, p.psycholog ( bedac na kolacji) stwierdzila, iz to
      b.madre dziecko, i ze poprostu chce by rodzice "zaplacili", oczywiscie maly nie
      robi tego domyslnie, wiec rodzice nic nie mowia i poprostu zyja z nim takim
      jaki jest nie szukaja juz by byl lepszy (czy tez oni) , i z miesiaca na
      miesiac coraz lepiej jest, oni rowniez ucza sie z nim zyc 2 lata byly stracone,
      Jak to mowia: synku, glowa do gory, jutro bedzi lepszy dzien
      pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka