Upadłam na głowę, co dzień grozi mi zawał serca, ale wypuszczam już dzieci
same na dwór. Wygląda to tak, że szykuję dzieci na rower(lat prawie 3 i
prawie 5), zakładam kaski i odprowadzam do furtki. Dzieci wiedzą, gdzie mają
jechać, czyli pod okno naszej kuchni - mają tam fajny placyk asfaltowy,
akurat do jazdy rowerem- starszy sprowadza rower z górki młodszemu i szaleją.
A ja szaleję z niepokoju, choć nie spuszczam ich oczu.
W tym czasie ja wypakowuję zmywarkę, załadowuję zmywarkę i porządkuję kuchnię
po kolacji z dnia wczorajszego i po śniadaniu, lub jeśli jeżdżą na rowerze po
południu obieram ziemniaki, gotuję zupę, mieszam coś tam na patelni.
I zauważyłam, że już prawie nie wychodzę z nimi na spacer. Najdłużej potrafią
brykać tak 50 min.
mam z nimi kontakt wzrokowy i w każdej niemal chwili mogą mnie zawołać,
wychodzę wtedy na balkon i krzyczymy do siebie.
Gdy przejeżdża straż miejska lub policja to boję się, że wlepią mi mandat, bo
dzieci bez opieki są, ale nikt się nimi nie zainteresował.
Druga opcja to wyjście do piaskownicy - tu już ich niestety nie widzę, ale są
na terenie zamkniętym, nie mogą wyjść na zewnątrz, teren monitorowany przez
ochronę osobiście i kamerami. By komunikować się ze mną podchodzą do balkonu
i wołają: mamo!pić, mamo siusiu!(to ten młodszy)
Generalnie to super rozwiązanie, choć kosztuje mnie mnóstwo stresu, mąż nie
podziela mojego zachwytu nad ich samodzielnością, a ja się jakoś tak cieszę,
ale z wyrzutami sumienia.
Ale chciałam wam o tym powiedzieć, trudno, wiem że może być pręgierz i to
raczej zasłużony