noregrets1
17.12.06, 10:09
Mój syn (12 lat) jest zwyczajnym nastolatkiem. Ma swoich (normalnych) kolegów
(równieśników). Po emisji reklamy Onet Konekt chłopcy zafascynowali się
parkurem - skokami przez różne przeszkody. Zauważyły to Panie psycholożki
szkolne i postanowiła podjąć z tym walkę. Bo, jak twierdzą są to dzieci
opuszczone przez rodziny, same chodzące po ulicach i robiące co chcą,
sprzedawające narkotyki i używające przemocy. Na moje pytanie o przykład
zastosowanej przemocy przez mojego syna i innych nie miała żadnych argumentów
ponad ten, że kilka dni temu dziewczynka w szkole została lekko popchnięta
przez kogoś (nie wiadomo przez kogo) ale na pewno był to ktoś z tej paczki co
skaczą po płotach (dokładnie taka była odpowiedź). Dzieci twierdzą, że nie
było tam mojego syna i spółki ale psycholożka swoje - że dzieci boją się
powiedzieć prawdę. Psycholożka dalej - bo Pani syn ma problemy z lekcjami. Po
wizycie u wszystkich nauczycieli którzy mają z nim zajęcia wniosek jest mniej
więcej taki: Fajny, grzeczny dzieciak, uczy się różnie: jednego dnia potrafi
dostać pałę następnego czwórkę. Zachowanie jak najbardzie odpowiednie -
żadnych skrajności. Mało tego, na zielonej szkole rówieśnicy i nauczyciele
składali mu podziękowania i uznali za wzór do naśladowania za to, że gdy
większość klasy miała problem z grypą żołądkową on wspólnie z wychowawcami
zajmował się w nocy chorymi koleżankami i kolegami (robił herbatę, prowadził
do toalety, zmieniał miski wymiotującym). Ostatnia rewelacja Pani psycholog
wspólnie z Panią pedagog brzmi: Syn potrzebuje wzoru mężczyzny, bo ja nie
radzę sobie z jego wychowaniem. Jestem z ojcem dziecko po rozwodzie. Mały nie
miał nigdy kontaktu ze swoim ojcem. Obecnie znów jestem mężatką, dziecko ma
ojczyma (którego uwielbia i nie wyobraża sobie zeby móg mieć tatę) a Pani
Psycholog twierdzi, że ojczym to nie ojciec i nie takiego ojca mój syn
potrzebuje. Mało tego, wywiera na mnie nacisk, ze jeżeli mi się nie uda
dogadać z prawdziwym ojcem dziecka to ona jako przedstawiciel szkoły wystąpi
do niego aby zainteresował się dzieckiem i zaczął brać udział w wychowaniu
dziecka.Kilka lat wcześniej próbowałam kilka razy - nic z tego nie wyszło
(zapominał, wyjeżdżał, przypominał sobie po kilku miesiącach że był umówiony z
dzieckiem),. Pani psycholog twierdzi, że ja i mój obecny mąż nie umiemy sobie
poradzić z wychowaniem dziecka i jeżeli również biologiczny ojciec dziecka
nie będzie umiał to zabiorą go do placówki wychowawczej. Nie jesteśmy
patologiczną rodziną, oboje z mężem mamy skończone studia, mamy bardzo dobry
kontakt z dzieckiem, nie ma u nas alkoholizmu w rodzinie ( o czym też
musiałam przekonać Panią psycholog).
Rodzice innych dzieci z tej paczki są również zbulwersowani zachowaniem i
wnioskami psycholożki. I jeszcze jedna ważna rzecz: syn notorycznie ucieka z
lekcji religii bo jak twierdzi religia to oszustwo a Pani Katechetka jest
złośliwa i sama nie postępuje zgodnie z zasadmi wiary której naucza. I to, że
syn opuszcza religię jest potwierdzeniem, że jest zdegenerowany, zły i okrutny.
Czy miał ktoś kiedyś podobny problem? Jak to wszystko zakończyć bez szkody dla
tych dzieci? Kilkadziesiąt razy zdarzało się że gdy wyjeżdżaliśmy gdzieś na
weekend zabieraliśmy ze sobą kolegę(ów) syna i nigdy nie było niepokojących
sygnałów, że coś z tymi chłopcami jest nie tak. Zawsze potrafili sobie znaleźć
towarzystwo innych dzieci ( które również na wyjeżdzie były z rodzicami)
robili sobie wspólne ogniska na naszej działce. Nie przeszkadzało im że
jesteśmy obok, nie uciekali od nas wręcz przeciwnie - nawet chętnie do nas się
przysiadali.
Do tej pory nie miałam ŻADNEGO dowodu, że mój syn zrobił coś strasznego.
Rówieśnicy którzy do niego przychodzą (zarówno chłopcy jak i dziewczynki) są
wg mnie normalnymi dzieciakami w okresie dojrzewania. Są mili sympatyczni, nie
ma wśród nich agresji, przemocy, słuchają razem muzyki, skaczą przez płotki,
robią wspólne urodziny, razem jeżdżą na rowerach, razem chodzą na basen, kilka
dni temu dzielili przy linijce Snikersa na 7 równych części.
Znam wszystkich rodziców kolegów i koleżanek mojego syna, jesteśmy w ciągłym
kontakcie i oni również nie widzą nic niepokojącego w zachowaniach swoich
dzieci. Oczywiście są sytuacje, że chłopcy coś narozrabiają, np. kilka
miesięcy temu wrzucili kota znalezionego w piwnicy do stawu bo chcieli
sprawdzić czy umie pływać, zostali za to ukarani (kot utopił się)
Kto jest więc zaślepiony, my czy psycholożki?