Panna lat 8
Od pół roku ma własny pokój.
Od pół roku wiemy, że to nie dzieci robią bałagan, tylko JEDNO Z DZIECI go
robi.
Potrafi zdemolować powierzchnię 1x1m w ciągu pięciu minut za pomocą bardzo
niewielu środków - demon zniszczenia(np. zostawiona w aucie pod sklepem na 5
minut, zapięta w pasy wybebesza swój tornister)
Swój pokój ma - z założenia - sprzątać sama. Dla spokojności własnej - bywamy
tam rzadko, w końcu to jej pokój. Ale czasem, dla przyzwoitości, zagladamy. I
jest panika.
W niedzielę było zajrzenie. Polecenie - sprzątasz do wieczora. Ona wtedy
zamyka się w pokoju i "sprząta" - z miną ucieśniaonej niewinności, bo nie ma
na nic czasu, bo musi sprzątać. W niedzielę wieczorem przychodzi do nas z
jękiem, że ona już chce spać. Dajemy jej czas do środy. W ciągu dnia sprząta
od 13.30 do 18. Non stop. Sprawdzamy ją, dzwoniąc co pół godziny z pracy z
pytaniem: co robisz? ( odp. "sprzątam"), i drugim pytaniem: jak wygląda
pokój?(odp. "już prawie gotowy"). Wczoraj weszłam do pokoju celem
sprawdzenia - trafiło mnie. Huragan to mało.
Dziś znów dzwonienie, sprawdzanie. Weszłam - miałam ochotę popełnić
dzieciobójstwo, oddać komuś, wygnać z domu, zrzec się praw rodzicielskich.
Ona nic nie rozumie. Nic do niej nie trafia. Nie czai kompletnie kwestii
SPRZĄTANIA.
100 razy pokazywaliśmy jej, jak to powinno wyglądać. Sami mamy porządek w
swoich rzeczach. Jej ojciec - nawet patologiczny porządek ( pedant). Jej
brat - prawie idealnie wszystko poukładane(jak na 11 latka). Ona - nic na
swoim miejscu: brudne majtki z klockami, lalki ze zwiniętymi spodniami,
uprane rzeczy, zdjęte tydzień temu ze sznurka wymieszane z książkami.
Macie jakieś pomysły? Jest jakiś lekarz od tego? Nie mówię o normalnym
bałaganiarstwie, bo mam dosć szeroką tolerancję na to ( w przeciwieństwie do
męża) - to co się u niej dzieje, to jakiś koszmar, totalna demolka. Ja już
nie mam siły

((((((