Dodaj do ulubionych

"Nadwrażliwiec"

IP: *.* 14.03.03, 09:59
Ratunku!Wychowałam nadwrażliwe dziecko! Synek ma ponad cztery lata i jest chodzącą empatią. Niby wszystko pięknie - dużo czytamy, rozmawiamy itp., ale minusów też jest sporo. Bajki w telewizji odpoadają - za brutalne, kino - w większkości-j.w.Najgorzej jest jednak w przedszkolu. Wśród czterolatków jest fala!!! Chłopcy potrafią sprawdzać , kto pozwala się dręczyć innym i nie oddaje. Wychowawczyni nazywa interwencje-donosicielstwem! I co ja mam zrobić: powiedzieć mojemu silnemu i wysportowanemu synkowi- oddaj?!!!!
Obserwuj wątek
    • Gość: wiolontela Re: "Nadwrażliwiec" IP: *.* 15.03.03, 11:53
      CzescWiesz co? Ja tez mam bardzo wrazliwa coreczke. I problemy w przedszkolu tez sie pojawiaja. Uczyłam moje dziecko, ze nie trzeba sie bic, skarzyc (tylko szukac pomocy u starszych jesli sama nie moze sobie z czyms poradzic), etc., etc. I co? I mysle, ze to był błąd, za ktory ona teraz płaci. Dzieci w przedszkolu uderza - ona nie odda, bo "przeciez to boli", odsuna od zabawy - ona "stanełam w kaciku i cichutko płakałam", przezywaja - ona "ja nie bede, bo dzieciom bedzie przykro". Z jednej strony to cieszy, z drugiej serce boli, ze dziecko krzywdzone nie umie/nie chce sie bronic.Teraz juz nie mowie - nie bij, mowie - jak dostaniesz, oddaj, ale pierwsza nigdy reki nie podnos. I nie wiem czy to dobrze. To pewnie okaze sie za kilka lat. Ale chce zeby umiała radzic sobie w zyciu, nie była zawsze na przegranej pozycji, bo dzieci jak to dzieci - sa kochane ale i okrutne. I najczesciej ten dobry, grzeczny, miły, pomocny dostaje po głowie. A ja nie chce zeby moja corka była tym kims na kogo bede sypały sie wszystkie gromy tylko dlatego, ze nie bedzie umiała powiedziec dosc.Pamietam taka sytuacje: Kinga była regularnie bita po główce przez kolege z grupy. Czym popadło - łopatka, klockiem, reka, kamieniami na spacerze. Kilka razy poszła pozalic sie pani, ta chłopca jakos tam ukarała, a potem zaczynało sie wszystko od nowa. Ja tez rozmawiałam w tej sprawie z przedszkolanka, obiecała pomoc, ale na tego chłopca nie było sposobu. Rozmawiałam z jego rodzicami - nic, jak grochem o sciane. Znalazł sobie kozła ofiarnego, nz ktorym wyładowywł swoja agresje, z nia mogł robic co chciał, innych dzieci nie ruszał, bo oddawały. W koncu nie wytrzymałam. Powiedziałam coreczce, ze nastepnym razem jak Kuba ja uderzy ma wziac najwiekszy klocek jaki znajdzie i najmocniej jak tylko bedzie mogła, walnac go w głowe (dlatego w głowe, ze jak powiedziałam on bił ja głównie po główce). Dziecko posłuchało. Nastepnego dnia nabiła koledze guza i od tej pory skonczyły sie jej kłopoty. Wiecej jej nie uderzył. Ja tylko musiałam wysłuchac pretensji rodzicow jakie to mam niewychowne dziecko, ktore bije innych i nie potrafi rozwiazywac problemoe inaczej jak tylko piesciami. Za przeproszeniem, olałam ich wywody i poradziła, zeby zajeli sie wychowywaniem swojego syna.Coz z tego skoro ona i tak nie potrafi walczyc o swoje. Kazda konfliktowa sytuacja trwa zazwyczj kilka dni, a w domu jest rozbierana na czynniki piertwsze. Skutki sa rozne. Bywa, ze moje rady jej pomagaja, ale bywa i tak, ze robi po swojemu, tzn. przyjmuje całkiem bierna postawe i czeka az dzieci zrozumieja, ze ona je bardzo lubi i nie chce sie bic, czy przezywac. Tylko przyjdzie jej pewnie na to zrozumienie czekac jeszcze kilkanascie lat. Szkoda mi jej. Ale wiem, ze musi w pewnych sytuacjach radzic sobie sama. Ja moge byc tylko w zasiegu reki, wysłuchac, przytulic, pocieszyc, poradzic. Zaproponowac kilka rozwiazan tego samego problemu. A ona musi wybrac sama. I kazdy wybor pochwale. I bede ja wspierac w trudnych chwilach. Zrobilismy tez mały eksperyment. Zaczelismy w domu i najblizszym srodowisku sztucznie prowokowac konfliktowe sytuacje (bo tych prawdziwych, na miare czteroletniego dziecka nie było) i rozwiazywac je na oczach Kingi. Na rozne sposby, ale tak, by nie zorientowała sie, ze robimy to na pokaz. Staramy sie tez omawiac w jej towarzystwie jak poradzilismy sobie, my dorosli, z pewnymi rzeczami. I to skutkuje. Ona widzac, ze mama czy tata robia tak i tak, ze jak trzeba tupna, krzykna, a innym razem rozmawiaja, tłumacza, stara sie nas nasladowac. I wychodzi jej to coraz lepiej. Choc chyba juz zawsze bedzie takim człowiekiem, ktoremu serce krwawi na widok słabszego i serce by oddał by swiat zmienic na lepsze. Sorki za wielkie słowa, ale tak własnie mysle, patrzac na moja coreczke.Nie wiem czy pomoglam, ale wiedz, ze nie jestescie sami.Pozdrawiam Wiola
    • Gość: joannabo Re: "Nadwrażliwiec" IP: *.* 15.03.03, 16:19
      Dziewczyny! myslę, że nie tędy droga. Wrażliwość to nie to samo co słabość. Dzięki wrażliwości można właśnie łatwiej znajdować rozwiązania i radzić sobie z kłopotami. Myślę, Wiolontelo, że Ty nie pozwalasz dziecku się uczyć - myślę o rozkładaniu na czynniki pierwsze przedszkolnych sytuacji i nawet o tym aranżowaniu konfliktowych sytuacji. Dziecko musi wziąć swoje sprawy w swoje ręce i wtedy wymyśli rozwiązanie, może takie, które Tobie by całkiem nie przeszło przez myśl. Będzie to rozwiązanie na jego miarę, na pewno możliwe do zastosowania i obejmujące wszelkie specyficzne, nieznane Ci, okoliczności. Ty musisz mu tylko dawać do zrozumienia, że jesteś po jego stronie i że słuszność jest po jego stronie wtedy, kiedy spotyka się z agresją.Kiedyś odpowiadałam na podobny temat, wkleję to, bo tam są dwa dobre przykłady. ---------------Agaa!Na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, że jeśli ktoś w dzieciństwie doświadczył czegoś, co mu zaszkodziło, to ma tendencję do przekładania wajhy (wajchy?) o całą długość w drugą stronę. Właśnie chcesz to zrobić ze swoim dzieckiem. Nie wiem, jak postępowali wobec Ciebie Twoi rodzice, ale jestem zupełnie pewna, że nie tak, jak dziewczyny, które niżej cytuję (z forum "gazeta - dziecko")KatinkaNie martw sie... rok temu moj maly chlopczyk rowniez nie potrafil sobie poradzic z podworkowymi kolegami: wakacje w piaskownicy nie nalezaly do przyjemnych, zawsze z boku, popychany, szturchany, wszystkie lopatki i foremki zabierane, dzieciaki potrafily wsypac mu wiaderko piachu za kolnierzyk, nie mowiac o hustawkach - gdyby nie reakcje nas, mam - nie mialby zadnych szans na minutowe "pobujanie sie". I tez biedaczek plakal, czasami nawet sie bal. Przytulalam, zagadywalam, szukalam wolnego miejsca i sama z nim budowalam te zamki. Minal rok, a moj prawie trzy-i-pol-letni synek w tej samej piaskownicy doskonale organizuje sobie zabawe, jest radosny i ufny, i - co najwazniejsze - potrafi zawalczyc o "swoje". Nie krzykiem i popychaniem, ale stanowczym : oddaj, nie rob tak, tak nie wolno, dlaczego chlopczyk (dziewczynka) nie umie sie bawic? Mysle, ze pewne zachowania same przychodza, maluchy wyrastaja z lekow i wraz z uplywem czasu, poznajac tajemnice otaczajacego ich swiata, bardziej "wierza" we wlasne malenkie sily. Pozdrawiam serdecznie.InsmniaMoja córeczka też jest bardzo wrażliwą i delikatną dziewczynką, której od urodzenia wpajamy, że przemoc jest czymś złym. Dlatego, mimo iż ma już 5 lat nie może do końca zrozumieć dlaczego ktoś ją popchnął czy pokazał język tak po prostu. Myślę, że najważniejsze jest to, żeby uzmysłowić dziecku, że dzieci są różne, dobre i złe, miłe i niemiłe, ciche i głośne, przyjazne i wrogie. Mimo, że nasza córka też miała na początku problemy w przedszkolu z niegrzecznym chłopcem, który ją zaczepiał to poradziła sobie ona z nim właśnie łagodnością, życzliwością i przyjaźnią. Chłopak chyba nie miał serca dokuczać komuś kto jest dla niego miły. Teraz moja córka nie ma najmniejszych problemów w przedszkolu, jest bardzo lubiana i chodzi tam z prawdziwą przyjemnością. Uogólnię to, jak one postępowały. Wspierały dziecko. Pozwalały na samodzielne radzenie sobie z kłopotami (ze złem), ale kiedy sytuacja przerastała dziecko, spokojnie mu pomagały. Okazywały spokojną pewność, że można sobie poradzić. Zrozumiale dla dziecka rozdzielały dobro i zło i konsekwentnie przekazywały mu słowem i czynem, że dobro jest lepsze. Nie podpowiadały rozwiązań, wierząc, że dziecko je samo znajdzie, nie wywierały presji. Pomagały zrozumieć zachowania innych ludzi i nie oceniając ich samych, pomagały oceniać ich zachowanie.Jak pisałam, nie wiem jakie błędy popełnili Twoi rodzice, ale wiem , jakie Ty popełniasz.Robisz dziecku zamieszanie w sferze wartości. Zło jest niedobre, kiedy spotyka Twoje dziecko, ale kiedy ono "używa " go do obrony, to już robi się dobre. Naprawdę nie zostanie ofiarą tylko dlatego, że wie, że źle jest, kiedy kogoś boli, choćby dlatego, że samym mówieniem nie zrobisz z niego aniołka (agresji też w nim siedzi pod dostatkiem). I tak nie raz kogoś walnie. Ale to całkiem co innego, kiedy walnie, wiedząc, że to źle - wtedy samodzielnie dochodzić będzie do pojęcia "obrony koniecznej" i wyznaczać sobie jej "granice". Będzie mieć dylemat moralny, a to nie boli, tylko rozwija wrażliwość. Kiedy uwierzy Ci, że używać przemocy , żeby się bronić jest po prostu dobrze, jego wrażliwość będzie tępieć, a wtedy wbrew Twoim intencjom agresja weźmie górę.Druga spraw to to , ze swoim postępowaniem...dokładasz dziecku problem. Bez Twojej ingerencji problem polegał na tym, że bolała głowa i ktoś nasypał piasku w oczy. Teraz nałożyłaś na dziecko zadanie do wykonania - ma powstrzymać te objawy agresji, ma koniecznie wygrać, bo Ty będziesz niezadowolona a nawet może przestraszona, a to już dla dziecka prawdziwy dramat.Napisałabym jeszcze większy elaborat, ale na szczęście nie mam czasu. Proszę Cię, przynajmniej spróbuj przez jakiś czas postępować tak, jak te dziewczyny. Jestem pewna, że nie ma takiego dziecka na świecie, które rozumiejąc co jest złe, a co dobre i mając wsparcie spokojnego i wierzącego w jego siły rodzica, który od niego nie wymaga, tylko cierpliwie czeka, samo nie poradziło sobie ze złem, przynajmniej takim, jakie zwykle spotyka dzieci w jego wieku. Różnice mogą być tylko w wyborze sposobów na zło.Z pewnością nie tak wychowywali Cię rodzice, prawda?Pozdrawiam joanna
      • Gość: wiolontela Re: "Nadwrażliwiec" IP: *.* 15.03.03, 22:55
        CzescWidzisz joanno, to nie jest tak, ze ja nie pozwalam dziecku sie uczyc i szukac drog rozwiazywania problemow. Przeczytaj uwaznie moj post. Ja robie wszystko zeby ona sama umiała poradzic sobie w sytuacjach konfliktowych. Ja jestem przy niej zawsze, gotowa by pomoc ale tez nie narzucam swojej woli. Co do rozkładania na czynniki pierwsze, to corka sama zaczyna rozmowe, analizuje, pyta. Ja pomagam jej zrozumiec pewne zachowania. Ona wie, ze dzieci sa rozne, dobre i złe, miłe i te mniej miłe. Jest dzieckiem nastawionym przyjaznie do całego swiata i nie ma w niej za grosz leku, o ktorym piszesz. Kinga nie boi sie bronic, ona nie chce sprawiac przykrosci drugiej osobie. Jest nad wyraz łagodna w kontaktach z rowiesnikami i, niestety, nie kazde dziecko, tak jak chłopiec o ktorym piszesz, jest takie, ze nie bedzie dokuczac, bo ktos jest dla niego miły. Sytuacja opisana przeze mnie jest, mysle, nieco inna. Otoz Kuba, o ktorym pisałam, NOTORYCZNIE, kazdego dnia bił moja corke. A ona była dla niego miła, serdeczna i przyjacielska. Dzieci sa rozne. Akurat ten chłopiec jest taki a nie inny. W tym przypadku musiała pokazac swoja siłe. Dac mu do zrozumienia, ze sie go nie boi i nie pozwoli na takie traktownie. To nie trwało tydzien czy miesiac, Kuba bił moja corke ponad rok. I dobrze sie stało, ze oddała. Dzis ma spokoj i zyja w najlepszej komitywie. Kinga nie stała sie przez to mniej wrazliwa, powiedziałabym, ze moze nawet bardziej. I nie biegnie z piesciami gdy tylko cos nie jest jej po mysli. Nigdy. Widzisz my musimy aranzowac sytuacje konfliktowe, bo u nas jest tak, ze ich po prostu nie ma. Jesli juz zdarza sie nam pokłocic, dzieci nigdy tego nie widza. Co nie znaczy, ze chowamy je pod kloszem. Kinga nie ma skad czerpac wzorcow jak zachowac sie w takich sytuacjach. Moze to wydac sie dziwne, ale naprawde w swoim piecioletnim zyciu była swiadkiem zaledwie kilku scysji. Nie tylko m-dzy rodzicami. W ogole. Jakos omijaja ja takie nieprzyjemne rzeczy. Ona dopiero zaczyna uczyc sie relacji m-dzy ludzkich i musze jej uswiadomic, ze nie wszystko mozna załatwic pokora i usmiechem. Co nie znaczy, ze ucze ja rozpychania sie lokciami i uzywania sily kiedy tylko mozna. Przeciwnie, sama jestem jestem człowiekiem, ktory tak długo jak tylko sie da probuje "rozbroic napastnika" romowa, usmiechem, sercem po prostu.Powiedz mi, joanno, jak zachowałabys sie gdyby ktos, dzien po dniu, okładał Cie piesciami. Czy byłabys li tylko miła i usmiechnieta? Czy moze w koncu bys nie wytrzymała i na kolejny atak tez odpowiedziała siła? Dziecko musi sobie tez poradzic w sytuacji zagrozenia. Nie zawsze pomoga słowa, czasem trzeba tez uzyc siły. Tylko musi wiedziec, ze bicie jest złe i jest ostatecznoscia. Takie jest moje zdanie. I moja coreczka to wie.PozdrawiamWiola :hello:
        • Gość: zosiad Re: "Nadwrażliwiec" IP: *.* 16.03.03, 00:20
          Wydaje mi sie, ze cos dziwnego i niedobrego dzieje sie w przedszkolu, w ktorym "uchodzi na sucho" notoryczne walenie po glowie innego dziecka. Sprawy nie rozwiaze jednorazowe ukaranie chlopca przez pania. Jesli to jest robione niestanowczo, na odczep sie, to chlopiec nieczego sie nie nauczy i dalej bedzie meczyl slabsze dzieci. Nie wydaje mi sie dobrym pomyslem uczenie dziecka, zeby tez walnelo klockiem w glowe. Juz chyba lepiej, by krzyczala: "nie podoba mi sie to, nie wal mnie, ja tego nie lubie." Moze trzeba Twoja coreczke nauczyc stanowczosci, zeby nie bala sie wypowiadac wlasnego zdania, zeby nie bala sie stanac w swojej wlasnej obronie. Ale nie czynem, tylko slowem: mocnym i dobitnym.pozdrawiam
          • Gość: Misiek Re: "Nadwrażliwiec" IP: *.* 16.03.03, 16:24
            Właśnie Zosiu. A może należy przyjrzeć się temu chłopcu? Może on ma problemy z przystosowaniem sie do przedszkola, a ponieważ jest ktoś słabszy od niego na nimwyładowuje agresję? Tak robił mój, poniekąd bardzo wrażliwy synek. Poprosiliśmy wychowawczynie, aby zwracały uwagę, żeby on i dziewczynka (która "prześladował") bawili się z dala od siebie. Po prostu. Po jakims czasie wszystko się uspokoiło, Wojtek już nie bije, chociaz nadal ma problemy z zaakceptowaniem niektórych poczynań pań czy kolegów/koleżanek. Myślę, że przedszkolanki zbyt chętnie zrzucają wszystko na rodziców, nie próbujac samym poradzić sobie z problemem. Tak jest u nas - Pani nie ma autorytetu u naszego dziecka (nie lubi jej z wielu powodów, jednym z nich jest jej nastawienie do tematu: dzieci są równe i równiejsze...). Szanuje ją, bo musi, ale jak tylko coś się dzieje, to krzyczy, ustawia po kątach, karze. Żadnych rozmów, działań wyjaśniających, wychowawczych. Jak coś Wojtek zbroi (jak każde dziecko zresztą) - to JA mam porozmawiać z dzieckiem, bo ona nie wie co się dzieje. A ja się pytam - co ona tam robi??? Nie niszczmy wrażliwości w naszych dzieciach! To największy skarb. Uczmy pokojowego rozwiązywania konfliktów. Ja tak robie i chyba mi sie to udaje.Acha, agresja u Wojtka pojawiła się właśnie w przedszkolu, gdzie był najmłodszym dzieckiem wgrupie (grudniowe dziecko ;) ).
    • Gość: mycha123 Re: "Nadwrażliwiec" IP: *.* 16.03.03, 11:27
      Dziękuję dziewczyny!Cieszę się, że nie jestem sama. Mam jednak jeszcze jedną wątpliwość. Zaznaczam od razu, że nie jestem zwolenniczką stereotypów płciowych. Mam cudownego wrażliwego męża i nie chcę,żeby mój syn wyrósł na pseudomacho, ale sytuacja chłopca jest chyba jeszcze gorsza niż sytuacja nadwrażliwej dziewczynki. Z tego co udało mi się zaobserwować większość rodziców chyba jednak preferuje "męski" styl wychowania (pochwała agresji,przyzwolenie na militarne zabawki, ośmieszanie uczuć). Albo tak jest , albo ja mam pecha. Chcemy z mężem, żeby nasz synek był mężczyzną , ale czy to musi koniecznie oznaczać troglodytą? Jeżdżą z mężem na męskie wyprawy, mają męskie tematy i ogromny szacunek do mojej ( na razie) osamotnionej odmienności. Nie przyszłoby mi jednak do głowy zakazywac mu na przykład zabawy w dom i opiekowania się lalką czy misiem. Niestety tak wychowany chłopiec musi się zmagać nie tylko z agresją niektórych kolegów , ale również ze stereotypami. Doskonale pamiętam "życzliwe" komentarze sąsiadek, kiedy mój 1,5 wówczas synek ciągnął wózek z misiem przykrytym kołderką. A przedcież on robił po prostu to , co robili jego rodzice!!! Synek wózka już nie ciągnie ( lubi za to jeździć na nartach i budować z klocków), ale naraził się na śmiesznośc, bo w przedszkolu pomylił mu się czołg z kosiarką. On po prostu nigdy nie widział czołgu, bo w domu ma tylko koparki, dźwigi , samoloty itp. Wiem, że jego wrażliwośc to skarb, którego nikt mu nie odbierze, ale boję się, że może mu ona w życiu przynieśc więcej szkody niż pożytku, a nie potrafię jednym tchem powiedzieć:"agresja jest zła, ale jak cię biją to uderz."W końcu dziecko ma prawo oczekiwac ode mnie konsekwencji.
    • Gość: joannabo Re: "Nadwrażliwiec" IP: *.* 16.03.03, 11:56
      Wiolontelo!Jestem w tej kwestii zupełnie skrajna - uważam, że żadnych rad nie należy dziecku udzielać. Pokazywanie mu własnych zachowań to już o wiele wiele lepiej, ale to są zachowania dorosłych, a dziecko ma dostępne wzory zachowań innych dzieci, bliższe jego mentalności.Mój starszy syn jest właśnie takim dzieckiem, o jakich piszecie. Też w teatrze jako czterolatek wytrzymał dwie albo trzy minuty, kiedy ktoś na niego krzyczał to wymiotował, a po tym jak był świadkiem jakiegoś wydarzenia u sąsiadów, to przeleżał dwa dni w łóżku z wysoką gorączką. Uważam, że jeżeli ma się takie dziecko, to tym bardziej należy pozostawiać mu inicjatywę, żeby od samego początku ćwiczyło się w rozwiązywaniu swoich problemów. Zawsze był wysłuchany i pocieszony, ale cały komentarz do wydarzenia to była krótka, negatywna ocena zachowania "napastnika". Słowami, ale przede wszystkim spokojną postawą przekazywałam dziecku, że to, co się zdarzyło jest niewątpliwie złe, ale i jest w jakimś sensie normalne, jest zjawiskiem, z którym trzeba i można się zmierzyć.Oczywiście to nie oznacza bierności rodzica, dziecko nie powinno być bite. W opisanym przez Ciebie przypadku porozmawiałabym z tym chłopcem, wytłumaczyłabym mu, ze źle robi. Gdyby to nie przyniosło rezultatu, to robiłabym inne rzeczy, ze zmianą przedszkola włącznie. Ale to byłyby działania polegające na zmniejszeniu problemu, a nie na zastępowaniu dziecka w poszukiwaniu rozwiązania.Nie umiemy wniknąć w psychikę dziecka, nie mamy informacji, jaka jest jego hierarchia wartość (co w imię czego może poświęcić), nie mamy jego świeżości oglądu, wiec nasza rada będzie z założenia gorsza niż rozwiązanie wymyslone przez dziecko. No i niestety, dziecko będzie sie stykać ze złem coraż większym, coraz bardziej "skomplikowanym". Nie da się opisac całej rzeczywistości i udzielic rad na każdą z setek możliwych sytuacji. Żeby sobie radzić, trzeba mieć jasną ogólną regułę ("zło jest złe"), spontaniczność i samodzielne doświadczenie. Stykając się ze złem dziecko powinno mysleć: "mam problem", "a nie "mamo, gdzie jesteś" albo "jak powinienem sie zachować, żeby to się podobało tacie".Strasznie nam trudno wyrzec się swojej opiekuńczości, zwłaszcza kiedy dziecko jest takie wrażliwe. Ale trzeba. Mój syn chodzi teraz do drugiej klasy, a już w pierwszej wychowawczyni zaczęła sie skarżyć na jego zachowanie - klasa jest z przewaga chłopców, preferujących dośc brutalne zabawy, a on "poradził sobie". A ja dalej mówię, że bicie jest złe. :crazy:Wiolontelo, z tego wklejonego postu nie wszystko się odnosiło do Twojej sytuacji, tamta nasza koleżanka uczyła dziecko, że m u s i się bronić z użyciem siły.Mycha! dopiero teraz przeczytałam Twój post, nie mam już czasu szerzej pisać, powtórzę tylko, wiem, bo sprawdziłam, że można być wrażliwym i silnym, w "dzisiejszych czasach" też.Pozdrowienia, joanna
      • Gość: Gosia1 Re: "Nadwrażliwiec" IP: *.* 16.03.03, 20:36
        Postaram się wyjaśnić, jak ja poradziłam sobie z moim niezwykle wrażliwym i empatycznym synkiem. :)Zawsze, jak ta sierotka stał z boczku. To Ania, Jego siostra wprowadziła Go do SWOJEGO towarzystwa koleżanek i kolegów. Długo nie bawił sie z rówieśnikami, bo się ich po prostu bał. Dzieci krzyczały, przepychały się do zjeżdżalni, zabierały zabawki w piaskownicy. A On nie reagował. A jeśli już - to po prostu odchodził. W końcu powiedziałam dość. Od pani psycholog usłyszałam, że jest w Nim wybuchowa mieszanka. Wiedziałam o tym - z jednej strony Kubuś Puchatek, z drugiej najbardziej krwiożercze bestie jakie kiedykolwiek istniały na świecie - dinozaury. Mięsożerne oczywiście. Ubóstwiał je. Postanowiłam, że jednak zweryfikuję to swoje wychowywanie synka bez elementów agresji, bez bajek z przemocą, bez militarnych zabawek. I zaczęłam kupować Mu czołgi, pistolety, karabiny, zaczęłam włączać cartoon network z action manem, spidermanem i innymi cholerami, od których aż roi się w naszej telewizji. Mąż zaczął z Nim codziennie siłować się, przepychać - oczywiście na żarty, w zabawie. Miś poznał swoją siłę fizyczną! Zaraz napiszę, jaki jest rezultat mojego "treningu". Napiszę tylko coś, co przyszło mi do głowy - otóż każdy ma w sobie jakąś dawkę agresji. Potrzebę pokazania swojej siły fizycznej, czasem przewagi. Nie wszyscy potrafią to okiełznać. I stąd biorą się potem problemy. Wydaje mi się, że Miś powoli zaczyna wiedzieć, jak to jest. Otóż NIGDY nikogo nie uderzył. W zerówce i teraz w szkole panie nie mogą się nadziwić Jego dyplomacji, umiejętności wpasowywania się w grupę. Był i jest lubiany przez WSZYSTKICH. To naprawdę niesłychane - w grupach prawie zawsze tworzą się grupy. To zupełnie naturalna kolej rzeczy. A Miś nigdy nie należąc do żadnej, jest lubiany przez wszystkie dzieci. :) Nie mam pojęcia jak On to robi. Ale - biega po podwórku z karabinem, ogląda wszystkie potworne bajki z potworami, wiedząc doskonale, że to fikcja, chodzimy do kina na super "straszne" produkcje i jest extra!!!, kłócimy się przy Nim i On ma to w nosie, bo wie, że kłótnia nie ma mocy sprawczej, czyli nie oznacza czegoś ostatecznego, jest TYLKO kłótnią, nieporozumieniem, właściwym dla ludzi, którzy się kochają, lubią. On wie, że ludzie obojętni sobie nie kłócą się, bo im nie zależy. ;) I wreszcie nauczył się stopniować wrażliwość - tzn część bodźców "wpuszcza" do serduszka, gdy warto się nimi przejmować, ale olbrzymią część trzyma daleko od siebie, spływają one po Nim jak woda po kaczce. Czasem sama się zastanawiam, jak On to robi, jak je wartościuje, jak Mu się udaje. Ale fakt pozostaje faktem, że radzi sobie coraz lepiej. No i ostatnia sprawa - z agresorami radzi sobie tak - gdy ktoś Go zaatakuje, sypnie piachem, uderzy itp, podchodzi łapie za ręce i mówi bardzo sugestywnie i groźnie: nie rób tak, nie wolno...Gdy agresor nie przestaje po prostu odpycha od siebie i odchodzi. Ostatnio rozpoczął treningi karate - UWAGA - "bo chcę nauczyć się blokad, aby wiedzieć, jak się bronić"...A na zjeżdżalni? Przepuszcza z miną nonszalancką - a niech idzie, jak mu się śpieszy, olewam...:lol: Sumując - dziewczyny ja nadal apeluję: nie róbcie z dzieci świętoszkowate aniołki, świat był i będzie brutalny, my musimy nasze dzieci z tym oswoić. Ale żeby oswajać, trzeba Im pokazać to co jest niecałkiem zgodne z naszym światopoglądem. Czyli nawet te bajki z przemocą, czy zabawki militarne. Bo to wszystko i tak dotrze do naszych dzieci, ale z opóźnieniem i nie wiadomo, jak One potem zareagują...I teraz, jeśli już pokazywać, pozwalać na akcję w bajkach, to jednocześnie tłumaczyć - to jest fikcja, to jest bajka, zobacz: wyłączam i nie ma! Nie ma potrzeby angażować się, przeżywać, bo tego niNauczyłam tego Misia, a więc mam dowód, że tak można. On teraz ogląda jakieś filmy pełne napięcia ("Jurasic Park" np jak miał 5 lat) i daję Wam słowo honoru - śmieje się!!!! Bo wie, że to tylko film. Natomiast bardzo przeżywa moją chorobę, dolegliwości swojego braciszka ciotecznego i kłopoty bliskich - bo to jest realne. Ale długie wyszło. :) Jakby co, pytaj. :)Pozdrawiam Gosia

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka