może Wy mi pomożecie rozstrzygnac te kwestie?
Syna ma 4 lata. Do trzech lat opiekowała sie nim moja mama, potem poszedł do
przedszkola, a mama przejęła opieke nad młodszą siostrą.
Problem moze niewielki, ale co dzien rano rece mi opadają i mało mnie nie
trafi z bezsilności

Chodzi mi o stosunek jego do babci i na odwrót. Co dzień rano jak babcia
przychodzi i mówi "dzień dobry" syn nie odpowiada i robi fochy, chodzi
naburmuszony, za zwieszoną głowa. Próbuje z nim rozmawiac i prosze by sie
przywitał z babcia, bo bedzie babci przykro itp na co on, ze nie. Próbuję już
inaczej, typu, ze nie życzę sobie takich fochów i ma sie przywitac. Na co syn
ze łzami w oczach, ze nie chce sie przywitac. Przyznam szczerze, ze moze i
bym odpusciła, tym bardziej ze najczesciej te fochy sa rano gdy on jest nie w
sosie, gdyby nie to , ze wiem jak wazne dla mamy jest to codzienne "dzień
dobry" Do tego stopnia, ze jak on nie chce sie przywitac to mama potrafi sie
na niego obrazic mówiac, ze w takim razie ona sie do niego nie bedzie odzywac
itp. Jesli już syn powie te magiczne dwa słowa to jest to bardzo wymuszone

Kazdego ranka szlag mnie frafia na te sytuacje.
Mi sie osobiście wydaje, ze mama ma trochę złe podejscie do niego. Nie podoba
mi sie sposób w jaki sie z nim wita, bo wchodzi do pokoju i zamiast
powiedziec "dzień dobry Szymciu" to ona niemal z pozycji na bacznosć mówi
Dzien dobry tonem nie znoszacym sprzeciwu. Pewno z góry próbujac zapobiec nie
przywitaniu sie przez Szymka. Poza tym wydaje mi sie, ze ona za barzdo mu sie
narzuca, cały czas by chciała by siedział u niej na kolanach, by go przytulić
itp, a ja mam wrażenie, ze im barzdiej ona naciska tym bardziej syn staje
okoniem.Jestem skołowana, bo z jednej strony wiem, ze sa to fochy syna, z
drugiej widzę błedy w zachowaniu babci. Pamiętam z dziecinstwa jak już miałam
wiecej niż kilka lat mama baaaardzo czesto chciała żebym się do niej
przytuliła, usiadła na kolanach itp, strasznie tego nie lubiłam bo to było
takie wymuszone...rozumiem zatem syna .
Co ciekawe, jak przyjedzie druga babcia, powie czesc szymciu i nie czeka czy
syn odpowie, czy nie tylko "robi swoje" po kilku minutach syn juz siedzi koło
niej i sie wtula-po prostu sam z siebie...
Przyznam, ze przykro mi i szkoda mi mamy jak widzę, ze szymek większą
sympatią darzy babcie, którą widzi raz w miesiącu niz mamę, która trzy lata
sie nim opiekowałą... Po czesci go jednak rozumiem.
Kiedys póbowałam z nią rozmawiac i mówiłam, zeby trochę odpuściłą, nie
narzucała sie tak i naprawdę była poprawa, syn sie do niej garnął, ale
najczesciej jednak mama traktuje go jak jednego ze swoich uczniów. Wszytsko
ma byc tak jak ona sobie zaplanuje. On grzeczni bawi sie klockami ona na siłe
próbuje go od tego odciągnać, by poczytac mu bajke. Widze, ze wkłada w
kontakty z wnukiem duzo zaangażowania, ale nie pozostawia mu miejsca na jakiś
ruch z jego trony, zeby coś było tak jak on chce.Moze dlatego w stosunku do
niej sie buntuje?
nie wiem czy to wszystko jasno tu napisałam, pewno nawet stronniczo, ale moze
ktos ma podobny problem i cos napisze??
Co robić, odpuszczac synowi, raz sie przywita raz nie, rozmawiać z babcia??
Nie wiem.
Czasem mam wrazenie, ze ona nas za to wini, ze my mu nie zwracamy uwagi
wystarczajaco czesto i dobitnie. Jak syn sie z nią nie przywita to niemal
czuję na sobie jej zwrok mówiacy "zrób cos z tym" A mnie trafia, bo
najchetniej bym nie reagowała.....
Jak zareaguję to efekt jest taki, ze babcia się obraża, my niemal krzyczymy
na szymka, on ze łzami w oczach mówi dzień dobry i jest jeszzce gorzej niz by
było bez tego porannego rytuału...
sorry za chaos, ale musiałam to wyrzucic, bo nie daje mi to wszystko spokoju.
Chciałabym wiedziec gdzie jest przyczyna tego wszystkiego, zeby móc coś z tym
zrobic....