Dodaj do ulubionych

Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko.

28.02.08, 01:23
Od ładnych paru lat jest taka moda, tendencja (nie skreślam jej na dzień
dobry, żeby było jasne) p.t. "Twoje dziecko jest partnerem, musisz znać jego
potrzeby, rozmawiać z nim jak równy z równym, spędzać jak najwięcej czasu,
traktować jak dorosłego" bla, bla, bla.

Jest to podejście w zasadzie słuszne, ALE...

I o to ALE chciałabym z Wami porozmawiać.

Z tego co obserwuję, z tendencji "Twoje dziecko jest partnerem..." zrobiła się
tendencja "Jak dziecku najlepiej wejść w tyłek" (bez skojarzeń!).
Jak byłam mała, to 90% dzieci znało swoje miejsce w domu: "To są rodzice, i
trzeba ich słuchać. Jak są zajęci swoimi sprawami, to nie należy im
przeszkadzać. Jak dyskutują z innymi dorosłymi, to nie należy się wtrącać.
Tymczasem idę pobawić się z Kasią czy tam Tomkiem na podwórku." itd.

W dzisiejszych czasach dziecko i rodzice są ze sobą WSPÓŁUZALEŻNIENI. Dziecko
nic nie zrobi bez pomocy albo wskazówki dorosłego, a dorosły wpada w histerię
spuściwszy na pięć minut z oka swoją pociechę.

Gdzie się podziały czasy, kiedy dzieci miały swój świat, swoje tajemnice,
swoje sprawy, które załatwiały między sobą - a rodzice mieli czas dla siebie i
nie chodzili za dziećmi jak kwoki za kurczętami?

Przecież każdy z nas, który ma dzisiaj 25 lat i powyżej, i z reguły jedno,
dwójkę dzieci, został w ten sposób wychowany! Partnerstwo owszem, ale nie
współuzależnienie! Dlaczego nie umiemy przenieść tego na kolejne pokolenia?
Dlaczego - dosłownie - krzywdzimy swoje dzieci, właściwie pozbawiając je
dzieciństwa...

Nie chodzi mi żeby przestać się interesować życiem dziecka i pozostawić je
samemu sobie, ale znaleźć jakąś równowagę między partnerstwem,
zainteresowaniem, a pewną swobodą... Tymczasem wpatrujemy się w nasze małe i
podrośnięte już pociechy poświęcając im 100% swojej uwagi, a za 15 lat okaże
się, że one bez tego naszego wzroku i czujności nie mogą same żyć!

Hmmm... Rozpisałam się, przepraszam. Proszę potraktować to jako luźne
dywagacje, a nie żadną prowokację.
Po prostu przypomniałam sobie, jak to w dzieciństwie bywało na wakacjach -
jeździliśmy pod namiot, gdzie z całą watachą dzieciaków cieszyliśmy się
absolutną swobodą i każdy umiał się pilnować. Dzisiaj krępujemy swoje dzieci
niewidzialną smyczą, a co gorsza one bez tej smyczy naprawdę nie umieją
funkcjonować!
Czy to przez źle rozumiane "partnerstwo" i "poświęcanie dziecku czasu", które
prowadzi (tak to chyba jest) do braku zaufania w jego możliwości?



Obserwuj wątek
    • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 02:40
      chyba żle to określiłaś jako partnerstwo. Moim zdaniem obecnie szala
      przechyliła się ze skrajności w skrajność! O ile kiedyś dziecko było
      często traktowane jako "własnośc" rodziców, nie mające wręcz prawa
      głosu..o tyle teraz dziecko traktuje się jak bibelocik wymagający
      stałej opieki i co gorsza bez zaufania, że mały człowiek potrafi juz
      mysleć, często bardzo rozsądnie!!..czasem niestety dzieci też
      wykorzystują tą sytuację. I jednen i drugi sposób wychowania w dużym
      stopniu upośledza dziecko..w pierwszym przypadku dzieci czekały na
      moment kiedy wreszcie będą "duże" i inni zaczna traktować je
      poważnie, były utrzymywane w przekonaniu, ze ich zdanie się nie
      liczy..teraz dzieci pozostają "zdziecinniałe"..bo bardzo często
      dorośli nie potrafią sobie wyobrazić, ze taki mały ludzik ma
      juz "swój rozum" i uważaja, że ciągle należy traktować go jak
      dzidziusia..Z drugiej strony nie wolno miec wobec niego wymagań..bo
      takie "maleństwo" np. 3-4 lata jeszcze "nie rozumie"..i na kazdy
      problem najlepsza jest wizyta u psychologa zamiast normalnej rozmowy
      jak z drugim człowiekiem. Zamiast uczenia zasad i wyznaczania granic
      (człowiek jest istotą społeczną a dziecko czuje się bezpieczniej
      wiedząc co mu wolno a co nie) próbują negocjować i przekonywać,
      namawiać dzieci do zastosowania się do tego, w jaki sposób będą
      musiały(!) życ wśród ludzi..i nie chodzi mi tu o jakieś wydumane
      problemy ale proste czasem: "tego nie wolno a do tego musisz się
      stosować" a w sumie niewiele ma to wspólnego z prawdziwym szacunkiem
      do mozliwości rozumowania dziecka i możliwości wytłumaczenia czegoś
      w "normalny sposób"! Rodzice najchętniej doszukują się "drugiego
      dna" tam gdzie dziecko po prostu jeżeli czegoś nie musi..to tego nie
      robi lub się nie stosuje, bo po co? i dlaczego?.. W wielu sytuacjach
      zamiast stymulować rozwój dziecka przez pozwalanie mu na wykonywanie
      czynności do których dziecko naturalnie się "pcha" trzymane jest pod
      czyms w rodzaju klosza..siłą rzeczy dzieci są mało samodzielne pod
      względem fizycznym i psychicznym, skazane na wieczne wskazówki ze
      strony dorosłych zamiast na kierowanie się własnym rozumkiem pod
      dyskretną opieką starszych. Moje pierwsze wspomnienia (udowodnione!)
      pochodzą z okresu kiedy miałam niespełna 2 lata..dobrze pamiętam
      cały okres dzieciństwa nawet imiona i niektóre nazwiska dzieci z
      przedszkola, gdybym opisała co robiłam,a raczej co potrafiłam jako
      małe dziecko wiele mam by nie uwierzyło i powiedziało, ze zmyślam
      lub się chwalę, ale takie wychowanie odebrałam, mimo że byłam
      jedynaczką, tak byłam stymulowana przez rodziców np. chodziłam po
      bułki do osiedlowej piekarni w wieku 3 lat, kiedy miałam 5
      potrafiłam zrobic już samodzielnie "wieksze" zakupy, kiedy miałam 6
      z kuzynką ugotowałyśmy (w tajemnicy tzn same poszłysmy z pola do
      domu pod jakimś pretekstem) na wsi obiad żniwiarzom, z wykopaniem
      jarzyn na ogrodzie,porąbaniem chrustu i rozpaleniem pod kuchnią
      włącznie(był barszcz ukraiński i do tego tłuczone ziemniaki z
      cebulką i skwarkami), od 4-ego roku życia pasłam na wakacjach u
      babci krowy z innymi dziećmi, umiałam je pętać i pilnowac, zeby nie
      poszły w szkodę..i umiałam powozić furmanką, a z tatą robiliśmy
      razem remonty w domu..i jaka byłam z tego dumna!!!Mieszkałam
      wtedy "na
      codzień" w Poznaniu, na wieś jeździłam tylko w czasie wakacji, nie
      były to dla mnie codzienne czynności..wychowywałam tak samo synów i
      często maluch 2 letni!! zadziwiał mnie
      swoją "dojrzałością",odpowiedzialnością i umiejętnościami kiedy mu
      się na to pozwolało a to rodziło coraz większe zaufanie..ale ja
      moich synów traktowałam jak małych, ale ludzi..nie jak bezrozumne
      stworzonka i pozwalałam im jak moi rodzice mi kiedyś, by byli z
      siebie i swioch osiągnięć dumni
      • mama303 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 22:27
        babcia47 napisała:
        > kiedy miałam 6
        > z kuzynką ugotowałyśmy (w tajemnicy tzn same poszłysmy z pola do
        > domu pod jakimś pretekstem) na wsi obiad żniwiarzom, z wykopaniem
        > jarzyn na ogrodzie,porąbaniem chrustu i rozpaleniem pod kuchnią
        > włącznie(był barszcz ukraiński i do tego tłuczone ziemniaki z
        > cebulką i skwarkami),

        Jak dla mnie trochę horror. To ja juz wolę żeby moja córka była
        mniej samodzielna smile
        • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 22:58
          Jak dla mnie trochę horror - dlaczego? Jeśli dziewczynkom sprawiało
          to przyjemność?
          • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 23:24
            przyjemność? byłyśmy z siebie dumne jak stad na Alaskę! że umiałyśmy
            zrobić same to, co wcześniej robiłyśmy z kims dorosłym, ze
            zrobiłyśmy niespodziankę (choć ciocia chyba miała sporo po nas
            sprzatania..ale mniej jej to zajeło czasu niz ugotowanie obiadusmile))
            no i że smakowało..a jak nam smakowało!!!
          • mama303 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 21:14
            srebrnarybka napisała:

            > Jak dla mnie trochę horror - dlaczego? Jeśli dziewczynkom
            sprawiało
            > to przyjemność?

            Nie watpię, że mogło im to sprawiac przyjemność. A czy to ma być
            jakimś wyznacznikiem bezpieczeństwa? Zapewnienie bezpieczeństwa
            małoletnim jest podstawowych obowiazkiem rodzica - jak to zapewnisz
            to możesz sie brać za nauke samodzielności.
            • lucusia3 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 19.12.08, 15:32
              Tu się pojawia kwestia co uznajemy za bezpieczne.
              Dla mnie było bezpieczne, jak mój 10 letni syn mógł jeździć publiczną komunikacją sam (mieszkam na obrzeżach dużego miasta), a dla innych mam było to wysyłanie dziecka na pewną śmierć, bo ich 10-latkowie nie mogli przechodzić sami przez ulicę.
              Na marginesie - mam wrażenie, że zachodzi tu nieporozumienie jeżeli chodzi o pojęcie "demokracja" czy "partnerstwo". Pojęcia te zakładaja różne role różnych osób partycypujacych, a nie opieraja isę na symetrii. Nie oznaczają, że wszyscy robią to samo, a raczej robią tak, że, w idealnej sytuacji, wszyscy są zadowoleni.
              A bezwolne dzieci wykonujące wyłącznie polecenia rodziców to niejest ani partnerstwo, ani demokracja, to przemoc w rodzinie. Dzieciu sie tak tresuje - by wykonywały wyłącznie polecone rzeczy. Oducza sie ich samodzielności, bo wtedy są "niegrzeczne", jak coś robią tak jak one chcą, no i mogą "pobrudzić" czy "zabierać czas". Działania na komendy gdy sie do tego tresuje dzieci w wieku lat 3, 8, 12 zostaje jako metoda na życie - jedyna znana, więc gdy ktos ma lat 18, 20, 30 też tak musi.
            • jakw Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 20.12.08, 14:13
              mama303 napisała:

              > Zapewnienie bezpieczeństwa
              > małoletnim jest podstawowych obowiazkiem rodzica - jak to
              zapewnisz
              > to możesz sie brać za nauke samodzielności.
              Idąc tym tokiem rozumowania za naukę samodzielności należy się brać
              w momencie gdy małolat przestanie być małoletnim. Nie jesteś w
              stanie zapewnić 100% bezpieczeństwa małolatowi. Oczywiście, z
              upływem lat możesz założyć, że np. 15-latek nie podłączy się
              osobiście do prądu elektrycznego, co wcale nie oznacza, że nie
              kopnie go prąd wskutek robienia różnych eksperymentów naukowych.
              Chyba że zamierzasz przez odbierać dziecko ze świetlicy do 18-tych
              urodzin i przez ten czas nigdy nie puszczać pociechy samej ani nie
              zostawiać jej samej w domu.
        • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 23:40
          mama303 napisała:

          > Jak dla mnie trochę horror. To ja juz wolę żeby moja córka była
          > mniej samodzielna smile

          Dla mnie też. Zwłaszcza rąbanie chrustu (ciekawe czym) i rozpalanie w piecu tongue_out
          Miałam w podstawówce koleżankę z dość dużymi bliznami po oparzeniu.
          Dwuczęściowego stroju kąpielowego to ona raczej nigdy w życiu nie założyła. A po
          prostu w wieku 4-5 lat bardzo samodzielnie zajmowała się ogniskiem.

          A takie dzieci co na wsi wpadają pod kombajn albo zostają wciągnięte przez
          maszynę rolniczą też przecież bardzo samodzielne są. I dzielnie pomagają opiekunom.
          • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 00:03
            babcia miała taką małą siekierkę, a patyczki nie były grube..zresztą
            jako wnuczka kowala(drugi dziadek) z narzędziami i ogniem oswoiłam
            się wcześniej..i nauczyłam nimi posługiwać bezpiecznie!! narzedzia,
            młotki, majsterkowanie..to było to co tygrysy lubią najbardziej!..i
            musisz mi uwierzyc, że poza blizną po cesarce nie mam innych smile)
            • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 00:10
              babcia47 napisała:

              > babcia miała taką małą siekierkę, a patyczki nie były grube..zresztą
              > jako wnuczka kowala(drugi dziadek) z narzędziami i ogniem oswoiłam
              > się wcześniej..i nauczyłam nimi posługiwać bezpiecznie!! narzedzia,
              > młotki, majsterkowanie..to było to co tygrysy lubią najbardziej!..i
              > musisz mi uwierzyc, że poza blizną po cesarce nie mam innych smile)

              Ja też pochodzę z rzemieślniczej rodziny. I też szybko nabyłam umiejętność
              posługiwania się narzędziami. I również robiłam to bezpiecznie - pod nadzorem
              osoby dorosłej. Innej opcji nie było. Samodzielna zabawa narzędziami czy ogniem
              była bardzo poważnym wykroczeniem.
              • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 00:18
                w moich czasach posługiwanie się ogniem było na porządku
                dziennym..kuchnie węglowe, piece, parowniki na wsi..czy ogniska w
                których piekło się ziemniaki na "wypasie"..równie dobrze mozna by
                było teraz dzieciom zakazać odkrecać wodę..a skoro można mnie było
                uczyć szycia, dziergania czy szydełkowania(niebezpieczne
                narzedzia)..to i machania młotkiem czy cięcia patyczków siekierką
    • mallard Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 08:55
      kandyd.a napisała:

      > Nie chodzi mi żeby (...)

      Nie chodzi mi O TO, żeby (...) wink

      A tak wogóle, to podpisuję się obydwoma ręcyma!

      Pozdrawiam.
    • fugitive Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 10:53
      zgadzam się w znacznej mierze. Rzeczywiście to jak pojmuje się
      macierzyństwo i ojcostwo strasznie w ostatnich latach ewoluowało. Z
      jednej strony bardziej się dziećmi opiekujemy i jest na pewno mniej
      wypadków dzięki temu a z drugiej strony dzieci sa mniej samodzielne.
      Ja tez mając 6 lat chodziłam do zerówki tylko pod opieką 8 letniego
      brata, praktycznie od 4 roku życia wychodziłam sama na podwórko ()
      fakt był to taki wiejski plac, gdzie siedziało wielu dorosłych i
      miało wszystkie dzieci na oku), ale później od 6 roku życia
      mieszkałam w mieście i wychodziłam sama na wiele godzin "przed blok"
      tak jak moi rówieśnicy. Moja córka w tym wieku nie wychodzi sama w
      ogóle , nawet boi się sama zostać na chwilę na podwórku. Jest
      zdecydowanie mniej samodzielna niz ja byłam i to jest "moja
      zasługa". ale z drugiej strony jest to cena jaka płacimy za to że
      dzieci sa bezpieczniejsze, babcia opisuje jak sama z koleżanką w
      wieku 6 lat napaliły w piecu i ugotowały obiad, świetnie że im się
      udało, ale równie dobrze mogło sie to skończyć poparzeniem i
      wypadkiem i niestety w wielu przypadkach się kończyło. Jak często
      dzieci ulegały wypadkom na wsi kilkadziesiat lat temu , to przecież
      dla nas jest nie do pomyślenia. Reasumując fakt, że nasze dzieci sa
      teraz mniej samodzielne, ale jest to cena jaka płacimy za to, że są
      bezpieczniejsze
      • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 11:09
        Nie jestem pewna, czy mimo tych wszystkich zabiegów dzieci
        faktycznie są bezpieczniejsze. Jak się czyta te wszystkie
        doniesienia o dzieciach wypadających z okien (chyba to sie zdarza
        raz na tydzien) albo inne nieszcześcia, które się zdarzają, jak
        dziecko na chwilę spuści sie z oka. I myślę, że bezpieczeństwo
        dzieci w rezultacie jest pozorne: bo skoro dziecko jest bezpieczne
        tylko wtedy, kiedy rodzice na nie patrzą, to nie uczy się dziecka
        samodzielnych bezpiecznych zachowań. Babcia, która w dzieciństwie
        samodzielnie gotowała obiad na kuchni węglowej była zdolna to
        uczynić, bo tego ją nauczono. Dzisiejsza dziewczynka tego by nie
        zrobiła, bo nikt jej nie uczył bezpiecznego obchodzenia się z
        kuchnią węglową, zresztą to nie jest potrzebne. Ale nie jestem
        pewna, czy zestresowani rodzice, stale obawiający się, że dziecku co
        sie stanie, też najlepiej wychowują do bezpiecznego życia w
        przyszłości.
        • fugitive Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 11:19
          srebrnarybka napisała:

          > Nie jestem pewna, czy mimo tych wszystkich zabiegów dzieci
          > faktycznie są bezpieczniejsze. Jak się czyta te wszystkie
          > doniesienia o dzieciach wypadających z okien (chyba to sie zdarza
          > raz na tydzien) albo inne nieszcześcia, które się zdarzają, jak
          > dziecko na chwilę spuści sie z oka.

          Ja jednak uważam, że tak , te doniesienia o których mówisz sa
          skutkiem zupełnie innego dostępu do informacji i rozgłasniania tych
          historii. Wierz mi 50 lat temu było tyle wypadków, że gdyby chciano
          poinformować ( i była możliwość) o śmierci każdego dziecka w skali
          całego kraju słuchałabyś tylko o tym. To tak jak o smierci dzieci w
          wyniku chorób, teraz też się to zdarza , ale cay kraj wie, że gdzieś
          tam umarło dziecko na sepsę czy zapalenie płuc, i jest to jakieś
          wydarzenie, jeszcze 100 lat temu, a na pewno 150 nie było
          praktycznie rodziny, w której by jakieś dziecko nie umarło



          • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 16:04
            100 lat temu dzieci umierały na zapalenie płuc nie dlatego, że
            rodzice je zaniedbywali, tylko dlatego, że nie było antybiotyków. A
            co do wypadków: oczywiście, że trzeba dzieci pilnować i dbać, by
            były w bezpiecznym otoczeniu, ale zarazem trzeba uczyć, bo coraz
            lepiej same umiały sobie radzić z niebezpieczeństwami.
            A co do tych okien: mniej więcej raz na tydzień czytamy o dziecku,
            np. 5letnim, które pozostawione na chwilę samo w pokoju, bo matka
            np. wyszła do toalety, nawet zimą przy zamkniętym oknie, pierwsza
            rzecz, którą robi, to włazi na parapet, otwiera okno i przez nie
            wypada. Wydaje mi się coś nie tak. Jako dziecko wielokrotnie
            zostawałam sama w pokoju na dłuższy czas, niż parę minut, okno
            bywało otwarte lub zamknięte, a mnie do głowy nie przychodziło, by
            na nie wchodzić. Nie przypominam też sobie, bym próbowała wchodzić w
            obecności rodziców i by ktoś mnie z okna ściągał. Nie wiem, czy w
            jakiś sposób przekonywający wytłumaczono mi, że to niebezpieczne.
            Wydaje mi się, że ważniejsze było co innego - miałam dużo zabawek w
            pokoju i umiałam się niby bawić. Wiedziałam, co jest za oknem (był
            piękny ogród) i oglądanie kwitnących drzew, których układ było
            codziennie taki sam, było dużo nudniejszej niż zabawa lalkami albo
            rysowanie w pokoju. Po co miałabym się wspinać na okno, żeby oglądać
            te same drzewa? Może te dzieci wypadające z okien po prostu nie
            umieją się inaczej bawić?
            • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 16:41
              srebrnarybka napisała:

              > A co do tych okien: mniej więcej raz na tydzień czytamy o dziecku,
              > np. 5letnim, które pozostawione na chwilę samo w pokoju, bo matka
              > np. wyszła do toalety, nawet zimą przy zamkniętym oknie, pierwsza
              > rzecz, którą robi, to włazi na parapet, otwiera okno i przez nie
              > wypada.

              A ja mam jakieś inne wspomnienie tych cotygodniowych doniesień o dziecku
              wypadającym z okna. Nie wiem czemu wydaje mi się, że w 90% przypadków dziecko
              było w domu samo a mama na przykład na zakupach ...
              • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 16:58
                Złośliwie mogę zapytać: a gdzie był tata?
                A poważnie:
                1. nie zawsze mama jest na zakupach, czasem w drugim pokoju,
                łazience albo kuchni.
                2. Jako dziecko nieraz pozostawałam dłuższy czas, godzinę, półtorej
                sama w pokoju i też nie przyszło mi do głowy wleźć na parapet. Gdyby
                to była czynność, którą dziecko nieuchronnie zrobić musi, to
                pamiętałabym ściąganie mnie z okna przez opiekunów - niczego takiego
                nie pamiętam. Natomiast odnoszę wrażeńie, że dzisiejsze dzieci
                często nie umieją się bawić. Była zresztą o tym mowa na forum.
                • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 17:16
                  srebrnarybka napisała:

                  > Złośliwie mogę zapytać: a gdzie był tata?

                  A co to ma do rzeczy ?

                  > A poważnie:
                  > 1. nie zawsze mama jest na zakupach, czasem w drugim pokoju,
                  > łazience albo kuchni.

                  Ja jednak nie przypominam sobie medialnych doniesień o tragedii, która rozegrała
                  się "u boku" opiekuna. Trzeźwego opiekuna.

                  > 2. Jako dziecko nieraz pozostawałam dłuższy czas, godzinę, półtorej
                  > sama w pokoju i też nie przyszło mi do głowy wleźć na parapet. Gdyby
                  > to była czynność, którą dziecko nieuchronnie zrobić musi, to
                  > pamiętałabym ściąganie mnie z okna przez opiekunów - niczego takiego
                  > nie pamiętam.

                  Rozumiem zatem że dobrze pamiętasz swoje dzieciństwo, kiedy miałaś 2-4 lata ? Bo
                  zdaje się jest to wiek większości dzieci "wypadających" z okien.

                  > Natomiast odnoszę wrażeńie, że dzisiejsze dzieci
                  > często nie umieją się bawić. Była zresztą o tym mowa na forum.

                  Tutaj się zgadzam - dzieci nie potrafią się bawić, sama o tym pisałam.
                  • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 17:30
                    > Ja jednak nie przypominam sobie medialnych doniesień o tragedii,
                    która rozegrał
                    > a
                    > się "u boku" opiekuna. Trzeźwego opiekuna.
                    mój młodszy synek wówczas (1 rok 4 miesiące) uległ poważnemu
                    poparzeniu stojąc między dwiema doswiadczonymi i kochającymi
                    babciami, moją mamą i teściową..obie były trzeźwe...
                    • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 17:33
                      babcia47 napisała:

                      > > Ja jednak nie przypominam sobie medialnych doniesień o tragedii,
                      > która rozegrał
                      > > a
                      > > się "u boku" opiekuna. Trzeźwego opiekuna.
                      > mój młodszy synek wówczas (1 rok 4 miesiące) uległ poważnemu
                      > poparzeniu stojąc między dwiema doswiadczonymi i kochającymi
                      > babciami, moją mamą i teściową..obie były trzeźwe...

                      I mówiono o tym w mediach ? smile
                      • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 17:37
                        pewnie gdyby były na tak wszechobecne jak teraz to mógłby być fakt
                        medialny...kilka lat temu pisały o podobnym przypadku (prasa
                        lokalna) tongue_out
                        • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 17:40
                          Media pisują o podobnych wypadkach. Zwykle na forum onetu pojawia
                          się przy podobnej okazji ileś komentarzy o zgubnych skutkach
                          zostawiania dzieci pod opieką babci.
                        • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 18:17
                          babcia47 napisała:

                          > pewnie gdyby były na tak wszechobecne jak teraz to mógłby być fakt
                          > medialny...kilka lat temu pisały o podobnym przypadku (prasa
                          > lokalna) tongue_out

                          Zawsze były wszechobecne. I teraz, i "kiedyś".
                          • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 18:28
                            hmm.. to muszę miec chyba sklerozę..bo pamiętam, że w roku 78-mym
                            (wink) były 2 programy telewizyjne(i koniec, żadnych satelit), 3
                            radiowe,kilka czasopism i niewiele więcej dzienników..prasa
                            zajmowała sie tematami "jedynie słusznymi", jak np. przekroczenie
                            planu PGR-u w Pcimiu Dolnym lub jaki zakład odwiedził "ojciec
                            narodu"..z babskich pism była "Przyjaciółka",'Kobieta"
                            i "Gospodyni"..i trzeba było sie zapisywać na nie lub mieć "układy"
                            z panią z kiosku..smile)
                            • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 18:32
                              Sorki, myślałam że w tym zdaniu:

                              "pewnie gdyby były na tak wszechobecne jak teraz to mógłby być fakt
                              > medialny...kilka lat temu pisały o podobnym przypadku (prasa
                              > lokalna) tongue_out"

                              chodzi ci o wszechobecność wypadków z udziałem dzieci pod opieką
                              rodziców/babci/kogokolwiek. Tak zrozumiałam i do tego się odniosłam.
                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 17:34
                    Ja jednak nie przypominam sobie medialnych doniesień o tragedii,
                    która rozegrał
                    > a
                    > się "u boku" opiekuna. Trzeźwego opiekuna.
                    >
                    - pamiętam informacje o 5latku, który w trakcie, jak rodzice i inna
                    rodzina sprzątali po przyjęciu sylwestrowym w mieszkaniu i wyszli do
                    drugiego pokoju wynieść naczynia, wszedł na parapet i otworzył okno,
                    zamknięte, bo przecież była zima. Pamiętam wpisy pod informacją na
                    ten temat, że 5latka samego ani chwilę nie można z oka spuścić i
                    jaki to skandal.

                    Rozumiem zatem że dobrze pamiętasz swoje dzieciństwo, kiedy miałaś 2-
                    4 lata ? B
                    > o
                    > zdaje się jest to wiek większości dzieci "wypadających" z okien.

                    - dzieciństwo pamiętam dość dobrze, niektóre wydarzenia z okresu 3
                    lat mam dokładnie datowane. Dzieci wypadające z okien miewają zwykle
                    ok. 5 lat, dwulatek nie wejdzie aż tak szybko na parapet, chyba, że
                    rzeczywiście został na 5 godzin pozostawiony sam w domu.
                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 17:39
                    > Złośliwie mogę zapytać: a gdzie był tata?
                    >
                    > A co to ma do rzeczy ?

                    - ma. Odpowiedni komunikat powinien brzemieć: ojciec był w pracy, a
                    matka na zakupach. Bo wyjście po zakupy i wyjście do pracy są tak
                    samo ważne i potrzebne. Oczywiście należy wtedy zadbać o odpowiednią
                    opiekę dla dziecka, ale nie rozumiem, dlaczego pozostawienie dziecka
                    bez opieki przez matkę wychodzącą na zakupy ma być bardziej naganne
                    niż przez ojca wychodzącego do pracy? Jeżeli ojciec nie robi zakupów
                    osobiście, to musi liczyć się z tym, że robi je matka, a jeżeli z
                    jakichś powodów nie może wziąć dziecka ze sobą, to trzeba mu
                    zapewnić opiekę. I o tym powinni myśleć oboje, a nie tylko matka.
                    • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 18:16
                      srebrnarybka napisała:

                      > > Złośliwie mogę zapytać: a gdzie był tata?
                      > >
                      > > A co to ma do rzeczy ?
                      >
                      > - ma. Odpowiedni komunikat powinien brzemieć: ojciec był w pracy, a
                      > matka na zakupach. Bo wyjście po zakupy i wyjście do pracy są tak
                      > samo ważne i potrzebne. Oczywiście należy wtedy zadbać o odpowiednią
                      > opiekę dla dziecka, ale nie rozumiem, dlaczego pozostawienie dziecka
                      > bez opieki przez matkę wychodzącą na zakupy ma być bardziej naganne
                      > niż przez ojca wychodzącego do pracy? Jeżeli ojciec nie robi zakupów
                      > osobiście, to musi liczyć się z tym, że robi je matka, a jeżeli z
                      > jakichś powodów nie może wziąć dziecka ze sobą, to trzeba mu
                      > zapewnić opiekę. I o tym powinni myśleć oboje, a nie tylko matka.

                      Trochę to zabawne, ale ok smile)

                      I tak nie rozumiem, jaki to ma związek z tematem.
                      • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 23:03
                        Dlaczego to jest zabawne? Czy ojciec nie odpowiada w takim samym
                        stopniu za bezpieczeństwo dziecka, co matka i czy rodzice mogą
                        zrezygnować z wychodzenia z domu po zakupy?
                        • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 23:32
                          srebrnarybka napisała:

                          > Dlaczego to jest zabawne? Czy ojciec nie odpowiada w takim samym
                          > stopniu za bezpieczeństwo dziecka, co matka i czy rodzice mogą
                          > zrezygnować z wychodzenia z domu po zakupy?

                          Nie no ojciec odpowiada. Gdy podejmuje się pozostania z dzieckiem w domu. Ciężko
                          dbać o bezpieczeństwo na odległość ;P

                          Jakby to matka wyszła pierwsza z domu a potem ojciec zostawiłby dzieci na "5
                          minut" bo musi sobie po fajki skoczyć do kiosku a mu się dziecka ubierać nie
                          chce, to w razie tragedii odpowiedzialnym za stan rzeczy byłby ojciec. Bo gdy
                          matka wychodziła z domu, dzieci były pod opieką osoby dorosłej będącej
                          jednocześnie równoprawnym z matką opiekunem dzieci.
                        • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 23:33
                          srebrnarybka napisała:

                          > I czy rodzice mogą
                          > zrezygnować z wychodzenia z domu po zakupy?

                          No raczej muszą, jeśli dzieci mają pozostać same na czas tych zakupów (a iść na
                          nie z jakichś przyczyn z rodzicami nie mogą) ...
                          • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 23:50
                            ja oczywiście nie twierdzę, że powinno się zostawiać małe dzieci bez
                            opieki i wychodzić po zakupy. Natomiast twierdzę, że skoro zakupy są
                            dla rodziny potrzebne tak samo, jak praca, to należy wcześniej
                            ustalić, jak to zrobić, żeby dzieci miały cały czas zapewnioną
                            opieke. Ojciec wychodzący do pracy, jeśli nie robi przy okazji
                            zakupów, to chyba wie, że robi je matka i powinien w takim razie
                            ustalić z matką, czy jest ona w stanie zapewnić opiekę dziecku w
                            czasie zakupów. Bo wyjść po nie w ogóle musi, w odróżnieniu do ojca,
                            który nie musi wyskakiwać na 5 minut po fajki.
                            • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 23:57
                              srebrnarybka napisała:

                              > ja oczywiście nie twierdzę, że powinno się zostawiać małe dzieci bez
                              > opieki i wychodzić po zakupy. Natomiast twierdzę, że skoro zakupy są
                              > dla rodziny potrzebne tak samo, jak praca, to należy wcześniej
                              > ustalić, jak to zrobić, żeby dzieci miały cały czas zapewnioną
                              > opieke. Ojciec wychodzący do pracy, jeśli nie robi przy okazji
                              > zakupów, to chyba wie, że robi je matka i powinien w takim razie
                              > ustalić z matką, czy jest ona w stanie zapewnić opiekę dziecku w
                              > czasie zakupów. Bo wyjść po nie w ogóle musi, w odróżnieniu do ojca,
                              > który nie musi wyskakiwać na 5 minut po fajki.

                              Rozumiem że chodzi o ustalenia w jakiejś wyjątkowej sytuacji, w której nie można
                              iść razem z dziećmi, tak ? No to faktycznie, wtedy oboje rodzice powinni
                              pomyśleć wcześniej, jak to logistycznie rozwiazać.
                              • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 00:15
                                > Rozumiem że chodzi o ustalenia w jakiejś wyjątkowej sytuacji, w
                                której nie możn
                                > a
                                > iść razem z dziećmi, tak ? No to faktycznie, wtedy oboje rodzice
                                powinni
                                > pomyśleć wcześniej, jak to logistycznie rozwiazać.

                                - W sytuacji wyjątkowej rodzice powinni to rozwiązać, ala tym
                                bardziej w normalnej. Przecież oboje rodzice wiedzą, że zakupy
                                trzeba robić regularnie i jakoś należy wtedy rozwiązać problem
                                opieki nad dziećmi. I oboje powinni ustalić reguły w tym zakresie.
                                Matka może brać dzieci na zakupy albo np. iść po zakupy wtedy, kiedy
                                ojciec wróci z pracy i może zaopiekować się dziećmi. Jeżeli matka
                                zostawia dzieci i idzie po zakupy i nie jest to sytuacja wyjątkowa,
                                tylko normalna, to znaczy, że taki jest przyjęty zwyczaj w domu. A
                                za ustalenie takich zwyczajów, oczywiście nagannych, jest
                                współidpowiedzialny także ojciec. Zabawne jest też to, że zakładasz,
                                że ojciec wychodzi z domu po fajki, a matka po zakupy. Rozumiem, że
                                Twoim zdaniem ojciec zakupów robić nie może?
                                • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 00:24
                                  srebrnarybka napisała:

                                  > Jeżeli matka
                                  > zostawia dzieci i idzie po zakupy i nie jest to sytuacja wyjątkowa,
                                  > tylko normalna, to znaczy, że taki jest przyjęty zwyczaj w domu. A
                                  > za ustalenie takich zwyczajów, oczywiście nagannych, jest
                                  > współidpowiedzialny także ojciec.

                                  Zgadzam się. Tylko że akurat prokuratury i mediów w razie tragedii nie
                                  interesuje sposób i współodpowiedzialność za ustalanie zwyczajów panujących w
                                  domu, tylko to, które z opiekunów pozostawiło dzieci bez opieki.

                                  > Zabawne jest też to, że zakładasz,
                                  > że ojciec wychodzi z domu po fajki, a matka po zakupy. Rozumiem, że
                                  > Twoim zdaniem ojciec zakupów robić nie może?

                                  Możesz mi wyjaśnić jakie tajemne meandry logiki doprowadziły cię do takiego
                                  wniosku ? ;P

                                  <ojciec chadza po fajki> i <matka chadza po zakupy> ->
                                  <ojciec nie chadza po zakupy>

                                  no to prawdziwe na pewno nie jest, chyba że przyjąć, że po fajki i po zakupy
                                  chadza się w tym samym czasie ;P
                                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 00:31
                                    Tylko że akurat prokuratury i mediów w razie tragedii nie
                                    > interesuje sposób i współodpowiedzialność za ustalanie zwyczajów
                                    panujących w
                                    > domu, tylko to, które z opiekunów pozostawiło dzieci bez opieki.

                                    - 1. na tym forum omawiamy jednak raczej zagadnienia moralne i
                                    wychowawcze, a nie prokuratorskie. Jeżeli oboje rodzice kultywowali
                                    zwyczaj pozostawiania dzieci bez opieki, to oboje ponoszą moralną
                                    odpowiedzialność za skutki takiego zaniedbania. I nie ma znaczenia,
                                    które z rodziców oskarży prokuraotor.
                                    2. jakoś tak się skłąda, że zawsze prokuratura, policja i
                                    dziennikarze interesują się, gdzie była matka, a nie, gdzie byli
                                    rodzcie?

                                    > Zabawne jest też to, że zakładasz,
                                    > > że ojciec wychodzi z domu po fajki, a matka po zakupy. Rozumiem,
                                    że
                                    > > Twoim zdaniem ojciec zakupów robić nie może?
                                    >
                                    > Możesz mi wyjaśnić jakie tajemne meandry logiki doprowadziły cię
                                    do takiego
                                    > wniosku ? ;P
                                    >
                                    > <ojciec chadza po fajki> i <matka chadza po zakupy> ->
                                    > <ojciec nie chadza po zakupy>

                                    - takie meandry logiki, że jako przykład podaje się zwykle sytuację
                                    najbardziej typową. Za najbardziej typowe, naturalne, uznałaś, że
                                    matka chodzi po zakupy, chyba raczej jednak dla całej rodziny, a
                                    ojciec po fajki.
                                    • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 00:45
                                      srebrnarybka napisała:

                                      > - 1. na tym forum omawiamy jednak raczej zagadnienia moralne i
                                      > wychowawcze, a nie prokuratorskie. Jeżeli oboje rodzice kultywowali
                                      > zwyczaj pozostawiania dzieci bez opieki, to oboje ponoszą moralną
                                      > odpowiedzialność za skutki takiego zaniedbania. I nie ma znaczenia,
                                      > które z rodziców oskarży prokuraotor.

                                      Odpowiadałam tylko na zdziwienie faktem, że media interesują się faktem, że
                                      matka wyszła po zakupy i zostawiła dzieci bez opieki - nie pytając gdzie był
                                      ojciec. Jak ojciec zostawia dzieci bez opieki, to się media interesują ojcem
                                      nie robiąc nagonki na matkę - proste.

                                      > 2. jakoś tak się skłąda, że zawsze prokuratura, policja i
                                      > dziennikarze interesują się, gdzie była matka, a nie, gdzie byli
                                      > rodzcie?

                                      Nie no to chyba żart ?

                                      > - takie meandry logiki, że jako przykład podaje się zwykle sytuację
                                      > najbardziej typową. Za najbardziej typowe, naturalne, uznałaś, że
                                      > matka chodzi po zakupy, chyba raczej jednak dla całej rodziny, a
                                      > ojciec po fajki.

                                      Ej no podałam przykład z wyskoczeniem po fajki trochę karykaturalnie. To chyba
                                      oczywiste. Nie sądziłam że ktoś będzie to traktował jako wzorzec ... a już na
                                      pewno nie pisałam o sytuacji typowej - kolejny błąd logiczny. Przecież sam
                                      problem pozostawiania dzieci bez opieki za typowy i naturalny uznawać nie
                                      powinniśmy ... jak można mówić o naturalnym i typowym modelu rodziny, skoro w
                                      tej rodzinie zostawia się dzieci bez opieki ?
                                      • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 00:57
                                        Odpowiadałam tylko na zdziwienie faktem, że media interesują się
                                        faktem, że
                                        > matka wyszła po zakupy i zostawiła dzieci bez opieki - nie pytając
                                        gdzie był
                                        > ojciec. Jak ojciec zostawia dzieci bez opieki, to się media
                                        interesują ojcem
                                        > nie robiąc nagonki na matkę - proste.

                                        - jeżeli dziecko, które ma dwoje rodziców, zostało bez opieki,
                                        zwłaszcza z powodu tak zwyczajnego i powtarzalnego, jak zakupy,
                                        które odbywa się regularnie, to zostawili je oboje, a nie wyłącznie
                                        matka.

                                        2. jakoś tak się skłąda, że zawsze prokuratura, policja i
                                        > > dziennikarze interesują się, gdzie była matka, a nie, gdzie byli
                                        > > rodzcie?
                                        >
                                        > Nie no to chyba żart ?
                                        - niestety nie żark, tylko prawda.

                                        Ej no podałam przykład z wyskoczeniem po fajki trochę
                                        karykaturalnie. To chyba
                                        > oczywiste. Nie sądziłam że ktoś będzie to traktował jako
                                        wzorzec ... a już na
                                        > pewno nie pisałam o sytuacji typowej - kolejny błąd logiczny.
                                        Przecież sam
                                        > problem pozostawiania dzieci bez opieki za typowy i naturalny
                                        uznawać nie
                                        > powinniśmy ... jak można mówić o naturalnym i typowym modelu
                                        rodziny, skoro w
                                        > tej rodzinie zostawia się dzieci bez opieki ?

                                        Podałaś nie przykład typowej rodziny prawidłowo funkcnoującej, tylko
                                        przykłady typowych zaniebdań. I skojarzyło Ci się, że jeśli ojciec
                                        zostawił dziecko bez opieki, to dlatego, że poszedł po fajki, a
                                        jeśli matka, to po zakupy. No comments.
                                        • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 01:45
                                          srebrnarybka napisała:

                                          > - jeżeli dziecko, które ma dwoje rodziców, zostało bez opieki,
                                          > zwłaszcza z powodu tak zwyczajnego i powtarzalnego, jak zakupy,
                                          > które odbywa się regularnie, to zostawili je oboje, a nie wyłącznie
                                          > matka.

                                          O mamuniu ... rano mój małżonek wychodzi do pracy i zostawia swoje dziecko pod
                                          opieką dorosłego opiekuna czyli mnie.
                                          Potem ja w ciągu dnia stwierdzam "a jak na 10 minut wyskoczę do sklepu to się
                                          nic nie stanie". I wyskakuję pozostawiając dziecko bez opieki osoby dorosłej.

                                          I zdarza się <tfu tfu> tragedia.

                                          To kto tu dopuścił do sytuacji zagrożenia życia i zdrowia dziecka ? Małżonek,
                                          który zostawił dziecko pod moją opieką ? Litości ... tak mogłoby być tylko
                                          wtedy, gdy ja byłabym osobą niepoczytalną czy w jakiś inny sposób niezdolną (np.
                                          pijaną w momencie wyjścia męża z domu) do sprawowania opieki nad dziećmi.


                                          > 2. jakoś tak się skłąda, że zawsze prokuratura, policja i
                                          > > > dziennikarze interesują się, gdzie była matka, a nie, gdzie byli
                                          > > > rodzcie?
                                          > >
                                          > > Nie no to chyba żart ?
                                          > - niestety nie żark, tylko prawda.

                                          To my chyba słuchamy różnych niusów. Bo ja zawsze słyszę, że gdy nie wiadomo jak
                                          do tragicznego zdarzenia doszło, ustalane jest miejsce pobytu RODZICÓW dziecka.

                                          > Podałaś nie przykład typowej rodziny prawidłowo funkcnoującej, tylko przykłady
                                          typowych zaniebdań. I skojarzyło Ci się, że jeśli ojciec zostawił dziecko bez
                                          opieki, to dlatego, że poszedł po fajki, a jeśli matka, to po zakupy. No comments.

                                          Proszę mi wskazać gdzie użyłam epitetu "typowe". Bo to chyba jest kluczowe w tym
                                          nieporozumieniu. Może ja pisałam o sytuacji kompletnie nietypowej ?
                                          • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 01:47
                                            BTW jak już rozważamy takie rzeczy, to znak że argumenty w dyskusji się
                                            skończyły tongue_outPP
                                            • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 02:00
                                              jakie rzeczy?
                                              • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 09:02
                                                srebrnarybka napisała:

                                                > jakie rzeczy?

                                                "Dlaczego nikt nie pyta, gdzie był ojciec ?"
                                                "Dlaczego to mężczyzna nie może zrobić zakupów" ?
                                                standardowe pytania pasujące jak widać do każdej dyskusji tongue_out

                                                Ale coś w tym jest. Być może bardzo na temat tej całej dyskusji.
                                                Jest to: samodzielność, odpowiedzialność i nie tak wcale rzadka rola matki w
                                                rodzinie jako ofiary.

                                                Skąd te wzburzone głosy "dlaczego nikt nie pyta gdzie był ojciec ?" IMHO stąd,
                                                że trzeba jakoś tą uciemiężoną matkę usprawiedliwić. Nieważne że zostawia
                                                dziecko bez opieki. Przecież MUSI zrobić zakupy. I to po części wina ojca, że
                                                ona musiała iść po te zakupy, bo sam tego nie załatwił rano. Jasne. Bo jest
                                                przecież umęczona i niepełnosprawna umysłowo. I broń boże nie wolno jej samej
                                                obciążać odpowiedzialnością za tragedię do jakiej dopuściła ! W końcu
                                                odpowiedzialność grupowa zawsze lżejsza do przełknięcia ...

                                                Znak naszych czasów ? Czy przeszłych czasów ? Może znak każdych czasów ? Brak
                                                życiowej samodzielności, brak jednostkowej odpowiedzialności. I robienie z
                                                siebie ofiary.

                                                IMHO tu właśnie zaczyna się emocjonalna nierównowaga w rodzinie. W
                                                niesamodzielności rodzica. W emocjonalnej niedojrzałości. W odgrywaniu roli
                                                ofiary. W wypieraniu się własnej odpowiedzialności za dziecko. " A czemu nikt
                                                nie pyta gdzie był ojciec ??". Skąd to pytanie ? Co za różnica gdzie on był ? To
                                                jakoś umniejsza winę matki w razie tragedii - jeśli to ona pozostawiła dzieci
                                                same ?

                                                I często ta cierpiętnicza mina - jaki ten mąż dla mnie niedobry, dlaczego
                                                spotkało mnie takie życie ? To wszystko jego wina, życie mi zmarnował.
                                                Niesamodzielność w pełnej krasie. Niesamodzielność, która się ciągnie za
                                                dzieckiem i ciągnie, w życiu dorosłym również. Z jednej strony chory wzorzec
                                                braku odpowiedzialności za swoje życie, z drugiej - emocjonalne poczucie
                                                odpowiedzialności za matkę.

                                                To m.in. dzieci takich rodziców są dziwnie wycofane lub dziwnie nachalne. To
                                                właśnie rozumiem przez źle pojmowane partnerstwo.

                                                To tak w ramach bezpośredniego połączenia pytania "a gdzie był ojciec ?" z
                                                tematem głównym tej dyskusji ;P
                                                • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 09:22
                                                  Mogłabym się nawet zgodzić, że disiejsi rodzice wychpwują dzieci
                                                  mniej odpowiedzialnie, chociaż widzę inne tego przejawy, ale ciekawe
                                                  jest dla mnie co innego: nieodpowiedialność młodych matek uważasz za
                                                  wynik ich wychowywaniw w sposób, który nie uczy odpowiedzialności. A
                                                  dlaczego Twoim zdaniem ojcowie, wychowywani przecież w takich samych
                                                  rodzinach i należący zwykle do tego samego pokolenia, nie są
                                                  nieodpowiedzialni i w ogóle nietaktem jest pytanie, czy przypadkiem
                                                  też nie odpowiadają za bezpieczeńśtwo włanych dzieci. Zresztą
                                                  ojciec, wiedząc, że ma nieodpowiedzialną żonę, bo przecież ogólne
                                                  trendy wychowawcze i stawianie żony w roli ofiary temu sprzyja, w
                                                  ogóle powinien zostawiać dziecko pod jej opieką? Może wrócimy do
                                                  sytuacji z XIX w., kiedy wdowa nie miała prawa decydować o losie i
                                                  majątku swoich dzieci, robiła to rada familijna zlożona z mężczyzn?

                                                  Rozpowszechnione, Twoim zdaniem, stawianie matki w roki ofiary. Ja
                                                  widzę co innego, zwłąszcza na forum: matka zwykle stawiane są nie w
                                                  roli ofiary, ale w roli osoby stale winnej, która, żeby nie wiem co
                                                  zrobiła, i tak zaniedbuje dziecko, nie poświęca mu dostatecznie dużo
                                                  uwagi, naraża je na stressy, etc. etc. Bo zawsze znajdzie się jakaś
                                                  matka "lepsza", która np. dłużej karmiła piersią, usypiała do
                                                  póżniejszego wieku i dłużej, nigdy nie poszła na imprezę, nogdy nie
                                                  zostawiła dziecka pod opieką babci, nigdy nie zabroniła dziecku
                                                  malować w przedpokoju, jak ono tak chciało, nigdy nie podniosła
                                                  głosu na dizecko, nie mówiąc już o, niemożliwym nawet do pomyślenia,
                                                  klapsie, zawsze bierze je na kolana etc. etc. W rezultacie każda
                                                  matka czytająca to forum czuje się trochę winna wobec dziecka i
                                                  świadomo tego, że je zaniedbuje. A skoro i tak jest złą matką, to
                                                  może i zostawić dziecko wychodząc na zakupy, bo czy to zrobi, czy
                                                  nie, i tak jest złą matką. A skoro już jest, to nie warto się starać.

                                                  Oburza mnie też stale powtarzające się wykpiwanie tego, że
                                                  matka "musi" zrobić jakąś czynność domową, wcale nie dla włąsnej
                                                  przyjemności, tylko na potrzbey rodziny, w tym często dziecka.
                                                  Rozumiem, że można oburzać się, że matka "musi" pójść zrobić
                                                  pedicure, a ojciec "musi" wyskoczyć po fajki, bo oboje robią to
                                                  wyłącznie dla własne przyjemnośći. Ale po zakupy matka pójć musi,
                                                  ugotować obiad musi, uprać musi, powiesić pranie musi etc., tak
                                                  samo, jak ojciec musi pójść do pracy. Dlaczego nikt nie drwi z tego,
                                                  że ojca nie ma w domu, bo "musiał" pójść do pracy. Wszystkie te
                                                  czynności muszą być wykoanane, naotmiast oczywiście trzeba je tak
                                                  zorganizować, by dziecko miało należytą opiekę. Ale ponieważ z tych
                                                  czynności korzysta cała rodzina, jest oczwiste, że obie osoby
                                                  dorosłe, które za rodzinę odpowiadają, powinny to zorganizować i
                                                  ustalić zasady.
                                                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 09:35
                                                    P.S. W niektórych zdaniam "zjadłam" trochę sensu. W pierwszy
                                                    chodziło mi o to, że zostawianie bez opieki dziecka z powodu wyjścia
                                                    na zakupów może być także wynikiem wychowania, które nie uczy
                                                    odpowiedzialności, natomiast o tym, że takie wychowanie dzisiaj
                                                    panuje, dyskutujemy cały czas, więc to jest poza dyskusją. W
                                                    kolejnycm zdaniu chodziło mi o to, że skoro wg Ciebie kobiety są w
                                                    tej chwili bardzo częśto nieodpowiedzialne z powodów, które podałaś,
                                                    to należy się zastanowić, czy mężczyźni, gdyby byli odpowiedzialni,
                                                    powinni zostawiać dzieci pod opieką tak nieodpowiedizalnych osób,
                                                    jak matki?
                                                    Poza tym przepraszam za liczne literówki - moja klawiatura źle
                                                    działa i często jakąś literę wybija mi nie tak. Przepraszam więc za
                                                    to, że moje posty trudniej czytać i przeprosiny te nie są wynikiem
                                                    zaniżonej samooceny mnie. Mam tylko zaniżoną ocenę mojego komputera.
                                                  • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 09:51
                                                    srebrnarybka napisała:

                                                    > Poza tym przepraszam za liczne literówki - moja klawiatura źle
                                                    > działa i często jakąś literę wybija mi nie tak. Przepraszam więc za
                                                    > to, że moje posty trudniej czytać i przeprosiny te nie są wynikiem
                                                    > zaniżonej samooceny mnie. Mam tylko zaniżoną ocenę mojego komputera.

                                                    ;DDD
                                                  • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 09:49
                                                    srebrnarybka napisała:


                                                    > A dlaczego Twoim zdaniem ojcowie, wychowywani przecież w takich samych
                                                    > rodzinach i należący zwykle do tego samego pokolenia, nie są
                                                    > nieodpowiedzialni i w ogóle nietaktem jest pytanie, czy przypadkiem
                                                    > też nie odpowiadają za bezpieczeńśtwo włanych dzieci. Zresztą
                                                    > ojciec, wiedząc, że ma nieodpowiedzialną żonę, bo przecież ogólne
                                                    > trendy wychowawcze i stawianie żony w roli ofiary temu sprzyja, w
                                                    > ogóle powinien zostawiać dziecko pod jej opieką? Może wrócimy do
                                                    > sytuacji z XIX w., kiedy wdowa nie miała prawa decydować o losie i
                                                    > majątku swoich dzieci, robiła to rada familijna zlożona z mężczyzn?

                                                    Ja nigdzie nie napisałam niczego o samodzielności ojców.
                                                    Ja się z tobą zgadzam - mężczyźni bywają tak samo niesamodzielni jak kobiety. I
                                                    tak samo nieodpowiedzialni. Zarówno mężczyźni jak i kobiety bywają niedojrzałe
                                                    życiowo - przepychając odpowiedzialność za dzieci między sobą.

                                                    > Rozpowszechnione, Twoim zdaniem, stawianie matki w roki ofiary. Ja
                                                    > widzę co innego, zwłąszcza na forum: matka zwykle stawiane są nie w
                                                    > roli ofiary, ale w roli osoby stale winnej, która, żeby nie wiem co
                                                    > zrobiła, i tak zaniedbuje dziecko, nie poświęca mu dostatecznie dużo uwagi,
                                                    naraża je na stressy, etc. etc. (...)

                                                    ???
                                                    Forum to medium, w którym fruwają setki informacji na temat opiekowania się
                                                    dziećmi. Nie wiem jak ty, ale ja uczestniczę w forumowym życiu, bo się czegoś w
                                                    nim uczę. Poznaję inne punkty widzenia, inne światopoglądy niż moje. Patetycznie
                                                    mówiąc: poszerzają mi się horyzonty.
                                                    W życiu nie przyszło mi do głowy, żeby myśleć o sobie jak o złej matce z powodu
                                                    tego, co napisano na forum. Ja mogę odkryć, że jakieś konkretne zagadnienie
                                                    związane z dzieckiem mogę poprawić, bo inni robią to inaczej, lepiej. Mogę
                                                    odkryć, że coś co robię jest szkodliwe dla dziecka. I to poprawić w miarę
                                                    możliwości.

                                                    Ale traktować to inaczej niż racjonalnie ? Czuć się stawianą w roli osoby winnej
                                                    ? IMHO to jest możliwe tylko w przypadku kogoś, kto przyjmuje życiową rolę ...
                                                    ofiary.

                                                    Bo zawsze znajdzie się jakaś matka "lepsza", która np. dłużej karmiła piersią,
                                                    usypiała do
                                                    > póżniejszego wieku i dłużej, nigdy nie poszła na imprezę, nogdy nie
                                                    > zostawiła dziecka pod opieką babci, nigdy nie zabroniła dziecku
                                                    > malować w przedpokoju, jak ono tak chciało, nigdy nie podniosła
                                                    > głosu na dizecko, nie mówiąc już o, niemożliwym nawet do pomyślenia,
                                                    > klapsie, zawsze bierze je na kolana etc. etc.

                                                    No i fajnie że jej się udało. Pełne gratulacje. Zazdroszczę, podziwiam i staram
                                                    się czegoś nauczyć.

                                                    > W rezultacie każda
                                                    > matka czytająca to forum czuje się trochę winna wobec dziecka i
                                                    > świadomo tego, że je zaniedbuje.

                                                    Ja tak nie mam, więc chyba nie każda ;P

                                                    > A skoro i tak jest złą matką, to
                                                    > może i zostawić dziecko wychodząc na zakupy, bo czy to zrobi, czy
                                                    > nie, i tak jest złą matką. A skoro już jest, to nie warto się starać.


                                                    ? To taka ironia ofkorz ?

                                                    > Ale po zakupy matka pójć musi,
                                                    > ugotować obiad musi, uprać musi, powiesić pranie musi etc., tak
                                                    > samo, jak ojciec musi pójść do pracy. Dlaczego nikt nie drwi z tego, że ojca
                                                    nie ma w domu, bo "musiał" pójść do pracy.

                                                    Ależ tu nie chodzi o przyczynę nieobecności rodzica. Każda w obliczu
                                                    pozostawienia dziecka bez opieki jest tak samo nieistotna.

                                                    Gdyby matka rano wyszła po zakupy, a ojciec pół godziny później poszedłby do
                                                    pracy zostawiając dzieci same, pisałabym drwiącym tonem o tatusiu który miał za
                                                    mały móżdżek, żeby o dzieciach pomyśleć.

                                                    Liczy się to, kto zostawił dzieci bez nadzoru osoby dorosłej. To wszystko.
                                                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 10:19
                                                    Ja nigdzie nie napisałam niczego o samodzielności ojców.
                                                    > Ja się z tobą zgadzam - mężczyźni bywają tak samo niesamodzielni
                                                    jak kobiety. I
                                                    > tak samo nieodpowiedzialni. Zarówno mężczyźni jak i kobiety bywają
                                                    niedojrzałe
                                                    > życiowo - przepychając odpowiedzialność za dzieci między sobą.

                                                    - a oim zdaniem cała sprawa, uboczna wobec głównego wątku, o któym
                                                    decydujemy, dotyczy nie nieodpowiedzialności kobiet i mężczyzn (o
                                                    tej drugiej jednak wspominasz dopiero teraz), ale pewnego streotypu,
                                                    wg którego za bezpieczeńśtwo i bezpośrednią opiekę nad dzieckiem
                                                    odpowiada wyłącznie matka, a ojciec stale jest nieobecny, bo jest w
                                                    pracy, a obowiazki związane z opieką nd dzieckiem pozostawił matce.
                                                    Owszem wiadomo, że pewnych obowiązków, np. karmienia piersią, ojciec
                                                    wykonać nie może, ale przez okna zwykle jednak nie wypadają
                                                    niemowlęta karmione piersią. I uważam, że Twoja wypowiedć utrwala
                                                    ten archaiczny stereotyp i dlatego przeciw niej zaprotestowałam.

                                                    Forum stanowi jakieś odbicie poglądów panujących w określonym
                                                    środkowisku, tzn. matek mających dostęp do komputera. Ponadto opinie
                                                    z forum często podbudowane są opiniami psychologów, a te bywają
                                                    zmienne, jak wszystkie teorie naukowe. Więc poglądy, które w ten
                                                    sposób streściłam, rzecyzwiście się lansuje. Osoba odpowiedzialna,
                                                    która czyta, że zaniedbała tylu ważnych rzeczy rzekomo istotnych dla
                                                    dobra dziecka, ma prawo czuć się winna. Bo człowiek odpowiedizalny
                                                    to taki, który stara się właściwie wypełnić swoje obowiązki. I jeśli
                                                    dowiaduje się, żę wypełniał jedną setną standardów, może wpaść w
                                                    doła.

                                                    No i fajnie że jej się udało. Pełne gratulacje. Zazdroszczę,
                                                    podziwiam i staram
                                                    > się czegoś nauczyć.

                                                    - ja nie zazdroszczę, nie podziwiam i uważam, że lepiej, żeby nikt
                                                    się nie uczył od mojej koleżanki, która usypiała córkę do 11 roku
                                                    życia, leżąc z nią w łóżu parę godzin aż do jej zaśnięcia. Nauczyła
                                                    dziecko tego, że nie potrafiło zasnąć bez jej obecności, wskutek
                                                    czego zarówno dziecko miało trudności z zaśnięciem, bo oczywiste, że
                                                    obecność matki rozpraszała córkę i urudniała jej wyciesznie się, a
                                                    matka była umęczona i uwiązana. Ale moja koleżanka jest z tego dumna
                                                    i uważa, że jest lepszą matką od matek tych dzieci, które usypiały
                                                    samodzielnie, bo włożyła tyle wysiłku w zsaypianie córki. I niektóre
                                                    matki, któryh dzieci usypiają same, wysłuchując takich opiwieści
                                                    miewają wuyrzuty sumienia.

                                                    Ja tak nie mam, więc chyba nie każda ;P
                                                    - każda z piszących tu matek pisze o tym, jaką jest wspaniałą matką
                                                    i gromi pozostałe, że są złymi matkami. Twoja reakcja jest typowa.

                                                    Ależ tu nie chodzi o przyczynę nieobecności rodzica. Każda w obliczu
                                                    > pozostawienia dziecka bez opieki jest tak samo nieistotna.
                                                    >
                                                    to w takmi razie po co kpić, że "musiała" pójść po zakupy, jeśli
                                                    nieważne, czy była na zakupach czy na randce z kochankiem?
                                                    Poza tym drwiny na temat matek, które "muszą" coś zrobić, dotyczą
                                                    nie tylko ostawiania bez opieki, ale i np. przerywania zabawy i
                                                    proszenia dziecka, by pół godziny pobawiło się samo. To też zbrodnia
                                                    wg tego forum, bo dla dziecka ważniejsza jest wspólna zabawa z matką
                                                    niż regularne jedzenie obiadu. Nawiasem mówiąc, dziecko, które umie
                                                    sią samo jakiś czas bawić, jeśli juz z jakichś powodów zostanie samo
                                                    w domu (naprawdę nie zalecam), to pierwszą jego czynnością nie
                                                    będzie otwieranie zamkniętego zimą okna, by przez nie wyskoczyć, bo
                                                    po prostu ma inne, ciekawsze zajęcia. Ale oczywiście nie zalecam
                                                    zostawiania dzieci bez opieki, stwierdzam tylko, że nie zaszkodzi,
                                                    jeśli będą tak wychowane, że istnieje większa pewność, że czegoś
                                                    głupego nie zrobią.
                                                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 10:46
                                                    nie zaszkodzi,
                                                    > jeśli będą tak wychowane, że istnieje większa pewność, że czegoś
                                                    > głupego nie zrobią.

                                                    - powinno być: "większe prawdopodobieństwo". Pewności nie ma nigdy,
                                                    nawet w obecności obojga rodziców.
                                                  • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 11:04
                                                    srebrnarybka napisała:

                                                    > Owszem wiadomo, że pewnych obowiązków, np. karmienia piersią, ojciec
                                                    > wykonać nie może, ale przez okna zwykle jednak nie wypadają
                                                    > niemowlęta karmione piersią. I uważam, że Twoja wypowiedć utrwala
                                                    > ten archaiczny stereotyp i dlatego przeciw niej zaprotestowałam.

                                                    Ok, rozumiem.

                                                    > Forum stanowi jakieś odbicie poglądów panujących w określonym
                                                    > środkowisku, tzn. matek mających dostęp do komputera. Ponadto opinie
                                                    > z forum często podbudowane są opiniami psychologów, a te bywają
                                                    > zmienne, jak wszystkie teorie naukowe. Więc poglądy, które w ten
                                                    > sposób streściłam, rzecyzwiście się lansuje.

                                                    Jak i dziesięć innych podejść do wychowywania dzieci ...

                                                    > Osoba odpowiedzialna,
                                                    > która czyta, że zaniedbała tylu ważnych rzeczy rzekomo istotnych dla dobra
                                                    dziecka, ma prawo czuć się winna. Bo człowiek odpowiedizalny > to taki, który
                                                    stara się właściwie wypełnić swoje obowiązki. I jeśli
                                                    > dowiaduje się, żę wypełniał jedną setną standardów, może wpaść w
                                                    > doła.

                                                    W takim razie mamy nieco różniące się pojęcia o odpowiedzialności. IMHO człowiek
                                                    odpowiedzialny:
                                                    1. Zapozna się ze standardami zanim się zabierze za wychowywanie dzieci,
                                                    2. Jeśli ktoś będzie mu próbował wcisnąć, że robi coś niezgodnego ze standardami
                                                    - sprawdzi w 3 innych źródłach,
                                                    3. Gdy się upewni, że faktycznie coś robi źle - przetrawi, przemyśli, może nawet
                                                    pozwoli sobie na lokalnego doła, ale następnego dnia zabierze się za poprawianie
                                                    zaniedbań.

                                                    Bo chyba nie o to chodzi że chronić matki przed świadomością popełniania błędów,
                                                    ale żeby dawać szansę poznania tych błędów i metod naprawienia ich.

                                                    > - ja nie zazdroszczę, nie podziwiam i uważam, że lepiej, żeby nikt
                                                    > się nie uczył od mojej koleżanki, która usypiała córkę do 11 roku
                                                    > życia, leżąc z nią w łóżu parę godzin aż do jej zaśnięcia.

                                                    Zdrowe dziecko które leży kilka godzin w łóżku ? Niewiarygodne... jeśli matka do
                                                    tego doprowadziła to zgadzam się, że nie ma czego podziwiać.

                                                    Nauczyła
                                                    > dziecko tego, że nie potrafiło zasnąć bez jej obecności, wskutek
                                                    > czego zarówno dziecko miało trudności z zaśnięciem, bo oczywiste, że obecność
                                                    matki rozpraszała córkę i urudniała jej wyciesznie się, a
                                                    > matka była umęczona i uwiązana.

                                                    Z tym to różnie bywa. Przyzwyczajenie do zasypiania dziecka pod obecnością
                                                    rodzica wcale nie musi być jakoś szkodliwe czy godne potępienia. I nie musi
                                                    stwarzać trudności w wyciszaniu się dziecka. To zależy chyba od konkretnego
                                                    dziecka.
                                                    Ja tak nie robiłam/nie robię bo nie mam cierpliwości. Ale jeśli ktoś ją ma -
                                                    czemu nie właściwie.

                                                    > Ale moja koleżanka jest z tego dumna
                                                    > i uważa, że jest lepszą matką od matek tych dzieci, które usypiały
                                                    > samodzielnie, bo włożyła tyle wysiłku w zsaypianie córki. I niektóre matki,
                                                    któryh dzieci usypiają same, wysłuchując takich opiwieści miewają wuyrzuty sumienia.

                                                    Matka, która się "poświęca" i trwa w czynności, która czyni ją umęczoną, zbyt
                                                    odpowiedzialną nie jest. A jak jeszcze czerpie z tego poczucie wartości i dumy,
                                                    bo "jest lepszą matką", to w ogóle jest śmieszne i zapowiada rychłe kłopoty z
                                                    równowagą emocjonalną w relacjach matka-dziecko.

                                                    Z kolei matki, u których taki przykład budzi wyrzuty sumienia, też chyba do
                                                    super-hiper samodzielnych nie należą ...

                                                    > Ja tak nie mam, więc chyba nie każda ;P
                                                    > - każda z piszących tu matek pisze o tym, jaką jest wspaniałą matką
                                                    > i gromi pozostałe, że są złymi matkami. Twoja reakcja jest typowa.

                                                    smile)

                                                    > to w takmi razie po co kpić, że "musiała" pójść po zakupy, jeśli
                                                    > nieważne, czy była na zakupach czy na randce z kochankiem?
                                                    > Poza tym drwiny na temat matek, które "muszą" coś zrobić, dotyczą
                                                    > nie tylko ostawiania bez opieki, ale i np. przerywania zabawy i
                                                    > proszenia dziecka, by pół godziny pobawiło się samo. To też zbrodnia wg tego
                                                    forum, bo dla dziecka ważniejsza jest wspólna zabawa z matką niż regularne
                                                    jedzenie obiadu.

                                                    Ja zrozumiałam, ze nie chodzi o proszenie dziecka by pobawiło się samo, ale
                                                    notoryczne uczenie, "gdzie jest miejsce dziecka w domu" i wymaganie, by
                                                    rozumiało pojęcia dla niego abstrakcyjne typu "mama musi ugotować obiad więc
                                                    zejdź jej z drogi".
                                                    Poprosić zawsze można. Szansa że prośba zostanie spełniona jest nikła, ale uczyć
                                                    proszenia warto. Natomiast moim zdaniem nie można od dziecka wymagać za wszelką
                                                    cenę, żeby tą prośbę spełniało. Bo zwyczajnie tego nie zrozumie i zniechęci się
                                                    do prac domowych.

                                                    Nawiasem mówiąc, dziecko, które umie
                                                    > sią samo jakiś czas bawić, jeśli juz z jakichś powodów zostanie samo
                                                    > w domu (naprawdę nie zalecam), to pierwszą jego czynnością nie
                                                    > będzie otwieranie zamkniętego zimą okna, by przez nie wyskoczyć, bo
                                                    > po prostu ma inne, ciekawsze zajęcia.

                                                    To jest moim zdaniem tylko pobożne życzenie ...
                                                  • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 11:34
                                                    Ja zrozumiałam, ze nie chodzi o proszenie dziecka by pobawiło się
                                                    samo, ale
                                                    notoryczne uczenie, "gdzie jest miejsce dziecka w domu" i wymaganie,
                                                    by
                                                    rozumiało pojęcia dla niego abstrakcyjne typu "mama musi ugotować
                                                    obiad więc
                                                    zejdź jej z drogi".
                                                    Poprosić zawsze można. Szansa że prośba zostanie spełniona jest
                                                    nikła, ale uczyć
                                                    proszenia warto. Natomiast moim zdaniem nie można od dziecka wymagać
                                                    za wszelką
                                                    cenę, żeby tą prośbę spełniało. Bo zwyczajnie tego nie zrozumie i
                                                    zniechęci się
                                                    do prac domowych.

                                                    Widze, ze znów wracamy do tego samego..czyli wchodzenia w
                                                    szczegółowe przykłady do tego w całkowitym oderwaniu od głównego
                                                    tematu!!
                                                    Cały czas chodzi o to, że dziecko nie musi być
                                                    nieustannie "przyklejone" do któregoś z rodziców! Rodzice
                                                    nieustannie angażując się w zapełnienie czasu swoim pociechom
                                                    ograniczają ich rozwój, bo dziecko nie potrafi się nawet samo chwile
                                                    pobawić. Oczekuje, że rodzice mu to zorganizują i nie rozwija
                                                    własnej pomysłowości (reportaz w Trójce, ktory sama przytoczyłaś).
                                                    Będąc ciągle w towarzystwie rodzica i wiecznie oczekując wskazówek
                                                    np. w co i jak ma się bawić czy spedzać czas samo sie nie rozwija..a
                                                    jest to wynik tego, że rodziców czasem nie stać na to by zamiast jak
                                                    kwoka z rosportatymi skrzydłami pozwolić dziecku na odrobinę
                                                    samodzielności i eksperymentowania(dyskretnie je obserwując i
                                                    kontrolując co robi). Takie jest moje przesłanie..ale zostało ono
                                                    przez kilka osób gwałtownie oprotestowane jak rozumiem z
                                                    przesłaniem, że tylko i wyłacznie ciągłe "przyklejenie" dziecka do
                                                    rodzica zapewni mu prawidłowy rozwój a jeżeli myślę inaczej to jest
                                                    przejaw nieodpowiedzialności czy wręcz głupoty.
                                                    Przykład, że można dziecko poprosic o to, zeby się chwile samo
                                                    zajęło zabawą jest wynikiem takiego wychowania tzn. kiedy dziecku
                                                    pozwala się na samodzielność. Podkreślam wynikiem!! i przytoczyłam
                                                    przykłady kiedy moze to być przydatne lub korzystne!!
                                                  • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 11:52
                                                    babcia47 napisała:

                                                    > Cały czas chodzi o to, że dziecko nie musi być
                                                    > nieustannie "przyklejone" do któregoś z rodziców! Rodzice
                                                    > nieustannie angażując się w zapełnienie czasu swoim pociechom
                                                    > ograniczają ich rozwój, bo dziecko nie potrafi się nawet samo chwile
                                                    > pobawić. Oczekuje, że rodzice mu to zorganizują i nie rozwija
                                                    > własnej pomysłowości (reportaz w Trójce, ktory sama przytoczyłaś).
                                                    > Będąc ciągle w towarzystwie rodzica i wiecznie oczekując wskazówek
                                                    > np. w co i jak ma się bawić czy spedzać czas samo sie nie rozwija..a
                                                    > jest to wynik tego, że rodziców czasem nie stać na to by zamiast jak
                                                    > kwoka z rosportatymi skrzydłami pozwolić dziecku na odrobinę
                                                    > samodzielności i eksperymentowania(dyskretnie je obserwując i
                                                    > kontrolując co robi). Takie jest moje przesłanie..

                                                    I ja się z nim całkowicie zgadzam smile))

                                                    Natomiast różnimy się w wyobrażeniach o szczegółach realizacji praktycznej tego
                                                    przesłania - stąd dyskusja na temat szczegółów wink

                                                    Bo dla mnie ten konkretny przykład pozwalania dziecku na uczestnictwo w pracach
                                                    domowych jest właśnie realizacją tego przesłania ...
                                                    Dla ciebie nie. I ok. Zapewne nie raz jeszcze będziemy się o to spierać ;D

                                                    > Przykład, że można dziecko poprosic o to, zeby się chwile samo
                                                    > zajęło zabawą jest wynikiem takiego wychowania tzn. kiedy dziecku
                                                    > pozwala się na samodzielność. Podkreślam wynikiem!! i przytoczyłam
                                                    > przykłady kiedy moze to być przydatne lub korzystne!!

                                                    Tu też się zgadzam - umiejętność samodzielnej zabawy to wynik realizowania
                                                    powyższego napisanego przez ciebie przesłania. I z takim samodzielnym dzieckiem
                                                    nie będzie problemu w razie - przykładowego - zalewania sąsiadowi sufitu.

                                                    Ja myślę że nie zrozumiałyśmy się co do związków przyczynowo-skutkowych. Gdzieś
                                                    po drodze zrozumiałam, że chodzi o to, żeby dziecko "wytresować" kiedy może
                                                    zaczepiać rodzica a kiedy nie - sztucznymi nakazami i zakazami typu "teraz jest
                                                    czas na pracę, więc nie przeszkadzaj".

                                                    Jeśli źle zrozumiałam - to oczywiście mea culpa w nieporozumieniu wink
                                                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 12:01
                                                    sztucznymi nakazami i zakazami typu "teraz jest
                                                    > czas na pracę, więc nie przeszkadzaj".

                                                    - nie rozumiem, co to są "sztuczne" zakazy. Dla dziecka każdy próba
                                                    ukierunkowania i jego aktywności i każde postawienie granicy jest
                                                    sztuczne, ale na tym polega wychowanie, żeby nauczyć go żyć w
                                                    świecie, w którym obowiązuję rozmaite reguły. To, że jest czas na
                                                    pracę (czynności domowe etc.), na zabawę, na oddzielny odpoczynek
                                                    rodziców, na sen, na kąpiel, na przyjmowanie gości, to są zresztą
                                                    sprawy bardzo naturalne, więc nauczenie dziecka takiego porządku
                                                    wydaje się zrozumiałe. A oczywiście, w czym szczęśliwie wszystkie
                                                    trzy się zgodzimy, dziecko, które zostało nauczone bawić się samo,
                                                    będzie umiało to zrobić wtedy, gdy akurat rodzice nie mogą się z nim
                                                    bawić. Co oczywiście nie oznacza, że nie bawią się z nim w ogóle, bo
                                                    to jest potrzebne do rozwoju dziecka i do podtrzymania więzi
                                                    emocjonalnej. Zresztą to ostatnie to chyba truizm.
                                                  • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 12:24
                                                    "Bo dla mnie ten konkretny przykład pozwalania dziecku na
                                                    uczestnictwo w pracach
                                                    domowych jest właśnie realizacją tego przesłania ...
                                                    Dla ciebie nie. I ok. Zapewne nie raz jeszcze będziemy się o to
                                                    spierać ;D"
                                                    ..jeżeli tak sądzisz to zapominasz co pisałam o myciu naczyń przez
                                                    moje dzieci w wieku 2 lat i ich uczestnictwie w innych domowych
                                                    zajęciach smile))i zapewne znów spieramy się "na ten sam temat" bo o
                                                    ile rozumiem z twoich poprzednich postów jesteś za usamodzielnianiem
                                                    dzieci przez pozwalanie im w zajęciach domowych (nauka na zasadzie
                                                    własnego przykładu) i zgadzasz się również z tym, że czasem rodzice
                                                    wręcz "narzucają" nieustannie swoją obecnośc nie pozwalajac mu na
                                                    samodzielną zabawę i rozwijanie własnej inwencji w tym względziesmile
                                                    jedno nie wyklucza drugiego!!Pierwsze to
                                                    usamodzielnianie "fizyczne", drugie "psychiczne" pozwala na
                                                    odcinanie pępowiny i kształtowanie dziecka jako bytu odrębnego (a to
                                                    akurat wielu rodzicom się nie podoba lub wręcz przeraża, wolą by
                                                    dziecko pozostawało całkowicie od nich uzależnionym "dzidziusiem")

                                                  • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 12:53
                                                    babcia47 napisała:

                                                    > ..jeżeli tak sądzisz to zapominasz co pisałam o myciu naczyń przez
                                                    > moje dzieci w wieku 2 lat i ich uczestnictwie w innych domowych
                                                    > zajęciach smile))i zapewne znów spieramy się "na ten sam temat"

                                                    Masz rację smile))
                                                    Internet to jednak niezwykle trudne medium z punktu widzenia komunikacji wink

                                                    Pierwsze to
                                                    > usamodzielnianie "fizyczne", drugie "psychiczne" pozwala na
                                                    > odcinanie pępowiny i kształtowanie dziecka jako bytu odrębnego (a to
                                                    > akurat wielu rodzicom się nie podoba lub wręcz przeraża, wolą by
                                                    > dziecko pozostawało całkowicie od nich uzależnionym "dzidziusiem")
                                                    >

                                                    No niestety, tak się zdarza. Błąd w interpretowaniu partnerstwa w takich
                                                    sytuacjach polega chyba na tym, że dziecko nie jest dla rodzica dzieckiem, (co
                                                    najwyżej partnerem w sensie pełnoprawnego członkostwa w rodzinie), ale partnerem
                                                    życiowym zapełniającym jakąś dziurę emocjonalną czy ambicjonalną. Albo stanowi
                                                    substytut jakiegoś innego braku - spełnienia zawodowego na przykład.

                                                    Temat poruszony jest szeroki. Pewnie stąd tyle tematów pobocznych i mieszanych
                                                    zgodności-niezgodności w tym wątku wink
                                                  • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 13:01
                                                    i jeszcze rozwine to co nazywasz "schodzeniem z drogi matce" nie
                                                    chodzi o schodzenie tylko o swiadome odcinanie pępowiny przez
                                                    rodziców (często sami maja z tym opory)..są sytuacje ..tu boje się,
                                                    że znów zapędzę się w "przykłady".. że rodzice mylą pozwalanie
                                                    dziecku na dojrzewanie i rozwój z zaniedbaniem. Prowadzi to do
                                                    historii wręcz paraniocznych kiedy małżeństwo praktycznie nie
                                                    istnieje, nie ma w nim intymności..bo kilkuletnia "dzidzia" musi
                                                    spac z mamą, budzi sie przy najlżejszym ruchu lub wręcz nie toleruje
                                                    taty w łóżku. Chodzi mi tu o to, że rodzice teraz zbyt łatwo ida na
                                                    kompromis a raczej pozwalają na to by dziecko zawładnęło całym ich
                                                    swiatem... i mimo pozornie "dobrych chęci" robią krzywdę i sobie i
                                                    dziecku zamiast czasem podjąć wręcz walkę z niektórymi nawykami. W
                                                    życiu potrzebna jest również szczypta zdrowego egoizmu a nauczenie
                                                    dziecka, że musi czasem poświęcić odrobinę własnego komfortu dla
                                                    kogoś innego, bliskiego tez jest rodzajem nauki i wbrew pozorom
                                                    wychowawcze. Przedłużanie niektórych spraw w nieskonczonośc, zeby
                                                    dziecko bezstresowo dorosło do momentu kiedy samo zadecyduje, ze juz
                                                    czas równiez tworzy egoiste i egocentryka, szczególnie, że jak
                                                    pisałam wcześniej jestem przekonana, ze dziecko w wieku 2 lat wcale
                                                    nie jest głupiutkie i nie potrafi wielu spraw zrozumieć, dając mu
                                                    szansę mozna wielokrotnie się zdziwić do jakich wniosków potrafi
                                                    dojśc samo w swoim małym rozumku..a co dopiero dzieci 3-4 letnie. Z
                                                    drugiej strony nie stawiając dzieciom wymagań nie dajemy im
                                                    przekazu, że czas czegoś się nauczyć lub zachowywać inaczej niz
                                                    dotychczas! Przecież gdyby nie było przepisów ruchu drogowego i
                                                    policjantów pilnujących ich przestrzeganie kazdy na drodze robiby co
                                                    chciał..kazdy kierowca musi przejśc kurs na prawo jazdy i podobnie
                                                    jest z dziećmi..czego Jasiowi się nie powie, że tak trzeba i czego
                                                    się nie nauczy tego Jan nie bedzie umiał..i nie bedzie się do tego
                                                    stosował bo niby dlaczego jak nikt nie wymaga
                                                  • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 13:24
                                                    babcia47 napisała:

                                                    > i jeszcze rozwine to co nazywasz "schodzeniem z drogi matce" (...)

                                                    Ja po prostu zrozumiałam to "schodzenie z drogi" jako coś, czego trzeba dziecka
                                                    nauczyć. W sensie że ma być to umiejętność, którą musi koniecznie posiąść. Coś w
                                                    stylu "Nie widzisz że gotuję ? Dlaczego nie rozumiesz że nie mogę się teraz tobą
                                                    zająć ? Nie wolno ci przeszkadzać mamie, gdy mama gotuje (bo tak i juś)".

                                                    Jeśli chodzi o znaczenie które przed chwilą opisałaś - zgadzam się. Nauka
                                                    "schodzenia z drogi" w sensie pokojowego wyznaczania granic swojej prywatności -
                                                    "teraz nie mogę, pobawię się z tobą po obiedzie a teraz włączę ci bajkę/dam ci
                                                    ciastolinę do zabawy".

                                                    Dla mnie to właśnie jest normalność i chyba zgadzamy się w tej kwestii smile
                                                  • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 13:42
                                                    Nauka
                                                    > "schodzenia z drogi" w sensie pokojowego wyznaczania granic swojej
                                                    prywatności
                                                    > -
                                                    > "teraz nie mogę, pobawię się z tobą po obiedzie a teraz włączę ci
                                                    bajkę/dam ci
                                                    > ciastolinę do zabawy".
                                                    >
                                                    > Dla mnie to właśnie jest normalność i chyba zgadzamy się w tej
                                                    kwestii smile
                                                    i o tym cały czas piszę...smile
                                                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 11:36
                                                    Jak i dziesięć innych podejść do wychowywania dzieci ...

                                                    - ogólnie widzę 2 głównw poglądy, które też wyraźnie ścierają się w
                                                    tym wątku. Nie będę ich streszczać, każdy widzi, przy czym osoby
                                                    reprezentujące poglądy podobne do moich są, jak wynika z różnych
                                                    niedopowiedzń, zwykle starszego pokolenia i mniej liczne. Zatem
                                                    widać wyraźnie, że ten drugi pogląd, repreznetowany np. przez Ciebie
                                                    i KrwawąKornelię, jest trendem "wstępującym" i o tym jest cała
                                                    dyskusja.

                                                    W takim razie mamy nieco różniące się pojęcia o odpowiedzialności.
                                                    IMHO człowie
                                                    > k
                                                    > odpowiedzialny:
                                                    > 1. Zapozna się ze standardami zanim się zabierze za wychowywanie
                                                    dzieci,
                                                    > 2. Jeśli ktoś będzie mu próbował wcisnąć, że robi coś niezgodnego
                                                    ze standardam
                                                    > i
                                                    > - sprawdzi w 3 innych źródłach,
                                                    > 3. Gdy się upewni, że faktycznie coś robi źle - przetrawi,
                                                    przemyśli, może nawe
                                                    > t
                                                    > pozwoli sobie na lokalnego doła, ale następnego dnia zabierze się
                                                    za poprawiani
                                                    > e
                                                    > zaniedbań.
                                                    >
                                                    > Bo chyba nie o to chodzi że chronić matki przed świadomością
                                                    popełniania błędów

                                                    - oczywiście, że człowiek odpowiedzialny przygortowuje się do
                                                    czekających go zadań, w tym macierzyństwa, ale na wiele zadań nie ma
                                                    prostych recept i instrukcji, stąd też, już w trakcie spełniania
                                                    takiego zadania, może dowiedzieć się, że mimo najlepszej woli coś
                                                    robi nie tak. I wtedy zrozumiałe, że obniża mu się samoocena i staje
                                                    się to powodem zmartwienia. Oczywiście, że powinien zabrać się do
                                                    poprawiania zaniedbać, ale ja doprawdy nie sądzę, że matka, która
                                                    nie usypia 11letniej córki, ją zaniedbuje i powinna to poprawić.
                                                    Natomiast problem polega na tym, że uderza sę w bardzo czułą strunę
                                                    tzn. świadomość, że się jest dobrą matką. To nietylko racjonalne
                                                    zadanie, ale coś w rodzaju sacrum. Dowiedzieć się, że się zaniedbuje
                                                    obowiazki macierzyńskie to nie to samo, co dowiedzieć się, że się
                                                    źle mówi po angielsku albo zaniedbało wypielić ogródka. To rodzaj
                                                    świętokradztwa Nawet więc, jeśli matka wytłumczy sobie, że 11letniej
                                                    córki usypiać nie trzeba, gdzieś jednak w podświadomości pozostaje
                                                    lęk, że oto może naruszyła święty obowiązek macierzyński. Może to
                                                    mało racjonalne, ale uczucia w ogóle nie są racjonalne.
                                                    A co do chronienia przed popełnianiem błędów: moim zdaniem 3/4
                                                    błędów wytykanych tu matkom jako najcięższe zbrodnie nie są żadnymi
                                                    błędami i wytykanie ich matkom jest wręcz szkodliwe.

                                                    Z tym to różnie bywa. Przyzwyczajenie do zasypiania dziecka pod
                                                    obecnością
                                                    > rodzica wcale nie musi być jakoś szkodliwe czy godne potępienia. I
                                                    nie musi
                                                    > stwarzać trudności w wyciszaniu się dziecka. To zależy chyba od
                                                    konkretnego
                                                    > dziecka.
                                                    > Ja tak nie robiłam/nie robię bo nie mam cierpliwości. Ale jeśli
                                                    ktoś ją ma -
                                                    > czemu nie właściwie.
                                                    - temu właśnie, że żeby spokojnie zasnąć, trzeba eliminować bodźce,
                                                    a nie je pomnażać poprzez obecność matki w łóżku.

                                                    Matka, która się "poświęca" i trwa w czynności, która czyni ją
                                                    umęczoną, zbyt
                                                    > odpowiedzialną nie jest.
                                                    - większość czynności związanych z prowadzeniem domu i opieką nad
                                                    dziećmi, zwłąszcza małymi, jest poświęceniem i męczy. Czy matka,
                                                    która wstaje w nocy, by karmić dziekco piersią, przewinąć, odmawia
                                                    sobie z tego powodu wyjść, ogranicza dietę, potem rezygnuje z wielu
                                                    zainteresowań na rzecz infantylnych zabaw z dzieckiem, jest
                                                    nieodpowiedzialna?

                                                    wymaganie, by
                                                    > rozumiało pojęcia dla niego abstrakcyjne typu "mama musi ugotować
                                                    obiad więc
                                                    > zejdź jej z drogi".
                                                    - dlaczego gotowanie obiadu ma być dla dziecka abstrakcyjne? Nie
                                                    wie, co to jest obiad? Nie widziało matki gotującej?

                                                    I poza tym: czy uważasz, że dziecko nigdy, absolutnie nigdy, nie
                                                    może się bawić samo?

                                                    Nawiasem mówiąc, dziecko, które umie
                                                    > > sią samo jakiś czas bawić, jeśli juz z jakichś powodów zostanie
                                                    samo
                                                    > > w domu (naprawdę nie zalecam), to pierwszą jego czynnością nie
                                                    > > będzie otwieranie zamkniętego zimą okna, by przez nie wyskoczyć,
                                                    bo
                                                    > > po prostu ma inne, ciekawsze zajęcia.
                                                    >
                                                    > To jest moim zdaniem tylko pobożne życzenie ...
                                                    - nie zgadzam się. Moim zdaniem te 5latki wyskakują z okien z nudów.
                                                    Dziecko powinno być uczone tego, jak spędzać czas w interesujący
                                                    sposób i wtedy raczej się nie nudzi. Ale oczywiście nie uważam, że
                                                    należy zostawiać dzieci bez opieki.
                                                  • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 12:14
                                                    srebrnarybka napisała:

                                                    > Natomiast problem polega na tym, że uderza sę w bardzo czułą strunę
                                                    > tzn. świadomość, że się jest dobrą matką. To nietylko racjonalne
                                                    > zadanie, ale coś w rodzaju sacrum. Dowiedzieć się, że się
                                                    > zaniedbuje obowiazki macierzyńskie to nie to samo, co dowiedzieć
                                                    > się, że się źle mówi po angielsku albo zaniedbało wypielić ogródka. > To
                                                    rodzaj świętokradztwa Nawet więc, jeśli matka wytłumczy sobie,
                                                    > że 11letniej córki usypiać nie trzeba, gdzieś jednak w
                                                    > podświadomości pozostaje lęk, że oto może naruszyła święty
                                                    > obowiązek macierzyński. Może to mało racjonalne, ale uczucia w
                                                    > ogóle nie są racjonalne.

                                                    Wszystko zależy od tego, jak mocno uzależniamy poczucie własnej wartości od
                                                    danej dziedziny życia. I nie wszyscy mają tak, że to właśnie macierzyństwo jest
                                                    na piedestale. Naprawdę ... to kwestia ambicjonalnego podejścia do tematu.

                                                    IMHO silne uzależnianie poczucia własnej wartości od sprawdzania się w
                                                    macierzyństwie jest toksyczne i destrukcyjne dla obu stron: i matki, i dziecka.
                                                    Ale to tylko moje skromne zdanie a ja mogę mieć w tym temacie dość skrajne poglądy.

                                                    > - temu właśnie, że żeby spokojnie zasnąć, trzeba eliminować bodźce,
                                                    > a nie je pomnażać poprzez obecność matki w łóżku.

                                                    No ale może być tak, że to konkretne dziecko właśnie tego bodźca w postaci matki
                                                    potrzebuje, bo jest dzieckiem z natury lękliwym, ma silne koszmary nocne albo
                                                    taki "strachliwy" wiek. I eliminując bodźce eliminuje się również poczucie
                                                    bezpieczeństwa. To głównie zależy od dziecka chyba i jego potrzeb ...

                                                    > - większość czynności związanych z prowadzeniem domu i opieką nad
                                                    > dziećmi, zwłąszcza małymi, jest poświęceniem i męczy. Czy matka,
                                                    > która wstaje w nocy, by karmić dziekco piersią, przewinąć, odmawia
                                                    > sobie z tego powodu wyjść, ogranicza dietę, potem rezygnuje z wielu
                                                    > zainteresowań na rzecz infantylnych zabaw z dzieckiem, jest
                                                    > nieodpowiedzialna?

                                                    IMHO zawsze można pomyśleć, jak stopień umęczenia zmniejszyć. Olać bałagan w
                                                    pokoju, do mycia naczyń zagnać małżonka, zastąpić pierś butelką, zacząć jednak
                                                    wychodzić korzystając z instytucji męża/rodziny, wciągnąć dziecko w swoje
                                                    zainteresowania w ramach infantylnych zabaw. Ja nie mówię że to się da zrobić
                                                    jak za dotknięciem magicznej różdżki, z dnia na dzień. Albo można do tego dążyć,
                                                    prawda ? Minimalizować stopień umęczenia a nie się na to umęczenie godzić. Ale
                                                    rozumiem że to bywa trudne. Bo raz: wychowanie w stereotypie "matka się musi
                                                    umęczyć", dwa: taki na przykład terror laktacyjny. Dla mnie z tych wszystkich
                                                    rzeczy które wymieniłaś poważnym problemem było właśnie karmienie przy pierwszym
                                                    dziecku i wyrzuty sumienia z tym związane. Reszta nie bardzo. Zawsze coś się
                                                    dało zrobić dla polepszenia samopoczucia wink

                                                    > - dlaczego gotowanie obiadu ma być dla dziecka abstrakcyjne? Nie
                                                    > wie, co to jest obiad? Nie widziało matki gotującej?

                                                    Abstrakcyjny jest związek <gotowanie obiadu> -> <schodzenie z drogi matce>.

                                                    > I poza tym: czy uważasz, że dziecko nigdy, absolutnie nigdy, nie
                                                    > może się bawić samo?

                                                    Nie. Nie uważam.
                                                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 12:48
                                                    > Wszystko zależy od tego, jak mocno uzależniamy poczucie własnej
                                                    wartości od
                                                    > danej dziedziny życia. I nie wszyscy mają tak, że to właśnie
                                                    macierzyństwo jest
                                                    > na piedestale. Naprawdę ... to kwestia ambicjonalnego podejścia do
                                                    tematu.
                                                    >
                                                    > IMHO silne uzależnianie poczucia własnej wartości od sprawdzania
                                                    się w
                                                    > macierzyństwie jest toksyczne i destrukcyjne dla obu stron: i
                                                    matki, i dziecka.
                                                    > Ale to tylko moje skromne zdanie a ja mogę mieć w tym temacie dość
                                                    skrajne pogl
                                                    > ądy.

                                                    - myślę, że poczucie własnej wartości zależy m. in. od oceny
                                                    własnego postępowania pod względem moralnym. Zaniedbanie wypielenia
                                                    ogródka, albo przesolenie zupy mogą być powodem wstydu osoby, która
                                                    chce być dobrą gospodynią, ale nie świadczą o jej niemoralności.
                                                    Zaniedbywanie dziecka jest niemoralne. Zatem matka, która dowiaduje
                                                    się, że zaniedbuje 11letnią córkę, bo jej nie usypia i specjalnie
                                                    nie jest gotowa pośwęcić na to paru godzin wieczorem, nawet jeśli
                                                    wytłumaczy sobie, że to 11latce niepotrzebne, ma prawo mieć wyrzuty
                                                    sumienia, czy rzeczywiście wypełnia właściwie jedne z
                                                    najważniejszych moralnych obowiązków, jakie podjęła. I dlatego
                                                    uważam, że chwalenie się przez inną matką tak wielką troskliwością o
                                                    własne dziecko jest szkodliwe.

                                                    > No ale może być tak, że to konkretne dziecko właśnie tego bodźca w
                                                    postaci matk
                                                    > i
                                                    > potrzebuje, bo jest dzieckiem z natury lękliwym, ma silne koszmary
                                                    nocne albo
                                                    > taki "strachliwy" wiek. I eliminując bodźce eliminuje się również
                                                    poczucie
                                                    > bezpieczeństwa. To głównie zależy od dziecka chyba i jego
                                                    potrzeb ...
                                                    - w wykjątkowym wypadku: nowe miejsce, nietypowa pora poożenia spać,
                                                    obejrzana przed snem koszmarna bajka, smutne przeżycie w ciągu dnia,
                                                    potrzeba cliskości matki jest uzasadniona. Jeżeli koszmary noce
                                                    trwają dłużej, potrzebna jest pomoc, żeby je rozładować, a nie
                                                    znieczulenie w postaci bliskości matki, bo obo tylko te koszmary
                                                    utrwala. A generalnie zaśnięcie wymaga wyciszania bodźców, więc
                                                    lepie dziecka nie przyzwyczajać do zbyr wielu bodźców przed snem,
                                                    tylko spokojnego ich wyciszania.

                                                    > IMHO zawsze można pomyśleć, jak stopień umęczenia zmniejszyć. Olać
                                                    bałagan w
                                                    > pokoju, do mycia naczyń zagnać małżonka, zastąpić pierś butelką,
                                                    zacząć jednak
                                                    > wychodzić korzystając z instytucji męża/rodziny, wciągnąć dziecko
                                                    w swoje
                                                    > zainteresowania w ramach infantylnych zabaw. Ja nie mówię że to
                                                    się da zrobić
                                                    > jak za dotknięciem magicznej różdżki, z dnia na dzień. Albo można
                                                    do tego dążyć
                                                    > ,
                                                    > prawda ? Minimalizować stopień umęczenia a nie się na to umęczenie
                                                    godzić. Ale
                                                    > rozumiem że to bywa trudne. Bo raz: wychowanie w
                                                    stereotypie "matka się musi
                                                    > umęczyć", dwa: taki na przykład terror laktacyjny. Dla mnie z tych
                                                    wszystkich
                                                    > rzeczy które wymieniłaś poważnym problemem było właśnie karmienie
                                                    przy pierwszy
                                                    > m
                                                    > dziecku i wyrzuty sumienia z tym związane. Reszta nie bardzo.
                                                    Zawsze coś się
                                                    > dało zrobić dla polepszenia samopoczucia wink

                                                    - oczywiście, że trzeba dązyć do zmiejszenia zmęczenia. Ale w takim
                                                    razie należy w ogóle skonstatować, że owo zmęczenie jest, a poza tym
                                                    pewnych rzeczy olać jednak nie można, sama o tym piszesz. Co do
                                                    zastąpienia piersi butelką i terroru laktacyjnego: zgadzam się, że
                                                    istnieje terror laktacyjny i próba zrobienia z tak naturalnej
                                                    czynności religii. Problem jednak w tym, że ok. roku karmienie
                                                    piersią rzeczywiście jest potrzebne dla zdrowia dziecka, toteż matka
                                                    nie powinna z niego rezygnować tylko dlatego, że ją to męczy, bo
                                                    szkoda na zdrowiu, jaką może ponieść dziecko, jest większa, niż
                                                    szkoda wynikająca z umęczenia matki. Oczywiście nie znaczy to, że
                                                    każdą matkę niemowlęcia, która nie karmi piersią należy ukamienować,
                                                    bo mogą być różne przyczyny, dla których czynić tego nie może:
                                                    zdrowotne (wbrew temu, co piszą "terrorystki laktacyjne", nie zawsze
                                                    karmienie jest możliwe ze względow medycznych), następna ciąża,
                                                    choroba matki, jej długotrwały pobyt w szpitalu, konieczność
                                                    opiekowania się przez matkę niemowlęcia inną ciężko chorą osobą,
                                                    konieczność podjęcia pracy etc. Po ok. roku karmienie piersią traci
                                                    sens medyczny i jest tylko zbędną uciązliwością dla matki. Ale
                                                    poczytaj forum "Małe dziecko" czy "Niemowlę" - tam roi się od matek,
                                                    które chcą karmić 3 czy 4 lata nie dlatego, że to dobre dla dziecka,
                                                    tylko dlatego, że chcą być tak samo dobre jak koleżanki. To chyba
                                                    jednak przegięcie. I oczywiście uważam, że dodatkowym utrudnieniem
                                                    życia matce karmiącej jest tzw. karmienie na żądanie, czyli w
                                                    praktyce uspokajanie piersią każdego płaczu dziecka, nawet nie
                                                    wynikającego z głodu. W pokoleniu naszych matek karmiło się dziecko
                                                    o kreślonych porach. Wskutek tego między karmieniami matki mogły
                                                    wyjść na spacer, czy zakupy, pozostawiając dziecko pod opieką innej
                                                    sooby, bo wiadomo było, że jest nakarmione. Teraz nigdy tego nie
                                                    wiadomo. Myślę zresztą, że i dzieci, które regularnie dostawały
                                                    posiłek, łatwiej wytwarzały w sobie rytm dnia, niż te, które dostają
                                                    pierś nieregularnie, jak tylko zapłaczą.

                                                    > Abstrakcyjny jest związek <gotowanie obiadu> -> <schodzenie z d
                                                    > rogi matce>.
                                                    - skoro dziecko może (i moim zdaniem wręcz powinno) od czasu do csu
                                                    bawić się samo, dlaczego nie może to dziać sie wtedy, kiedy rodzice
                                                    mają coś ważnego do zrobienia i nie mogą się bawić z dzieckiem?
                                                  • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 13:10
                                                    srebrnarybka napisała:

                                                    > - myślę, że poczucie własnej wartości zależy m. in. od oceny
                                                    > własnego postępowania pod względem moralnym. Zaniedbanie wypielenia
                                                    > ogródka, albo przesolenie zupy mogą być powodem wstydu osoby, która
                                                    > chce być dobrą gospodynią, ale nie świadczą o jej niemoralności.

                                                    No też racja.

                                                    > Zaniedbywanie dziecka jest niemoralne. Zatem matka, która dowiaduje
                                                    > się, że zaniedbuje 11letnią córkę, bo jej nie usypia i specjalnie
                                                    > nie jest gotowa pośwęcić na to paru godzin wieczorem, nawet jeśli
                                                    > wytłumaczy sobie, że to 11latce niepotrzebne, ma prawo mieć wyrzuty
                                                    > sumienia, czy rzeczywiście wypełnia właściwie jedne z
                                                    > najważniejszych moralnych obowiązków, jakie podjęła.

                                                    Ale też moralnym obowiązkiem wobec dziecka jest bycie stabilnym emocjonalnie,
                                                    samodzielnym i rozumnym opiekunem. Chyba nikt zdrowo myślący nie złapie doła
                                                    przez to, że znajoma usypia dziecko przez kilka godzin a on nie. Chyba ...

                                                    > I dlatego
                                                    > uważam, że chwalenie się przez inną matką tak wielką troskliwością o
                                                    > własne dziecko jest szkodliwe.

                                                    Może i jest szkodliwe dla słuchaczki, ale tak jakby to jej problem a nie tego,
                                                    kto się przechwala. Znaczy się to ona odpowiada za swoją odporność na różnego
                                                    rodzaju przechwałki super-matek.

                                                    > - w wykjątkowym wypadku: nowe miejsce, nietypowa pora poożenia spać,
                                                    > obejrzana przed snem koszmarna bajka, smutne przeżycie w ciągu dnia,
                                                    > potrzeba cliskości matki jest uzasadniona. Jeżeli koszmary noce
                                                    > trwają dłużej, potrzebna jest pomoc, żeby je rozładować, a nie
                                                    > znieczulenie w postaci bliskości matki, bo obo tylko te koszmary
                                                    > utrwala.

                                                    Tu się diametralnie różnimy w swoim podejściu, więc się spierać nie będę.

                                                    > (...) bo szkoda na zdrowiu, jaką może ponieść dziecko, jest większa, niż
                                                    > szkoda wynikająca z umęczenia matki.

                                                    Tu też się diametralnie różnimy w swoim zdaniu wink

                                                    > W pokoleniu naszych matek karmiło się dziecko
                                                    > o kreślonych porach. Wskutek tego między karmieniami matki mogły
                                                    > wyjść na spacer, czy zakupy, pozostawiając dziecko pod opieką innej
                                                    > sooby, bo wiadomo było, że jest nakarmione.

                                                    Czy to było mniej uciążliwe - zależało od potrzeb dziecka. Ja na przykład do
                                                    dziś wysłuchuję opowieści rodzinnych, jaki ja płaczek jako niemowlę byłam, jakie
                                                    ja kolki miałam, jak po nocach spać nie chciałam. I jak ja żyć nikomu nie
                                                    dawałam (oczywiście wszystko to opowiedziane z serdecznym przymrużeniem oka
                                                    raczej niż z wyrzutem wink). A ja sobie po cichu myślę, że ja po prostu byłam
                                                    głodna częściej niż raz na te przepisowe 3 godziny i najzwyczajniej w świecie
                                                    chciałam jeść kiedy darłam japę ;PPP

                                                    > > Abstrakcyjny jest związek <gotowanie obiadu> -> <schodzen
                                                    > ie z drogi matce>.
                                                    > - skoro dziecko może (i moim zdaniem wręcz powinno) od czasu do csu
                                                    > bawić się samo, dlaczego nie może to dziać sie wtedy, kiedy rodzice
                                                    > mają coś ważnego do zrobienia i nie mogą się bawić z dzieckiem?

                                                    Ja nie mówię że dziecko nie może bawić się samo, tylko że nie ma szans na
                                                    zrozumienie pewnych abstrakcyjnych dla niego zależności. W związku z tym nie
                                                    można wymagać, żeby dziecko rozumnie wykazywało się empatią i dawało matce
                                                    spokój kiedy ta zabiera się za sprzątanie. Oczywiście zawsze można wytresować,
                                                    skutecznie budując w dziecku niechęć do prac domowych. Można też podsunąć
                                                    dziecku jakieś zajęcie, któremu poświęci swoją uwagę na czas robienia porządków
                                                    przez matkę.
                                                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 13:38
                                                    > Ale też moralnym obowiązkiem wobec dziecka jest bycie stabilnym
                                                    emocjonalnie,
                                                    > samodzielnym i rozumnym opiekunem. Chyba nikt zdrowo myślący nie
                                                    złapie doła
                                                    > przez to, że znajoma usypia dziecko przez kilka godzin a on nie.
                                                    Chyba ...
                                                    >
                                                    > > I dlatego
                                                    > > uważam, że chwalenie się przez inną matką tak wielką
                                                    troskliwością o
                                                    > > własne dziecko jest szkodliwe.
                                                    >
                                                    > Może i jest szkodliwe dla słuchaczki, ale tak jakby to jej problem
                                                    a nie tego,
                                                    > kto się przechwala. Znaczy się to ona odpowiada za swoją odporność
                                                    na różnego
                                                    > rodzaju przechwałki super-matek.

                                                    - owszem, być stabilnym etc. jest morlanym obowiazkiem, ale wiemy,
                                                    jak w życiu bywa. Moralnym obowiązkiem wobec bliźnich ogólenie, a
                                                    własnych dzieci w szczególności, jest jednak gotowość do
                                                    zrezygnowania z czegoś swojego, bo zaspokoić istotą potrzebę osoby,
                                                    wobec której mamy moralne zobowiązania. Poczucie moralnego
                                                    zobowiazania wobec dziecka jest naturalnieslniejsze niż wobec
                                                    sąsiadki. Zatem, jeśli matka nie czuje się gotowa zrobić czegoś dla
                                                    dziecka, np. usypiać 11latki, zawsze może jej jednak w głowie
                                                    zaświtać myśl, że może zaniedbuje istotną potrzebę dziecka dla
                                                    własnej wygody. A to jest niewątpliwie niemoralne i powinno wzbudzić
                                                    w matce wyrzuty sumienia.

                                                    > (...) bo szkoda na zdrowiu, jaką może ponieść dziecko, jest
                                                    większa, niż
                                                    > > szkoda wynikająca z umęczenia matki.
                                                    >
                                                    > Tu też się diametralnie różnimy w swoim zdaniu wink

                                                    - tóżnimy się, bo Ty zdaje się patrzysz, jak wiele matek, na to, iż
                                                    zabawa z dzieckiem to pasmo przyjemności, a jak coś jest uciążliwe,
                                                    jak pranie czy sprzątanie, to mozna olać. Moim zdaniem wychowanie to
                                                    zapewnianie potrzeb dziecka, w tym zdrowotnych. I rezygnacja z
                                                    karmienia piersią w ciągu pierwszych 9 miesiecy -roku życia bez
                                                    istotnych powodów wydaje mi się znacznie bardziej szkodliwa dla
                                                    dziecka, niż wymaganie od 5latka, by pobawił się sam pół godziny, bo
                                                    mama musi ugotować obiad. Rezygnacja z karmienia może spowodować
                                                    istotny uszczerbek w zdrowiu dziecka i w przysżło,ści dorosłego
                                                    człowieka, zostawienie dziecka do półgodzinnej samotnej zabawy w
                                                    domu w obecności rodziców nie wywoła żadnych negatywnych skutków w
                                                    rozwoji dziecka.

                                                    > Czy to było mniej uciążliwe - zależało od potrzeb dziecka. Ja na
                                                    przykład do
                                                    > dziś wysłuchuję opowieści rodzinnych, jaki ja płaczek jako
                                                    niemowlę byłam, jaki
                                                    > e
                                                    > ja kolki miałam, jak po nocach spać nie chciałam. I jak ja żyć
                                                    nikomu nie
                                                    > dawałam (oczywiście wszystko to opowiedziane z serdecznym
                                                    przymrużeniem oka
                                                    > raczej niż z wyrzutem wink). A ja sobie po cichu myślę, że ja po
                                                    prostu byłam
                                                    > głodna częściej niż raz na te przepisowe 3 godziny i
                                                    najzwyczajniej w świecie
                                                    > chciałam jeść kiedy darłam japę ;PPP

                                                    - obecne dzieci karmione na żądanie też bywają płaksiwe i miewają
                                                    kolki. Można zresztą znaleźć kompromis: karmić o regularnych porach
                                                    dostosowanych do potrzeb dziecka, które się ustalą w sposób
                                                    naturalny, ale niekoniecznie co 3 godziny przepisane przez lekarza
                                                    dla każdego dziecka.

                                                    Można też podsunąć
                                                    > dziecku jakieś zajęcie, któremu poświęci swoją uwagę na czas
                                                    robienia porządków
                                                    > przez matkę.
                                                    - o to właśnie chodzi. Wiele matek tego nawet robić nie próbuje, bo
                                                    nie wyobraża sobie, że dziecko mogłoby przez 5 minut bawić się samo.
                                                  • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 14:05
                                                    srebrnarybka napisała:

                                                    > - tóżnimy się, bo Ty zdaje się patrzysz, jak wiele matek, na to, iż
                                                    > zabawa z dzieckiem to pasmo przyjemności, a jak coś jest uciążliwe,
                                                    > jak pranie czy sprzątanie, to mozna olać.

                                                    Niom. Bo my się nazywamy matki szczęśliwe-nieumęczone vel Wyrodne ;P
                                                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 14:13
                                                    o tym, czy matka jest dobrą matką czy nie, nie decyduje, czy jest
                                                    umęczona, czy nie, tylko, czy potrzeby jej dziecka są zaspokojone. A
                                                    kwestia, czy ona się przy tym męczy, czy nie, jest ważna, ale w
                                                    drugiej kolejności. Więc jeżeli dziecko musi być przewinięte, to
                                                    musi, niezależnie od tego, czy matce to sprawia przyjemność i czy
                                                    jest ktoś inny w odmu, na kogo można to zwalić. Ale uważam, że
                                                    dzisiejsze matki męczą się nieustannie, zaspokojając wydumane
                                                    potrzeby dzieci, często ze szkodą dla dzieci, bo oduczają je
                                                    samodzielności. I o tym właśnie piszę cały czas. Matki wychowujące
                                                    dzieci zgodnie z tym, co pisze Kandyda, Babcia 47 i ja są znacznie
                                                    mniej umęczone, niż dzisiejsze mati, które nawet siusiu swobodnie
                                                    zrobić nie mogą, bo dziecko nie puści ich do klozetu.
                                                  • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 11:04
                                                    No i fajnie że jej się udało. Pełne gratulacje. Zazdroszczę,
                                                    podziwiam i staram
                                                    się czegoś nauczyć.


                                                    - jeżeli zazdrościsz i podziwiasz, to znaczy, że masz przekonanie,
                                                    że jesteś gorsza od osoby, której "się udało". I jeżeli czytając
                                                    forum ciągle doznajesz uczucia zazdrości, to chyba to ejdnak nie
                                                    wpływa dobrze na samoocenę?
                                                  • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 11:12
                                                    srebrnarybka napisała:

                                                    > - jeżeli zazdrościsz i podziwiasz, to znaczy, że masz przekonanie,
                                                    > że jesteś gorsza od osoby, której "się udało". I jeżeli czytając
                                                    > forum ciągle doznajesz uczucia zazdrości, to chyba to ejdnak nie
                                                    > wpływa dobrze na samoocenę?

                                                    No nie wiem. Póki co moja samoocena ma lekką tendencję wzrostową. Nie wiem czy
                                                    ma to jakiś związek z czytaniem forów dzieciowych od ponad 2 lat. Może tak, tak
                                                    raczej niewielki.
                                                    Czasem złapię lokalnego doła, jak mi się współpraca z dzieckiem nie układa. I
                                                    wtedy rady wyczytane na forach mają jakieś tam znaczenie - działają uspokajająco
                                                    i dobroczynnie. Bo zmuszają do myślenia. A jak się skupię i pomyślę, to
                                                    najpóźniej następnego dnia jest już lepiej - i ze współpracą z dzieckiem, i z
                                                    moim samopoczuciem.
                                                  • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 11:41
                                                    odpowiedziałam Ci wyżej bo znów wracamy do eczorajszego wątku jak
                                                    widzę
                                          • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 01:59
                                            > O mamuniu ... rano mój małżonek wychodzi do pracy i zostawia swoje
                                            dziecko pod
                                            > opieką dorosłego opiekuna czyli mnie.
                                            > Potem ja w ciągu dnia stwierdzam "a jak na 10 minut wyskoczę do
                                            sklepu to się
                                            > nic nie stanie". I wyskakuję pozostawiając dziecko bez opieki
                                            osoby dorosłej.
                                            >
                                            > I zdarza się <tfu tfu> tragedia.
                                            >
                                            > To kto tu dopuścił do sytuacji zagrożenia życia i zdrowia
                                            dziecka ? Małżonek,
                                            > który zostawił dziecko pod moją opieką ? Litości ... tak mogłoby
                                            być tylko
                                            > wtedy, gdy ja byłabym osobą niepoczytalną czy w jakiś inny sposób
                                            niezdolną (np
                                            > .
                                            > pijaną w momencie wyjścia męża z domu) do sprawowania opieki nad
                                            dziećmi

                                            - a małżonek nie zastanowił się wychodząc, że trzeba będzie
                                            wyskoczyć do sklepu, bo czegoś tam brakuje i trzeba zapewnić opiekę
                                            dziecku w czasie tego wyskakiwania? Małżonek był poczytalny i nie
                                            widział, że w lodówce brakuje wędliny albo kończą się owoce? Nie
                                            wie, że takie rzeczy trzeba przynieść ze sklepu, bo same z sufitu
                                            nie spadną?

                                            To my chyba słuchamy różnych niusów. Bo ja zawsze słyszę, że gdy
                                            nie wiadomo ja
                                            > k
                                            > do tragicznego zdarzenia doszło, ustalane jest miejsce pobytu
                                            RODZICÓW dziecka.
                                            - widocznie tak.

                                            > Proszę mi wskazać gdzie użyłam epitetu "typowe". Bo to chyba jest
                                            kluczowe w ty
                                            > m
                                            > nieporozumieniu. Może ja pisałam o sytuacji kompletnie
                                            nietypowej ?

                                            - to sytuacji kompletnie nietypowej nie warto podawać jako przykładu.
                                            • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 08:46
                                              srebrnarybka napisała:

                                              > - a małżonek nie zastanowił się wychodząc, że trzeba będzie
                                              > wyskoczyć do sklepu, bo czegoś tam brakuje i trzeba zapewnić opiekę
                                              > dziecku w czasie tego wyskakiwania? Małżonek był poczytalny i nie
                                              > widział, że w lodówce brakuje wędliny albo kończą się owoce? Nie
                                              > wie, że takie rzeczy trzeba przynieść ze sklepu, bo same z sufitu
                                              > nie spadną?

                                              Pewnie mógłby się zastanowić, ale doprawdy - policję to niewiele obchodzi. I
                                              całe szczęście. Policja moralna chyba nie jest nam potrzebna, w końcu podobno
                                              jesteśmy dorośli.

                                              > - to sytuacji kompletnie nietypowej nie warto podawać jako przykładu.

                                              To zależy co chcemy zobrazować. Jeśli sytuację typową - to faktycznie nie warto.
                                              Jeśli nietypową, niepożądaną - IMHO każdy przykład jest równoprawny.
                                              • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 08:59
                                                > Pewnie mógłby się zastanowić, ale doprawdy - policję to niewiele
                                                obchodzi. I
                                                > całe szczęście. Policja moralna chyba nie jest nam potrzebna, w
                                                końcu podobno
                                                > jesteśmy dorośli.

                                                - 1. to nie jest forum dla policjantów, tylko dla osób dyskutujących
                                                o wychowywaniu dzieci. I nas obchodzą przede wszystkim aspekty
                                                moralne i wychowawcze, a nie policyjne.
                                                2. Jeżeli zostawianie dziecka bez opieki przez matkę robiącą zakupy
                                                jest STAŁYM zwyczajem panującym w rodzinie, to znaczy, że akceptował
                                                go ojciec zostawiający dziecko pod opoeką matki i dlatego też
                                                powinien ponieść odpowiedzialność. Inaczej, gdyby to był sytuacja
                                                wyjątkowa, której ojciec nie mógłby przewidzieć. Ale to, że robi sie
                                                regularnie zakupy, wie chyba nawet dorosły mężczyzna.

                                                > - to sytuacji kompletnie nietypowej nie warto podawać jako
                                                przykładu.
                                                >
                                                > To zależy co chcemy zobrazować. Jeśli sytuację typową - to
                                                faktycznie nie warto
                                                > .
                                                > Jeśli nietypową, niepożądaną - IMHO każdy przykład jest
                                                równoprawny.

                                                - dyskutujemy nie o jednostkowym zdarzeniu, ale o ogólnych trendach
                                                i przmeianach w wychowywaniu dzieci. Sprawę wypadania z okien
                                                poruszyłam jako bardzo częste zjawisko, bo częśto o tym onfrmują
                                                media i zadugerowałam przyczynę, moim zdaniem inną, niż zostawianie
                                                dzieci w domu przez matki wychodące po zakupy. Ty twierdzisz, że w
                                                990% zjawiska, jak zaznacazm częstego, jet taka przyczyna. Zatem wg
                                                Ciebie jest to typowa przyczyna wypadania dzieci z okien.
                                      • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 00:58
                                        > > 2. jakoś tak się skłąda, że zawsze prokuratura, policja i
                                        > > dziennikarze interesują się, gdzie była matka, a nie, gdzie byli
                                        > > rodzcie?
                                        >
                                        > Nie no to chyba żart ?
                                        chyba nie..mi też ta prawidłowość "rzuciła sie na oczy"
                                      • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 21.12.08, 14:43
                                        wiadomosci.onet.pl/1872929,11,matka_zostawila_trojke_malych_dzieci_i_wyjechala,item.html
                                        najświeższy przykład: matka wyjechała z kochankiem, dzieci pozostały
                                        pod opieką ojca, który pozostawił dzieci i pojechał za matką. Ale
                                        tytuł jest, jaki jest, chociaż to ojciec zostawił dzieci bez opieki,
                                        nie matka. To, że oboje byli z marginesu społecznego, nie ma
                                        znaczenia. Dlaczego w społecznej świadomości winna ma być tylko
                                        matka?
                                • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 29.02.08, 00:29
                                  chyba zapedziłyście się panie jak ja na którymś wątku.. Fakt, że
                                  kiedy słyszy sie o tragicznym wypadku z udziałem dziecka zawsze
                                  pierwsze pytanie jakie pada to: gdzie była matka! jakby istniało u
                                  ludzi dzieworództwo.. i fakt, że czesto wg naszego modelu rodziny
                                  pracujący ojciec odpowiada jedynie za przyniesienie do domu wypłaty
                                  (daj boze w caości)!! Nikogo nie obchodzi dlaczego matka MUSIAŁA
                                  wyjśc po zakupy i dlaczego nie mógł ich zrobic ojciec np. w drodze
                                  do domu..W takiej sytuacji łatwo o to by w nawale obowiązków
                                  matka "zaniedbała" bezpieczeństwa dzieci i to ją obwinia sie w
                                  całości o to..rolę i odpowiedzialnośc ojca spychajac na margines..a
                                  przecież dziecko ma oboje rodziców i dbałość o jego bezpieczenstwo
                                  to nie tylko bycie z nim zamiast wyjscia po zakupy ..ale również
                                  zrobienie ich by matka nie musiała tego robić!
                • jakw Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 20.12.08, 14:22
                  Zwykle albo dziecko jest samo w domu (i wtedy da się wyjaśnić
                  dlaczego weszło na okno - pewnie patrzyło, czy mama nie idzie sad)
                  albo "opiekunowie" byli pijani i nikt się nie interesował co dziecko
                  robi. A może dzieciak akurat chciał sobie trochę wody z parapetu
                  zgarnąć sad((
              • kropkacom Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 17:16
                > A ja mam jakieś inne wspomnienie tych cotygodniowych doniesień o dziecku
                > wypadającym z okna. Nie wiem czemu wydaje mi się, że w 90% przypadków dziecko
                > było w domu samo a mama na przykład na zakupach ...

                Moja babcia nałogowo zostawiała moja mamę i wujka samych w domu.
        • kandyd.a Srebrnarybka 28.02.08, 13:42
          Zgadzam się bardziej niż w 100%!!
      • kropkacom Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 11:10
        > Z jednej strony bardziej się dziećmi opiekujemy i jest na pewno mniej
        > wypadków dzięki temu a z drugiej strony dzieci sa mniej samodzielne.

        Moja mama chodziła przez kilka ulic sama do przedszkola. Z bratem dwa lata
        starszym wybrała sie tez wtedy rowerem typu bobik za miasto. Tylko że to było 50
        lat temu. Samochodów było mniej i mimo wszystko rozbojów też. Oczywiście ma tez
        wspomnienia typu: facet chcący ją wyścignąć do komórki w celu wiadomo jakim.

        Reasumując przez te kilkadziesiąt lat życie zmieniło sie zbyt mocno żeby
        wprowadzać znowu tamten typ wychowania.
        • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 16:16
          Nie zachęcam, by dzieci same chodziły do przedszkola, zresztą to
          zakazane, ale zdecydowanie protestują przeciw poglądowi, że dawniej
          świat był bezpieczniejszy. Ja wychowałam się w śródmieściu Łodzi,
          zabudowanym starymi kamienicami z bramami. W każdej bramie, także
          mojego domu, stali zawsze pijacy, którzy pili wódkę lub patykiem
          pisane w zależności do aktualnej kasy, sikali, wyłudzali pieniądze
          od przechodniów na następną kolejkę, podszczypywali, a czasem
          gwałcili, dziewczyny przechodzące przez bramy. Wołania o pomoc z
          bramy nikt nie słyszał. Żeby uniknąć niebezpieczeństwa, musiałabym w
          zasadzie zawsze wychodzić w towarzystwie ojca, bo i matka nie była
          bezpieczna. Oczywiście nikomu nie przychodziło do głowy, że nie mogę
          sama wychodzić z domu. Byłam tylko pouczona o pewnych zasadach bhp:
          iść zawsze chodnikiem daleko od bram, żeby nie wciągnęli, jak ktoś
          wciąga, to krzyczeć na całe gardło, nie wdawać się w rozmowy z
          obcymi ludźmi, nie chodzić sameje przez park, iść zawsze tam, gdzie
          jest oświetlone, nie rozglądać się na boki, nie prowokować pijaków
          wzrokiem etc. I przetrwałąm, a dzięki temu nabyłam pewną odwagę.
          Ryzyko - cóż, jest zawsze. Jeśli dzisiaj czytamy o molestowaniu
          dzieci przez dyrektora chóru, księdza katechetę czy trenera, gdzie
          niby dzieci są pod opieką, to, jak widać, niebezpieczeńśtwa nie da
          się uniknąć.
      • gaja78 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 12:13
        Całkowicie zgadzam się z Fugitive.

        Dodam jeszcze swoje 3 grosze na temat samodzielności dzieci.
        Gdzieś obiła mi się ostatnio o uszy (chyba w Trójce) opowieść o socjologu, który
        30 lat temu przez 3 lata prowadził nietypowe statystyki dotyczące amerykańskich
        dzieci. Statystyki oparte na rozmowach z dziećmi. Chodziło o sposób spędzania
        czasu, o zabawy z rówieśnikami, o ich "własny świat" i również - samodzielność.

        Pan naukowiec niedawno powtórzył swój eksperyment. I wnioski były niestety
        bardzo smutne. Dzieci stały się o wiele mniej samodzielne. Przy czym ów pan nie
        doszukiwał się głównej winy we wzajemnych relacjach dzieci i rodziców, ale w
        sposobie spędzania wolnego czasu przez dzieci. Telewizja, filmy, gry, internet.
        Rozrywka będąca gotową papką, do korzystania której nie trzeba wysilać
        wyobraźni. Dzieci nie uczą się wykorzystywania wyobraźni w takim stopniu, jak
        miało to miejsce 30 lat temu. Świat dzieci kręci się wokół elektronicznych
        gotowców, nie wokół tajemnej skrytki na podwórku czy domku na drzewie. Dzieci
        nie kreują własnego świata. Dostają go w gotowej, ładnie opakowanej formie.

        I właśnie ten brak wystarczająco silnej kreacji na co dzień, brak gimnastyki
        umysłu, brak konieczności wymyślania własnego świata od postaw, brak potrzeby
        posiadania wraz z rówieśnikami tajemnych przejść, skrytek, światów powoduje, że
        dziecko jest mało samodzielne. Jego własna wola przejawia się przez postawę
        konsumpcyjną a nie przez twórczą siłę własnej wyobraźni.
        Oczywiście, że wszechobecna kontrola rodzica ma na tą samodzielność spory wpływ.
        Ale nie jest to czynnik jedyny. I niekoniecznie główny.
        Bo nie tylko ta kontrola powoduje, że dziecko idąc na dwór pobawić się z
        sąsiadem pyta rodzica, w co ma się bawić (pan z radia twierdził że to powszechne
        w USA) ... Tu niebagatelne znaczenie ma brak potrzeby kreowania własnej formy
        rozrywki.

        Tyle zrozumiałam z radiowej audycji. I bardzo to do mnie przemówiło.
        Byłam dzieckiem, o którym matka zawsze wiedziała gdzie jest i co robi. Ale
        prawie całe dzieciństwo podglądałam robaki, uprawiałam własny mini-ogródek i
        szukałam "skarbów" w kupach żwiru do budowy sąsiednich domów. I czytałam
        książeczki i książki ofkorz. Bajka w TV była jedna, 15-minutowa na dobranoc. I
        tyle jeśli chodzi o kontakt z medialną dziecięcą rozrywką. Tak więc trzeba było
        szukać i kombinować, kreować swój własny świat ...
        • gaja78 Ps. 28.02.08, 12:30
          Podsumowując: pan z radia twierdził, że niesamodzielność dzieci (ich skłonność
          do poddawania się woli rodziców oraz brak umiejętności funkcjonowania bez
          wskazującego palca rodzica ) to efekt połączenia:
          a) wszechobecnej kontroli rodziców nad dziećmi,
          b) zastąpienie rozrywki kreatywnej na świeżym powietrzu rozrywką-gotowcem typu
          Playstation.
      • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 13:51
        zanim urwałyśmy się z pola, zeby zrobic tą niespodzianke nieraz
        robiłyśmy te rzeczy pod okiem babci, cioci czy mamy..a trochę
        poparzyć się trochę czasem też trzeba, żeby wiedzieć, że cos jest
        niebezpieczne i jak tego niebezpieczeństwa unikać! Kiedy uczyłam
        dzieci, że czegoś nie wolno brać do zabawy np. igły..to kłułam w
        paluszek żeby pokazac dlaczego..większe było prawdopodobieństwo, że
        kiedy znajdzie jakąś zagubioną, będzie się z nią obchodzić
        ostrożnie..podobnie szklanka w wrzątkiem..pozwalałam dotknąć
        paluszkiem czy zblizyc go do płomienia..zeby poczuło mały
        ból..dzięki temu unikały dużego! Nie unikałam z dziećmi rozmów na
        temat tego, ze niektórzy ludzie są źli (bo po co straszyć aniołka)
        mówiłam żeby unikać obcych, nie iśc z nimi pod żadnym pozorem,
        wrzeszczec na całe gardło gdyby próbował zabrac siła..a kiedy by
        groził, że ma być cicho bo zrobi krzywdę..drzeć się jeszcze
        bardziej, bo na pewno chce ją zrobić..i nie dać się skusić
        słodyczami czy pokazaniem małych zwierzątek..bo uczciwy człowiek nie
        zabiera cudzego dziecka w tajemnicy i najpierw pyta jego mamę czy
        mozna..
    • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 11:02
      zgadzam się w całej rozciągłości i zwracam uwagę na jeszcze jedno:
      sądzę, że jest to jedna z przyczyn malejącego przyrostu naturalnego.
      Bo wiele osób lęka się podjąć te absurdalne zobowiązania, a z
      drugiej strony coraz lepsze metody planowania rodziny sprawiają, że
      nie muszą się tego podjemować. Wiele osób może zdecydowałoby sie na
      dziecko, gdyby nie oznaczało to właściwie końca własnego życia.
      Przez wiele wieków tak nie było i ludzie chętniej przyjmowali
      pojawienie sie potomstwa.
      • kropkacom Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 11:25
        I jeszcze jedno. W dzieciństwie mojej mamy wszyscy lokatorzy w domu sie znali.
        Jak sie puściło dziecko na podwórko to wiadomo było co je tam czeka. Babcia z
        drugiego domu też doglądnęła dzieciaki. A wypadki też były bo tego nigdy nie da
        się uniknąć. Można tęsknić za "tamtymi" czasami ale to już nie wróci. Dziś
        rodziny maja jedno (góra dwójkę dzieci) i puść takiego jedynaka na podwórko
        gdzie nikt się nie zna. Moja mama miała przy sobie brata, ciągle kręciło sie
        jakieś kuzynostwo i babcie.
        • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 15:55
          Gdyby wszyscy puszczali tych jedynaków na to samo podwórko, to po
          tygodniu jedynaki by się znały i ich rodzice też. Dlatego się znali
          kiedyś, że ich puszczano.
          • kropkacom Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 17:13
            > Gdyby wszyscy puszczali tych jedynaków na to samo podwórko, to po
            > tygodniu jedynaki by się znały i ich rodzice też.

            Nie w dzisiejszych czasach. Nie tylko sytuacja sie zmieniła ludzie też.
            • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 17:41
              Ludzie to zdaje się my sami. I to od nas zależy, czy się
              zaprzyjaźniamy, czy nie.
              • kropkacom Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 17:52
                > Ludzie to zdaje się my sami. I to od nas zależy, czy się
                > zaprzyjaźniamy, czy nie.

                Wiesz, jak są chęci tylko po jednej stronie to raczej nic nie wskórasz.

                Kiedyś było tak że życie (nie tylko w mieście) toczyło sie wokół podwórka.
                Ludzie sie naprawdę znali. Dzisiaj nie ma podwórek. Placów zabaw niewiele i
                porozrzucane. Ludzie raczej się nie socjalizują. Moim zdaniem nie ma takich
                możliwości żeby można spokojnie dziecko posłać aby się na dworze samo pobawiło.
                • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 18:06
                  Za czasów mojego dzieciństwa funkcjonował też "system wymienny".
                  Parę rodzin się umawiało i na zmianę chodzili ze wszystkimi dizećmi
                  do parku czy na plac zabaw. Dzieci się socjalizowały, a rodzice
                  mieli wskutek tego więcej wolnego czasu. Dzisiaj to nie uchodzi, bo
                  przecież nie można dziecka podrzucać obcym, to szok, stress, dobra
                  matka nie zostawi dziecka etc. etc. etc.
                  • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 18:36
                    my z koleżankami na zmianę gotowałyśmy obiadki dla naszej gromady, a
                    że czasy były "przaśne" prawie żadnych elektrycznych sprzętów
                    kuchennych, nie jak jak obecnie i samo tarcie jarzynek na zupki czy
                    ich przecieranie to było sporo czasu..to każda zyskiwała 1-2 godziny
                    na tym przez pozostałe dni w tygodniu...a po obiadku szliśmy razem
                    na plac zabaw..
      • fugitive Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 11:28
        srebrnarybka napisała:

        > zgadzam się w całej rozciągłości i zwracam uwagę na jeszcze jedno:
        > sądzę, że jest to jedna z przyczyn malejącego przyrostu
        naturalnego.
        > Bo wiele osób lęka się podjąć te absurdalne zobowiązania, a z
        > drugiej strony coraz lepsze metody planowania rodziny sprawiają,
        że
        > nie muszą się tego podjemować. Wiele osób może zdecydowałoby sie
        na
        > dziecko, gdyby nie oznaczało to właściwie końca własnego życia.
        > Przez wiele wieków tak nie było i ludzie chętniej przyjmowali
        > pojawienie sie potomstwa.

        Ludzie chętniej przyjmowali dzieci bo 1. nie mieli innego wyjścia -
        tzn nie było metod antykoncepcji
        2. wiele dzieci umierało w dzieciństwie,
        3. dzieci nie kosztowały tyle, nie inwestowano w ich wykształcenie,
        rozwój, higienę itd
        4 dzieci były rozumiane nie jako koszt, ale raczej kolejna osba,
        która będzie mogła pracować na rodzinę
        Do tej pory jest tak w biednych krajach afrykańskich
        Ten model rodziny który mamy obecnie zaczął się rozprzestrzeniać już
        po I wojnie św, tyle oczywiście, że w rodzinach zasobniejszych i
        lepiej wykształconych i śmiem twierdzić, że przyczyną jest przede
        wszystkim czynnik ekonomiczny, ale naturalnie tez możliwość
        poświęcenia czasu dziecko, dawniej jak już wspomniano rodzice
        przychodzili w odwiedziny do dziecka, w bogatszych rodzinach
        wychowywała je niania nie rodzice, w biednych dzieci biegały
        samopas, albo pracowały od 4 roku życia, czy w najlepszym razie były
        pilnowane przez rodzeństwo, wychowywała je ulica, ojciec rodziny nie
        zawsze kojarzył imiona wszystkich dzieci. Także niekoniecznie tamten
        typ rodziny jest wzorem dla nas obecnie. No i nie przesadzajmy, że
        obceni dziecko oznacza "koniec własnego życia"
        • kropkacom Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 11:33
          > No i nie przesadzajmy, że
          > obceni dziecko oznacza "koniec własnego życia"

          Dzisiaj rodzicielstwo jest po prostu inne. Pewnie dlatego ze w większości
          przepadków bardziej świadome.
        • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 14:11
          mocno przesadzasz!.. opisuję lata 60-te kiedy ja sie wychowywałam i
          80-te kiedy wychowywałam własne dzieci..i wierz mi ze
          takiej "umieralności" nie było, a w dziecko inwestowało się tak jak
          i teraz oczywiście na miarę tego co w tych czasach było
          dostępne ..ale wysiłek rodziców przez to nie był mniejszy! Inna
          rzecz, że ja np. pozwalałam dwulatkowi stojacemu na stołeczku umyc
          naczynia. Z duszą na ramieniu, żeby czegoś nie słukł i nie poranił
          się!mimo, że stałam obok.. no i kiedy już sobie poszedł trzeba było
          często to poprawic..w sumie musiałam pokonac włąsne lęki o jego
          bezpieczenstwo i poświęcić na jakąś czynność nie 10 minut..a godzinę
          (zanim mały umył a potem ja poprawiłam)
          Ps.mieszkałam w Poznaniu na duzym osiedlu znałam całą masę
          dzieciaków z przedszkola, szkoły, podwórka..wszystkie dzieci na
          sporej wsi u babci to też byli moi koledzy i to w róznym wieku. Nie
          znam ŻADNEGO przypadku żeby dziecko uległo powaznemu wypadkowi a juz
          tym bardziej nie słyszałam o wypadku śmiertelnym, a wtedy ludzie się
          znali i wiele rzeczy sie wiedziało na zasadzie stugębnej plotki.
          Oczywiście stłuczonego kolana, upadku z trzepaka czy roweru nie
          biore pod uwagę. Jeden z moich kolegów miał kiedyś noge złamaną..ale
          zamał ją na nartach(był z rodzicami).
          • fugitive Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 15:16
            babcia47 napisała:

            > mocno przesadzasz!.. opisuję lata 60-te kiedy ja sie wychowywałam
            i
            > 80-te kiedy wychowywałam własne dzieci..i wierz mi ze
            > takiej "umieralności" nie było,
            o "umieralności "pisalam o czasch 100, 150 lat temu, spróbuj
            przeczytac jeszcze raz

            a w dziecko inwestowało się tak jak
            > i teraz oczywiście na miarę tego co w tych czasach było
            > dostępne
            oczywiście, w latacgh 60 w polskiej wsi dzieci wyjeżdzały co roku na
            letnie i zimowe wakacje, opłacano im zajęcia dodatkowę, w znacznej
            wiekszości chodziły do przedszkola, dbano o to, żeby ukończyły
            studia.
            nie wiem gdzie ty żyłaś, ale obydwoje moich rodziców wychowało sie
            na wsi powojennej lata 50 i poczatek 60 i znam ich opowieści o tym
            jak brakowało jedzenia w domu, o zabawkach mogły pomarzyc, o
            wyjazdach na wakacje i zajęciach dodatkowych nie będę nawet
            wspominać, mój ojciec po zakończeniu podstawówki nie poszedł od razu
            do szkoły tylko rok czekał w domu bo nie było kasy, żeby go posłać i
            nie byli wyjątkiem wtedy na wsi

            ..ale wysiłek rodziców przez to nie był mniejszy!
            owszem wysiłek rodziców był mniejszy bo dzxieci na wsi były
            wypuszczane na całe dnie i zajmowały się same sobą, starsze
            zajmowały się młodszym rodzeństwem, zamiast siedziec w przedszkolu
            pasły krowy i to niekoniecznie w formie wakacyjnej rozrywki
            Inna
            > rzecz, że ja np. pozwalałam dwulatkowi stojacemu na stołeczku umyc
            > naczynia. Z duszą na ramieniu, żeby czegoś nie słukł i nie poranił
            > się!mimo, że stałam obok.. no i kiedy już sobie poszedł trzeba
            było
            > często to poprawic..w sumie musiałam pokonac włąsne lęki o jego
            > bezpieczenstwo i poświęcić na jakąś czynność nie 10 minut..a
            godzinę
            > (zanim mały umył a potem ja poprawiłam)

            to jest zupełnie co innego samodzielność pod okiem rodzica a co
            innego bez jego nadzoru, rozumiem, że nie miałabyś nic przeciwko
            temu żeby twoje 6 letnie dziecko zrobiło ci taką samą niespodziankę
            jak ty zrobiłaś z napaleniem w piecu
            > Ps.mieszkałam w Poznaniu na duzym osiedlu znałam całą masę
            > dzieciaków z przedszkola, szkoły, podwórka..wszystkie dzieci na
            > sporej wsi u babci to też byli moi koledzy i to w róznym wieku.
            Nie
            > znam ŻADNEGO przypadku żeby dziecko uległo powaznemu wypadkowi a
            juz
            > tym bardziej nie słyszałam o wypadku śmiertelnym, a wtedy ludzie
            się
            > znali i wiele rzeczy sie wiedziało na zasadzie stugębnej plotki.
            > Oczywiście stłuczonego kolana, upadku z trzepaka czy roweru nie
            > biore pod uwagę. Jeden z moich kolegów miał kiedyś noge
            złamaną..ale
            > zamał ją na nartach(był z rodzicami).
            jeszcze raz nie wiem w jakim swiecei zyłas, ale jeszcze w latach 80
            pamiętam akcje tworzenia letnich przedszkoli na wsi, żeby zabrać
            dzieci rodzicom i ich pilnować ze wzgledu na to , że tak wiele
            wypadków jest w czasie żniw kiedy rodzice są w polu. No ale skoro ty
            nie słyszałaś...
            • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 15:52
              1. jeżeli w latach 60tych była wyższa umieralność dzieci niż teraz,
              to nie wynikało to z większego wówczas zaniedbywania dzieci, tylko
              niższego poziomu medycyny i mniej rozbudowanej infrastruktury
              medycznej. Sama o mało nie umarłam w wieku 14 lat nie dlatego, że
              rodzice się mną nie zajmowali, tylko dlarego, że podczas wakacji,
              które spędzałam z rodzicami, niekompetentna lekarka nie rozpoznała
              podręcznikowego przypadku wyrostka, a do innego lekarza było daleko.
              A wiele chorób było wówczas nieuleczalnych, dziś można je wyleczyć.
              2. ja wychowywałam się w dużym mieście w latach 60 tych i 70tych w
              rodzinie profesora uniwersytetu. Pamiętam moment, kiedy brakło
              jedzenia (po zawale ojca, nie starczyło na lekarza i jedzenie dla
              nas), ale to znowu nie wynikało z tego, że rodzice o mnie nie dbali.
              Pensja profeora uniwersytetu po prostu była taka, że nie wystarczała
              na wszystkie potrzeby ... Z drugiej strony od II kl. podstawówki
              miałam prywatne lekcje angielskiego. To, że generalnie w latach
              50tych i 60 była bieda, nie wynikało z faktu, że rodzice
              zaniedbywali dzieci.
              3. jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi na wsi, to i teraz pozostawia
              ona dużo do życzenia i też ciągle informuje się o wypadkach. Moim
              zdaniem nie można zestawiać sytuacji na wsi w latach 50tych i
              obecnoe w miejsckich rodzinach klasy średniej, bo oprócz zmiany
              sposobu wychowywania dzieci istotne są różnice środowiskowe. Sens ma
              porównywanie wychowywania dzieci w rodzinach inteligenckich 20-30
              lat temu i dziś osobno i wiejskich osobno. Wtedy mogą wyjść sensowne
              wnioski.
            • babcia47 Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 16:26
              > nie wiem gdzie ty żyłaś, ale obydwoje moich rodziców wychowało sie
              > na wsi powojennej lata 50 i poczatek 60 i znam ich opowieści o tym
              > jak brakowało jedzenia w domu, o zabawkach mogły pomarzyc, o
              > wyjazdach na wakacje i zajęciach dodatkowych nie będę nawet
              > wspominać, mój ojciec po zakończeniu podstawówki nie poszedł od
              razu
              > do szkoły tylko rok czekał w domu bo nie było kasy, żeby go posłać
              i
              > nie byli wyjątkiem wtedy na wsi
              pisałam wyżej gdzie żyłam..a powaznie, wówczas, podobnie jak i
              teraz
              były rodziny b.ubogie, którym zyło się ciężko..faktem jest też, że
              zabawek dzieci nie
              miały "na tony" za to równie dobrze a moze i lepiej potrafiły się
              bawić tym co dostępne w domu lub kawałkiem patyka (państwa)
              skakanką, w
              rysowane "gry" na podwórku..krzak bzu był naszym "rudym" przez
              lata..jakim cudem nie usechł..do dziś nie wiem..Jeżeli chodzi o
              pozywienie..dziś kiedy omawia się diete z tamtych lat..wiele osób
              kojarzy sobie to ze skrajną biedą, ale wierz mi, że chleb z
              pasztetówka, jajecznica czy barszcz z ziemniakami równie dobrze
              zaspokajają głód jak obecnie cudeńka ze słoiczka..a świerzy chleb ze
              smalcem ze skórką posmarowaną pracowicie przez babcię czosnkiem,
              chlebek z
              masłem i szklanka mleka lub marchewka wyciągnięta z grządki i
              otrzepana o nogawke spodni, albo jabłko prosto z drzewa potrafiły
              smakowac lepiej niz niejedne rarytasy teraz. Moja rodzina mieszkała
              prawie na samej granicy rosyjskiej koło Chełma..biedna wieś, chaty
              kryte strzechą na "zbytki" nikogo nie było stać, zresztą gotówka
              była tylko kiedy sprzedało sie plony..ale mąka, mleko,ser
              włąsnoręcznie zrobiony, własne masło, jajka, ziemniaki i kura czy
              kawałek mięsa zasolonego w beczce na niedziele zawsze sie
              znajdowały. Robiono więcej potraw mącznych a czasem jadano tez
              ziemniaki okraszone skwarkami z zsiadłym mlekiem czy chleb umoczony
              w mleku z cukrem..ale to nie znaczy, że byliśmy głodni. W mieście
              się zyło podobnie, na pewno dużo skromniej niz obecnie ale takie to
              były czasy bez chłodni, konserwantów w zywności, bez lodówki w domu..
              > to jest zupełnie co innego samodzielność pod okiem rodzica a co
              > innego bez jego nadzoru, rozumiem, że nie miałabyś nic przeciwko
              > temu żeby twoje 6 letnie dziecko zrobiło ci taką samą
              niespodziankę
              > jak ty zrobiłaś z napaleniem w piecu
              Mój starszy syn w wieku 3 lat kategorycznie odmówił południowej
              drzemki, bo on jest duzy i nie będzie spał jak mały
              braciszek...ok..jesteś duzy, ale bycie duzym to nie tylko przywileje
              ale i obowiązki!! Ustaliliśmy, że bedzie to wynoszenie
              smieci..wymieniłam kubeł na wiaderko 5-litrowe czasem trzeba było
              zawartośc wynieść 2x dziennie (ciężkie rzeczy odkładałam osobno i
              sama wynosiłam) i od tej pory synek wynosił śmieci (do drzemek po
              jakimś czasie wrócił smile). Kiedy poszedł do szkoły przez jakieś pół
              roku mieszkaliśmy jeszcze na starym mieszkaniu ale zapisaliśmy go
              juz do szkoły obok nowego domu. My wychodziliśmy przed 7-mą rano, on
              miał na 8-mą lub później. Sam musiał przejść przez miasto blisko 4
              km..nauczylismy go trasy (jak przechodzić przez ulicę) i sam zamykał
              dom i tuptał do i ze szkoły. Kupiłam tez duzo wcześniej i nauczyłam
              obsługiwać specjalną krajalnice do chleba(bezpieczną), żeby mógł
              sobie zrobić kanapki gdyby zgłodniał przed naszym
              przyjściem..kanapki na kolację moi chłopcy robili odkąd starszy
              skończył ok 4,5 roku mały 2,5..zrobienie całej rodzinie kolacji to
              było ich zadanie o które sami się w pewnym momencie dopominali..i
              fajnie się przy tym bawili a przynajmniej nigdy później nie
              protestowali. a co do protestu czy niespodzianki..przede wszystkim
              nie byłaby to niespodzianka, bo tak jak mnie wcześniej, tak ja bym
              ich
              nauczyłą to robić..i czasem syn mi pomagał rozpalać w piecach, które
              mieliśmy na tamtym mieszkaniu..a żadne dziecko nigdy się nie
              oparzyło o drzwiczki, bo pokazałam, ze parzą jak są nagrzane!
              > jeszcze raz nie wiem w jakim swiecei zyłas, ale jeszcze w latach
              80
              > pamiętam akcje tworzenia letnich przedszkoli na wsi, żeby zabrać
              > dzieci rodzicom i ich pilnować ze wzgledu na to , że tak wiele
              > wypadków jest w czasie żniw kiedy rodzice są w polu. No ale skoro
              ty
              > nie słyszałaś...
              słyszałam, to było w czasie kiedy urodzili sie moi synowie..i zawsze
              się zastanawiałam dlaczego zabrakło wyobraźni rodzicom, którzy nie
              nauczyli dzieci by nie zblizały się do maszyn pracujących w polu lub
              co gorsza sami je zabierali na pole gdzie pracowały maszyny a nawet
              je na nich sadzali sadzali!!
            • croyance Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 27.12.08, 19:00
              dzxieci na wsi były
              wypuszczane na całe dnie i zajmowały się same sobą, starsze
              zajmowały się młodszym rodzeństwem, zamiast siedziec w przedszkolu
              pasły krowy i to niekoniecznie w formie wakacyjnej rozrywki

              Przynajmniej siedzialy na swiezym powietrzu, a teraz cale dnie przy
              kompach uncertain
        • srebrnarybka Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 16:26
          3. dzieci nie kosztowały tyle, nie inwestowano w ich wykształcenie,
          > rozwój, higienę itd
          > 4 dzieci były rozumiane nie jako koszt, ale raczej kolejna osba,
          > która będzie mogła pracować na rodzinę
          > Do tej pory jest tak w biednych krajach afrykańskich
          > Ten model rodziny który mamy obecnie zaczął się rozprzestrzeniać
          już
          > po I wojnie św, tyle oczywiście, że w rodzinach zasobniejszych i
          > lepiej wykształconych i śmiem twierdzić, że przyczyną jest przede
          > wszystkim czynnik ekonomiczny, ale naturalnie tez możliwość
          > poświęcenia czasu dziecko, dawniej jak już wspomniano rodzice
          > przychodzili w odwiedziny do dziecka, w bogatszych rodzinach
          > wychowywała je niania nie rodzice, w biednych dzieci biegały
          > samopas, albo pracowały od 4 roku życia, czy w najlepszym razie
          były
          > pilnowane przez rodzeństwo, wychowywała je ulica, ojciec rodziny
          nie
          > zawsze kojarzył imiona wszystkich dzieci.
          - otóż właśnie. Im więcej uwagi i wysiłku należy, wg standardów,
          poświęcić jednemu dziecku, tym mniej tych dzieci chce się mieć.
          Kiedyś nie było antykoncepcji - też nie do końca prawda. Bardzo
          prymitywna była, ale stosowano ją rzadko właśnie dlatego, że dużo
          dzieci umierało. Prymitywne praktyki antykoncepcyjne i poronne
          stosowano więc przede wszystkim w związkach pozamałżeńskich. Poza
          tym potrzeba jest matką wynalazków. Może antykoncepcja byłą
          prymitywna nie tylko ze względu na ogólnie niski poziom medycyny,
          ale i dlatego, że w małżeństwach nie widziano potrzeby ograniczania
          liczby potomstwa i nie próbowano wobec tego antykoncepcji
          udoskonalać?

          No i nie przesadzajmy, że
          > obceni dziecko oznacza "koniec własnego życia"
          - jeżeli matka (ojciec rzadziej) jedyhą radość życia widzą w
          zabawach z dzieckiem i to nie tylko dlatego, że jest to własne,
          kochane dziecko, ale dlatego, że znajdują przyjemność w zabawie w
          chowaego czy lalkami jako takiej (znam takich dorosłych), to
          oczywiście nie oznacza. Natomiast dla ludzi, ktorzy mają trochę inne
          zainteresowania, konieczność podporządkowania absolutnie wszystkiego
          piaskownicy jest końcem włąsnego życia. W pokoleniu moich rodziców
          jednak nie zauważałam, by rodzice, którzy wcale nie uważam, by
          zaniedbywali dzieci, nie mieli własnych zainteresować i by typowo
          dziecięce zabawy sprawiały im przyjemność. I uważam, że nie ma
          potrzeby, by rodzice udawali przed dziećmi dzieci.
    • krwawakornelia moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 12:22

      sprzeczne i nieprawdziwe wnioski

      kandyd.a napisała:

      > Jak byłam mała, to 90% dzieci znało swoje miejsce w domu: "To są
      rodzice, i
      > trzeba ich słuchać. Jak są zajęci swoimi sprawami, to nie należy
      im
      > przeszkadzać. Jak dyskutują z innymi dorosłymi, to nie należy się
      wtrącać.
      > Tymczasem idę pobawić się z Kasią czy tam Tomkiem na podwórku."
      itd.

      I z tego wyroslo pokolenie doroslych z niskim poczuciem wlasnej
      wartosci, mniej lub bardziej swiadomie "odrzuconych" przez rodzicow.
      Nie dowartosciowanych i czujacych sie jako dorosli niepewnie.

      >
      > W dzisiejszych czasach dziecko i rodzice są ze sobą
      WSPÓŁUZALEŻNIENI.

      No to albo partnerstwo,albo wspoluzaleznienie.
      Razem sie nie da.To sie wyklucza.

      Dziecko
      > nic nie zrobi bez pomocy albo wskazówki dorosłego, a dorosły wpada
      w histerię
      > spuściwszy na pięć minut z oka swoją pociechę.

      To juz przyklad czegos odwrotnego do partnerstwa chyba, prawda???


      > Przecież każdy z nas, który ma dzisiaj 25 lat i powyżej, i z
      reguły jedno,
      > dwójkę dzieci, został w ten sposób wychowany!

      Na szczescie nie kazdy.

      Na szczescie podejscie do wychowania sie zmienilo.
      I miejmy nadzieje ze wiekszosc to w koncu zauwazy.

      > Dlaczego - dosłownie - krzywdzimy swoje dzieci, właściwie
      pozbawiając je
      > dzieciństwa...
      >
      Posuwasz sie za daleko. Jasne ze niektorzy rodzice sa zbyt
      opiekunczy ale nie mozna tego falszywie nazywac "partnerstwem"

      Partnerstwo polega wlasnie na pozostawianiu dzieciom pewnej swobody.
      I powierzaniu im decyzji.
      Szacunku.

      > Hmmm... Rozpisałam się, przepraszam.

      No i o czym twoim zdaniem swiadczy to zdanie?
      Albo chcesz sie podzielic swoimi rozwazaniami, albo nie.
      Jezeli zdecydowalas sie to robic, to nie przepraszaj za to.
      Przejmij odpowiedzialnosc.

      > Czy to przez źle rozumiane "partnerstwo" i "poświęcanie dziecku
      czasu", które
      > prowadzi (tak to chyba jest) do braku zaufania w jego możliwości?

      To prawda ale to zle rozumiane partnerstwo, wynika wlasnie z tego
      jak nasze pokolenie bylo wychowywane. Nie wierzymy w mozliwosci
      naszych dzieci, bo nie umiemy wierzyc we wlasne. Bo to wpoili nam
      nasi rodzice.
      Ze nie jestesmy wazni, nasze zdanie sie nie liczy. Dzieci i ryby
      glosu nie maja.
      Chcemy nie byc tacy dla naszych pociech i podswiadomie gotujemy im
      ten sam los.
      Pozwalamy na pewne decyzje chcemy uczestniczyc w ich zyciu, a tak
      naprawde chodzi o poczucie kontroli nad nimi bo nie umiemy im
      zaufac.


      • kandyd.a Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 13:37
        >
        > I z tego wyroslo pokolenie doroslych z niskim poczuciem wlasnej
        > wartosci, mniej lub bardziej swiadomie "odrzuconych" przez rodzicow.
        > Nie dowartosciowanych i czujacych sie jako dorosli niepewnie.

        Ależ właśnie nie! Wyrosło świetne pokolenie, które jednocześnie i potrafi zadbać
        o swoje "interesy", odważnie bierze byka za rogi, a przy tym ma jeszcze jakąś
        szczątkową hierarchię wartości... Kolejne roczniki już tego nie mają!
        Szkoda tylko, że nie potrafią już w ten sam sposób postępować ze swoimi dziećmi.


        > No to albo partnerstwo,albo wspoluzaleznienie.
        > Razem sie nie da.To sie wyklucza.

        No właśnie. Wyklucza się dlatego, że jak ktoś wczesniej napisał popadliśmy w
        kolejną skrajność. I właśnie w tym widze niebezpieczeństwo.

        Chyba specjalnie się nie wczytałaś w mój tekst smile Skoro ja niby wyciągam do
        bólu, to nie wiem jak nazwać Twoją odpowiedź...




        P.S

        Dziękuję wszystkim za pomoc w ubraniu w słowa tego, co mi krąży po głowie. I za
        relację z trójkowej audycji. Gdzieś mi umknęła, a szkoda.

        • fugitive Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 15:20
          kandyd.a napisała:

          > >
          >> Ależ właśnie nie! Wyrosło świetne pokolenie, które jednocześnie i
          potrafi zadba
          > ć
          > o swoje "interesy", odważnie bierze byka za rogi, a przy tym ma
          jeszcze jakąś
          > szczątkową hierarchię wartości... Kolejne roczniki już tego nie
          mają!
          > Szkoda tylko, że nie potrafią już w ten sam sposób postępować ze
          swoimi dziećmi

          No własnie to jest to magiczne myślenie, które udziela się każdemu
          kolejnemu pokoleniu, "my jesteśmy świetni, ale ta dzisiejsza
          młodzież...."

          Zawsze ten sam mechanizm dowartościowania, że ci następni po nas są
          gorsi, a my jesteśmy lepsi.... Tylko dlaczego wtakim razie ci lepsi
          zawsze wychowują tych gorszych? i to już od czasów antycznych

          > .
          >
          >
          • krwawakornelia kandyd! 28.02.08, 17:41
            gdyby to pokolenie bylo takie swietne, to nie popelnialoby bledu
            zaniedbania np.
            Gdyby mialo wysokie poczucie wlasnej wartosci nie baloby sie ufac
            swoim dzieciom.
            To pokolenie jest tak samo zastraszone i zachukane jak poprzednie. I
            tak samo sie oklamuje. Na potrzeby braku poczucia wlasnej wartosci.
      • babcia47 Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 14:31
        > > Jak byłam mała, to 90% dzieci znało swoje miejsce w domu: "To są
        > rodzice, i
        > > trzeba ich słuchać. Jak są zajęci swoimi sprawami, to nie należy
        > im
        > > przeszkadzać. Jak dyskutują z innymi dorosłymi, to nie należy
        się
        > wtrącać.
        > > Tymczasem idę pobawić się z Kasią czy tam Tomkiem na podwórku."
        > itd.
        >
        > I z tego wyroslo pokolenie doroslych z niskim poczuciem wlasnej
        > wartosci, mniej lub bardziej swiadomie "odrzuconych" przez
        rodzicow.
        > Nie dowartosciowanych i czujacych sie jako dorosli niepewnie.

        Z pokoleniem "o niskim poczuciu własnej wartości" to mocno
        przesadziłaś..moje "rozwaliło" poprzedni system a pokolenie moich
        dzieci odważnie uczy się żyć w nowych warunkach zdobywa
        wykształcenie, zakłada własne firmy itd.
        Mylisz tez nauczenie dziecka zasad współżycia społecznego tzn. kiedy
        ma nie przeszkadzać, bo rodzice pracują (trzeba to uszanować) lub
        rozmawiają z kimś czyli , mają również prawo do czasu wyłącznie dla
        siebie i dziecko nie musi być w nim nieustannie obecne, nie wszystko
        ma sie kręcic wokół niego! To zadne odrzucenie to nauczenie, że na
        wszystko jest czas i miejsce..żeby potem np. w szkole dziecko nie
        wymagało jedynie dla siebie uwagi nauczyciela kosztem innych
        dzieci..dorosły tez nie wejdzie w słowo i nie będzie sie narzucał
        dyrektorowi firmy kiedy ten rozmawia ze swoim zastępcą.. A co do
        posłuchu, którego wymagali rodzice.. w koncu w domu ktoś musi mieć
        decydujące zdanie, najlepiej by to był ktoś kto jest mądrzejszy, ma
        więcej doświadczenia, wiedzy, rozsądku..niestety często obecnie
        zauważam, że (dla świętego spokoju) to dziecko w domu rządzi..kiedy
        jemy, w co sie ubierzemy, kiedy śpimy, co robimy a czego nie..nic
        dziwnego, że dla rodziców bywa to rodzaj zniewolenia a rodzicielstwo
        bardziej kojarzy sie z wyrzeczeniami niż z radością...
        • kropkacom Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 14:59
          > wymagało jedynie dla siebie uwagi nauczyciela kosztem innych
          > dzieci..dorosły tez nie wejdzie w słowo i nie będzie sie narzucał

          Albo nie będzie się odzywał. Nie nauczy się prowadzić rozmowy. Znam i takie
          przypadki.

          Ja do dzisiaj mam żal do ojca że wszystkie rozmowy były tylko zarezerwowane dla
          dorosłych. Nawet w wieku 18 lat nie byłam dla niego partnerem do rozmowy. I
          akurat z mojego pokolenia znam wiele podobnych przypadków.
          • babcia47 Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 16:41
            no to ja miałam szczęscie, bo mój ojciec b.dużo ze mną rozmawiał:smile)
            ale wracając do Twojego komentarza nie chodzi mi o nieodzywanie sie
            wogóle tylko o to, że dziecko powinno wiedzieć kiedy moze to zrobić
            a nawet powinno..a kiedy nie..bo ja znam i takie dzieci przy których
            nie mozna prowadzić wogóle rozmowy, ponieważ cały czas sie wtrącaja
            lub wręcz przejmują inicjatywe wymagając dla siebie całej uwagi a
            rodzice to tolerują..sorki ale jeżeli przyszłam w jakiejś sprawie do
            rodziców to nie muszę mieć ochoty na rozmowy i podziwianie popisów
            ich pociechy poza poczatkowym przywitaniem z nim i
            wymianą "grzeczności"..Gdy ktoś taki mnie zaprasza na kawę..to
            powinien uprzedzić, że mam dotrzymać towarzystwa jego dziecku..
            wtedy bedę wiedziała na czym "stoję" i ewentualnie odmówię, bo
            akurat moze nie mam na to ochoty...może to drastyczne co napisałam,
            ale osoby u których cała wizyta kręciła się wokół ich pociech i była
            przez nie zdominowana zaczęłam omijać bo jednak wole towarzystwo
            rówieśników
            • kropkacom Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 17:23
              > Gdy ktoś taki mnie zaprasza na kawę..to
              > powinien uprzedzić, że mam dotrzymać towarzystwa jego dziecku..

              Kiedy mnie ktoś zaprasza do domu gdzie są dzieci to zawsze biorę pod uwagę że
              maluchy będą nam "przeszkadzały" smile Powiem więcej, ciesze się że tam będą. Lubie
              towarzystwo dzieci i tych rozwrzeszczanych też. Jeśli chce w ciszy z koleżanką
              pogadać to przychodzę wtedy kiedy ma dla maluchów opiekę. Co innego jak idę do
              biura. Tam dzieci Pani sekretarki mogą mi przeszkadzać smile
              • srebrnarybka Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 17:46
                Widzisz, i tu jest problem. Nie każdy lubi towarzystwo dzieci innych
                poza własnymi i nie ma w tym nic dziwnego. Dzieci nie są w stanie
                powiedzieć dorosłym zbyt wiele rzeczy ciekawych i inspirujących. Co
                nie znaczy, że dorosły, który nie lubi stałego kontaktu z dziećmi,
                musi być złym rodzicem. Tylko stale powtarzam: rodzice i inni
                dorośli opiekujący się dziećmi nie muszą przed nimi udawać dzieci.
                Bo dzieci tego nie potrzebują, w roli dzieci wystarczą im inne
                dzieci, z którymi się kontaktują.
                • kropkacom Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 17:58
                  > Nie każdy lubi towarzystwo dzieci innych
                  > poza własnymi i nie ma w tym nic dziwnego.

                  Ok. Można i tak. Chociaż nie rozumiem takiej postawy ale przecież nie muszę smile
                  Skoro nie chcesz sie socjalizować z cudzymi dziećmi to organizujesz tak
                  spotkanie żeby dzieci nie było. Proste.
                  • srebrnarybka Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 18:04
                    > Nie każdy lubi towarzystwo dzieci innych
                    > > poza własnymi i nie ma w tym nic dziwnego.
                    >
                    > Ok. Można i tak. Chociaż nie rozumiem takiej postawy ale przecież
                    nie muszę smile

                    - po pierwsze można zrozumieć, że inni ludzie miewają inną postawę.
                    Po drugie - nic na to nie poradzę, towarzystwo ludzi dorosłych,
                    oczywiście sympatycznych i inteligentnych, jest jednak dla mnie
                    znacznie ciekawsze niż dzieci.

                    > Skoro nie chcesz sie socjalizować z cudzymi dziećmi to
                    organizujesz tak
                    > spotkanie żeby dzieci nie było. Proste.

                    Ale może ten, kto ma dzieci, także mógłby przewidzieć, że nia każdy
                    chce się zsocjalizować z jego dziećmi i mogłby nie zmuszać do tego
                    osoby, którą zaprasza do siebie, a z którą zaprzyjaźnił się na
                    zasadzie innych wspólnych zainteresowań? Proste.
                    • kropkacom Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 18:19
                      > Ale może ten, kto ma dzieci, także mógłby przewidzieć, że nia każdy
                      > chce się zsocjalizować z jego dziećmi i mogłby nie zmuszać do tego
                      > osoby, którą zaprasza do siebie, a z którą zaprzyjaźnił się na
                      > zasadzie innych wspólnych zainteresowań? Proste.

                      Wiesz na tyle ile pozwalają mi moje możliwości staram sie wyczuć (o ile nie
                      zapytać wprost) co komu przeszkadza. Nikogo nie zmuszam do niczego. Znajomi
                      wiedzą że jeśli przyjdą do mnie w tych a nie innych godzinach to moje bliźniaki
                      tam będą. Z czysto ludzkiej ciekawości będą pewnie chciały zobaczyć gości i może
                      zagadać o zgrozo. Wszyscy wiedzą tez że maluchy kładzione są szybko wieczorem i
                      wtedy jest spokój. Jeżeli impreza kroi sie w środku dnia to sprzedaje komuś
                      dzieci smile)

                      Teściowa zawsze wyrzucała dzieciaczki swoje z pokoju przy każdej wizycie
                      kogokolwiek. Wychowała synów tak że potem mieli problemy z otworzeniem buzi przy
                      gościach.
                      • babcia47 Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 19:01
                        "Wychowała synów tak że potem mieli problemy z otworzeniem buzi przy
                        gościach."
                        ja niestety znam takie domy, że gość nie ma szans otworzyć buzi przy
                        dzieciach...
                        • gaja78 Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 19:10
                          babcia47 napisała:

                          > "Wychowała synów tak że potem mieli problemy z otworzeniem buzi przy
                          > gościach."
                          > ja niestety znam takie domy, że gość nie ma szans otworzyć buzi przy
                          > dzieciach...

                          Myślę że takie mega-rozgadane dzieci po prostu zwracają na siebie uwagę ...
                          Czyli musi im tej uwagi brakować na co dzień.
                          Albo musi być patologicznie wręcz rozpieszczone. W sensie że jest centrum
                          świata swoich rodziców - i kiedyś zapłaci za to słoną cenę w postaci nieradzenia
                          sobie w dorosłym życiu z ciężarem odpowiedzialności.

                          Tak czy siak wydaje mi się, że dziecko, które dominuje dorosłe spotkanie
                          towarzyskie, jest wychowywane w jakiś skrajny sposób.
                          • babcia47 Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 20:10
                            > Albo musi być patologicznie wręcz rozpieszczone. W sensie że jest
                            centrum
                            > świata swoich rodziców - i kiedyś zapłaci za to słoną cenę w
                            postaci nieradzenia
                            > sobie w dorosłym życiu z ciężarem odpowiedzialności.

                            i o tym cały czas pisze, że kiedyś dziecko zetknie się
                            ze "światem", który wcale nie uzna, że jest jego pępkiem, wszystko
                            musi sie kręcic wokół niego a wszyscy powinni jemu i tylko jemu
                            poświęcać swój czas i uwagę...i co gorsza może to dziecku uświadomić
                            w brutalny, bezwzględny sposób..
                            • gaja78 Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 20:31
                              babcia47 napisała:

                              > > Albo musi być patologicznie wręcz rozpieszczone. W sensie że jest
                              > centrum
                              > > świata swoich rodziców - i kiedyś zapłaci za to słoną cenę w
                              > postaci nieradzenia
                              > > sobie w dorosłym życiu z ciężarem odpowiedzialności.
                              >
                              > i o tym cały czas pisze, że kiedyś dziecko zetknie się
                              > ze "światem", który wcale nie uzna, że jest jego pępkiem, wszystko
                              > musi sie kręcic wokół niego a wszyscy powinni jemu i tylko jemu
                              > poświęcać swój czas i uwagę...i co gorsza może to dziecku uświadomić
                              > w brutalny, bezwzględny sposób..

                              Nie nie, chodziło mi o coś innego.
                              Nie o to przeświadczenie dziecka, że jest pępkiem świata - bo prawdę mówiąc jest
                              to naturalny sposób myślenia dziecka. Do pewnego wieku dziecko tak właśnie o
                              sobie myśli - jak o centrum wszechświata. Egocentryzm jest czymś normalnym. Nie
                              trzeba z tym robić niczego konkretnego, samo przechodzi z wiekiem wink

                              Chodziło mi o dzieci, które są ustawiane w centrum świata emocjonalnego swoich
                              rodziców. Ci rodzice uzależniają od dzieci swoje poczucie szczęścia i
                              spełnienia. Podporządkowują im swoje życie emocjonalne. Nie zwykłe czynności
                              typu pranie, prasowanie, gotowanie. To można robić z dzieckiem, można odłożyć na
                              później bez naruszania jakiejś równowagi w wychowaniu. Kwestia formy. Natomiast
                              patologiczne jest IMHO mówienie i dawanie do zrozumienia dziecku na każdym
                              kroku, że jest jedynym sensem życia rodzica. Wyobrażam sobie, że takie dziecko
                              będzie reagowało "dziwnie". Albo małomównym wycofaniem, albo nadmiernym
                              narzucaniem swojej "ja", to już zależy pewnie od charakteru dziecka. Z resztą
                              jak napisałam wyżej, podobnie zareaguje dziecko zmuszane do wycofania,
                              niezauważane na co dzień.
                              • gaja78 W sumie to może mówimy o tym samym 28.02.08, 20:36
                                nie wiem czemu założyłam, że nie. Nie wynika to z twojej powyższej wypowiedzi.
                                Może zasugerowałam się twoimi postami z innych miejsc tego wątku.

                                Bo prawdę mówiąc dziecko, które z domu wynosi przeświadczenie że wszystko jest
                                poświęcone jemu i tylko jemu (czyli takie o którym piszesz) musi mieć rodziców,
                                którzy świata poza tym dzieckiem nie mają, znaczy się ich świat emocjonalny też
                                kręci sie tylko wokół dziecka. Rodziców toksycznych czyli.
                                • babcia47 Re: W sumie to może mówimy o tym samym 28.02.08, 21:02
                                  dokładnie mi o to chodzi! Rodzice kierując na dziecko wszystkie
                                  swoje emocje i cały swój czas, wychowując w przekonaniu, że tylko
                                  ono sie liczy, w rezultacie ograniczaja je i nie pozwalaja na
                                  samodzielność emocjonalną (np.kontakty i przyjażnie z innymi
                                  dziećmi) i fizyczną, ta ostatnia bo przelewają na dziecko wszystkie
                                  swoje lęki i niepokoje. Dają też dziecku szkodliwy na dłuzszą metę
                                  przekaz, że cały świat kręci sie wokół niego. Czasem zastanawiam się
                                  na ile obecni rodzice "trzymając dzieci pod kloszem"chronią je przed
                                  niebezpieczeństwami swiata..a na ile chodzi o zapanowanie nad ich
                                  własnymi lękami..tak jak w przypadku moich kiedy małe mogło się
                                  skaleczyć przy myciu naczyń..bałam się bardzo ale ważniejsze było
                                  zdobycie nowych "sprawności" przez synka niz moje lęki o niego!!
                                  • gaja78 Re: W sumie to może mówimy o tym samym 28.02.08, 21:14
                                    No to tutaj się zgadzamy smile
                • kicia031 Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 20.12.08, 16:38
                  Dzieci nie są w stanie
                  > powiedzieć dorosłym zbyt wiele rzeczy ciekawych i inspirujących.

                  Moze masz na mysli swoje dzieci, moje mowia mnostwo ciekawych i inspirujacych
                  rzeczy.
              • babcia47 Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 18:01
                no i dziwić się potem, kiedy rodzice mówią lub piszą, że dziecko to
                koniec wszystkiego w tym życia towarzyskiego...i nie traktuj mnie
                jak przygłupa, no i czy Ty to lubisz czy nie..jest sprawą
                subiektywną..sama miałam koleżanki, z którymi spotykałyśmy się razem
                z dziećmi lub byłam zaproszona na kawę w ciągu dnia..wiadomo, że
                matka dziecka do szafy nie zamknie i godziłam się na to "z
                dobrodziejstwem inwentarza"..ale kiedy dziecko ma 4-5 lat i uparcie
                każe siebie podziwiać zamiast zająć się zabawą mam prawo sądzić, że
                coś jest postawione na głowie w jego wychowaniu..lub kiedy na
                proszonym wieczornym przyjeciu "z okazji" dziecko jest gwoździem
                imprezy.. Dziecko powinno wiedzieć, że rodzice też maja prawo do
                własnych "zabaw" !! i ze ono nie musi a nawet nie powinno w nich
                uczestniczyć..no a co sądzę o narzucaniu się innym to chyba nie
                muszę pisac..chyba nie jest to zachowanie, które rodzice powinni
                wzmacniać?
                • kropkacom Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 18:08
                  > ...i nie traktuj mnie
                  > jak przygłupa

                  Że co?

                  .ale kiedy dziecko ma 4-5 lat i uparcie
                  > każe siebie podziwiać zamiast zająć się zabawą mam prawo sądzić, że
                  > coś jest postawione na głowie w jego wychowaniu..lub kiedy na
                  > proszonym wieczornym przyjeciu "z okazji" dziecko jest gwoździem
                  > imprezy.. Dziecko powinno wiedzieć, że rodzice też maja prawo do
                  > własnych "zabaw" !! i ze ono nie musi a nawet nie powinno w nich
                  > uczestniczyć..no a co sądzę o narzucaniu się innym to chyba nie
                  > muszę pisac..chyba nie jest to zachowanie, które rodzice powinni
                  > wzmacniać?

                  Skoro impreza jest przewidziana nie dla dzieci to się organizuje opiekę dla
                  pociech a nie nagle każe im się odizolować i zapomnieć że mają rodziców.
                  • babcia47 Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 18:55
                    > Skoro impreza jest przewidziana nie dla dzieci to się organizuje
                    opiekę dla
                    > pociech a nie nagle każe im się odizolować i zapomnieć że mają
                    rodziców.
                    Często rodzice zapominają, ze niektóre imprezy nie są dla dzieci..
                    Zabawa dziecka w sąsiedztwie rozmawiających przy kawie dorosłych to
                    też rodzaj nauki, oczywiscie pod warunkiem, że dorośli nie
                    zapominaja o tym, że obok jest dziecko. Zawsze po powitaniu znajomi
                    moich rodziców poswięcali mi nieco uwagi i ja też tak robię, nie
                    ignoruję dziecka całkowicie! Kiedy dorośli przygotowują kawę jest
                    czas na "pogaduchy" z dzieckiem ale nie widzę powodu dlaczego potem
                    dziecko nie miało by sie zająć własną zabawą..pozwalając by
                    mama "pobawiła" sie w swoją..ja wiedziałam, że kiedy mama mówi a
                    teraz idź się chwilę pobaw powinnam zająć się sobą(urządzałam kawkę
                    dla lalek)..i jakoś krzywda mi sie nie stała ani psychoz z tego
                    powodu nie miałam..
        • krwawakornelia babcia_47 28.02.08, 17:48
          po twojej reakcji np. sadzac chyba jednak nie przesadzilam.

          > ..moje "rozwaliło" poprzedni system
          Potrzebujesz sie tym dowartosciowac?
          Rozwalenia systemu nikt nie neguje.

          >a pokolenie moich

          > dzieci odważnie uczy się żyć w nowych warunkach zdobywa
          > wykształcenie, zakłada własne firmy itd.

          Szukasz potwierdzenia na zewnatrz.
          A to nie potrzebne. Naprawde.

          > Mylisz tez nauczenie dziecka zasad współżycia społecznego tzn.
          kiedy
          > ma nie przeszkadzać, bo rodzice pracują (trzeba to uszanować)

          Nie male dziecko ma prawo miec dokladnie w ... czterech literach czy
          i kiedy rodzice pracuja.
          To oni maja obowiazek i odpowiedzialnosc tak zorganizowac mu czas,
          zeby w tym czasie bylo pod dobra opieka.
          A stawienie pracy ponad dzieckiem i jakiekolwiek w ogole
          wprowadzanie konkurencji praca- dziecko, nie jest zdrowe ani dla
          dzieci ani dla rodzicow.


          > wszystko jest czas i miejsce..żeby potem np. w szkole dziecko nie
          > wymagało jedynie dla siebie uwagi nauczyciela kosztem innych
          > dzieci..dorosły tez nie wejdzie w słowo i nie będzie sie narzucał
          > dyrektorowi firmy kiedy ten rozmawia ze swoim zastępcą..

          Tak robia wlasnie ludzie ktorzy jako dzieci byli niedodbani...



          A dziecko nie jest po to zeby rodzicow sluchalo.
          Rodzice sa po to aby nauczyc dziecko samodzielnie myslec.

          ... cdn.

          • srebrnarybka Re: babcia_47 28.02.08, 17:59
            > ..moje "rozwaliło" poprzedni system
            > Potrzebujesz sie tym dowartosciowac?
            > Rozwalenia systemu nikt nie neguje.
            >
            > >a pokolenie moich
            >
            > > dzieci odważnie uczy się żyć w nowych warunkach zdobywa
            > > wykształcenie, zakłada własne firmy itd.
            >
            > Szukasz potwierdzenia na zewnatrz.
            > A to nie potrzebne. Naprawde.

            z góry zakładasz, że wszyscy zwolennicy przeciwstawnych do Twoich
            poglądów mają zaniżną samoocenę i wmawiasz to wszystkim. babcia47
            odpowida na zaruty, uznajesz to za wyraz zaniżonej samooceny. Tak
            można udowodnić każdą tezę.

            > Nie male dziecko ma prawo miec dokladnie w ... czterech literach
            czy
            > i kiedy rodzice pracuja.
            > To oni maja obowiazek i odpowiedzialnosc tak zorganizowac mu czas,
            > zeby w tym czasie bylo pod dobra opieka.
            > A stawienie pracy ponad dzieckiem i jakiekolwiek w ogole
            > wprowadzanie konkurencji praca- dziecko, nie jest zdrowe ani dla
            > dzieci ani dla rodzicow.

            - dziecko nie ma prawa mieć w 4 literach, kiedy rodzice pracują, a
            także odpoczywają, jedzą, oglądają film albo czytają. Bo dziecko
            powinno być od małego uczone, że nie wolno mieć w 4 literach innych
            ludzi. A praca, jedzenie, odpoczynek i cała aktywność innych ludzi
            niezwiązana z dzieckiem stanowi cześć ich życia. I dziecko nie
            powinno mieć w 4 literach życia innych ludzi. Od małego powinno być
            uczone, że rodzice, a także inni ludzie, mają swoje życie, a nie są
            tylko jego zabawkami.

            > wszystko jest czas i miejsce..żeby potem np. w szkole dziecko nie
            > > wymagało jedynie dla siebie uwagi nauczyciela kosztem innych
            > > dzieci..dorosły tez nie wejdzie w słowo i nie będzie sie
            narzucał
            > > dyrektorowi firmy kiedy ten rozmawia ze swoim zastępcą..
            >
            > Tak robia wlasnie ludzie ktorzy jako dzieci byli niedodbani

            - albo rozpieszczeni i przyzwyczajeni do tego, ze świat się koło
            nich kręci i nie mogą pojąć, dlaczego w szkole jest inaczej.

            > A dziecko nie jest po to zeby rodzicow sluchalo.
            > Rodzice sa po to aby nauczyc dziecko samodzielnie myslec.

            - tylko jak ma się nauczyć samodzielnie myśleć, jeśli w ogóle nie
            jest spuszczane z oka i rodzce cały czas za nim biegają?
            • gaja78 Re: babcia_47 28.02.08, 18:28
              srebrnarybka napisała:

              > - tylko jak ma się nauczyć samodzielnie myśleć, jeśli w ogóle nie
              > jest spuszczane z oka i rodzce cały czas za nim biegają?

              To rozmowa jest na temat:
              a) wyznaczania dziecku miejsca i uczenia go, że kiedy rodzic pracuje nie wolno
              przeszkadzać
              b) biegania rodziców non stop za dziećmi

              bo to IMHO dwie różne sprawy, które tylko częściowo się zazębiają.
            • krwawakornelia albo dziecko jest zadbane, 28.02.08, 20:36
              albo rozpieszczone.
              Na raz sie nie da.
              Jedno wyklucza drugie.

              Dlaczego odbierasz moje posty jako zarzuty?
          • babcia47 Re: babcia_47 28.02.08, 18:21
            krwawakornelia napisał:

            > po twojej reakcji np. sadzac chyba jednak nie przesadzilam.
            >
            > > ..moje "rozwaliło" poprzedni system
            > Potrzebujesz sie tym dowartosciowac?

            nie po prostu stwierdzam fakt!..swoja drogą czytając Twoje posty
            mam wrażenie, że bardzo lubisz dopasowywać cudze słowa do własnych
            wyobrażeń..masz "tezę" i dopasowyjesz do tego "fakty"..a
            rozwijając "rozwalenie systemu" napiszę Ci, że trzeba było sie czuć
            kimś lepszym właśnie, wartym innego życia..
            > > Mylisz tez nauczenie dziecka zasad współżycia społecznego tzn.
            > kiedy
            > > ma nie przeszkadzać, bo rodzice pracują (trzeba to uszanować)
            >
            > Nie male dziecko ma prawo miec dokladnie w ... czterech literach
            czy
            > i kiedy rodzice pracuja.
            Tu moja wina bo nie sprecyzowałam a raczej uzyłam "skrótu
            myślowego"..pisząc pracują miałam na mysli wykonywanie prac domowych
            dla dobra całej rodziny w tym dziecka!! Od tego nie da sie uciec czy
            Ci sie to podoba czy nie i nic nie stoi na przeszkodzie by dziecko
            zajęło sie zabawa kiedy mama musi powiesić pranie w łazience,
            poprasować czy ugotowac obiad..chyba, że powinna to wszystko robic
            kiedy dziecko juz łaskawie pójdzie spać..daj boże przed
            północą..kosztem własnego wypoczynku??? Nie powinno się domagać
            kategorycznie zabawy z ojcem kiedy ten akurat musi przepchać zlew,
            uszczelnic kran czy napalic w centralnym..
            • krwawakornelia to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 20:04
              Ja nikomu niczego nie zarzucam.
              To zdrowa polemika na naprawde sensowny i interesujacy temat.
              >czy
              > Ci sie to podoba czy nie i nic nie stoi na przeszkodzie by dziecko
              > zajęło sie zabawa kiedy mama musi powiesić pranie w łazience,

              Na szczescie, ie zyjemy juz w latach piecdziesiatych, i mamusia
              wcale "nie musi " powiesic prania w lazience.
              Pranie naprawde moze poczekac, lub mozna sobie tak to zorganizowac,
              zeby dziecko bralo w tym czynny udzial.
              Ostatecznie, istnieja suszarki... i nawet poltoraroczne dziecko
              mozna nauczyc wrzucania do nich prania.

              > poprasować czy ugotowac obiad..

              To wszystko mozna i wrecz powinno sie robic razem z dziecmi i
              angazowac je w prace domowe, a nie zajmowac w tym czasie zabawa.
              Dzieci od urodzenia powinny sie chyba uczyc ze pewne rzeczy wykonac
              trzeba, co wcale nie oznacza ze sie je przez to zaniedbuje.
              I nie mowi:"idz sie bawic, mamusia musi..."
              Bo to nie jest zdrowe podejscie. Mamusia nic nie musi, nie zyjemy w
              sredniowieczu.
              A jak sie majtek czasem nie uprasuje to swiat sie przez to nie wali.
              Powinnismy chyba uczyc dzieci, ze nie moze w domu byc tylko tak ze
              mamusia zrobi.

              chyba, że powinna to wszystko robic
              > kiedy dziecko juz łaskawie pójdzie spać..

              To kiedy dziecko idzie spac, zalezy tylko od rodzicow, a nie od
              laskawosci dziecka.
              To rodzice sa odpowiedzialni za to zeby sobie tak zorgnizowac dzien,
              aby miec tez czas dla siebie.

              Nie powinno się domagać
              > kategorycznie zabawy z ojcem kiedy ten akurat musi przepchać zlew,
              > uszczelnic kran czy napalic w centralnym..

              Dlaczego?
              Nie rozumiem dlaczego tata musi? I dlaczego akurat zlew jest w tej
              sytuacji wazniejszy?
              Dlaczego tata od poczatku nie moze przepychac tego z synem.
              • babcia47 Re: to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 20:37
                wybacz ale przynajmniej z tego Twojego postu wynika, że w sumie to
                nie powinno się pochopnie ucinac pępowiny przy porodzie a jeszcze
                lepiej jakimś trwałym klejem przykleic dziecko do matki, a właściwie
                do obojga rodziców..i żeby był na tyle trwały i trzymał do 18-tych
                urodzin!!
                Ludzie, w tym rodzice i dzieci muszą życ normalnie!! dziecko powinno
                byc tego uczone i powinno to akceptować, że są momenty kiedy rodzice
                nie mogą mu słuzyc swoja osobą!!
                Odnośnie Twoich uwag dotyczacych prania i innych domowych
                czynności..to bywa, że mama wraca do pracy i kiedyś musi pewne
                rzeczy zrobić, nie kazdego stać na suszarkę, a kiedyś tata musi
                przepchać zlew, żeby mozna go było używac i nie zalać sąsiadów z
                dołu..przy wymienianiu czynności poprzedziłam to skrótem np.(na
                przykład) nie przy wszystkich czynnościach dziecko w danym momencie
                może uczestniczyc, choć sama jestem tego równiez gorącą
                propagatorką!! dlatego, że zycie pisze swoje "scenariusze" i czasem
                trzeba coś zrobić szybko(tak jak np. ja w 10 min umyć naczynia
                zamiast poswięcać godzinę na mycie ich z "pomocą" dziecka) i to jest
                moment by dziecko potrafiło się sobą zająć same przez chwilę (zabawą)
                poproszone przez rodziców.
                > Nie rozumiem dlaczego tata musi? I dlaczego akurat zlew jest w tej
                > sytuacji wazniejszy?
                > Dlaczego tata od poczatku nie moze przepychac tego z synem.
                bo może np.(na przykład) tata przyjechał na jeden dzień do domu, a
                pracuje poza miejscem zamieszkania (jak mój syn) i ma ten jeden
                dzień na zrobienie, załatwienie, naprawienie.. wszystkiego co
                zapewni normalne zycie matce i dziecku kiedy jutro znów wyjedzie.. i
                wreszcie woda przestanie sie lać do sąsiadów, którym co chyba
                zrozumiałe wcale się to nie podoba.. pobawi sie z synkiem wieczorem
                przed kąpielą..a następnym razem kiedy przyjedzie na dłużej i będzie
                na to czas razem będą zajmować się wszystkim...
                • krwawakornelia No tak, to wlasnie jest ... 28.02.08, 20:58
                  Co to znaczy dla ciebie normalnie?

                  Wprowadzanie sztucznej konkurencji zlew- dziecko?
                  Dla mnie to nie jest normalne.

                  dlatego, że zycie pisze swoje "scenariusze" i czasem
                  > trzeba coś zrobić szybko

                  Przepraszam, za uogolnienie, ale to typowe podejscie pokolenia
                  "rozwalajacego".
                  Ty jestes odpowiedzialna za swoje zycie i swoje gary z
                  przeproszeniem, i nie trzeba dziecka za to karac ani tym
                  szantazowac.

                  A poza tym z ciekawosci w moim jakze krotkim zyciu sie z taka
                  sytuacja nie spotkalam. Ze "trzeba"...
                  Jakby powiedzial moj tesc, to niech Trzeba przyjdzie i zrobi wink .

                  > > Dlaczego tata od poczatku nie moze przepychac tego z synem.
                  > bo może np.(na przykład) tata przyjechał na jeden dzień do domu, a
                  > pracuje poza miejscem zamieszkania (jak mój syn) i ma ten jeden
                  > dzień na zrobienie, załatwienie, naprawienie.. wszystkiego co
                  > zapewni normalne zycie matce i dziecku kiedy jutro znów wyjedzie..
                  i

                  No to juz zwlaszcza w przez ciebie opisanej sytuacji, wazniejszy
                  jest chyba kontakt z dzieckiem, niz jakis zlew.
                  Dziecko czeka tydzien na ojca, a ten sie zlewem zajmuje?
                  To juz troszke "hard core" przepraszam za wyrazenie.
                  Do zlewu mozna zawolac hydraulika tudziez innego majstra. A jak
                  pomimo tego, ze tatus daleko pracuje i tak na utrzymanie ledwo
                  starcza to moze warto sie zastanowic, czy warte jest to poswiecenia?

                  Przepraszam, ale to co piszesz, z ta zabawa wieczorem i dotracaniem
                  dziecka na nastepnym razem.
                  To dla mnie nie jest normalne zycie.
                  Nie to dla mnie nie jest normalne, nie mowiac o tym ze mamusia zlew
                  przepchac tez moglaby sie nauczyc w tej sytuacji.
                  • babcia47 Re: No tak, to wlasnie jest ... 28.02.08, 21:39
                    > Co to znaczy dla ciebie normalnie?
                    To znaczy, że na wszystko jest czas i miejsce!! jest czas zabawy i
                    jest czas pracy i tego dziecko powinni nauczyc rodzice!Na tym polega
                    wychowanie!!Inaczej jest to hodowla..Dziecko ma być uczestnikiem
                    życia a nie stanowic jego sybstytut czy być pępkiem swiata wokół,
                    którego wszystko sie kręci. Można cały czas, energię i emocje
                    poswięcać dziecku, ale to nie jest normalne!!, bo nie nauczy
                    dziecka, że każda osoba i kazda czynność ma w zyciu i świecie swoje
                    miejsce, takżew tym zewnętrznym, poza rodziną.
                    Pytałaś wyżej Srebrnejrybki czemu uważa, ze na nia napadasz (lub coś
                    w tym rodzaju)..i pisałaś coś o polemice..w Twoich postach głównie
                    są oceny i osobiste odniesienia do rozmówcy!np.:
                    > Przepraszam, za uogolnienie, ale to typowe podejscie pokolenia
                    > "rozwalajacego".
                    > Ty jestes odpowiedzialna za swoje zycie i swoje gary z
                    > przeproszeniem, i nie trzeba dziecka za to karac ani tym
                    > szantazowac.
                    Tak jestem i byłam odpowiedzialna za swoje "gary" i fakt, że
                    MUSIAŁAM sie nimi zająć nie przeszkodził mi w wychowaniu synów na
                    normalnych, mądrych, wykształconych i samodzielnych ludzi.
                    Ogólną dyskusje sprowadzasz w sumie też do spierania się o
                    nieistotne szczegóły jak ten przysłowiowy zlew..nie dociera do
                    Ciebie informacja zawarta w moim poście, ze dziecko powinno
                    wiedzieć, że czasem rodzice czy inni ludzie nie mogą i nie muszą
                    poświęcac mu całej swojej uwagi.
                    > Wprowadzanie sztucznej konkurencji zlew- dziecko?
                    > Dla mnie to nie jest normalne.

                    ..a potrafisz sobie choć hipotetycznie wyobrazić, że ten nieszczęsny
                    zlew może byc w danej chwili sprawa priorytetową???

                    > Do zlewu mozna zawolac hydraulika tudziez innego majstra. A jak
                    > pomimo tego, ze tatus daleko pracuje i tak na utrzymanie ledwo
                    > starcza to moze warto sie zastanowic, czy warte jest to
                    poswiecenia?
                    znów czepianie się szczegółów i do tego "ocena" Możemy tu
                    rozpatrywać 10 tysięcy mozliwości..pt zlew się właśnie zapchał albo
                    rura przedziurawiła i leje się sąsiadom na łeb..no to tatuś wszystko
                    olewa i idzie się pobawić z dzieckiem..jest niedziela i hydraulicy
                    odpoczywaja..co tam niech sie leje, sąsiadom się zamknie drzwi przed
                    nosem..tatuś idzie się pobawić z dzieckiem!!
                    ..a jeżeli babcia zasłabnie to tatuś powinien ją olać i zająć się
                    zabawą z dzieckiem??
                    To jest chore!! i chory jest przekaz jaki daje tatuś dziecku na
                    przyszłość!!

                    • gaja78 Re: No tak, to wlasnie jest ... 28.02.08, 22:06
                      babcia47 napisała:

                      > (...) informacja zawarta w moim poście, ze dziecko powinno
                      > wiedzieć, że czasem rodzice czy inni ludzie nie mogą i nie muszą
                      > poświęcac mu całej swojej uwagi.

                      Ja się zgadzam z tym, że dziecko nie powinno mieć przekonania, że należy mu się
                      zawsze i wszędzie cała uwaga rodziców. ALE. W zwykłej, normalnej, nietoksycznej
                      rodzinie nie trzeba robić nic specjalnego, żeby dziecko tego przekonania nie
                      miało. Dziecko obserwuje, uczy się. Jeśli w rodzinie panuje równowaga, nie
                      tworzy się sztucznych zakazów i nakazów a wyznacza się po prostu granice
                      bezpieczeństwa, to dziecko uczy się i dostosowuje się do status quo. I w drugą
                      stronę - rodzice uczą się dziecka, jego rytmu biologicznego. Jest sobie
                      symbioza, w której znajduje się miejsce na prywatne sprawy każdego z osobna
                      niejako naturalnie, nic nie trzeba specjalnego w tym kierunku robić.

                      Dziecko narzucające się w każdej chwili, to dziecko wychowywane w jakiś skrajny
                      sposób. Albo z rażącym nadmiarem uwagi rodziców, albo z rażącym jej niedoborem.
                      Czyli w warunkach, gdzie naturalnej równowagi brak a są leki, kompleksy,
                      uzależnienia, przemoc, inne emocjonalne niedojrzałości. I dopiero takie dziecko
                      trzeba "korygować" i uczyć je normalności.

                      > ..a potrafisz sobie choć hipotetycznie wyobrazić, że ten nieszczęsny
                      > zlew może byc w danej chwili sprawa priorytetową???
                      (...)
                      > znów czepianie się szczegółów i do tego "ocena" Możemy tu
                      > rozpatrywać 10 tysięcy mozliwości..pt zlew się właśnie zapchał albo
                      > rura przedziurawiła i leje się sąsiadom na łeb..no to tatuś wszystko
                      > olewa i idzie się pobawić z dzieckiem..jest niedziela i hydraulicy
                      > odpoczywaja..co tam niech sie leje, sąsiadom się zamknie drzwi przed
                      > nosem..tatuś idzie się pobawić z dzieckiem!!

                      To są sytuacje nierealne, stworzone na potrzeby tej dyskusji. W domu, gdzie
                      panuje stan równowagi i dziecko jest pełnoprawnym członkiem rodziny nie zdarzy
                      się sytuacja pt. rura pękła i woda się leje a dziecko chce się bawić z tatą.
                      Dziecko będzie prawdopodobnie stało z rozdziawioną buzią i patrzyło na panikę
                      rodziców ;P Albo będzie się zwyczajnie bało tego nagłego chaosu i schowa się w
                      swój ulubiony kąt zabaw tudzież wpakuje się mamie na ręce. A jeśli matka będzie
                      sama i sama będzie musiała porządkować chaos, który zapanował, czyli nie będzie
                      mogła wziąć malca na ręce - posadzi go obok siebie dzwoniąc po
                      pogotowie/hydraulika lub zaniesie do wspomnianego ulubionego kąta z
                      zapewnieniem, że jest bezpiecznie. Zrobi cokolwiek, żeby zadbać o
                      zminimalizowanie lęku dziecka.

                      Sytuacja taka, że w zaistniałym chaosie i panice dziecko będzie chciało się
                      jakby nigdy nic bawić, wydaje mi się nierealna. No chyba że jest to dziecko
                      izolowane od codziennych problemów i obowiązków rodziców.
                      • babcia47 Re: No tak, to wlasnie jest ... 28.02.08, 22:41
                        cały ten wątek wziął się stąd, ze wyraziłam pogląd, że dziecko
                        powinno wiedzieć, ze teraz jest czas pracy tzn rodzice są zajęci i
                        czemuś tam musza poświęcić przez chwilę całą swoją uwagę, i na
                        skutek "dziwnej dyskusji" doszło do podawania przykładów, a w koncu
                        przytaczania sytuacji ekstrymalnych. Owszem wszystko mozna,
                        hydraulika zawołac.. czy cóś tam..ale jeżeli dziecko pozwoli zając
                        się czymś mamie czy ojcu spokojnie przez chwile nic mu sie nie
                        stanie, i o to tu chodzi..że nie musi byc "przyrośnięte" do rodzica,
                        może sie chwilę pobawić samo i powinno to zrozumieć, jeżeli sie je o
                        to prosi..tak jak o pobawienie sie chwile (w domysle teraz muszę się
                        na chwile zająć czymś innym) kiedy przychodzi gośc, o czym
                        rozmawiałyśmy wyżej. To cały czas ten sam temat tylko z innym
                        przykładem..Ja sie bawiłam klockami, lalkami, w dom czy
                        urzadzanie "uczty" i mamusia nie musiała przy tym "wisieć" nade mną..
                    • krwawakornelia a wiec. 29.02.08, 13:31
                      Nie nie jestem wstanie sobie wyobrazic, ze zlew jest sprawa
                      priorytetowa.
                      I to jest normalne.
                      Bo zlew nie moze byc wazniejszy od dziecka.
                      NIGDY.
                      Tak samo jak sasiedzi etc.

                      Po drugie, sama sobie zaprzeczasz, bo albo chcesz uczyc dziecko,
                      cytat: "że na wszystko jest czas i miejsce!! jest czas zabawy i
                      > jest czas pracy i tego dziecko powinni nauczyc rodzice!Na tym
                      polega
                      > wychowanie!!Inaczej jest to hodowla..Dziecko ma być uczestnikiem
                      > życia"
                      albo odsuwasz je na rzecz "zlewu".
                      Nie da sie jednoczesnie uczyc dziecka wyzej wymienionych wartosci i
                      spychac je do "zajmowania sie soba".
                      To sie zaprzecza, tylko pokazujac dziecku ze sa dla nas wazne,
                      jestesmy wstanie nauczyc je samodzielnosci.

                      A jezeli tak sama chetnie podajesz za przyklad twojego syna, to nie
                      uwazam, zeby byl on takim swietnym przykladem super rodzica skoro
                      niepotrafi tak odpowiedzilnie zyc, zeby miec czas dla swojego
                      dziecka wtedy kiedy ono tego potrzebuje,
                      Tylko czlowiek w dziecinstwie odepchniety przez rodzicow, odpycha
                      swoje dzieci i jeszcze chce za to akceptacji.
                      Jezeli nie nauczeni jestesmy przez naszych rodzicow, ze jestesmy
                      wazni, nie rozumiemy ze nasze dzieci sa wazne.
                      Co wiecej nie potrafimy zauwazyc, ze inni sa wazni.
                      Tylko szanujac, uczymy szacunku. Ergo, sami nie bedac w dziecinstwie
                      szanowanymi nie nauczymy tego doroslych.

                      na co dowodem jest twoja wypowiedz: "Pytałaś wyżej Srebrnejrybki
                      czemu uważa, ze na nia napadasz (lub coś
                      > w tym rodzaju)..i pisałaś coś o polemice..w Twoich postach głównie
                      > są oceny i osobiste odniesienia do rozmówcy!np.:
                      > > Przepraszam, za uogolnienie, ale to typowe podejscie pokolenia
                      > > "rozwalajacego"."



                      .
                      • srebrnarybka Re: a wiec. 29.02.08, 13:47
                        Bo zlew nie moze byc wazniejszy od dziecka.
                        > NIGDY.
                        > Tak samo jak sasiedzi etc.

                        - cieszę się, że nie jestem Twoją sąiadką.
                        I co to znaczy WAŻNIEJSZY? Istnieje hierarchia potrzeb. Dziecko, z
                        którym rodzice pobawią się nie w tej chwili, ale dopiero za pół
                        godziny, nie dozna specjalnej szkody, natomiast sąsiedzi, których
                        będzie zalewało przez pół godziny, aż dziecko pozwoli łaskawie
                        tatusiowi naprawić zlew, doznaja szkody poważnej. Dziecko byłoby
                        ważneijsze niż zlew, gdyby ojciec np. oddał je na miesiac do
                        sierocińca, by spokojnie naprawić zlew. Ale przsunięcie wspólnej
                        zabawy o pół godziny - co to za problem?
                        • babcia47 Re: a wiec. 29.02.08, 15:26
                          i do tego to wychowawcze przesłanie i nauka jaką ojciec przekaże
                          dziecku w tej chwili: nieważne jaka szkodę wyrzadzimy innym, ważne
                          byśmy siemy dobrze bawili
                          ps. ten temat z Gaja i Srebrna rybką przewałkowałyśmy wczoraj i
                          dzisiaj totez nie chce mi się powielac wpisów..wystarczy, że
                          przeczytasz posty aby dowiedzieć sie jakie mamy na ten temat zdanie
                          i "co poeta miał na myśli"..znajdziesz je na poprzedniej stronie
                          • srebrnarybka Re: a wiec. 29.02.08, 15:33
                            Babciu, jesteś genialna. Zgadzam sie z tą wypowiedzią, jak i z
                            wszystkimi innymi Twoimi wypowiadziami. Musimy chyba złożyć
                            uroczystą przysięgę przed całym forum, że Ty, ja i Kandyda nie
                            jesteśmy jedną osobą pisującą pod trzema nickami, tylko czy nam w to
                            uwierzą?
                • gaja78 Re: to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 21:06
                  babcia47 napisała:

                  > Ludzie, w tym rodzice i dzieci muszą życ normalnie!! dziecko powinno
                  > byc tego uczone i powinno to akceptować, że są momenty kiedy rodzice
                  > nie mogą mu słuzyc swoja osobą!!

                  Ale dlaczego służyć swoją osobą ? IMHO dziecko uczestniczy w życiu domowym nie
                  na zasadzie: rodzice robią wszystko "pod dziecko", ale na zasadzie obserwacji i
                  zabawy. Nie ma tu mowy o służeniu swoją osobą.
                  Jeśli myję naczynia i nie chcę żeby mi dziecko wkładało ręce do zlewu, mówię
                  "nie wolno wkładać rąk do zlewu". Jeśli prasuję, mówię "nie stój tak blisko
                  deski do prasowania". I to chyba wystarcza, no nie ? Wyznaczam granicę
                  bezpieczeństwa dziecka i sprawności mojej pracy. Nie muszę zakazywać dziecku
                  zagadywania mnie, komentowania mojej czynności, podawania naczyń, podawania
                  ubrań w myśl zasady "praca matki jest święta więc nie przeszkadzaj". Przecież
                  dziecko z tej zasady zrozumie tylko tyle, że ma się nie tykać prac domowych ...

                  > Odnośnie Twoich uwag dotyczacych prania i innych domowych
                  > czynności..to bywa, że mama wraca do pracy i kiedyś musi pewne
                  > rzeczy zrobić,

                  No i o to chodzi żeby dziecko uczyć, że te czynności wcale nie muszą być
                  upierdliwe, nieprzyjemne, "za karę". Że mama nie musi ich robić kosztem swojego
                  czasu i komfortu. Że można po prostu zapakować pranie do pralki i poprosić
                  dziecko o podanie proszku. Że można to pranie wyjąć i powiesić razem z
                  dzieckiem. Dziecko ma naprawdę proste myślenie. Jeśli coś może być zabawą, to
                  znaczy że jest fajne. I mama się przy tym nie męczy. A jeśli dziecku nie wolno
                  się zbliżać bo "praca matki jest święta", to znaczy że to nic fajnego nie jest i
                  trzeba się trzymać z daleka. I że mama MUSI to robić, chociaż to fajne nie jest.

                  Po prostu granica nie przebiega między obowiązkami rodzica a czasem wolnym. A
                  dziecko ma wiedzieć gdzie jego miejsce i nie wtrącać się do obowiązków rodzica.
                  Granica jak dla mnie przebiega między tym, co jest bezpieczne i nie przeszkadza
                  rodzicowi w wykonywaniu pracy, a tym, co tych kryteriów nie spełnia. I dziecko
                  ma się nie zbliżać do deski do prasowania nie dlatego, że ma wiedzieć gdzie jego
                  miejsce, ale dlatego, że żelazko jest gorące.

                  > > Dlaczego tata od poczatku nie moze przepychac tego z synem.
                  > bo może np.(na przykład) tata przyjechał na jeden dzień do domu, a
                  > pracuje poza miejscem zamieszkania (jak mój syn) i ma ten jeden
                  > dzień na zrobienie, załatwienie, naprawienie.. wszystkiego co
                  > zapewni normalne zycie matce i dziecku kiedy jutro znów wyjedzie..

                  Czyli praktycznie dziecko ojca nie ma. A jak ojciec w domu jest, to zlew jest
                  ważniejszy od dziecka. I matka ten model wspiera swoją postawą. Klasyczna
                  toksyczność, która tym się różni od na przykład alkoholizmu rodzica, że nie bije
                  po oczach.
                  Skoro ryzyko zalania sąsiada i narażenia się na koszty jest tak poważne, można
                  wynająć hydraulika za niewielkie pieniądze (skoro ojciec niefachowiec potrafi
                  zrobić tą robotę sam). I ojciec będzie miał czas dla dziecka smile

                  IMHO u podstaw tej dyskusji leży traktowanie dziecka jako pełnoprawnego członka
                  rodziny lub nie.
                  • krwawakornelia gaja78 bardzo lubie ten twoj post 28.02.08, 21:15
                    smile
                    Chyba wydrukuje go sobie i na scianie powiesze.
                    Oj, tylko czy nie powinnam czekac na meza z wbiciem gwozdzia?
                    Zeby zamiast syna usypiac powykonywal prace domowe smile
                    • gaja78 Re: gaja78 bardzo lubie ten twoj post 28.02.08, 21:20
                      krwawakornelia napisał:

                      > smile
                      > Chyba wydrukuje go sobie i na scianie powiesze.
                      > Oj, tylko czy nie powinnam czekac na meza z wbiciem gwozdzia?
                      > Zeby zamiast syna usypiac powykonywal prace domowe smile

                      big_grinDDDDD
                    • babcia47 Re: gaja78 bardzo lubie ten twoj post 28.02.08, 23:42
                      dla Twojej wiadomości przykład był "hipotetyczny" a mój syn w swojej
                      rodzinie, kiedy juz wróci do domku jest "donosicielem" tzn. synek
                      jest cały jego (z wymianą pamperów, kapielą, masażami i całym życiem
                      towarzyskim niemowlaka włącznie, w "trasie" też ma na nie go oko
                      przez skypa) a mamie go donosi żeby synek mógł podłączyc się do
                      ładowarkismile) dopiero jak mały śpi załatwia zaopatrzenie i insze
                      takie..i na hydraulika stać go bez problemu..
                      • krwawakornelia no wiec po co ten przyklad? 29.02.08, 13:41
                        On naprawde jest absolutnie abstrakcyjny.
                        I nie z tych czasow.
                        Tylko tak z ... XVIII wieku?
                        • babcia47 Re: no wiec po co ten przyklad? 29.02.08, 15:30
                          proponuję korepetycje z historii..mężczyzna w XVIII wieku
                          takimi "drobiazgami" jak dzieci nie zajmował się wcale..nie ten
                          model rodziny
                        • babcia47 Re: no wiec po co ten przyklad? 29.02.08, 15:55
                          On naprawde jest absolutnie abstrakcyjny.
                          > I nie z tych czasow.

                          to taki drobny przykład jak mozna wychować syna na tatusia i męża
                          swojej żony, stosując te moje, zupełnie niezrozumiałe dla Ciebie
                          metody..oparte na samodzielności, empati i zaufaniu do dziecka i
                          jego rozumku..
                  • babcia47 Re: to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 22:25
                    bywają w życiu sytuacje ekstremalne, niezawinione i do tego z tak
                    wysokim priorytetem, że trzeba je wykonac już i natychmiast
                    najlepiej "na wczoraj"..i nie sa to momenty kiedy mozna dziecku
                    poswięcić swoją uwage lub wciągnąć w te zajęcia..i o tym tu
                    napisałam. W takich chwilach najlepsza pomocą ze strony dziecka
                    rodzicom będzie kiedy pozwoli im się tym zając, po to by szybko
                    zapanowac nad sytuacją i by znów rodzice z dzieckiem mogli cieszyc
                    się wspólna zabawą lub pracą..ale trudne a nawet niemozliwe jest to
                    do wykonania kiedy dziecko nie wie, ze teraz powinno dac rodzicom
                    chwilę na zrobienie tego co niezbędne.
                    IMHO u podstaw tej dyskusji leży traktowanie dziecka jako
                    pełnoprawnego członka
                    > rodziny lub nie.
                    jedno nie przeczy drugiemu..kiedy facet "na cito"zatyka dziurę w
                    pękniętej rurze nie każesz mu przecież przestać i wysłuchać co dziś
                    koleżanka Ci opowiedziałasmile i nie "zawracasz" mu głowy tylko starasz
                    nie przeszkadzać?
                    > No i o to chodzi żeby dziecko uczyć, że te czynności wcale nie
                    muszą być
                    > upierdliwe, nieprzyjemne, "za karę". Że mama nie musi ich robić
                    kosztem swojego
                    > czasu i komfortu.
                    jak znam życie z tym bywa różnie..co prawda dotyczy to późniejszego
                    okresu, kiedy moje dzieci były starsze..
                    Mąż pracujący na dwie zmiany w szkole, wpadał na chwile podać
                    dzieciom obiad i sam zjeść, ja z banku od 8:30..do kiedy
                    skończę..najczęściej 19-19:30, bywało dłużej..potem jechałam do
                    marketu po zakupy, wracałam 21-21:30. Coś trzeba było w domu
                    zrobić..zapakowac pranie, ugotować obiad teoretycznie na 2 dni ale
                    chłopaki najczęściej wymłócili wszystko w jeden ile bym nie ugotowała
                    (rośli), coś tam jeszcze "opędzić" jakieś prasowanie czy drobne
                    porządki, spac chodziłam ok.2-giej, a najpóźniej o 7-mej trzeba było
                    wstać..na mycie okien czy większe sprzątanie wybierałam nadgodziny
                    lub urlop, mimo, że codzienne porządki załatwiali synowie..Niestety
                    czasem bywa, że pracująca mama musi nadgonic jakieś
                    czynności..a "pomoc" małego dziecka moze jej w tym niestety
                    przeszkadzać..i odbywać się nie kosztem jej komfortu a elementarnych
                    potrzeb jak np. sen
                    • mama303 Re: to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 22:31
                      babcia47 napisała:

                      >W takich chwilach najlepsza pomocą ze strony dziecka
                      > rodzicom będzie kiedy pozwoli im się tym zając.
                      Może i najlepszą ale dziecko w końcu czyms musi sie różnić od
                      dorosłego. Może tym że nie wszystko jednak jeszcze rozumie - nawet
                      taka oczywista oczywistośc może być dla kilkulatka trudna do pojęcia.
                      • gaja78 Re: to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 22:52
                        mama303 napisała:

                        > babcia47 napisała:
                        >
                        > >W takich chwilach najlepsza pomocą ze strony dziecka
                        > > rodzicom będzie kiedy pozwoli im się tym zając.
                        > Może i najlepszą ale dziecko w końcu czyms musi sie różnić od
                        > dorosłego. Może tym że nie wszystko jednak jeszcze rozumie - nawet
                        > taka oczywista oczywistośc może być dla kilkulatka trudna do pojęcia.

                        Zgadzam się, nie ma bata żeby kilkulatek zrozumiał, że ma pomóc matce schodząc
                        jej z drogi. Rozumiem, że są różne WYJĄTKOWE sytuacje, gdy dziecku trzeba coś
                        wytłumaczyć i czymś zająć, a jeśli nie pomoże - krzyknąć i olać ewentualnego
                        focha. Ale nie można wymagać, żeby rozumiało, żeby zeszło z drogi, żeby
                        wiedziało gdzie jego miejsce. Dlatego że ono dopiero się uczy faktu istnienia
                        wyjątkowych sytuacji.
                        I niech się uczy na miarę swoich możliwości rozumienia świata. Nie wymagajmy od
                        niego abstrakcji myślenia, której nie posiada.

                        Zawsze mnie zadziwiało (jeszcze gdy byłam dzieckiem), że moja mama wymaga ode
                        mnie rozumienia rzeczy, których zrozumieć nie umiałam. Domyślać się rzeczy, o
                        których istnieniu nie miałam pojęcia. Ja-dziecko wiedziałam , że te wymagania
                        mojej matki normalne nie są ;P

                        A mamie wydawało się czasem, że ja po prostu powinnam coś rozumieć. No tak po
                        prostu, tak jak ona. I dziwiła się, że ja empatii nie mam i myślę tylko o sobie.
                        No faktycznie, dziwne strasznie w przypadku dziecka ... ;P
                        • babcia47 Re: to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 23:06
                          napisałam wyżej, ze ten wątek zszedł na boczne tory choć cały czas
                          dotyczy tej samej sytuacji o której rozmawiałyśmy wyżej przy okazji
                          tego, ze cały świat w niektórych rodzinach kręci się wokół dziecka i
                          w procesie wychowania(!) rodzice powinni mu tłumaczyć i pozwolic na
                          odrobine samodzielności z obopólną korzyścią(czasem)..wtedy nie
                          będzie sie musiało niczego domyslaćsmile)
                          • gaja78 Re: to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 23:25
                            babcia47 napisała:

                            > napisałam wyżej, ze ten wątek zszedł na boczne tory choć cały czas
                            > dotyczy tej samej sytuacji o której rozmawiałyśmy wyżej przy okazji
                            > tego, ze cały świat w niektórych rodzinach kręci się wokół dziecka i
                            > w procesie wychowania(!) rodzice powinni mu tłumaczyć i pozwolic na
                            > odrobine samodzielności z obopólną korzyścią(czasem)..wtedy nie
                            > będzie sie musiało niczego domyslaćsmile)

                            No też prawda ;P
              • babcia47 Re: to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 20:46
                A jak sie majtek czasem nie uprasuje to swiat sie przez to nie wali.
                Powinnismy chyba uczyc dzieci, ze nie moze w domu byc tylko tak ze
                mamusia zrobi.
                znów nadinterpretacja..też uważam, że dziecku bardziej potrzebna
                jest wypoczęta mama, która ma ochotę sie z nim bawić niż
                wyfroterowane podłogi i świecące się srebra..ale kiedyś trzeba
                zrobic pranie, ugotowac obiad, posprzatac czy umyć okna..choćby po
                to by nie zarosnąć brudem
                ..a mój tekst odnosnie spania to był "przekąs" ponieważ niektórzy
                rodzice tez uważają, że nie nalezy niczego na dziecku "wymuszać" i
                to ono decyduje kiedy jest czas na spanie...
                • krwawakornelia TAk, przekas zrozumialam, ale 28.02.08, 21:00
                  on tyczy sie rodzicow, ktorzy sa tez zwolennikami niedbania o swoje
                  dzieci.
              • srebrnarybka Re: to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 23:35
                > Na szczescie, ie zyjemy juz w latach piecdziesiatych, i mamusia
                > wcale "nie musi " powiesic prania w lazience.
                > Pranie naprawde moze poczekac, lub mozna sobie tak to
                zorganizowac,
                > zeby dziecko bralo w tym czynny udzial.
                > Ostatecznie, istnieja suszarki... i nawet poltoraroczne dziecko
                > mozna nauczyc wrzucania do nich prania.

                - nie wiedziałam, że teraz pranie schnie samo. Do suszarek nie można
                wkładać wszystkiego, także do pralek, są rzeczy, które można prać
                tylko ręcznie.

                poprasować czy ugotowac obiad..
                - oczywiście, dziekco nie musi jeść regularnie obiadu. Sławna Ania
                1500 pisała, że żywi siebie i 4letnia córekczkę zamawianą gootwą
                pizzą, żeby nie przerywać zabawy.

                Dzieci od urodzenia powinny sie chyba uczyc ze pewne rzeczy wykonac
                > trzeba, co wcale nie oznacza ze sie je przez to zaniedbuje.
                - dlaczego uważasz, że dziecko, które przez chwilę bawi się samo,
                jest zaniedbywane? W innym poście pisałaś o tym, że dziecko trzeba
                uczyć samodzielności. To oczywiste, ale uważam, że temu właśnie
                sprzyja czas samotnej zabawy.

                Mamusia nic nie musi, nie zyjemy w
                > sredniowieczu.
                > A jak sie majtek czasem nie uprasuje to swiat sie przez to nie
                wali.

                - jestem doktorem historii średniowiecznej, ale nie wiedziałam, że w
                średniowieczu mamy zajmowały się prasowaniem majtek.

                To kiedy dziecko idzie spac, zalezy tylko od rodzicow, a nie od
                > laskawosci dziecka.
                - jeżeli, a tak wynika z Twoich postów, dziecko ma decydować o
                wszystkich sprawach związanych ze swoją osobą i rodzice nie mogą mu
                niczego narzucać, bo w ten sposób tłumią jego samodzielność, to
                jakim cudem od rodziców zależy, kiedy dziecko pójdzie spać? Przecież
                położyć spać dziecko o 20, jeśli ono nie ma ochoty, to
                barbarzyństwo, tłumienie osobowości, okucieństwo i nadużycie władzy.

                To kiedy dziecko idzie spac, zalezy tylko od rodzicow, a nie od
                > laskawosci dziecka.
                - oczywiście, ale od 1,5 rocznego dziecka nie można wymagać, by
                wyprasowało, umyło naczynia czy przepchało zlew.

                Dlaczego?
                > Nie rozumiem dlaczego tata musi? I dlaczego akurat zlew jest w tej
                > sytuacji wazniejszy?
                - bo np. leje się sąsiadom na głowę.
                • babcia47 Re: to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 23:48
                  > - jestem doktorem historii średniowiecznej, ale nie wiedziałam, że
                  w
                  > średniowieczu mamy zajmowały się prasowaniem majtek.
                  o ile wiem majty to wynalazek XIX-wieczny i to kurtyzany pierwsze
                  nosiły..kobietom "uczciwym" nie uchodziło..smile))
                  • srebrnarybka Re: to troche jednak nie prawda. 28.02.08, 23:53
                    mniej więcej tak, ale to oczywiście margines dyskusji,
      • notting_hill Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 15:30

        > > Hmmm... Rozpisałam się, przepraszam.
        >
        > No i o czym twoim zdaniem swiadczy to zdanie?
        > Albo chcesz sie podzielic swoimi rozwazaniami, albo nie.
        > Jezeli zdecydowalas sie to robic, to nie przepraszaj za to.
        > Przejmij odpowiedzialnosc.

        Punkt dla krwawejkornelii- autorka przeprasza (za co?) i nawet do
        głowy jej nie przyjdzie, że to jest właśnie objaw poczucia niskiej
        wartości.
        • srebrnarybka Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 15:40
          przepraszanie nie świadczy o niskim poczuciu własnej wartości tylko
          o szacunku dla interlokutorów (czytelników), których dugi wywód mógł
          znudzić i stanowi dowartościowanie faktu, że poświęclli tyle uwagi
          tekstowo autorki. Postawa jak najbardziej właściwa.
          • gaja78 Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 16:10
            srebrnarybka napisała:

            > przepraszanie nie świadczy o niskim poczuciu własnej wartości tylko
            > o szacunku dla interlokutorów (czytelników), których dugi wywód mógł
            > znudzić i stanowi dowartościowanie faktu, że poświęclli tyle uwagi
            > tekstowo autorki. Postawa jak najbardziej właściwa.

            No właśnie jak najbardziej świadczy o niskim poczuciu wartości.
            "przepraszam drogi czytelniku że się zmęczyłeś czytając ten wywód, to moja wina
            że odczuwasz dyskomfort z powodu długiego tekstu".

            Sama często przepraszam za długie czy patetyczne teksty. Przepraszam, bo jest
            mi autentycznie głupio że napisałam długi tekst. Niewiele ma to wspólnego z
            dyplomacją czy szacunkiem dla czytelnika. To objaw nieśmiałości, niskiej
            asertywności i niskiej samooceny. Przynajmniej w moim przypadku.
            • gaja78 Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 16:16
              Jeśli się chce docenić czyjś poświęcony czas, to się mówi "dziękuję za uwagę" tongue_out
              • srebrnarybka Re: moim zdaniem wyciagasz do bolu 28.02.08, 16:33
                Jak zwał, tak zwał. Wolę w każdym razie żyć wśród ludzi, którzy mają
                w ten sposób zaniżone poczucie własnej wartości niż wśród takich,
                którzy z innymi się w ogóle nie liczą. A przy okazji zwracam uwagę,
                że autorka wątku, mimo przeprosin, napisała, co napisała, wywołując
                ważną dyskusję. Gdyby miała rzeczywiście zaniżone poczucie własnej
                wartości, nie ośmieliłaby się wystąpić na forum i nie byłaby
                przekonana, że warto te poglądy przedstawiać publicznie, zatem mają
                one sens. Autorka dała więc wyraz przekonaniu, że głoszone przez nią
                poglądy są słuszne, a w każdym razie zasługują na uwagę.
                • krwawakornelia autorka wywolala swietna dyskusje 28.02.08, 21:11
                  ale niestety bylaby lepiej odebrana, gdyby wykazala sie odrobine
                  wieksza wiara w siebie.

                  ja wole zyc wsrod ludzi, ktorzy nie sa zawistni, sa badziej otwarci,
                  zadowoleni z zycia.
                  Zyczliwsi dla innych.A nie wsrod zawistnych ktorzy, odbieraja wszystko
                  do siebie i wszedzie widza problem, tylko dlatego ze im samoocena
                  szwankuje.
                  • babcia47 Re: autorka wywolala swietna dyskusje 28.02.08, 22:54
                    krwawakornelia napisał:

                    > ale niestety bylaby lepiej odebrana, gdyby wykazala sie odrobine
                    > wieksza wiara w siebie.
                    >
                    > ja wole zyc wsrod ludzi, ktorzy nie sa zawistni, sa badziej
                    otwarci,
                    > zadowoleni z zycia.
                    > Zyczliwsi dla innych.A nie wsrod zawistnych ktorzy, odbieraja
                    wszystko
                    > do siebie i wszedzie widza problem, tylko dlatego ze im samoocena
                    > szwankuje.
                    na podstawie jednego akapitu w którym dziwczyna pozwoliła sobie
                    napisać przepraszam (jeżeli Was moze zanudziłam. dopisek mój)
                    wyprowadziłaś tak daleko idącą analizę jejpsychiki i charakteru..hmm
                    podziwiam..i ciekawa jestem skąd przekonanie o jej zawiści, braku
                    otwartości, zadowolenia z zycia, życzliwości dla innych czy niskiej
                    samoocenie..chyba posunęłaś się o wiele za daleko lub sądzisz innych
                    według siebie..lub własnych wyobrażeń.. to ostatnie mało bezpieczne
                    szczególnie kiedy kogoś się nie zna. Za niską samoocenę bierzesz
                    zarówno kiedy ktoś stara się być grzeczny wobec innych jak również
                    kiedy wspomina o czyms, z czego jest dumny..ciekawe podejście
                    • krwawakornelia czegos nie zrozumialas :) 29.02.08, 13:57
                      Odpowiedz byla do zlotej rybki.
                      I nie wyciagnelam takich wnioskow o autorce.

                      Stwierdzilam tylko fakt, ze ja lubie zyc wsrod zyczliwych,
                      zadowolonych z zycia dowartosciowanych ludzi.

                      I juz.
                      Punkt. Kropka.
                      Nie wyciagaj pochopnych wnioskow i nie oceniaj.
                      To nie ladnie.
                      • srebrnarybka Re: czegos nie zrozumialas :) 29.02.08, 14:04
                        Jeżeli to bylo do mnie (jestem tylko srebrną rybką, jak się
                        rejestrowałam, nick złota był już zajęty), to informuję, że ja też
                        lubię żyć wśród ludzi życzliwych i zadowolonych z siebie, ale
                        rozumiem, dlaczego ma to wykluczać szacunek dla innych osób i pewną
                        kurtuazję, wyrażoną tu słowem "przepraszam"? I lepiej przyjmuję
                        poglądy kogoś, kto wyraża szacunek dla interlokutora czyli mnie, niż
                        kogoś, kto jest tak pewny siebie, że ja i moje uwago go nie obchodzą.
                        • krwawakornelia No ale wlasnie osoby z wysoka samoocena 29.02.08, 14:39
                          sa zyczliwe, usmiechniete i potrafia szanowac innych.
                          Te z niska maja z tym problem.
                          Czegos nie zrozumialas.

                          I slowem "przepraszam" na pewno nie jest wyrazona kurtuazja, co raczej
                          fakt, ze autorka stawia sie nizej niz czytelnik jej postu. Co lechcze
                          twoje ego i dlatego Ci sie podoba i akceptujesz te postawe.

                          Ja nie lubie jak ludzie zanizaja swoja wartosc.
                          • krwawakornelia P.S. 29.02.08, 14:46
                            Nie dokonca umiem to ubrac w slowa, ale wtryniajac to slowko
                            przepraszam czuje sie w jakis sposob pozbawiona prawa do
                            odpowiedzialnego wyboru co czytam, a wmanipulowania w jakies takie
                            "bycie zmuszonym" , chyba troche nie jasno to pisze ale nie wiem jak
                            to lepiej ujac.
                            • srebrnarybka Re: P.S. 29.02.08, 15:36
                              I kto tu ma kompleksy? Dlaczego miałabym być wmanipulowana poprzez
                              słowko przepraszam? Jakby mnie ten wątek nie interesował, to bym nie
                              czytała postu i dyskusji i się do niej nie włączyła. Mimo, że
                              rodzice wychowuwali mnie wg czarnej pedagogiki, wpajając mi niską
                              samoocenę, wpędzając w kompleksy i nie ucząć asertywności, na ogół
                              decyduję o tym, co czytam.
                              • krwawakornelia I potrzebujesz tego przepraszam 29.02.08, 22:44
                                jest Ci dobrze ze ktos sie przed toba poniza.
                                Budujesz na tym swoje ego?
                                • srebrnarybka Re: I potrzebujesz tego przepraszam 29.02.08, 23:26
                                  Nie potrzebują budować swego ego na niczyim poniżeniu, bo sama sobą
                                  cokolwiek reprezentuję, czegoś w życiu dokonałam i nie potrzebują
                                  sobie nikim niczego podbudowywać.
                                  Nie uważam, że przepraszanie kogoś jest poniżeniem. Jeśli sprwia się
                                  komuś szkodę, przykrość, kłopot, uciążliwość, warto przeprosić i
                                  sama też uważam, że jeśli coś takiego mi się zdarzylo wobec kogoś,
                                  też powinnam przeprosić.
                                  • krwawakornelia czy ty naprawde nie znasz znaczenia slowa 01.03.08, 22:47
                                    przepraszam, czy teraz tylko tak udajesz zeby zmylic przeciwnika i
                                    odwrocic kota ogonem?
                            • notting_hill Re: P.S. 29.02.08, 15:45
                              Krwawakornelio, jestem z Tobą. Mam dokładnie takie same odczucia, i
                              nie ujęłabym tego lepiej.

                              • babcia47 Re: P.S. 29.02.08, 16:06
                                o ile pamietam to chyba Molier swoje utwory kończył podziekowaniem
                                za uwage i przeprosinami jeżeli czytelnikom sie nie spodobał...ten
                                to musiał sobie by u Was nagrabić!!
                                Kandyd.a napisała i "zmusiła Was" do przeczytania tylko około jednej
                                strony tekstu..w tamtych utworach było kilkadziesiąt smile))
                                Przepraszam ale jak czytam ten wątek o przeprosinach, Waszych
                                roztrekach psychicznych z tym zwiazanymi, analizy osobowości..to nie
                                wiem śmiac sie czy płakać..ręce i nogi opadają!!!
                                • babcia47 Re: P.S. 29.02.08, 17:30
                                  o kurza nać! przepadłam!! uzyłam tego paskudnego słowa!!!
                                  • srebrnarybka Re: P.S. 29.02.08, 17:42
                                    Nie ma znaczenia, Babciu47. my obie jesteśmy już na śmietniku
                                    historii, zwłaszcza ja, jako historyca od średniowiecza, powinnam
                                    być odesłana do bohaterów mojego doktoratu i habilitacji in spe. W
                                    dzisiejszych czasach nie miejsca na takie dinozaury, które używają
                                    słowa "przepraszam" i które nie lubią, jak w oficjalnej dyskusji się
                                    mówi o 4 literach. Ale nie bez celu tracę dziś czas na walenie w
                                    klawiaturę i pisanie tego, co piszę. Póki jeszcze dychamy, mamy
                                    prawo głosić, co myślimy, i chyba nawet taki obowiązek. Bo siwe
                                    włosy chyba nas do tego zobowiązują, żeby mówić, co myślimy. Jak u
                                    Młnarskeigo: róbmy swoje. Pozdrawiam cieplutko Ciebie i Moliera.
                                    • srebrnarybka Re: P.S. 29.02.08, 17:46
                                      przepraszam za te siwe włosy, ja już mam od paru lat, tylko
                                      umiejętnie farbuję. Ale może Babciu, poczułaś się urażona.
                                      O psiakrew, też przeprosiłam, dając tym dowód, że nalezy nas obie
                                      spuścić w takie miejsce, gdzie nie było komputerow i internetu,
                                      żebyśmy nie zakłócały błogiej atmosfery asertywności i czegoś tam
                                      jeszcze.
                                      • babcia47 Re: P.S. 29.02.08, 17:56
                                        daj spokój, popłakałam się!!..ze śmiechu
                                        • srebrnarybka Re: P.S. 29.02.08, 18:02
                                          To miło mi, że chociaż komuś sprawiłam trochę radości.
                                        • gaja78 Re: P.S. 29.02.08, 18:15
                                          Nie ma to jak wyśmiać to, co niezrozumiałe wink Stara dobra sprawdzona metoda. To
                                          tak odnośnie tematu szacunku tongue_out
                                          • babcia47 Re: P.S. 29.02.08, 18:47
                                            mnie bawi, ze ktoś dopasowuje do mnie swoje kompleksy i
                                            wątpliwości..i wtym miejscu masz rację!! to jest dla mnie
                                            niezrozumiałe, że ma czelność to robić!! i nawet w tym miejscu
                                            słowo "przepraszam" byłoby jak najbardziej na miejscu ale to dotyczy
                                            Kornelii nie Ciebie
                                            • babcia47 Re: P.S. 29.02.08, 18:56
                                              ps. akurat dywagacje na ten temat na tym wątku uważam za
                                              niepotrzebne, bezsensowne, nie majace zadnego związku z tematem
                                              głównym i tylko niepotrzebnie został "wywołany" bo nakręca negatywne
                                              emocje
                            • gaja78 Re: P.S. 29.02.08, 17:14
                              krwawakornelia napisał:

                              > Nie dokonca umiem to ubrac w slowa, ale wtryniajac to slowko
                              > przepraszam czuje sie w jakis sposob pozbawiona prawa do
                              > odpowiedzialnego wyboru co czytam, a wmanipulowania w jakies takie
                              > "bycie zmuszonym" , chyba troche nie jasno to pisze ale nie wiem jak
                              > to lepiej ujac.

                              Ja mam tak samo w odbiorze.
                              Jednocześnie sama czasem przepraszam, z czym staram się walczyć. A jak się tak
                              szczerze zastanowię, to przepraszanie za formę wypowiedzi często (nie zawsze)
                              jest zapobiegliwym chronieniem się przed ewentualną krytyką, której się
                              najzwyczajniej w świecie boję. Czyli w jakiś sposób wymuszam na odbiorcy
                              spojrzenie na moją wypowiedź łaskawszym okiem.

                              Tak mam ja. Nie wiem jak inni.
                              • srebrnarybka Re: P.S. 29.02.08, 17:23
                                Jednocześnie sama czasem przepraszam, z czym staram się walczyć.

                                -Święty Jacku z pierogami!!! A dlaczego usiłujesz walczyć z tym, że
                                czasami przepraszasz bliźnich? Co to za zbrodnia? Z dwojga złego
                                lepiej 10 razy przeprosić niepotrzebnie, niż raz nie przeprosić,
                                kiedy trzeba było.

                                A jak się tak
                                > szczerze zastanowię, to przepraszanie za formę wypowiedzi często
                                (nie zawsze)
                                > jest zapobiegliwym chronieniem się przed ewentualną krytyką,
                                której się
                                > najzwyczajniej w świecie boję. Czyli w jakiś sposób wymuszam na
                                odbiorcy
                                > spojrzenie na moją wypowiedź łaskawszym okiem.

                                - jeżeli forma jest jakaś nietypowa czy dziwna, to można przeprosić.
                                A w ogóle po kiego grzyba tyle się nad tym zastanawiać, po co i
                                dlaczego przepraszasz? Przepraszasz, bo przepraszasz i tyle. Jak
                                masz coś sensownego do powiedzenia, to się obroni samo, jak nie, to
                                Cię przedyskutują i tyle. Chyba musisz mieć straszne kompleksy,,
                                jeśli tyle rozważasz nad własną osobą? I chyba masz zaniżoną
                                samoocenę, skoro widzisz, że przepraszasz, chociaż nie potrzebujesz.
                                Widocznie w dzieciństwie baiwłaś się sama, kiedy mama gotowała obiad
                                i takie straszliwe skutki... Horror po prostu.
                                • babcia47 Re: P.S. 29.02.08, 17:44
                                  Chyba musisz mieć straszne kompleksy,,
                                  > jeśli tyle rozważasz nad własną osobą? I chyba masz zaniżoną
                                  > samoocenę, skoro widzisz, że przepraszasz, chociaż nie
                                  potrzebujesz.
                                  > Widocznie w dzieciństwie baiwłaś się sama, kiedy mama gotowała
                                  obiad
                                  > i takie straszliwe skutki... Horror po prostu.

                                  coś w tym jest..tak jak z tym, że złodziej najgłośniej krzyczy :
                                  łapać złodzieja!! Największą uwage na to słówko zwróciły uwagę osoby
                                  (mi szczerze mówiąc umknęło zupełnie, a raczej nie zwróciłam na nie
                                  uwagi), które bardzo "przezywają" i wałkują temat kompleksów, braku
                                  asertywności itd. wręcz badają wszelkie wpisy pod kątem czy nie da
                                  się go podpasować...wciskając tą diagnozę każdemu rozmówcy nawet
                                  gdyby napisał o Misiu Uszatku..moze to mierzenie innych własna
                                  miarką?
                                • gaja78 Re: P.S. 29.02.08, 18:10
                                  srebrnarybka napisała:

                                  > A w ogóle po kiego grzyba tyle się nad tym zastanawiać, po co i
                                  > dlaczego przepraszasz?

                                  Bo lubię smile ?

                                  > Przepraszasz, bo przepraszasz i tyle. Jak
                                  > masz coś sensownego do powiedzenia, to się obroni samo, jak nie, to
                                  > Cię przedyskutują i tyle. Chyba musisz mieć straszne kompleksy,,
                                  > jeśli tyle rozważasz nad własną osobą? I chyba masz zaniżoną
                                  > samoocenę, skoro widzisz, że przepraszasz, chociaż nie potrzebujesz.
                                  > Widocznie w dzieciństwie baiwłaś się sama, kiedy mama gotowała obiad
                                  > i takie straszliwe skutki... Horror po prostu.

                                  Tak, wiem. Rozważania nad własną osobą mogą kłuć w oczy. Uprawiam bo lubię. To
                                  jak dla mnie niezbędny czynnik rozwoju.
                                  Kompleksy ? Pewnie że mam, ale raczej nieszczególnie silne.
                                  Przepraszam kiedy nie muszę - tak, to objaw zaniżonej samooceny. Walczę z tym od
                                  jakiegoś czasu. Z mniejszymi i większymi, ale sukcesami.
                                • krwawakornelia Nie zgadzam sie 29.02.08, 22:52
                                  to bardzo bolesne, jezeli ludzie nie znaja wagi slowa przepraszam i
                                  rzucaja nim na prawo i lewo.
                                  takie przepraszam nic nie znaczy.
                                  jest tylko wyklepana formulka, bo tak wypada i sprawia wiecej
                                  przykrosci, niz pozytku.
                                  • srebrnarybka Re: Nie zgadzam sie 29.02.08, 23:28
                                    Przecież z kontekstu wynika, czy jest to zdawkowe: Przepraszam,
                                    która godzina, czy też Przepraszam, wybacz mi, że zadałsm Ci tak
                                    wielki ból.
                              • krwawakornelia Nie wiem poprostu... 29.02.08, 22:50
                                Albo ktos ma szacunek do innych i bierze odpowiedzialnosc za swoje
                                wypowiedzi.
                                Albo nie ma go dla siebie , przeprasza mnie ze zyje (stawia mnie
                                przez to w mocno nieprzyjemnej sytuacji) i przez to nie ma szacunku
                                do mnie.
                                Bo :
                                1. Nie wie co to szacunek, bo szanowany nie byl.
                                2. Jezeli wprawiamy kogos w zaklopotanie, i stawiamy w nieprzyjemnej
                                sytuacji to nie szanujemy jego osoby.
                                teraz to chyba jest dla niektorych bardziej zrozumiale.
                                To co mialam na mysli.

                                A osoby kurtuazyjna, mowi:
                                "Dziekuje Panstwu za uwage, zapraszam serdecznie do dyskusji".
                          • srebrnarybka Re: No ale wlasnie osoby z wysoka samoocena 29.02.08, 15:02
                            A ja szanuję bardziej osoby skromne niż zarozumiałe.
                  • srebrnarybka Re: autorka wywolala swietna dyskusje 28.02.08, 23:57
                    autorka wywołała świetną dyskusję. Jej odbiór nie zależy od sposobu
                    przedstawienia, tylko od poglądów, które dyskutanci reprezentują. W
                    tym wątku są dwa konsekwentne obozy z wyraźnie widocznymi poglądami
                    i te poglady decydują o naszych reakcjach na głoszone sprawy.
                    Dlaczego szacunek dla innych ludzi ma być wyrazem niskiej samooceny
                    i sprawiać, że jesteśmy niezadowoleni z życia, nie mam pojęcia.
                    • krwawakornelia nie badac szanowanym, nie umiemy szanowac siebie 29.02.08, 14:00
                      nie szanujac siebie nie umiemy szanowac innych.
                      Tyle ma do niskiej samooceny. Bezposredni wniosek wink .
                      • srebrnarybka Re: nie badac szanowanym, nie umiemy szanowac sie 29.02.08, 14:08
                        Ale o co chodzi? Ja np. sądzę, że większy szacunek do mnie na
                        autorka wątku, która przeprosiła mnie za to, że zajęła tyle mojej
                        uwgi, niż Ty, pisząc to o 4 literach, co nie należy do słownictwa
                        przyjętego w duskusjach. Sparafrazowałam Twoją wypowiedć o 4
                        literach odpowiadając Ci na tamtem post, ale sama bym takiego
                        sformułowania nie użyła. I mimo, że bylam wychowana w sposob
                        utrwalający we mnie niską samoocenę i nie uczący asertywności,
                        jestem na tyle asertywna, by Ci na to zwrócić uwagę.
                        • krwawakornelia Mieszasz sie w zeznaniach, 29.02.08, 14:36
                          stosujesz inne kryteria w stosunku do moich wypowiedzi, niz w
                          stosunku do wypowiedzi autorki watku.

                          Przeczytaj swoje posty do mnie po kolei, zrozumiesz o co mi chodzi.

                          I czuje sie dziwnie jezeli z uwaga czytam jakis tekst, ktory mnie
                          interesuje, uwazam go za w jakis sposob wazny i godny uwagi poczym
                          jestem atakowana "przepraszam ze zajelam twoj czas". Dla mnie to
                          wyraz tego, ze autorka malo szanuje swoja wypowiedz i uwaza ze ona
                          nie jest warta zainteresowania. Wiec marnuje tylko moj czas i
                          krzyczy mi to w oczy. Wiec w zasadzie moje zdanie na ten temat i
                          rzmyslania na ten temat tez sa malo wazne i malo warte, czyli do
                          mnie tez ma malo szacunku.

                          Tak nie jestem typem "dobrej" i grzecznej sasiadki z pietra.
                          • srebrnarybka Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 29.02.08, 15:04
                            Dla mnie jest to dowód, że autorka bardziej szanuje mnie niż swoją
                            wypowiedź. I jest to właściwe, bo innych ludzi powinno się szanować
                            bardiej niż siebie.
                            • mama303 Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 29.02.08, 20:47
                              srebrnarybka napisała:

                              > I jest to właściwe, bo innych ludzi powinno się szanować
                              > bardiej niż siebie.

                              A niby dlaczego miałabym kogos szanować bardziej niz siebie samą?

                              • srebrnarybka Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 29.02.08, 21:02
                                czy jak zapraszasz gości do domu, to wchodzisz pierwsza, czy
                                przepuszczasz ich przez drzwi.
                              • srebrnarybka Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 29.02.08, 21:03
                                no i poza tym dlatego, że żyjemy nie dla siebie, ale dla bliźnich,
                                po to, by kochać i czynić dobro.
                                • mama303 Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 29.02.08, 21:09
                                  srebrnarybka napisała:

                                  > no i poza tym dlatego, że żyjemy nie dla siebie, ale dla bliźnich,
                                  > po to, by kochać i czynić dobro.

                                  Matko świeta a co Chrystus jestem?
                                • gaja78 Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 29.02.08, 21:16
                                  srebrnarybka napisała:

                                  > no i poza tym dlatego, że żyjemy nie dla siebie, ale dla bliźnich,
                                  > po to, by kochać i czynić dobro.

                                  "Miłuj bliźniego swego jak siebie samego".
                                  Wielka mądrość jest w tym zawarta, jakże trafna w tym miejscu.
                                  • srebrnarybka Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 29.02.08, 22:25
                                    "Miłuj bliźniego swego jak siebie samego".
                                    > Wielka mądrość jest w tym zawarta, jakże trafna w tym miejscu.

                                    - wielka mądrość. Bo miłości do siebie samego nie trzeba uczyć,
                                    człowiek ją ma sobie sam z siebie. Należy natomiast uczyć, żeby
                                    przezwyciężając egozim zaczął uczyć się miłować bliźnich. Dlatego
                                    nie ma potrzeby uczyć dziecka, by samo dla siebie było wartością, bo
                                    jest nią bez tej nauki. Trzeba zaś nauczyć, by wartością stały się
                                    też dla niego inne dobra.
                                    • mama303 Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 29.02.08, 22:34
                                      srebrnarybka napisała:

                                      > - wielka mądrość. Bo miłości do siebie samego nie trzeba uczyć,

                                      Oj trzeba, nie tyle uczyc co pielęgnować, jest wielu ludzi którzy
                                      siebie wcale nie kochają, a wręcz nie akceptują, nie dają sobie zbyt
                                      wielu praw, kłaniaja sie wszystkim w pas a siebie stawiają na
                                      dalszym planie. Wielka w tym zasługa rodziców.
                                      Jak umiesz kochac siebie samego to łatwiej Ci pokochać drugiego
                                      człowieka a i innym z Tobą lepiej.
                                      • srebrnarybka Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 29.02.08, 23:32
                                        uważam zupełnie odwrotnie. Miłość siebie samego to egozim, miłość
                                        innych ludzi to altruizm. Egoizmu nie trzeba się uczyć, bo każdy z
                                        natury jest egoistą. Trzeba uczyć altruizmu, bo on nie jest dany z
                                        natury,
                                        • gaja78 Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 29.02.08, 23:42
                                          srebrnarybka napisała:

                                          > uważam zupełnie odwrotnie. Miłość siebie samego to egozim, miłość
                                          > innych ludzi to altruizm.

                                          No to prześcignęłaś samego Jezusa big_grin
                                          • srebrnarybka Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 01.03.08, 00:23
                                            przeczytaj jeszcze raz uważnie, co napisałąm.
                                            • gaja78 Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 01.03.08, 09:02
                                              srebrnarybka napisała:

                                              > przeczytaj jeszcze raz uważnie, co napisałąm.

                                              Przeczytałam.
                                              Jezus głosił, że brak miłości (szacunku) samego siebie to grzech.
                                              Podobnie jest w innych wielkich religiach świata.

                                              Mylisz szacunek dla samego siebie z egoizmem.
                                              • srebrnarybka Re: Mieszasz sie w zeznaniach, 01.03.08, 10:55
                                                Odebrałam dość dobre katolickie wychowanie, ale przypominam sobie
                                                tylko, że Jezus nauczał miłości bliźniego i za bliźnich poniósł
                                                śmierć na krzyżu, czym udowodnił, że bardziej kochał innych ludzi
                                                niż siebie. Może chodziłyśmy nie na tą samą religię?
                                                Poza tym miłość i szacunek to dwie różne rzeczy. Istnieją osoby,
                                                które szanuję, np. Ciebie, ale nie kocham.
                                    • krwawakornelia znowu czarna pedagogika???? 29.02.08, 23:03
                                      Cytuje srebrna rybke:

                                      - wielka mądrość. Bo miłości do siebie samego nie trzeba uczyć,
                                      człowiek ją ma sobie sam z siebie. Należy natomiast uczyć, żeby
                                      przezwyciężając egozim zaczął uczyć się miłować bliźnich. Dlatego
                                      nie ma potrzeby uczyć dziecka, by samo dla siebie było wartością, bo
                                      jest nią bez tej nauki. Trzeba zaś nauczyć, by wartością stały się
                                      też dla niego inne dobra.


                                      Ale to nie prawda, najpierw nasi rodzice musza nas bezwarunkowo
                                      kochac i szanowac, zeby nas tej milosci nauczyc.
                                      Oni musza nam przekazac ze jestesmy wartosciowi, tylko w ten sposob
                                      mozemy przekazywac te milosc i szacunek dalej.
                                      A egoizm wynika znowu z niskiej samooceny.

                                      Dla latwiejszego zrozumienia
                                      uczysz dziecko grac na skrzypcach, podczas gdy sama nigdy nie mialas
                                      skrzypiec w rekach.
                                      Rozumiesz?
                                      • srebrnarybka Re: znowu czarna pedagogika???? 29.02.08, 23:34
                                        nigdzie nie pisałam, że rodzice nie powinni dzieci kochać i
                                        szanować. Uważam odwrotnie, że właśnie powinni. Tylko miłość i
                                        szacunek nie polega na spełnianiu wszystkich życzeń tu i teraz, ale
                                        na czymś zupełnie innym.
                                        • krwawakornelia Ale kto pisze o spelnianiu zachcianek i zyczen? 01.03.08, 22:52
                                          Musisz odrozniac potrzebe autentyczna od tych powyzszych. To naprawde
                                          jest roznica.
                                          • srebrnarybka Re: Ale kto pisze o spelnianiu zachcianek i zycze 02.03.08, 22:41
                                            Czy niegotowanie obiadu, dlatego, że dziecko nie może pół godziny
                                            ponawić się samo, jest spełnianiem autentycznej potrzeby dziecka,
                                            które absolutnia nie może ani chwili pobawić się samo?
                                • krwawakornelia no alez to jakis absurd 29.02.08, 22:59
                                  > no i poza tym dlatego, że żyjemy nie dla siebie, ale dla bliźnich,
                                  > po to, by kochać i czynić dobro.

                                  postepjac w ten sposob, robimy z siebie ofiary i krzywdzimy najbizsze
                                  nam osoby w tragiczny sposob.

                                  A poza tym znowu sama sobie zaprzeczasz.
                                  Skad te niespojnosci ideologiczne?
                                  • srebrnarybka Re: no alez to jakis absurd 29.02.08, 23:36
                                    nie uważam, że kochając ludzi i życjąc dla nich robię z siebie
                                    ofiarę. To mój świadomy wybór i ja chcę tak żyć, a zakresie dobra
                                    wyświadczanego innym ludziom decyduję wg włąsnego uznania. Ofiarą
                                    byłabym, gdybym była zmuszona do poświęcnie się dla ludzi, których
                                    nie kocham.
                                    • mama303 Re: no alez to jakis absurd 01.03.08, 08:42
                                      srebrnarybka napisała:

                                      >Ofiarą
                                      > byłabym, gdybym była zmuszona do poświęcnie się dla ludzi, których
                                      > nie kocham.

                                      No widzisz a altruista poświeca sie nawet dla tych których nie
                                      kocha - słaba z Ciebie altruistka. Poswiecanie sie dla najblizszych
                                      jest w pewnym sensie przyjemnoscią dla samego siebie.
                                      • srebrnarybka Re: no alez to jakis absurd 01.03.08, 09:20
                                        Poswiecanie sie dla najblizszych
                                        > jest w pewnym sensie przyjemnoscią dla samego siebie.

                                        - nie jest, ale czyni się to z miłości. Z miłości, tak, jak ja ją
                                        rozumiem, czyli nie z czułości, ale uczucia nakazującego troszczyć
                                        się o kochaną osobę. Szkodliwe, tu zgodzę się chyna po raz pierwszy
                                        w Kornelią, jest udawanie przed kochaną osobą, że robi się to dla
                                        przyjemności. W w miłości nie ma potrzeby kłamać.

                                        Ofiarą
                                        > > byłabym, gdybym była zmuszona do poświęcnie się dla ludzi,
                                        których
                                        > > nie kocham.

                                        - ofiara to przede wszystkim osoba ZMUSZONA do cegoś wbrew własnej
                                        woli. Zdarzyło mi się robić pewne rzeczy, nie było to poświęcenie,
                                        ale jakieś drobne gesty, dla osób, których nie tylko nie kocham, ale
                                        które mnie wcześniej skrzywdziły. Robiąc coś dla nich nie uważałam
                                        się za ofiarę, bo decyzję o takim zachowaniu podjęłam świadomie i
                                        dobrowolnie.




                                        • mama303 Re: no alez to jakis absurd 02.03.08, 08:38
                                          srebrnarybka napisała:

                                          > Poswiecanie sie dla najblizszych
                                          > > jest w pewnym sensie przyjemnoscią dla samego siebie.
                                          >
                                          > - nie jest, ale czyni się to z miłości.

                                          E tam kokietujesz sama siebie smile, jezeli nawet poświęcenie dla
                                          najbliższych nie stawnowi dla Ciebie źródła satysfakcji /w co
                                          szczerze wątpię/ to widocznie sprawia Ci przyjemność umęczanie sie
                                          dla najbliższych wink

                                          > Ofiarą
                                          > > > byłabym, gdybym była zmuszona do poświęcnie się dla ludzi,
                                          > których
                                          > > > nie kocham.
                                          >
                                          > - ofiara to przede wszystkim osoba ZMUSZONA do cegoś wbrew własnej
                                          > woli. Zdarzyło mi się robić pewne rzeczy, nie było to poświęcenie,
                                          > ale jakieś drobne gesty, dla osób, których nie tylko nie kocham,
                                          ale
                                          > które mnie wcześniej skrzywdziły. Robiąc coś dla nich nie uważałam
                                          > się za ofiarę, bo decyzję o takim zachowaniu podjęłam świadomie i
                                          > dobrowolnie.


                                          Powyżej Sama sie zacytowałaś i sama z sobą zapolemizowałaś. smieszne
                                          to trochę smile
                                          • srebrnarybka Re: no alez to jakis absurd 02.03.08, 12:17
                                            E tam kokietujesz sama siebie smile, jezeli nawet poświęcenie dla
                                            > najbliższych nie stawnowi dla Ciebie źródła satysfakcji /w co
                                            > szczerze wątpię/ to widocznie sprawia Ci przyjemność umęczanie sie
                                            > dla najbliższych wink

                                            - widzisz, po prostu nie jesteś w stanie zrozumieć, że można robić
                                            coś co nie jest ani źródłęm satysfacji, ani przyjemnością i że
                                            istnieją takie sytuacje, że robisz coś w życiu z motywacji, które
                                            nie odnoszą się w ogóle do Twojej osoby. I kwestia, czy poświęcenie
                                            dla kochanej osoby i ze słuszengo powodu sprawia satysfakcję nie
                                            jest w ogóle motywem dzialań. Oszerniej objaśnia to na watiu o
                                            podsumowaniau.
                                            Nie oamietam już, dlaczego sama siebie zacytowałam, ale przecież nie
                                            polemizuję - cały czas podkreślam, że ofiarą jest osoba zmuszona
                                            wbrew woli do postępowania wbrew swoim interesowm dla dobra innej
                                            osoby.
                                            • mama303 Re: no alez to jakis absurd 02.03.08, 17:27
                                              srebrnarybka napisała:

                                              > - widzisz, po prostu nie jesteś w stanie zrozumieć, że można robić
                                              > coś co nie jest ani źródłęm satysfacji, ani przyjemnością i że
                                              > istnieją takie sytuacje, że robisz coś w życiu z motywacji, które
                                              > nie odnoszą się w ogóle do Twojej osoby. I kwestia, czy
                                              poświęcenie
                                              > dla kochanej osoby i ze słuszengo powodu sprawia satysfakcję nie
                                              > jest w ogóle motywem dzialań. Oszerniej objaśnia to na watiu o
                                              > podsumowaniau.

                                              No, rzeczywiscie nie jestem w stanie tego zrozumieć bo to
                                              nieprawda.Kazdy człowiek w bliższej lub dalszej perspektywie działa
                                              dla swego dobra nie wbrew niemu lub nawet nie bez związku z nim.
                                              Oczywiscie bywaja sytuacje że człowiek gubi sie w tym co dla niego
                                              naprawde dobre.
                                              Oczywiście Twoje tezy o motywach postepowania ludzi są "przepiętkne"
                                              ale tez zbyt wiele wspólnego z prawdą nie mają
                                              • srebrnarybka Re: no alez to jakis absurd 02.03.08, 22:35
                                                to już kwestia wiary, z wiarą polemizować nie sposób. Wychowałam się
                                                w takim systemie wartości, w którym podstawową motywacją do
                                                działania był obowiązek i sumienie, a własne dobro dopiero w drugiej
                                                kolejności. Rozumiem, że jestem jakimś mamutem, ale nawet mamuty
                                                badają paleontolodzy. Więc może sprobuj mnie potraktować jak mamuta
                                                albo dinozaura i obejrzeć takie dziwo.
                            • krwawakornelia to nie prawda znowu 29.02.08, 22:57
                              kochaj blizniego swego jak sebie samego .
                              Niestety nie da sie nikogo bardziej szanowac niz siebie samego. Jest
                              to niewykonalne.
                              • srebrnarybka Re: to nie prawda znowu 29.02.08, 23:38
                                wg jakiej skali mierzysz moc szacunku? A poza tym oczywiście, że
                                wykonalne. Jeżeli wiem, że ktoś dokonał bohaterstwa, na które mnie
                                nie byłoby stać, to szanuję go bardziej ode mnie, bo on dokonał
                                czegoś, co zasługue na wielki szacunek.
                                • krwawakornelia to twoj szacunek nie jest fair 02.03.08, 13:00
                                  nie kocha i nie szanuje sie ludzi za to co osiagneli.
                                  Talie "warunkowanie" sprawia, ze nasz respekt nie jest prawdziwy.
                                  • srebrnarybka Re: to twoj szacunek nie jest fair 02.03.08, 22:38
                                    Szanouje się ludzi nie za to, co osiągnęli, ale za to, czy są
                                    przyzwoitymi ludźmi. Im człowiek jest bardziej szlachetny, na tym
                                    większy szacunek zaśługuje. Natomiast eleentarny szacunek należy się
                                    każemu człowiekowi z racji jego godności ludzkiej. Nic jednak nie
                                    poradzę, że bardziej szanuję Maksymiliana Kolbe niż Adolfa Hitlera,
                                    chociaż obu należy się szacunek jako ludziom.
                              • gaja78 Re: to nie prawda znowu 29.02.08, 23:46
                                krwawakornelia napisał:

                                > kochaj blizniego swego jak sebie samego .
                                > Niestety nie da sie nikogo bardziej szanowac niz siebie samego. Jest
                                > to niewykonalne.

                                No dokładnie. Coś jak niewykonalność przekroczenia prędkości światła w próżni smile
        • kandyd.a Notting_hill 28.02.08, 23:42
          Hehe, no proszę.
          Zaczynam dyskusję o wychowaniu i dowiaduję się że jestem niedowartościowana big_grinbig_grinbig_grinbig_grin
          Boki zrywać...

          A tak serio - z tym przepraszaniem chodziło o to, że nie umiałam idealnie swoich
          odczuć ubrać w słowa, wypowiedź wydawała mi się dosyć chaotyczna i za to
          przepraszałam.

          Natomiast co do moich domniemanych kompleksów (hehe) - dziękuję za troskę,
          wszystko ok. Wychowano mnie właśnie w duchu "Kochamy cię, ale znaj swoje
          miejsce" i raczej nie mam w związku z tym problemów z osobowością smile
          Widzę je natomiast (te problemy) u dzieci, które w domach stawia się na
          piedestale i wokół nich toczy się 100% życia rodzinnego i okołorodzinnego.

          Pozdrawiam serdecznie.
          Srebrnarybka i Babcia47 - dziękuję wam za celne wypowiedzi!
          • babcia47 Re: Notting_hill 28.02.08, 23:53
            cała przyjemnośc po mojej stronie, świetny temat smile
          • srebrnarybka Re: Notting_hill 29.02.08, 00:00
            ja również dziękuję za uznanie, co znacząco poprawi moją samoocenę.
          • notting_hill Re: Notting_hill 29.02.08, 13:36
            Wywołana do tablicy odpowiadam, bo dopiero dzisiaj udało mi się
            prześledzić całość dyskusji.

            W moim odczuciu cały czas mówimy tu o takim wychowaniu dzieci, które
            jako skutek da komunikat, że dzieci są ważne takie jakie są, ale że
            inni ludzie (np. rodzice) są tak samo ważni. Ludzie, nie sprawy (a
            więc nie pranie, sprzątanie itd.). Bo w ostatecznym rozrachunku to
            te odczucia pozostają w nas do końca życia, a nie pamięć o tym, że
            obiad był na stole wtedy kiedy być "powinien".

            Komunikat dla małego dziecka pt. Ty teraz się pobaw bo ja mam swoje
            (ważniejsze w domyśle) sprawy powoduje, że dziecko myśli sobie że
            jest mniej ważne niż te "sprawy". I nie ma tu znaczenia czy matka
            uważa że ono "powinno" rozumieć, albo czy oczekuje że ono zrozumie.
            Tyle. Nie ma tu żadnego znaczenia czy jest to racjonalne czy nie.
            Uczucia jak wiadomo, są jakie są.

            Napisawszy to, co wyżej wcale też nie uważam, że "stawianie dzieci
            na piedestale" jako coś odwrotnego jest słuszne. Bo takie działanie
            wcale nie musi oznaczać komunikatu: jesteś dla mnie ważny i kocham
            cię takim jaki jesteś. Dzieci, którym nie stawia się granic, wcale
            nie czują się bardziej kochane niż te, które granice mają postawione.

            Ale będę się bronić swojego poglądu, że moje pokolenie (dzisiejszych
            40- latków) zostało wychowane w poczuciu, że jest mnóstwo "spraw"
            ważniejszych (bo był kryzys, bo było trudno, itd.). Oczywiście
            wcześniej też tak było, ale my byliśmy takim
            pokoleniem "granicznym". Dzieci "musiały" zrozumieć. Jak to się
            odbiło na dorosłych ludziach, trzeba by zapytać psychologów
            społecznych. Moje osobiste odczucie jest takie, że mamy masę
            kompleksów, nie jesteśmy asertywni (chociaż owszem, kłócić się
            umiemy smile), no i emocje często biorą górę. Emocje, których źródło
            leży gdzieś w zranieniach dzieciństwa. Tak, generalizuję, ale trudno
            inaczej odnieść się do pewnych zjawisk jako całości.

            Nikt nie napisał, Droga Autorko Wątku, że masz niskie poczucie
            własnej wartości, ale to drobne, małe słówko jakby spięło klamrą tę
            dywagację, i mnie tak jak krwawejkornelii nie uszło uwagi.

            A w ogóle dyskusja świetna.
            • srebrnarybka Re: Notting_hill 29.02.08, 13:59
              > W moim odczuciu cały czas mówimy tu o takim wychowaniu dzieci,
              które
              > jako skutek da komunikat, że dzieci są ważne takie jakie są, ale
              że
              > inni ludzie (np. rodzice) są tak samo ważni. Ludzie, nie sprawy (a
              > więc nie pranie, sprzątanie itd.). Bo w ostatecznym rozrachunku to
              > te odczucia pozostają w nas do końca życia, a nie pamięć o tym, że
              > obiad był na stole wtedy kiedy być "powinien".

              - ważni są oczywiście ludzie, a nie sprawy, ale ludzie wyrażają się
              poprzez działanie. I dobrze, żeby dzieci zrozumiały, że nie całe
              działanie rodziców dotyczy ich, to tak po prostu jest i nie ma
              powodu udawać przed dziećmi, że jest inaczej.

              > Ale będę się bronić swojego poglądu, że moje pokolenie
              (dzisiejszych
              > 40- latków) zostało wychowane w poczuciu, że jest mnóstwo "spraw"
              > ważniejszych (bo był kryzys, bo było trudno, itd.). Oczywiście
              > wcześniej też tak było, ale my byliśmy takim
              > pokoleniem "granicznym". Dzieci "musiały" zrozumieć. Jak to się
              > odbiło na dorosłych ludziach, trzeba by zapytać psychologów
              > społecznych. Moje osobiste odczucie jest takie, że mamy masę
              > kompleksów, nie jesteśmy asertywni (chociaż owszem, kłócić się
              > umiemy smile), no i emocje często biorą górę. Emocje, których źródło
              > leży gdzieś w zranieniach dzieciństwa. Tak, generalizuję, ale
              trudno
              > inaczej odnieść się do pewnych zjawisk jako całości.

              jesteśmy w tym samym wieku mniej więcej i nie uważam, żeby moje
              pokolenie miało masę kompleksów wynikających z tego, że były sprawy
              ważniejsze. Jeżeli ktoś ma kompleks, to jego sprawa. Raczej
              powinniśmy być dumni, ze wychowując się w trudnych warunkach
              wyszliśmy na ludzi. Że nie uczono nas asertywności - może lepiej, bo
              w kontaktach z młodszymi ludźmi częśto sie zastanwiam, gdzie konczy
              się asertywność, a zaczyna zwykłe chamstwo.

              Takżę sławetne przeprosiny autorki wątku uważam za zupełnie
              naturalny wyraz szacunku wobec osób, które poświęcają jej uwagę i
              wolę żyć wśród ludzi, którzy takie formy zachowują niż wśród
              asertywnych.
              • gaja78 Re: Notting_hill 29.02.08, 14:18
                srebrnarybka napisała:

                > jesteśmy w tym samym wieku mniej więcej i nie uważam, żeby moje
                > pokolenie miało masę kompleksów wynikających z tego, że były sprawy
                > ważniejsze. Jeżeli ktoś ma kompleks, to jego sprawa. Raczej
                > powinniśmy być dumni, ze wychowując się w trudnych warunkach
                > wyszliśmy na ludzi. Że nie uczono nas asertywności - może lepiej, bo w
                kontaktach z młodszymi ludźmi częśto sie zastanwiam, gdzie konczy się
                asertywność, a zaczyna zwykłe chamstwo.
                > Takżę sławetne przeprosiny autorki wątku uważam za zupełnie
                > naturalny wyraz szacunku wobec osób, które poświęcają jej uwagę i
                > wolę żyć wśród ludzi, którzy takie formy zachowują niż wśród
                > asertywnych.

                A nie wydaje ci się, że wynikiem kompleksów mogą być przerabiane w tym wątku:
                - powielanie stereotypu "matki umęczonej" ?
                - destrukcyjny wpływ przechwałek super-matek na poczucie wartości kobiet
                będących matkami przeciętnymi (ja co prawda takich nie znam, ale pisałaś, że
                takie istnieją) ?
                • srebrnarybka Re: Notting_hill 29.02.08, 15:01
                  Stereotyp umęczonej matki prezentują współczesne super-matki, które
                  obnoszą się z tym, ile to one robią dla swoich dzieci, spełniając
                  często zupełnie wydumane ich potrzeby (usypianie 11latki, karmienie
                  piersią przez 4 lata etc.), a czasem wręcz szkodząc dziecku przez
                  nadopiekuńczość. Sądzę, że matki w pokoleniu moich rodzców, mimo, że
                  stały jeszce w kolejkach i miały znacznie mniej udogodnień w
                  gospodarstwie domowym, niż dzisiejsze, były mniej umęczone, bo
                  starały się spełniać potrzeby swoich dzieci, a nie być 24 godziny
                  ich zabawką, jak dzisiejsze. I miały rozmaite powody do satysfakcji
                  życiowej: nie tylko sukcesy wychowawcze (oczywiście też porażki, ale
                  to i dziś się zdarza), ale też prowadzenie domu, o ileż trudniejsze
                  praca zawodowa, małżeństwo, jakieś zainteresowania... Dzisiejszej
                  matce w zasadzie nie wolno się w takie sprawy angażować,
                  przynajmniej uczuciowo, bo dziecko jest ważniejsze od wszystkiego,
                  nawet męża. Także szczere przyznanie się przed sobą, że
                  niektóre obowiazki domowe i macierzyńskie są męczące, w pokoleniu
                  moich rodziców raczej
                  rozładowywało zwiazane z tym napięcia. Nikt nie udawał, że karmienie
                  piersią jest samą przyjemnością i nie męczy, a matka karmiąca mogła
                  czuć się doceniona przez otoczenie, które wiedziało, że ponosi ona
                  trud dla swojego dziecka. Dziś, wskutek "terroru laktacyjnego" matka
                  nie tylko musi karmić dłużej niż kiedyś, ale poza tym nie może
                  przyznać, że jest tym zmęczona, tylko musi jeszcze okazywać radość,
                  bo unaczej jest wyrodną matką. Tak więc to raczej dzisiaj wymaga się
                  od matki umęczenia się wychowaniem dziecka.
                  Co zaś natomaist do gotowości do poświęceń w kotekście karminia
                  piersią: miłość do drugiej osoby polega m. in. na gotowości do
                  poświęceń. Na tym formu często myli się miłość z czułością. Uznaje
                  sie, że matka
                  kocha dziecko, bo często je przytula. Oczywiście miłość inspiruje do
                  czułości, ale czułość nie wyczerpuje pojęcia miłość. Nie jestem
                  pewna, czy matka, która wyłącznie dla włąsnej wygody, bez istotnych
                  przyczyn, reygnuje z karmienia piersią niemowlaka narażając w ten
                  sposób jego zdrowie, a zarazem dużo i często go przytula, bo sprawia
                  jej to przyjemność, rzeczywiście kocha to dziecko. Bo miłość to
                  dbanie o czyjeś dobro, zaś ta matka dba przede wszystkim o własną
                  przyjemność i wygodę.
                  I jeszcze jedno: dobro nie zawsze musi być równoznaczne z
                  przyjemnością. Dziecko, któremu matka orgnaizuje samodzielną zabawę,
                  bo musi dla niego ugotować obiad, może zostaje pozbawione
                  przyjemności zabawy z matką, ale doznaje dobra, jakim jest właściwe
                  odżywaianie. Człowiek oczywiście powienien doznawać przyjemności i
                  rodzice powinni sprawiać przyjemności swoim dzieciom, Ale to nie
                  znaczy, że dziciśtwo ma być jedną, wielką, nieprzerwaną
                  przyjemnością.
                  • croyance Re: Notting_hill 27.12.08, 19:20
                    Boze, jak to przyjemnie poczytac, jak ktos logicznie mysli smile
              • notting_hill Re: Notting_hill 29.02.08, 15:39
                srebrnarybka napisała:

                > jesteśmy w tym samym wieku mniej więcej i nie uważam, żeby moje
                > pokolenie miało masę kompleksów wynikających z tego, że były
                sprawy
                > ważniejsze. Jeżeli ktoś ma kompleks, to jego sprawa. Raczej
                > powinniśmy być dumni, ze wychowując się w trudnych warunkach
                > wyszliśmy na ludzi. Że nie uczono nas asertywności - może lepiej,
                bo
                > w kontaktach z młodszymi ludźmi częśto sie zastanwiam, gdzie
                konczy
                > się asertywność, a zaczyna zwykłe chamstwo.
                >
                > Takżę sławetne przeprosiny autorki wątku uważam za zupełnie
                > naturalny wyraz szacunku wobec osób, które poświęcają jej uwagę i
                > wolę żyć wśród ludzi, którzy takie formy zachowują niż wśród
                > asertywnych.

                No i właśnie: jeśli asertywność rozumiesz jako coś równoznacznego z
                chamstwem, to nie będę Cię nawracać, że jesteś w błędzie. Zresztą
                wiele tu na różnych forach ludzie napisali na ten temat, nie ma
                chyba sensu wałkować tego ponownie. Masz naturalnie prawo do swojego
                oglądu rzeczywistości, ale ja się z tym z całym szacunkiem nie
                zgadzam.

                I nie zgodzę się, że wyszliśmy na ludzi. Czyli co, wszyscy jesteśmy
                tacy super? A skąd się bierze tyle zapiekłej złości w przestrzeni
                publicznej, kopania się po kostkach, obrażania na byle krzywe
                spojrzenie? Ktoś może powiedzieć: to nie ja. Ale przecież czyż nie
                tak można opisać pewną zbiorowość ludzi aktualnie będących w sile
                wieku?

                I naturalnie chamstwo jest powszechne. Na ten temat też już wiele
                diagnoz było, ale jakoś nie mam odwagi przeciwstawić swojego
                pokolenia jako tego "cywilizowanego" następnym "dzikim". A "dzikim"
                dzięki temu osławionemu "bezstresowemu wychowaniu" (tak jak naród to
                powszechnie pojmuje). Jakoś za prosta mi się ta diagnoza widzi...
                Na moje rozumienie sytuacji, najpierw trzeba mieć w sobie
                przekonanie, że jestem ok i ten drugi też jest ok (czyli mieć w
                sobie głęboko zintegrowane poczucie swojej odrębności i wartości),
                żeby traktować drugiego z szacunkiem, a nie w każdej osobie widzieć
                okazję do kompesowania swoich głebokich ran tkwiących w
                podświadomości. Większość niestety woli na każdy, niewinny nawet
                przejaw naruszania własnych granic reagować agresją, sarkazmem, bądź
                w najlepszym razie poczuciem skrzywdzenia.

                To tak trochę z boku wątku, ale ciągle na temat smile
                • srebrnarybka Re: Notting_hill 29.02.08, 15:58
                  > No i właśnie: jeśli asertywność rozumiesz jako coś równoznacznego
                  z
                  > chamstwem, to nie będę Cię nawracać, że jesteś w błędzie. Zresztą
                  > wiele tu na różnych forach ludzie napisali na ten temat, nie ma
                  > chyba sensu wałkować tego ponownie.

                  - ja odróżniam asertywność od chamstwa, ale znam wiele wypadków, gdy
                  zwykłe chamstwo usprawiedliwiano asertywnością. I dlatego uważam, że
                  lepiej wychować ludzi przesadnie mało asertywnych, niż przesadie,
                  czyli po chamstu asertywnych.

                  Masz naturalnie prawo do swojego
                  > oglądu rzeczywistości, ale ja się z tym z całym szacunkiem nie
                  > zgadzam.
                  - uważaj z tą kurtuazją, bo reszta forum, z wyjątkiem paru osób
                  myślących podobnie, jak ja, sflekuje Cię za niską samoocenę i brak
                  szacunku dla samej siebie. Jezeli jesteś pewna swoich pogladów, to
                  zdaniem "asertywnych" nie powinnaś się ceregielić z kimś, kto Twoich
                  poglądów nie podziela, bo to zbędna mięczakowatość przejaw
                  kompleksów.

                  I nie zgodzę się, że wyszliśmy na ludzi. Czyli co, wszyscy jesteśmy
                  > tacy super? A skąd się bierze tyle zapiekłej złości w przestrzeni
                  > publicznej, kopania się po kostkach, obrażania na byle krzywe
                  > spojrzenie? Ktoś może powiedzieć: to nie ja. Ale przecież czyż nie
                  > tak można opisać pewną zbiorowość ludzi aktualnie będących w sile
                  > wieku?

                  - nie jesteśmy super, ale też nie jesteśmy gorsi od poprzednich
                  pokoleń. Żadna populacja nie skłąda się z samych aniołów, z
                  wyjątkiem mieszkańców Nieba (to zresztą chyba nie populacja, które
                  to słowo pochodzi od łacińskiego populus - lud, bo chyba aniołów
                  ludem nie uchodzi nazywać). Natomiast nie zgadzam się z poglądem, że
                  nasze pokolenie składa się z samych dewiantów i frustratów, co było
                  wynikiem zaniedbywania nas przez rodziców w dzieciśtwie. Są wśród
                  nas ludzie przyzwoici i świnie, jak w każdym ludzkim stadzie, ale to
                  już kwestia moralnego wyboru każdego z nas. Poza tym wychowywanie
                  polegające na tym, że rodzice wskazywali system wartości, wyznaczali
                  cele życiowe i podejmowali wiele decyzji, nie był wynalazkiem
                  pokolenia nasyzch rodziców, ale trwał od wieków, chociaż jego
                  szczegóły się zmieniały. Nie twierdzę, że był idealny, ale nie
                  zgodzę się z poglądem, że cała ludzkość od Adama i Ewy aż do naszego
                  pokolenia włącznie składa się frustratów zakomplekaiałych z tego
                  powodu, że rodzice nie bawili się z nimi w dzieciństwie przez 24
                  godziny, tylko czasem zajmowali sie też innymi sprawami.
                  • notting_hill Re: Notting_hill 29.02.08, 17:48
                    > - uważaj z tą kurtuazją, bo reszta forum, z wyjątkiem paru osób
                    > myślących podobnie, jak ja, sflekuje Cię za niską samoocenę i brak
                    > szacunku dla samej siebie. Jezeli jesteś pewna swoich pogladów, to
                    > zdaniem "asertywnych" nie powinnaś się ceregielić z kimś, kto
                    Twoich
                    > poglądów nie podziela, bo to zbędna mięczakowatość przejaw
                    > kompleksów.

                    Mnie to nie przeszkadza. To tylko opinie, nie znanych mi na dodatek
                    ludzi. Wszystkim i tak się nie spodobam, więc biorę to na klatę... i
                    wiem swoje smile.

                    A polemizując z Tobą trochę bardziej poważnie-
                    Prawda, że obecnie macierzyństwo jest dla niektórych osób MISJĄ. Ale
                    to przecież kwestia naszego wyboru czy poddamy się tej presji. Od
                    razu może się przyznam: czasem usypiam swoją 11-latkę smile. Jeśli
                    akurat mam na to ochotę (bo też się lubię poprzytulać). Na pewno nie
                    robię tego wbrew sobie, dla świętego spokoju i żeby szybko mieć to z
                    głowy.

                    Masz dużo racji w tym, że kiedyś ludzie byli bardziej zrelaksowani w
                    podejściu do dzieci, bo też i oczekiwania nie były wygórowane.
                    Dzieci miały być grzeczne (czyli powinny siedzieć cicho i nie
                    naprzykrzać się za bardzo), nakarmione i czysto odziane, a jak
                    jeszcze dobrze się uczyły, to był pełen sukces. Ja wychowałam się w
                    przywoitym, inteligenckim domu, jednak w moim odbiorze rodzice byli
                    emocjonalnie mało dostępni, zajęci swoimi sprawami (pracą i
                    rozrywkami), do czego naturalnie mieli prawo, ale ja jako dziecko
                    odbierałam to jako rodzaj porzucenia. Żeby nie było wątpliwości- nie
                    wyrażam tu żalu do swoich rodziców, bo każdy rodzic w pewien
                    sposób "krzywdzi" swoje dziecko i jestem swoim rodzicom za bardzo
                    wiele rzeczy głeboko wdzięczna. Bardzo ciepło natomiast wspominam
                    swojego dziadka, pewnie za bezwarunkową akceptację.
                    Mam wrażenie, że takie doświadczenie jest udziałem bardzo wielu
                    ludzi, i wcale nie oceniam tego jako coś negatywnego. Nie mamy
                    żadnej, ale to żadnej pewności, że te matki skupione obecnie
                    wyłącznie na swoich dzieciach nie robią im czegoś podobnego a
                    rebours.

                    A to o wychodzeniu na ludzi- ja nie odniosłam tego do wyznawanych
                    wartości, tego w ogóle nie oceniam, bo i to nie jest przedmiotem
                    tego wątku.
                    Bo można przecież być porządnym człowiekiem, ale szantażystą
                    emocjonalnym w stosunku do swoich bliskich. Albo wieczną ofiarą. Ja
                    raczej o tych brakach pisałam.

                    Aha, i IMO wyrażenie "po chamsku asertywny" jest oksymoronem smile
                    • babcia47 Re: Notting_hill 29.02.08, 18:41
                      >bo każdy rodzic w pewien sposób "krzywdzi" swoje dziecko
                      Nie tyle krzywdzi ile ma "dobre chęci" (wiadomo co nimi wybrukowane)
                      ale b.często nie bierze pod uwagę czy jest to zgodne z odczuciami i
                      prawdziwym dobrem dziecka.
                      Ja jestem produktem rodziców mających odmienne podejście do dziecka:
                      ojciec byl tym, który bardzo dużo ze mna rozmawiał, spędzał ze mna
                      każdą wolną chwile i nie tylko stymulował moją samodzielnośc,
                      chwalił za osiągane sukcesy i zawsze je nagradzał choćby dobrym
                      słowem i widocznym na jego twarzy poczuciem dumy. Zawsze i wszędzie
                      potrafił mnie przytulić, pocałować i zawsze widziałam że jestem jego
                      oczkiem w głowie. Nauczył mnie że jak mam dwie ręcę i głowe na karku
                      to jestem w stanie zrobić wszystko, nauczył szanować wiedzę i że
                      trzeba sie uczyć całe życie, jeżeli czegoś zabraniał to był do tego
                      poważny powód a jeżeli do czegoś mnie nakłaniał to dlatego, ze to
                      dobre dla mnie..np. dobre wyniki w nauce, bo to mi ułatwi zycie.
                      Moja mama za to byłą (i jest) typem wiecznej kwoki, zakompleksionej
                      mamuśki, która najchętniej schowałaby mnie pod spódnicę i kierowała
                      moim życiem nawet teraz kiedy sama jestem babcią! Niewiele mnie
                      nauczyła, bo wg niej miałam sie "tylko uczyć", długi czas nie miała
                      wobec mnie żadnych wymagań a wrecz strofowała ojca kiedy ten uczył
                      mnie czegoś "praktycznego", wytrząsała sie nade mną, hamowała a
                      często wręcz unieszczęśliwiała bo nie pozwalała mi na coś..z powodu
                      swojego(!) strachu o mnie. Niestety ojciec przez jakiś czas w domu
                      bywał raz na dwa tygodnie i nie miał mnie kto "bronić". Mama też
                      wymagała ode mnie np. dobrych wyników w nauce..ale dlatego, żeby
                      mieć się czym chwalić przed koleżankami czy rodziną..przeze mnie
                      realizowała własne marzenia..moje porażki były kwitowane "co ludzie
                      powiedzą" a co mnie to obchodziło na dobrą sprawę??? Próbowała też
                      na każdym kroku stosować wobec mnie szantaż emocjonalny.. Kiedy
                      miałam 13 lat nagle usłyszała, ze córki koleżanki wszystko za nią
                      robią w domu i zaczęłą wymagać tego odemnie..zapomniała tylko, że
                      wielu rzeczy mnie nie nauczyła!! Owszem podejmowałam próby, ale
                      kiedy widziałam jej kpiace uśmiech w reakcji na moją
                      nieporadność..po prostu ustawiłam się "bokiem" i odmówiłam
                      współpracy. Życie uzupełniło później samo wszystkie te braki..ale..
                      I kiedy tak tu sobie piszemy o wzorcach wychowania to ja wzoruje się
                      na tym, który wobec mnie stosował mój ojciec i taki sposób
                      stosowałam przy wychowywaniu własnych dzieci..natomiast obecne
                      metody kojarzą mi się z tymi, które stosowała moja
                      mama..nadopiekuńczość i hamowanie rozwoju dziecka przez brak
                      szacunku do małego człowieka, brak zaufania, ze może się wielu
                      rzeczy nauczyć i że myśli!!! i czesto przelewanie własnych lęków na
                      dziecko, a przez to hodowanie go pod kloszem..bardzo czesto to
                      rodzice są tymi, którzy nie potrafią odciąć pępowiny dziecku..i
                      staraja się wydłużyć jego dzieciństwo do absurdu i ponad wszelką
                      miarę!!
                    • srebrnarybka Re: Notting_hill 29.02.08, 19:10
                      > Mnie to nie przeszkadza. To tylko opinie, nie znanych mi na
                      dodatek
                      > ludzi. Wszystkim i tak się nie spodobam, więc biorę to na klatę...
                      i
                      > wiem swoje smile.

                      - Twoja broszka. Ja taką kurtuazję odbieram sympatycznie, ale
                      wiadomo, że ja jestem zakompleksioną frustratką, ponieważ bawiłąm
                      się sama, kiedy mama gotowała obiad i nie wypadłam z tego powodu
                      przez okno. Więc moja opinia nie jest miarodajna. Jeżeli podzielasz
                      poglady moich oponentek, to, aby być konsekwentną, nie powinnaś się
                      tak ceregielić.

                      Prawda, że obecnie macierzyństwo jest dla niektórych osób MISJĄ.

                      - w czasach, o których piszę, macierzyństwo było znacznie bardziej
                      misją, niż dziś. Bo misja to uświęcone zadanie do wykonania. Misja
                      polegała na tym, by przygotować dziecko do życia w świecie zgodnie z
                      własnym systemem wartości, by dzięki temu, jako człowiek dorosły,
                      było osobą wartościową i szczęśliwą. Jasny był cel zadania, początek
                      i koniec i z grubsza środki niezbędne do osiągnięcia tego celu. I
                      celem tym nie była przyjemność ani satysfakcja super-matki, tylko
                      dobro dziecka.
                      Teraz macierzyńtwo nie jest żadną misją, bo nie służy wychowaniu
                      człowieka do samodzielnego życia i nauczeniu go pewnych wartości.
                      Macierzyństwo ma być zabawą, zarówno dla matki, jak i dla dziecka. I
                      na dodatek taką zabawą, która zwalnia z wszystkich innych obowiażków
                      i z życia towarzyskiego. I wlaściwie rola matki, cąły czas zajętej
                      zabawą z dzieckiem, różni się od dziecka dwienia rzeczami: 1. tym,
                      że to zawsze dziecko decyduje, w co się będziemy bawić i co akurat
                      dziecku sprawia przyjemność, a jakąś zabawę może odrzucić. Matce zaś
                      każda zabawa z dzieckiem, której dziecko sobie zażyczy, ma sprawiać
                      bezgraniczną przyjemność. I po drugie: biada matce, jeżeli dziecko w
                      trakcie zabawy nabije sobie guza, nie mówiąc o czymś poważniejszym.
                      Poza tym świat nie istnieje. Trudno ten stan nazwać misją. Ale
                      niektóre matki tak właśnie widzą swoją rolę i znajdują w tym
                      przyjemność, albo, co bardziej prawdopodobne, ulegając ogólnej
                      presji, udają, że znajdują. Co gorsza, jak słyszę, robią w zasadzie
                      tylko to, co im sprawia przyjemność. Piszesz o tym, że czasem
                      usypiasz 11latkę, bo sprawia Ci to przyjemność. A czy to sprawia
                      przyjemność córce? Bo mnie by raczej zawstydzało. I jak odbije się
                      to na jej psychice? Gaja78 napisała, że nie karmiła piersią
                      pierwszego dziecka, bo ją to męczyło i nie sprawiało przyjemności.
                      Że nie sprawiało przyjemności, chętnie wierzę, ale czy pomyślała nad
                      skutkami dla zdrowia dziecka? Ano nie, bo relacja mamusi z dzieckiem
                      polega na zabawie w dwie strony. Nazywanie tego misją jest grubą
                      przesadą. To jest zabawa lalkami, a nie misja ani macierzyństwo.

                      > Masz dużo racji w tym, że kiedyś ludzie byli bardziej zrelaksowani
                      w
                      > podejściu do dzieci, bo też i oczekiwania nie były wygórowane.
                      > Dzieci miały być grzeczne (czyli powinny siedzieć cicho i nie
                      > naprzykrzać się za bardzo), nakarmione i czysto odziane, a jak
                      > jeszcze dobrze się uczyły, to był pełen sukces.

                      - oczekiwania były dużo większe. Bo dzieci miały nie tylko spełniać
                      swoje obowiązki po to, bo w przyszłości być wartościowymi ludźmi,
                      zatem już szkoła była zaczątkiem życiowego powołąnia, ale miały też
                      troszczyć się o innych ludzi i czynić wszystkim dobro. Dzisiaj się
                      tego nie wymaga. Synek KrwawejKornelii jest uczony, że wola może
                      zalać sąsiadów bo skoro my się dobrze bawimy, to sąsiadów możemy
                      mieć w nosie. Kiedyś uczono dzieci, że należy szanować także
                      interesy sąsiadów, a także innych, obcych ludzi.

                      Ja wychowałam się w
                      > przywoitym, inteligenckim domu, jednak w moim odbiorze rodzice
                      byli
                      > emocjonalnie mało dostępni, zajęci swoimi sprawami (pracą i
                      > rozrywkami), do czego naturalnie mieli prawo, ale ja jako dziecko
                      > odbierałam to jako rodzaj porzucenia. Żeby nie było wątpliwości-
                      nie
                      > wyrażam tu żalu do swoich rodziców, bo każdy rodzic w pewien
                      > sposób "krzywdzi" swoje dziecko i jestem swoim rodzicom za bardzo
                      > wiele rzeczy głeboko wdzięczna.

                      - nie znam Twoich rodziców i Twojego domu, ale moi rodzice, mimo, że
                      też byli zajęci swoimi sprawami, byli nawet nadopiekuńczy, chociaż
                      wg dzisiejszych standardów cięzko mnie zaniedbywali. I np. co do
                      rozrywek: zawsze podkreślam, że wychodzenie rodziców wieczorem raz
                      na jakiś czas do teatru dało mi więcej, niż gdyby z tego
                      zrezygnowali, by posiedzieć ze mną. Bo wieczór spędzony raz na jakiś
                      czas bez rodziców (oczywiście pod opieką, dopóki tego wymagałam) nie
                      był żadną stratą, z rodzicami byłby jeszcze jednym więcej, zwykłym
                      wiecozrem, a dzięki stałemu zwyczajowi dowiedziałam się, że ludzie
                      kulturalni chodzą do teatru. Rodzice zawsze potem opowiadali mi
                      sztukę, na krórej byli i dzięki temu nauczyłaś się, że istnieje taka
                      sfera życia.
                      Oczywiście dzisiaj rodzicom nie wypada chodzić do teatru, jak mają
                      małe dziecko, bo przecież nie można zostawić go babci ani nikomu
                      innemu pod opiekę, bo będzie się czuło porzucone, uzna, że teatr
                      jest ważniejszy od niego etc. etc.

                      Bardzo ciepło natomiast wspominam
                      > swojego dziadka, pewnie za bezwarunkową akceptację.
                      - ja nie miałam dziadka (obaj zginęli w czasie wojny), ale miałam
                      bardo ciepłą babcię. Też ją miło wspominam, ale doskonale
                      odróżniałam, że nie babcia jest od ustalania porządków, że zabawa z
                      babcią (częsta) to taki przerywnik, a jednak najważniejs są rodzice,
                      chociaż ojciec spedzął ze mną znacznie mniej czasu niż babcia. Ale
                      miałam poczucie, że to ojciec mnie wydhowuje (razem z matką), a nie
                      babcia.
                      • notting_hill Re: Notting_hill 29.02.08, 20:32
                        >Jeżeli podzielasz
                        > poglady moich oponentek, to, aby być konsekwentną, nie powinnaś
                        się
                        > tak ceregielić.

                        Hm, ale ja lubię się ceregielić, jak to ujęłaś i nawet nie zależy mi
                        specjalnie na byciu konsekwentną. Przecież mogę, prawda?

                        > wiadomo, że ja jestem zakompleksioną frustratką, ponieważ bawiłąm
                        > się sama, kiedy mama gotowała obiad i nie wypadłam z tego powodu
                        > przez okno. Więc moja opinia nie jest miarodajna.

                        Dla mnie wyrażasz swoje opinie, może nie do końca zbieżne z moimi,
                        ale nie próbowałabym tego tak etykietować. I myślę, że opinia
                        KAŻDEGO jest miarodajna, bo jego własna. Jak to leci? "Słuchaj też
                        głupców i ignorantów, bo oni też mają swoją opowieść". Broń Boże, to
                        nie do Ciebie, z tymi głupcami! Tylko jakby dowód na to, że KAŻDY
                        wart jest wysłuchania.
                        Mówimy o podobnych rzeczach, ale na zupełnie różnych płaszczyznach.
                        A co więcej, jestem pewna, że i tak w ogólnych zarysach się
                        zgadzamy smile.

                        > celem tym nie była przyjemność ani satysfakcja super-matki, tylko
                        > dobro dziecka.
                        Ejże, czy w każdym wypadku? Zgadzam się, że o przyjemności czy też
                        satysfakcji osobistej nie mogło być mowy, bo w czasach naszego
                        dzieciństwa takie pojęcia łączono z dobrze wykonaną pracą, raczej li
                        i jedynie. Ale już z tym dobrem dziecka to się nie do końca zgodzę.
                        Owszem, ale pod warunkiem, że to dobro było zgodne z odgórnie
                        zdefiniowanym przez tradycje rodzinne i system wartości wzorcem. A
                        szczęście to już w ogóle pojmować można bardzo różnie, więc nawet
                        nie próbuję w to wchodzić.

                        Czy to dobrze czy źle? Nie wiem, teraz jest w każdym razie inaczej.
                        Akcenty w dzisiejszym świecie przesunęły się na indywidualne
                        zaspokojenie potrzeb jednostki. Pewnie minie trochę czasu zanim te
                        tendencje się jakoś wyrownają w ludziach.

                        Mnie tu się jawi jakiś konflikt między umownie nazwijmy to
                        OBOWIĄZKIEM/POWINNOŚCIĄ, a osobistą satysfakcją rozumianą jako coś z
                        obszaru CHCĘ. Nie dziwi mnie to specjalnie, bo dla mnie to też był
                        konflikt, dopiero niedawno udało mi się jakoś te dwie, do tej pory
                        rozdzielone sfery połączyć. Z moich osobistych przemyśleń wynika, że
                        to z powodu wychowania jakie odebrałam.
                        Coś z tych klimatów o których piszesz.

                        Teraz, wydaje mi się, że to rozdarcie dzisiejszych matek polega na
                        tym, że dostają sprzeczne komunikaty z różnych stron i nie każdy
                        umie to sobie jakoś sensownie poukładać. Z jednej strony
                        macierzyństwo jest trudem i wiele rzeczy się musi, nawet jeśli się
                        nie chce, a z drugiej jest ta presja na "bycie spełnionym" czyli
                        zaspokojenie swoich potrzeb.

                        Piszesz o tym, że czasem
                        > usypiasz 11latkę, bo sprawia Ci to przyjemność. A czy to sprawia
                        > przyjemność córce? Bo mnie by raczej zawstydzało. I jak odbije się
                        > to na jej psychice?
                        Usypiam moją córkę (w sensie jestem tylko dla niej przez tę chwilę
                        wieczorem przed zaśnięciem) gdy mnie o to poprosi, a ja akurat też
                        tego chcę. I dlaczego miałoby mnie to zawstydzać? Że wobec własnego
                        dziecka pozwalam sobie na okazywanie/otrzymywanie czułości? Mam
                        nadzieję, że w ten sposób przekazuję jej, że liczę się z jej
                        potrzebami i że są one ważne. A skoro są ważne dla mnie, to będą i
                        dla niej. Ale też wymagam poszanowania dla moich potrzeb, kiedy
                        jestem padnięta albo mam coś pilnego do zrobienia. Uprzedzam
                        ewentualny atak, czym innym jest pozostawienie w takiej sytuacji
                        dziecka 11- letniego, a czym innym dwulatka.

                        Widzisz, mamy podobne doświadczenia z dzieciństwa. Trochę jawią mi
                        się jednak te Twoje wspomnienia jako dość wyidealizowane, bo
                        przecież dziecku trudno jest zracjonalizować sobie, że kiedy rodzice
                        wychodzą do teatru, to dobrze dla niego. Jako dorosła osoba zgodzę
                        się, że to dobrze, bo dziecku krzywda się nie dzieje, a i rodzice
                        mają trochę rozrywki, która im się słusznie należy. Jednak dziecko
                        tego tak nie widzi. Zawsze jest jakoś tam "porzucone" w swoim
                        odczuciu. Musi się jednak z tym pogodzić, żeby dorosnąć. Więc z
                        drugiej strony rezygnowanie ze swojego życia przez rodziców, żeby ze
                        wszelką cenę pozbawić dziecko tej "przykrości" uniemożliwia mu ten
                        rozwój.
                        Po prostu w czasach kiedy nas wychowywano, nikt się tym nie
                        przejmował (bo i o tym nie wiedział?), obecnie przejmujemy się jako
                        rodzice za bardzo, stąd może te sprzeczności.
                        • srebrnarybka Re: Notting_hill 29.02.08, 21:01
                          Hm, ale ja lubię się ceregielić, jak to ujęłaś i nawet nie zależy mi
                          > specjalnie na byciu konsekwentną. Przecież mogę, prawda?

                          - oczywiście możesz, tylko trudno dyskutować, jeśli do końca nie
                          wiem, jakie masz poglądy.

                          > wiadomo, że ja jestem zakompleksioną frustratką, ponieważ bawiłąm
                          > > się sama, kiedy mama gotowała obiad i nie wypadłam z tego powodu
                          > > przez okno. Więc moja opinia nie jest miarodajna.
                          >
                          > Dla mnie wyrażasz swoje opinie, może nie do końca zbieżne z moimi,
                          > ale nie próbowałabym tego tak etykietować.

                          - Ty być może nie, ale z tego, co twierdzą moje oponentki na tym
                          forum, z którymi starasz się utożsamić, wynika, że taką być muszę.

                          > celem tym nie była przyjemność ani satysfakcja super-matki, tylko
                          > > dobro dziecka.
                          > Ejże, czy w każdym wypadku? Zgadzam się, że o przyjemności czy też
                          > satysfakcji osobistej nie mogło być mowy, bo w czasach naszego
                          > dzieciństwa takie pojęcia łączono z dobrze wykonaną pracą, raczej
                          li
                          > i jedynie. Ale już z tym dobrem dziecka to się nie do końca
                          zgodzę.
                          > Owszem, ale pod warunkiem, że to dobro było zgodne z odgórnie
                          > zdefiniowanym przez tradycje rodzinne i system wartości wzorcem. A
                          > szczęście to już w ogóle pojmować można bardzo różnie, więc nawet
                          > nie próbuję w to wchodzić.

                          - Celem czynności rodziców wobec dziecka było umożliwienienie mu w
                          przyszłośći samodzielnego i sensownego życia, a to z pewnością jest
                          dobrem. Natomiast nie zakłądano, że przez całe dzieciństwo rodzice
                          mają obowiązek nieustannie sprawiać dziecku przyjemność. I nie
                          zakładano, że rodzice robią to dlatego, że lubią zajmować się
                          dzieckiem, a pewnych czynności z pewnością nie lubią (np.
                          przewijania czy wstawania w nocy do dziecka), tylko dlatego, że chcą
                          wychować dorosłego człowieka, który sobie w życiu poradzi i przeżyje
                          życie sensownie. Przyjemność, którą sprawiały rodzicom niektóre
                          czynnośći wychowawwcze, była produktem ubocznym. Taki proces z
                          pewnością był misją, ale ważniejsze jest to, że cel tych zabiegów
                          był ODRĘBNY od rodziców. Obecnie celem zabiegów wychowawczych nie
                          jest wychowanie wartościowego i zaradnego czlowieka, ale przyjemność
                          rodziców płynąca z faktu, że mogą przelicytować znajomych i
                          udowodnić, że więcej robią dla dziecka. Samo dziecko schodzi w ten
                          sposób na drugi plan.

                          I dlaczego miałoby mnie to zawstydzać?
                          - mnie zawstydzałoby jako dziecko 11 letnie, gdyby mnie trzeba było
                          usypiać. Zresztą nigdy mnie nie usypiano.

                          Trochę jawią mi
                          > się jednak te Twoje wspomnienia jako dość wyidealizowane, bo
                          > przecież dziecku trudno jest zracjonalizować sobie, że kiedy
                          rodzice
                          > wychodzą do teatru, to dobrze dla niego. Jako dorosła osoba zgodzę
                          > się, że to dobrze, bo dziecku krzywda się nie dzieje, a i rodzice
                          > mają trochę rozrywki, która im się słusznie należy. Jednak dziecko
                          > tego tak nie widzi. Zawsze jest jakoś tam "porzucone" w swoim
                          > odczuciu.

                          - bylam przyzwayczajona do tego, że rodzice nie zawsze spędzają ze
                          mną czas, chociaż spędzali ze mną bardzo dużo czasu, więc nie miałąm
                          powodu czuć się porzucona. Co więcej, stale jednakowe wieczory z
                          rodzicami, podobne do siebie, były dość nudne. Naromiast teatr
                          wiązał się z tym, że rodzice ubierali się elegancko, a następnie
                          zostawałam z babcią, więc było trochę inaczej niż zwykle, a potem
                          rodzice opowiadali mi sztukę, na której byli. Więc i dla mnie była
                          to atrakcja, bo coś się działo, coś bylo inaczej niż zwykle. A przy
                          okazji to coś rozwijało moje horyzonty i pozwalało trenować
                          rozstania z rodzicami. Same pożytki, problemów nie widziałam nawet
                          jako dziecko.
                          • gaja78 Re: Notting_hill 29.02.08, 21:25
                            srebrnarybka napisała:

                            > Obecnie celem zabiegów wychowawczych nie
                            > jest wychowanie wartościowego i zaradnego czlowieka, ale przyjemność rodziców
                            płynąca z faktu, że mogą przelicytować znajomych i udowodnić, że więcej robią
                            dla dziecka. Samo dziecko schodzi w ten
                            > sposób na drugi plan.

                            Kurcze już któryś raz mam ochotę zapytać, skąd bierzesz dane, na podstawie
                            których wyciągasz wnioski dotyczące obrazu współczesnego macierzyństwa. Ja się z
                            czymś takim jak piszesz powyżej jeszcze w życiu nie spotkałam. Gdzie zbierasz
                            swoje obserwacje, jeśli można wiedzieć ?

                            > - mnie zawstydzałoby jako dziecko 11 letnie, gdyby mnie trzeba było
                            > usypiać. Zresztą nigdy mnie nie usypiano.

                            Nigdy cię nie usypiano, więc czułabyś się zawstydzona gdyby nagle zaczęto to
                            robić gdy miałaś 11 lat. To jasne.
                            Kwestia wychowania. Jedni robią tak, inni inaczej. I tyle.
                            • mama303 Re: Notting_hill 29.02.08, 21:58
                              gaja78 napisała:

                              > Kurcze już któryś raz mam ochotę zapytać, skąd bierzesz dane, na
                              podstawie
                              > których wyciągasz wnioski dotyczące obrazu współczesnego
                              macierzyństwa. Ja się
                              > z
                              > czymś takim jak piszesz powyżej jeszcze w życiu nie spotkałam.
                              Gdzie zbierasz
                              > swoje obserwacje, jeśli można wiedzieć ?

                              Też bym chciała wiedzieć bo moim zdaniem to jakieś spaczone
                              wyobrażenie i zbytnie przywiązanie do przeszłosci --to se ne
                              wraci smile. Acha i jeszcze o tych wyjsciach do teatru czy kina - ja
                              mam wrażenie że teraz jest to duzo bardziej powszechne niz kiedyś.
                            • srebrnarybka Re: Notting_hill 29.02.08, 22:20
                              > Obecnie celem zabiegów wychowawczych nie
                              > > jest wychowanie wartościowego i zaradnego czlowieka, ale
                              przyjemność rodz
                              > iców
                              > płynąca z faktu, że mogą przelicytować znajomych i udowodnić, że
                              więcej robią
                              > dla dziecka. Samo dziecko schodzi w ten
                              > > sposób na drugi plan.
                              >
                              > Kurcze już któryś raz mam ochotę zapytać, skąd bierzesz dane, na
                              podstawie
                              > których wyciągasz wnioski dotyczące obrazu współczesnego
                              macierzyństwa. Ja się
                              > z
                              > czymś takim jak piszesz powyżej jeszcze w życiu nie spotkałam.
                              Gdzie zbierasz
                              > swoje obserwacje, jeśli można wiedzieć ?

                              - choćby z Twoich postów.
                              • gaja78 Re: Notting_hill 29.02.08, 23:50
                                srebrnarybka napisała:

                                > - choćby z Twoich postów.

                                Czyli z forum internetowego.
                                Ale bierzesz pod uwagę fakt, jak trudnym medium jest internet i jak łatwo o
                                błędne interpretacje ( na czym sama niejednokrotnie się złapałam choćby w tym
                                wątku w dyskuscji z Babcią) ?
                                • srebrnarybka Re: Notting_hill 01.03.08, 00:14
                                  internet jest rzecyzwiście trudnym medium. Napisałam "choćby", bo
                                  Twoje posty to jeden z wielu przekazów, potwierdzających moje
                                  obserwacje. To, co piszę, to efekt wieloetnich przemyśleń opartych
                                  na dużym doświadczeniu i obserwacjach całej masy znajomych, rozmów z
                                  nimi, lekturze wielu tekstów psychodlogicznych i różnych forów, nie
                                  tylko tego.
                          • notting_hill Re: Notting_hill 29.02.08, 22:51
                            Widzisz chyba rzeczy dość skrajnie, to znaczy albo albo.
                            Nie chcę się z nikim utożsamiać, bliskie moim poglądom (chociaż się
                            z tym nie identyfikuję całkowicie) są wypowiedzi krwawejkornelii i
                            drugiej dziewczyny, która ma w nicku 78 na PEWNE kwestie, nie
                            wszystkie rzecz jasna.
                            Nie ma potrzeby, żeby się dzielić na obozy, na dodatek przeciwne. To
                            nie tworzy porozumienia. A rozmowa ma tworzyć porozumienie, tak to
                            pojmuję. Mimo, że poglądy na pewne kwestie mogą pozostać rozbieżne.

                            > - Celem czynności rodziców wobec dziecka było umożliwienienie mu w
                            > przyszłośći samodzielnego i sensownego życia, a to z pewnością
                            jest
                            > dobrem. Natomiast nie zakłądano, że przez całe dzieciństwo rodzice
                            > mają obowiązek nieustannie sprawiać dziecku przyjemność. I nie
                            > zakładano, że rodzice robią to dlatego, że lubią zajmować się
                            > dzieckiem, a pewnych czynności z pewnością nie lubią (np.
                            > przewijania czy wstawania w nocy do dziecka), tylko dlatego, że
                            chcą
                            > wychować dorosłego człowieka, który sobie w życiu poradzi i
                            przeżyje
                            > życie sensownie. Przyjemność, którą sprawiały rodzicom niektóre
                            > czynnośći wychowawwcze, była produktem ubocznym. Taki proces z
                            > pewnością był misją, ale ważniejsze jest to, że cel tych zabiegów
                            > był ODRĘBNY od rodziców. Obecnie celem zabiegów wychowawczych nie
                            > jest wychowanie wartościowego i zaradnego czlowieka, ale
                            przyjemność
                            > rodziców płynąca z faktu, że mogą przelicytować znajomych i
                            > udowodnić, że więcej robią dla dziecka. Samo dziecko schodzi w ten
                            > sposób na drugi plan.

                            Masz tu rację i jej nie masz zarazem smile. Bo tak: w modelu znanym nam
                            z dzieciństwa taki był cel tych zabiegów, tak jest. Ale już
                            wykonanie bywało różne. I dziecko nie było tu podmiotem. Podmiotem w
                            moim pojęciu był cel. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach tego
                            nie przyzna otwarcie, ale przecież dzieci musiały zasłużyć na miłość
                            swoich rodziców. Poprzez "grzeczne" zachowanie, spełnianie
                            oczekiwań, swoje osiągnięcia. Wtedy były "udane". Ja to tak właśnie
                            postrzegam. To znaczy ja tak miałam.

                            I chyba nie do końca mogę się z Tobą zgodzić, że ludzie to
                            tak "ideowo" robili. Też używali dzieci do zaspokajania swoich
                            ambicji, do wykazania się, w innym trochę kontekście niż teraz, ale
                            jednak.
                            Czas pokaże co było w tym dobre, a co takie sobie. Bo zawsze jest
                            trochę dobrze, a trochę niedobrze. Stąd nie mogę się zgodzić na
                            czarno- białą wizję ról rodzicielskich teraz i kiedyś.

                            Że teraz dzieciom więcej wolno? Owszem, bo wydaje mi się, że
                            uciszanie na siłę dzieci przy stole (pod hasłem: grzeczne dzieci ma
                            być widać, a nie słychać) po to, aby dorosłym było wygodnie, to jest
                            tresura. Że przy tym niektórzy popadają w skrajną pajdokrację- też
                            racja, ale przecież jak ze wszystkim: złoty środek jest najlepszy.
                            Ja myślę, że ludzie tak samo jak kiedyś chcą wychować swoje dzieci
                            na szczęśliwych ludzi, tylko pojęcie szczęścia się nieco zmieniło.
                            No i trochę się ludzie w tym tyglu pogubili.
                            Kiedy tak o tym myślę, przypomina mi się moja przyjaciółka, która ma
                            dwoje dzieci w dolnych stanach szkolnych, które ja odbieram mimo
                            całej mojej tolerancji jako koszmarnie nie ułożone. Brudzące się,
                            taplające we wszystkim, jedzące jak prosięta. Zawsze się zastanawiam
                            czy one są bardziej spontaniczne, a przez to szczęśliwsze niż moje
                            wiecznie czyste i elegancko jedzące dziecko? Więc jednak nie
                            poświęciłam całkowicie swojego "dobrego" wychowania na ołtarzu
                            szczęścia swojego dziecka smile.

                            - mnie zawstydzałoby jako dziecko 11 letnie, gdyby mnie trzeba było
                            > usypiać. Zresztą nigdy mnie nie usypiano.

                            No i może w tym problem. Znaczy nie wiesz jaka to przyjemność, gdy
                            ktoś dla Ciebie ważny jest tylko dla Ciebie, na tę chwilę przed
                            zaśnięciem, kiedy śpiewa Ci coś albo opowiada bajkę, albo po prostu
                            jest. To jest coś z czego można czerpać będąc dorosłym. A wiedząc
                            jakie to uczucie, chcesz dać to swojemu dziecku. Nie z musu, ani
                            dlatego że to jakiś przymus jest, po prostu chcesz zrobić coś
                            fajnego żeby sprawić przyjemność komuś kogo kochasz. Nie widzę
                            zupełnie gdzie może być jakaś pułapka w takim myśleniu.

                            Dla mnie u podstaw takiego postępowania leży przekonanie, że życie i
                            tak jest dość trudne, więc tam gdzie możemy dać sobie odrobinę
                            przyjemności, zróbmy to. Mamy do tego prawo. Bo obowiązków mamy i
                            tak od licha i ciut ciut. Nie wiem, może takie postępowanie da się
                            jakoś wynaturzyć.

                            Obecnie celem zabiegów wychowawczych nie
                            > jest wychowanie wartościowego i zaradnego czlowieka, ale
                            przyjemność
                            > rodziców płynąca z faktu, że mogą przelicytować znajomych i
                            > udowodnić, że więcej robią dla dziecka. Samo dziecko schodzi w ten
                            > sposób na drugi plan.

                            Czyli dowartościowują się za pomocą dziecka, tylko w inny sposób niż
                            robili to nasi rodzice. Metody są inne, ale cel podobny smile.
                            Tyle, że ten cel nie służy społeczeństwu, ale to już zupełnie inna
                            sprawa.




                            • srebrnarybka Re: Notting_hill 01.03.08, 00:11
                              Masz tu rację i jej nie masz zarazem smile. Bo tak: w modelu znanym
                              nam
                              > z dzieciństwa taki był cel tych zabiegów, tak jest. Ale już
                              > wykonanie bywało różne. I dziecko nie było tu podmiotem. Podmiotem
                              w
                              > moim pojęciu był cel.

                              - podmiotem nie był cel ani dziecko, bo one mogły być tylko
                              przedmiotem zabiegów rodziców. Podmiotem byli rodzice. Ale nie o to
                              chodzi. Chodzi o to, że cel wychowania był ODRĘBNY od rodziców, był
                              nim dorosły człowiek mający własne życie, możliwie najsensowniejsze.
                              Obecnie nie stawa się takiego celu. Celem zabiegów rodziców jest
                              możliwien najpełniejsze zaabsorbowanie własnych osób tym, by
                              zapewnić dziecku przyjemnośc tu i teraz. I nic więcej, dalszej
                              perspektywy nie ma.

                              Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach tego
                              > nie przyzna otwarcie, ale przecież dzieci musiały zasłużyć na
                              miłość
                              > swoich rodziców. Poprzez "grzeczne" zachowanie, spełnianie
                              > oczekiwań, swoje osiągnięcia. Wtedy były "udane". Ja to tak
                              właśnie
                              > postrzegam. To znaczy ja tak miałam.

                              - może Ty tak miałaś, ale ja nie. Nawet wtedy, kiedy rodzice karali
                              mnie za jakieś wykroczenie, miałam przekonanie, głębokie
                              przekonanie, że mnie kochają. Zresztą już jako dziecko nie myliłam
                              miłości z czułością. Wiedziałam, że czułość jest jednym z przejawów
                              miłości, ale nie jednym i nie najważnieszym i sama nie wystarczy.
                              Natomiast czułam się kochana, bo wiedziałam, że rodzice o mnie się
                              troszczą, nawet wtedy, gdy nie byli obecni, bo wyszli, o zgrozo, do
                              tego teatru.

                              I chyba nie do końca mogę się z Tobą zgodzić, że ludzie to
                              > tak "ideowo" robili. Też używali dzieci do zaspokajania swoich
                              > ambicji, do wykazania się, w innym trochę kontekście niż teraz,
                              ale
                              > jednak.

                              - Ludzie w pokoleniu naszych rodziców byli wychowywani wg carnej
                              pedagogiki, więc dla nich wartością nie byli oni sami, ale
                              wyświadczanie dobra innym ludziom. Więc dlatego byli zdolni do tego,
                              by "ideowo" wychowywać swoje dzieci po to, by wyświadczyć w ten
                              sposób dobro, a nie zaspokajać egoistyczne potrzeby. Rozumiem, że
                              niektórym osobom, zwłaszca tym z młodszego pokolenia, dla których
                              największą wartością są one same, w ogóle trudno sobie to wyobrazić.
                              Ale tak po prostu było.

                              > Kiedy tak o tym myślę, przypomina mi się moja przyjaciółka, która
                              ma
                              > dwoje dzieci w dolnych stanach szkolnych, które ja odbieram mimo
                              > całej mojej tolerancji jako koszmarnie nie ułożone. Brudzące się,
                              > taplające we wszystkim, jedzące jak prosięta. Zawsze się
                              zastanawiam
                              > czy one są bardziej spontaniczne, a przez to szczęśliwsze niż moje
                              > wiecznie czyste i elegancko jedzące dziecko?

                              - przypuszczam, że dzieci Twojej przyjaciółki nie są szcześliwe, bo
                              taki świat bez żadnych granic i reguł nie daje poczucia
                              bezpieczeństwa. A jeszce bardziej jestem pewna, że nie będą
                              szczęśliwe w przyszłości, gdy zderzą się z koniecznością poddania
                              się jakiejś dyscyplinie. I wtedy będzie tragedia, a Twojemu dziecku
                              będzie łatwiej. Ale widzisz: znowu to samo: Twoja przyjaciółka
                              prawdopodobnie się nad tym nie zastanawia, bo jej nie interesuje,
                              czy jej dzieci są i będą szczęśliwe. Ona jest wartością samą dla
                              siebie, a zgodnie z lansowanymi standardami przyjemność czerpie ze
                              stałego zaaborbowania tymi dziećmi, bo "pbsługa" tkaich dzieci jest
                              bardziej kłopotliwa niż takich, ktore mają trochę dyscyplina. Ona
                              jest cały dzień zajęta np. przebieraniem ich w czyste ubrania albo
                              praeniem tych ubrań i jest z tego powodu szczęśliwa, bo więcej
                              wysiłku poświeća swoim dzieciom niż Ty, więc jest lepszą matką.
                              Szczęście dzieci nie ma żadnego znaczenia.

                              - mnie zawstydzałoby jako dziecko 11 letnie, gdyby mnie trzeba było
                              > > usypiać. Zresztą nigdy mnie nie usypiano.
                              >
                              > No i może w tym problem. Znaczy nie wiesz jaka to przyjemność, gdy
                              > ktoś dla Ciebie ważny jest tylko dla Ciebie, na tę chwilę przed
                              > zaśnięciem, kiedy śpiewa Ci coś albo opowiada bajkę, albo po
                              prostu
                              > jest.

                              - gdyby mnie jako 11latce ktoś śpiewał albo opowiadał bajki na
                              dobranoc, spaliłabym się ze wstydu, bo tak można robić z 5 letnim
                              dzieckiem. 11 latka może chcieć porozmawiac z mamą przed snem, kiedy
                              jest cisza i spokój i można serdecznie porozmawiać, ale nie
                              nazywajmy tego usypianiem. Czytanie bajki na dobraboc to bardzo
                              dobry zwyczaj i cenney rytuał. Krytykowałam nie taki rytuał, ale
                              leżenie z dzieckiem w jednym łóżku i czekanie, aż zaśnie, albo
                              czytnie mu bajek w nieskończoność, bo to tylko przedłuża zaśnięcie.
                              Mnie w dzieciństwie nie usypiano, ale byl wspólny rytuał kończący
                              dzień, mianowice odmawiany wspólnie z mamą przy przyćmionym świetle
                              pacierz, potem mama wychodziła z pokoju i gasiła światło, a ja po
                              jakimś czasie zasypiałam. Aha, i nigdy przebywając sama w pokoju
                              przed zaśniećiem nie wypadłam przez okno.

                              życie i
                              > tak jest dość trudne, więc tam gdzie możemy dać sobie odrobinę
                              > przyjemności, zróbmy to. Mamy do tego prawo. Bo obowiązków mamy i
                              > tak od licha i ciut ciut. Nie wiem, może takie postępowanie da się
                              > jakoś wynaturzyć

                              - przyjemności będziemy sobie robić zawsze, bo to naturalna dążność.
                              I zresztą nic złego. Natomiast mamy naturalną niechęć do spełniania
                              obowiażków, więc dlatego dobrze jest o nich sobie przypominać.

                              Czyli dowartościowują się za pomocą dziecka, tylko w inny sposób niż
                              > robili to nasi rodzice. Metody są inne, ale cel podobny smile.
                              > Tyle, że ten cel nie służy społeczeństwu, ale to już zupełnie inna
                              > sprawa

                              - wyraźnie nie jesteś w stanie zrozumieć, podobnie zresztą jak inne
                              dyskutantki, których poglądy są Ci bliskie, że dla kogoś wartością
                              może być nie on sam, ale dobro wyświadczane innym ludziom, i że może
                              robić coś dla innych ludzi, ktorych kocha, w tym własnych dzieci,
                              nie po to, żeby się dowartościować, tylko dla ich dobra. I trudno mi
                              z tym dyskutować, bo rozmawiamy o siódmym zmyśle.
            • alinawk Re: Notting_hill 29.02.08, 14:42
              > Komunikat dla małego dziecka pt. Ty teraz się pobaw bo ja mam swoje
              > (ważniejsze w domyśle) sprawy powoduje, że dziecko myśli sobie że
              > jest mniej ważne niż te "sprawy". I nie ma tu znaczenia czy matka
              > uważa że ono "powinno" rozumieć, albo czy oczekuje że ono
              zrozumie.
              > Tyle. Nie ma tu żadnego znaczenia czy jest to racjonalne czy nie.
              > Uczucia jak wiadomo, są jakie są.

              Bożżże, w szoku jestem...A mi sie czasami zdarza powiedzieć: idz się
              skarbie sama trochę pobaw, bo ja tu mam coś ciekawego do
              przeczytania, albo jakiś film oglądam...Jak ja tak mogłam skrzywdzić
              własne dziecko...Na pewno teraz myśli że film jest ważniejszy od
              niego...
              • krwawakornelia tak napewno tak czuje, czy mysli nie wiesz... 29.02.08, 23:12
                • kandyd.a Re: tak napewno tak czuje, czy mysli nie wiesz... 01.03.08, 18:34
                  Mam nadzieję, że żartujesz z tym: " tak napewno tak czuje, czy mysli nie
                  wiesz..." smile

                  Czy naprawdę uważasz, że za każdym razem, kiedy wyśle się dziecko, żeby pobawiło
                  się w towarzystwie rówieśników, krzywdzi się jego ego i burzy osobowość? Nie
                  uważasz, że dziecko, zwłaszcza już odchowane, powinno rozumieć, że inni też mają
                  prawo do własnego czasu i własnej przestrzeni? Zdaje mi się, że za każdym razem,
                  kiedy poruszamy tę kwestię masz przed oczami przejaskrawiony obraz tatusia
                  żłopiącego piwo i bezmyślnie gapiącego się w towarzystwie mamusi w TV... Może
                  pozbądź się tej wizji na rzecz spokojnej rozmowy, że np.: mamusia musi teraz
                  zrobić coś ważnego i prosi, żeby synek/córeczka pobawił się klockami. A potem
                  pójdą razem na spacer.
                  Czy to nie jest o wiele rozsądniejsze od rzucania wszystkich obowiązków, żeby
                  tylko zadowolić pociechę?

                  Rodzicielstwo wymaga poświęceń, bo dziecko wymaga uwagi. Ale można wychować
                  potomka w świadomości, że inni mają prawo do swojego życia. Poza tym takie
                  dzieci są dużo bardziej samodzielne.
              • krwawakornelia problem tkwi tez w pewnym micie. 29.02.08, 23:15
                "Czcij ojca i matke swoja"

                I przyjzyjmy sie temu?
                Od malego uczeni jestesmy akceptowac i wybielac absolutnie wszystko,
                co sprzedaja nam rodzice.
                I nawet jako dorosli mamy tendencje do usprawiedliwieniai
                tlumaczenia ich postepowania wobec nas.
                Niektorzy potrafia usprawiedliwic nawet klapsa smile.
                Smutne, ale prawdziwe.

                Co by sie stalo, gdybysmy spojrzeli na naszych rodzicow teraz
                realnie?

                nasz swiat by sie zawalil.
                • srebrnarybka Re: problem tkwi tez w pewnym micie. 01.03.08, 00:21
                  Problem nie tkwi w micie. Napisałam tu same pozytywne reczy o moich
                  rodzicach, ale nie masz pojęcia, ile mam im do zarzucenia. Tylko
                  zupełnie co innego, niż Ty zarzucasz innym matkom i dlatego nie
                  nadeje się to do tego wątku.. A jeśli chodzi o klapsy, które, rzecz
                  jasna, dostwałam, bo w tamtych czasach nikomu nie przychodziło do
                  głowy, że bardzoej humanitarnie jest oblać dziecko zimną wodą,
                  nazywając to przedtem terapią, a nie karą, to 1. wcale nie uważam,
                  że była to najgorsza rzecz, która mnie ze strony rodziców sporkała,
                  2. jeżeli doskonale wiedziałam, za co dostąłam, to miałam poczucie,
                  że świat ma pewnien porządek, za jakąś przewinę dostaje się klapsa i
                  tak jest sprawiedliwie. Nie zalecam klapsów ale tęż nie widzę
                  problemu. Zresztą nie zgodzę się, że cała ludzkość do lat 80tych,
                  kiedy klapsy stały sie zbrodnią, składała się z dewiantów, bo
                  dostawali w pupę. I jeszcze jedno: ciekawa jestem, co za 20 lat
                  powiedzą o Was Wasze dzieci, ktore były dla WAs najważniejsze?
                  • krwawakornelia Ty naprawde nie jestes w stanie zaakceptowac 01.03.08, 22:58
                    pogladow odmiennych do twoich?
                    Jestes wstanie rozpatrywac to tylko pod katem robienia sobie
                    zarzutow?

                    W klapsach, polewniu woda etc. widze duzy problem.

                    Tez jestem ciekawa. Tylko ja nie twierdze ze moje metody wychowawcze
                    sa jedynie sluszne. Dopuszczam bledy.
                    Bladzic jest rzecza ludzka. Bic slabszych np. - nie.

                    • srebrnarybka Re: Ty naprawde nie jestes w stanie zaakceptowac 02.03.08, 01:17
                      Tak samo Ty nie jesteś w stanie zaakceptować moich poglądów. Ale to
                      i tak nie ma znaczenia. Przecież wychowujesz swoje dziecko tak, jak
                      uważasz za słuszne, a ja nie mam możliwości, i zresztą nie
                      próbowałabym Ci tego uiemożliwić, bo uważam, że każdy ma prawo
                      wychowywać dzieci zgodnie z własnym sumieniem. Nie znamy sie poza
                      forum, więc to, co piszę, możesz mieć w głębokim poważaniu.
                      A ja się tylko cieszę, że nie jesteś moją sąsiadką i nie grozi mi
                      zalanie, bo nie przerwiecie zabawy z dzieckiem, by naprawić
                      przysłowiowy kran zalewający moje mieszkanie i zapewne jeszcze inne
                      fantazje Waszego dziecka, które nie liczy się z sąsiadami, a Wy nie
                      powstrzymcie go przed dobrą zabawą kosztem sąsiadów, bo przecież ono
                      jest dla Was ważniejsze, niź sąsiedzi.

                      W klapsach, polewniu woda etc. widze duzy problem

                      - jeśli pamiętasz naszą bardzo długą dyskusję w wątku "terapia
                      wodna", to chyba wiesz, co ja na ten temat myślę. Ale w tamtym wątku
                      wystąpił ten sam problem, co w obecnym: kwestia nazewnictwa. Mnie
                      zirytował nie tylko fakt okrucieństwa dokonanego przez tą polewającą
                      matkę, ale powszechna akceptacja tego przez bezstressowe matki
                      dlatego, że egzekucję nazwano terapią, a nie karą, i wtedy można już
                      było dokonać dowolnego okrucieństwa. Myślę, że gdyby ta matka była
                      świadoma, że wymierza karę, to może by się zastanowila, bo kara z
                      definicji powinna być przykra, ale zarazem sprawiedliwa i adekwatna
                      do przewinienia, więc nie może być zbyt okrutna, a do terapii takie
                      kategorie się w ogóle nie stosują, więc można zastodować najbardziej
                      okrutną terapię nazywając ją terapią, a nie karą.


                      Podzdrawiam i życzę sukcesów wychowawczych
                      • krwawakornelia jestem czlowiekiem powolnym 02.03.08, 15:34
                        i po 2 dniach burzliwych dyskusji wiem jak ujac to o co mi chodzi.

                        jezeli myjemy gary i przychodzi do nas 2 latek i zaczyna jeczec zeby
                        sie z nim pobawic.
                        To wydaje mi sie bledem odsylanie go do pokoju zeby pobawil SIE sam
                        i poczekal az mama skonczy.
                        wydaje mi sie wychowawczo-emocjonalnie-pedagogicznie lepszym
                        zaproponowanie wspolnego mycia garow, ewentualne przerwanie tej
                        czynnosci i pobawienie sie z pociecha, zastanawiajac sie nad
                        przyczyna zachowania naszej pociechy.
                        Bo dzieci nie nudza i nie jecza bez powodu. I moze zastanowilabym
                        sie co zrobic. I dlaczego.
                        • babcia47 Re: jestem czlowiekiem powolnym 02.03.08, 22:02
                          jeżeli uważasz, ze 2 latek nie jest wstanie bez powodu marudzic..to
                          masz racje..prawdopodobnie nudzi się i potrzebuje z Twojej strony
                          inspiracji lub udziału w zabawie..a teraz zastanówmy sie jaki
                          przekaz Ty rzucajac mycie mu dajesz.Pomijam zaproszenie do wspólnego
                          mycia bo na tym etapie pewnie zostały ci tłuste gary i patelnie a
                          tego nigdy swoim dzieciom nie dawałam do mycia ..bo by sobie nie
                          poradziły..a to juz zadna zabawa, zadanie zeby byc zabawne musi
                          zakończyc sie przyjemnościa czyli sukcesem. A więc: dziecko
                          przychodzi i marudzi..pobaw sie ze mna mimo, że jesteś w
                          trakcie "pozytecznej" czynności, nie leżysz do góry brzuchem, nie
                          oglądasz serialu itd. Mały nie wie, że mamy zajęcia to nie jest
                          zabawa..a chyba jest na tyle komunikatywny, że powinien.. Mały nie
                          szanuje Twojego czasu..bo jezeli skonczysz, bedziesz miała dla niego
                          cały pozostały czas..ergo mały nie szanuje tego co robisz i
                          Ciebie..rzucając wszystko dajesz mu przekaz, że tak jest w
                          istocie..niewazne jest co robi mama w tej chwili, wazne jest, że
                          mały przyszedł i pomarudził..za kilka lat pójdzie do przedszkola czy
                          szkoły gdzie go w brutalny sposób nauczą, że inni robią czasem
                          rzeczy ważne(nawet jeżeli o tym nie wie czy tez nikt go nie nauczył)
                          i nalezy to uszanować!
                          > Bo dzieci nie nudza i nie jecza bez powodu.
                          żartujesz prawda?? bo ja mając 5ty krzyzyk na karku czasem się nudzę
                          (ale ja znam powód)dziecko nie musi umieć go zwerbalizowac..ale moze
                          zasugerowane przez mamę temu zaradzić..pobawic sie w cos innego..a
                          jeżeli poczeka jeszcze 5 minut zanim mama skonczy to co zaczęła..to
                          korona mu z głowy nie spadnie, psychozy sie nie nabawi i nie bedzie
                          człowiekiem straconym na zawsze z tego powodu..
                          • mama_kotula Re: jestem czlowiekiem powolnym 02.03.08, 22:43
                            babcia47 napisała:

                            > dziecko przychodzi i marudzi..pobaw sie ze mna mimo, że jesteś w
                            > trakcie "pozytecznej" czynności, nie leżysz do góry brzuchem, nie
                            > oglądasz serialu itd.

                            Szczerze? Prędzej porzuciłabym "pożyteczną czynność" dla zabawy z dzieckiem niż
                            mój odpoczynek, rzeczone leżenie do góry brzuchem czy oglądanie serialu smile)). I
                            moje dzieci dobrze o tym wiedzą, szanują mój czas wolny i odpoczynek, który jest
                            równie ważny, jak te "pożyteczne czynności".

                            Długo o to walczyłam, przyznaję - kiedyś moje dzieci uznawały (właśnie ok. 2
                            roku życia), że mama siedząca z książką nie robi nic, więc może się z nimi bawić
                            (mama myjąca gary COŚ robi, więc bawić się nie może). Ale nauczyłam je szanować
                            nie tylko moją pracę, ale i mój odpoczynek smile
                            • srebrnarybka Re: jestem czlowiekiem powolnym 02.03.08, 22:49
                              Z postów Kronelii wynika, że mamie niw wolno ani odpoczywać ani
                              wykonywać pożytecznych czynnośći, kiedy dziecko chce się bawić i
                              każda próba zasugerowania mu, by pobawiło się samo, spowoduje u
                              niego uraz i przekoanie, że matka nie dość go kocha.
                          • krwawakornelia jezeli 2,3,4,5 latek 03.03.08, 19:09
                            przychodzi do ciebie widzac, ze ty cos robisz. To chodzi mu o kontakt
                            z toba.
                            jezeli chodzi mu o kontakt z Toba, to znaczy ze mu go gdzies zabraklo,
                            a nie o "zabawe."
                            • srebrnarybka Re: jezeli 2,3,4,5 latek 03.03.08, 19:19
                              Ale kontakt nie polega na 24 zabawie z dzieckiem. Także powiedzenieL
                              dziecko, teraz mama jest bardzo zajęta, pobaw się sam, a mama
                              przyjdzie do Ciebie za pół godziny, jest formą kontaktu.
                              Poza tym co do tezy głównej też nie jestem pewna. Dziecko może
                              podejść do matki, bo chce siusiu, jeść, pić albo się nudzi.
                              Niekoniecznie z braku kontaktu, tylko z braku inwencji do zabawy.
                              • krwawakornelia jeszcze raz do poprzedniego postu 03.03.08, 20:12
                                w twoim pozornie logocznym rozumowaniu jest moim zdaniem wiele luk.

                                po pierwsze, tak male dziecko uczy sie szacunku i wycjodzimy z
                                zalozenia, ze w przeciwienstwie do doroslego jeszcze do konca nie
                                wie o co chodi. Chcemy od malenkosci mu to przyswajac. Tak jak nie
                                stawiamy dziecka na nartach i nie spuszczamy z gorki. Robimy to
                                jakos po kolei.
                                Prawda?

                                Uwazam, ze aby nauczyc dziecko szacunku do siebie i innych, musimy :
                                a) szanowac naszego malego czlowieka i jego potrzeby.
                                (np. nie wchodzic mu wsrodek zabawy haslem, zbieramy sie)
                                b) zazwazac i slyszec nasze dziecko. Zabawa w rozwoju emocjonalnym i
                                fizycznym i intelektualnym naszego dziecka jest bardzo wazna. I
                                napewno wazniejsza od niektorych prac domowych. I to
                                odpowiedzialnosc rdzicow zeby tak rozplanowac zycie rodzinne, zeby
                                byl czas na wszystko. Zeby miec czas na zabawe z wlasnym dzieckiem
                                i na wykonywanie z nim prac domowych. I czas dla siebie.

                                Po drugie jezeli przychodzi do nas dziecko i jeczy w czasie gdy my
                                cos "waznego" robimy. A my odsylamy je poprostu do zabawy, to nasz
                                maly czlowiek nie rozumie, "och mama robi cos waznego, musze
                                uszanowac jej czas i poczekac" male dziecko odbiera to w ten sposob
                                "oj te gary (wszystko jedno co) sa znowu wazniejsze ode mnie" I nie
                                uczy sie szacunku, bo odbiera sygnal "mama nie szanuje moich
                                potrzeb"
                                Dlatego uwazam ze tak wazne jest w tym momencie oderwanie sie od
                                wykonywanej czynnosci, zaproponowanie wykonywania jej wspolnie,
                                ewentualnie zaproponowanie takiej czynnosci ktora dziecko moze
                                wykonywa obok majac poczucie ze jakos jest przy mamie i mama go
                                widzi, ostatecznie pojscie z dzieckiem do pokoju (jezeli o to
                                chodzi) powiedzenie "ok, mama rozumie ze chcesz bardzo zebym z toba
                                malowala. Zrobimy tak, mama namaluje Ci jednego slonia, skonczymy
                                razem myc gary i bedziemy malowac dalej. I " . Ale ten akt oderwania
                                sie i popatrzenia dziecku w oczy jest bardzo wazny. Bo mowi "ok,
                                mama mnie zauwazyla, rozumie ze potrzebuje tego i tego i stara sie
                                jakos na to odpowiedziec".
                                • kandyd.a Re: jeszcze raz do poprzedniego postu 04.03.08, 00:38
                                  > Po drugie jezeli przychodzi do nas dziecko i jeczy w czasie gdy my
                                  > cos "waznego" robimy. A my odsylamy je poprostu do zabawy, to nasz
                                  > maly czlowiek nie rozumie, "och mama robi cos waznego, musze
                                  > uszanowac jej czas i poczekac" male dziecko odbiera to w ten sposob
                                  > "oj te gary (wszystko jedno co) sa znowu wazniejsze ode mnie" I nie
                                  > uczy sie szacunku, bo odbiera sygnal "mama nie szanuje moich
                                  > potrzeb"

                                  a) Zieeeeew, monotonnia zabija Twoje posty wink

                                  b) Jeśli się je odeśle z informacją "Kochanie, pobaw się jeszcze chwilkę sama
                                  (czy tam z bratem/siostrą), muszę dokończyć ten artykuł/porozmawiać z panią/
                                  dokończyć zmywanie, ale za chwilkę do ciebie przyjdę" itd. to dziecko zrozumie
                                  to co ma zrozumieć, czyli że jest ważne i jednocześnie musi dać mamie chwilkę
                                  spokoju na dokończenie pewnych rzeczy.

                                  Jeśli rzucisz pranie, sprzątanie czy cokolwiek innego byle tylko zadowolić
                                  pociechę (no bo nie daj boże będzie miało niedobory emocjonalne!!!), to nie dość
                                  że je rozpuścisz, to jeszcze w dodatku nauczysz niekonsekwencji w spełnianiu
                                  obowiązków/pracy.

                                  BTW. Bardzo się cieszę, że nie jestem twoim dzieckiem smile))
                                  • babcia47 Re: jeszcze raz do poprzedniego postu 04.03.08, 02:46
                                    ja też, bo przy tym braku konsekwencji i układania priorytetów
                                    wczesniej czy później miałabym wode zamiast mózgu..nagle np. w
                                    zerówce zaczęto by mi wmawiac, że coś muszę..jakim prawem jezeli ja
                                    teraz chce sie pobawić z mamusią?
                                  • krwawakornelia nie pisze po to zeby ci zapewnic rozrywke 04.03.08, 18:47
                                    I to Twoje wartosciowanie wydaje mi sie poprostu absurdalne.
                                    Dlaczego tak trudno pogodzic Ci sie z faktem, ze nasze dzieci powinny
                                    byc dla nas wazne?
                                    • babcia47 Re: nie pisze po to zeby ci zapewnic rozrywke 04.03.08, 19:53
                                      miałam na taki tekst nie odpowiadać, bo jest nielogiczny i
                                      uwłaczajacy..ale jeżeli Twoim zdaniem "ważność" dziecka ogranicza
                                      się do nieustannego spełniania jego "zachcianek" to gratuluje
                                      świadomosci wychowywania potomka..Rola rodzica jest opisać swiat i
                                      nauczyć dziecku poruszania się w tym świecie, w którym jest jednym z
                                      kilku miliardów jednostek..rodzic ma WYCHOWAĆ a nie wyhodować
                                      potomka..a więc nauczyc go również zachowań pożądanych w "stadzie"
                                      jakim jest społeczność ludzka..a w tym stadzie Twoje dziecko nie
                                      zyska sobie "na dzień dobry" pozycji uprzywilejowanej i bedzie
                                      musiało dostosować się do reguł w nim panujacych..jeżeli nie, to
                                      zostanie w brutalny sposób przywołane do porządku..ergo..ustawiając
                                      je na pozycji "pępka swiata" wyrządzasz mu krzywdę w imię "dobrych
                                      checi", bo dziecko nienauczone szacunku i tolerowania w "rodzinnym
                                      stadzie" zachowan, które powodują jego chwilowe odsuniecie na plan
                                      drugi nie będzie rozumiało dlaczego poza rodzina nie jest traktowane
                                      jak dotychczas..czyli z pełnym serwisem i uwaga skierowaną na nie..
                                      i dopiero wtedy brutalnie "przywołane do porzadku i miejsca w
                                      stadzie" moze sie nabawic kompleksów nie rozumiejąc mechanizmu
                                      takich zachowań osób "obcych" wobec niego..dlatego zdrowsze dla
                                      psychiki własnego dziecka jest nauczenie zawczasu, ze nie zawsze
                                      wszyscy bedą mu poswiecać całą swoja uwage, że zajecia (praca)
                                      rodziców powinna być uszanowana w sensie teraz nie moge..pobawimy
                                      sie za chwilę..a nawet, że odpoczynek czy "zabawa" rodziców ma takie
                                      same prawa jak dziecka..bo jeżeli Twoje dziecko zetknie sie ze
                                      mną..a bede miała do wykonania coś priorytetowego albo będe chciała
                                      odpocząć..to guzik mnie będzie obchodzic w jaki sposób zostało
                                      wychowane dotychczas..powiem mu kategorycznie "nie"!! nie zamiarzam
                                      poswięcać Ci mojego czasu, bo niby dlaczego? dlatego, ze Twoja mama
                                      Ciebie uznała za pepek swiata? dla mnie nim nie jesteś!! mam swoje
                                      priorytety i tylko wazna konieczność sprawi, że w tej chwili Ciebie
                                      dziecko uznam za ważne mojej uwagi.. Ten ostatni tekst co prawda
                                      mozesz uznac za brutalny ale tak funkcjonyje swiat "zewnętrzny" z
                                      którym Twoje dziecko wczesniej czy później bedzie musiało się
                                      zderzyć..i od Ciebie zależy czy zostanie przyjete jako pożądana,
                                      miła, pożyteczna jednostka czy jak "rozpieszczony bachor"
                                      • krwawakornelia Dlaczego tak trudno jest Ci 04.03.08, 20:38
                                        zaakceptowac fakt, ze dziecko jest wazne. ze dajac mu to do
                                        zrozumienia podarowujesz mu ogromny kapital na przyszlosc.
                                        DZIECKO JEST WAZNE.
                                        TWOJE DZIECKO MA PRAWO BYC DLA CIEBIE WAZNE.

                                        Tak samo jak Ty mialas prawo byc wazna dla twoich rodzicow.

                                        To co napisalas, opiera sie na kilku, bardzo falszywych i
                                        szkodliwych dla spoleczenstwa zalozeniach.
                                        1. Ze dzieci maja czcic rodzicow, a priori.
                                        2.Ze dzieci a priori na respekt nie zasluguja.
                                        3.ze posluszenstwo wzmacnia charakter.
                                        4.Ze wysokie poczucie wlasnej wartosci jest szkodliwe.
                                        5.Ze niskie poczucie wlasnej wartosci rozwija zyczliwosc i empatie.
                                        6.ze czulosc jest szkodliwa.
                                        7.ze reagowanie na potrzeby dzieci i zaspokajanie ich jest zla.
                                        8.ze ozieblosc i surowosc sa dobrym przygotowaniem do zycia
                                        9. ze zachowanie jest wazniejsze od istnienia
                                        10. ze rodzice zawsze maja racje.

                                        • babcia47 Re: Dlaczego tak trudno jest Ci 04.03.08, 22:09
                                          Ja nie piszę o tym co mi się podoba lub nie (choc momentami również)
                                          tylko o zasadach, które rządzą tym swiatem..
                                          > 1. Ze dzieci maja czcic rodzicow, a priori
                                          nie..dzieci maja mieć szacunek do wysiłku jaki wkładaja rodzice w
                                          zapewnienie im wszystkiego co jest im niezbędne..bo mogli by się
                                          zając czyms dla siebie przyjemniejszym i bardziej interesujacym..co
                                          niestety niektórzy robia z wskazaniem, że tylko to jest ważne..za
                                          kazdy podarunek, nawet kiedy darujacemu sprawia to przyjemnośc
                                          nalezy podziękować..rodzice darują dziecku wszystko, swój wysiłek,
                                          czas, emocje, uczucia i zmęczenie, całe swoje życie..szacunek do
                                          tego to nie jest koszt chyba zbyt wygórowany..z szcunku bierze się
                                          zrozumienie dla odstępstw..tzn, że rodzic ma prawo byc zmęczony,
                                          czasem zdenerwowany, ma prawo do własnego czasu i swoich zabaw..dla
                                          małego dziecka to wszystko abstrakcja poniewaz nie da sie tego
                                          zwerbalizować dziecki kilkunastomiesięcznemu, ale moana go nauczyc,
                                          ze czasem rodzic ma prawo do chwili "dla siebie" lub dla wspólnego
                                          dobra
                                          > 2.Ze dzieci a priori na respekt nie zasluguja.
                                          Nieprawda, nadinterpretacja szczególnie, ze całe zycie rodziców
                                          kreci sie wokół niego, ale też nie za wszelka cene i z przekonaniem
                                          że jego "zachcianki" (w odróżnieniu od potrzeb)są priorytetowe w
                                          kazdym momencie
                                          > 3.ze posluszenstwo wzmacnia charakter.
                                          nadinterpretacja..tego nie znajdziesz w moich tekstach..przynajmniej
                                          nie jako bezwarunkowa konieczność na zasadzie "bo rodzic powiedział,
                                          ze "tak"!!"
                                          > 4.Ze wysokie poczucie wlasnej wartosci jest szkodliwe.
                                          daj choć jeden przykład, że takie jest moje przekonanie!! to Ty mi i
                                          paru innym osobom "dorobiłaś gębę" na podstawie własnych wyobrazeń..
                                          > 5.Ze niskie poczucie wlasnej wartosci rozwija zyczliwosc i empatie.
                                          j/w
                                          > 6.ze czulosc jest szkodliwa.
                                          nadinterpretacja..pokaz jeden wpis o takim charakterze..pod tym
                                          względem nie mam sobie nic do zarzucenia..napiszę więcej..gdyby w
                                          momencie zapychania dziury w lejacej się dziurze przyszło dziecko i
                                          rzuciło mi sie na szyję..najpierw bym je utuliła a potem poprosiła o
                                          chwile własne zabawy..bo mama właśnie "walczy z żywiołem"..
                                          > 7.ze reagowanie na potrzeby dzieci i zaspokajanie ich jest zla.
                                          znów własna interpretacja..prosze o przykład takiego mojego
                                          podejscia? inna rzecz, że na wszystko jest czas i miejsce i nic nie
                                          moze odbywac się cudzym kosztem, szczególnie kiedy nie ma
                                          uzasadnienia dla konieczności zrobienia tego natychmiast!
                                          > 8.ze ozieblosc i surowosc sa dobrym przygotowaniem do zycia
                                          znów nadinterpretacja i przypisywanie rozmówcy własnych
                                          wniosków..gdzie jest powiedziane, że nauka czegokolwiek musi iść w
                                          parze z surowościa i oziębłościa uczuciową? a może zaswitało by do
                                          główki Kornelii, ze dziecko, które jest traktowane z miłością i
                                          zaufaniem łatwiej sie uczy i chetniej korzysta z rad..proponuje
                                          przeanalizować np kto był lepszym nauczycielem w szkole..ten, który
                                          stawiał oceny z ksiezyca, wywoływał strach i stresy czy ten, który
                                          oceniał sprawiedliwieumiał, przekazac wiedze i zachęcic do jej
                                          poznawania...
                                          > 9. ze zachowanie jest wazniejsze od istnienia
                                          czy Ci sie to podoba czy nie zachowanie jest częścia istnienia i
                                          wpływa na nasz stosunek do "swiata" i "swiata" do nas..za sam fakt,
                                          że istniejemy niewielu ludzi bedzie nas kochac a tym bardziej
                                          akceptować! za to zachowanie może na to w wysokim stopniu wpłynąć!!
                                          > 10. ze rodzice zawsze maja racje.
                                          rodzice nie zawsze maja racje ale w zestawieniu z tak niedojrzałą
                                          jednostka jakim jest małe dziecko jednak maja więcej wiedzy i
                                          doswiadczenia, to oni wystepuja w roli nauczyciela i przewodnika..są
                                          sprawy, które można z dzieckiem negocjowac i nawet trzeba..np.
                                          dłuższy pobyt na placu zabaw czy pójście do parku zamiast do
                                          cioci..ale sa sprawy kiedy rodzice są wręcz straznikami "prawa" i
                                          ich decyzje nie maja prawa być poddawane dyskusji np. to, że należy
                                          sie umyc po powrocie z parku, gdzie wdepneło sie bosa nogą w psią
                                          kupę, poddać szczepieniu lub zjeść normalny posiłek zamiast zywić
                                          się jedynie słodyczami!!
                                          Przykłady podawane przeze mnie momentami sa trywialne..ale jakie
                                          zarzuty takie przykłady..
                                          • krwawakornelia sama wlasnym oczom nie wierze 04.03.08, 22:55
                                            w XXI wieku.
                                            Czlowiek sie tym wszystkim holocaustom i walkom z system, mocherowym
                                            beretom etc. przestaje dziwic.

                                            ja cie nie przekonam, na to za pozno i to zbyt bolesne dla ciebie. Ale
                                            wierz mi

                                            Ludzie nie sa zli.
                                            • babcia47 Re: sama wlasnym oczom nie wierze 05.03.08, 01:25
                                              ja ciebie równiez nie przekonam, ze nie należy mierzyc wszystkich
                                              własną miarką..a propos moherów to mam z Tobą nieodparte
                                              skojarzenie..zero komunikacji..totalny beton, z brakiem
                                              jakiejkolwiek wyobraźni, refleksji czy empatii..mi to wisi czy moje
                                              poglady Tobie się podobają czy nie, mogę pisać coś setki razy i
                                              podkreślanie czerwonym wężykiem nie skłoniłoby Ciebie do zauwazenia,
                                              że mam inne poglądy i napisałam cos innego, niż Ty sobie
                                              załozyłaś..często mam wrazenie, że nawet nie czytasz tego co jest
                                              napisane lub szwankuje zwykłe czytanie ze zrozumieniem..sorki nie
                                              mam ochoty po raz enty udowadniać, ze nie jestem wielbłądem (jak to
                                              sobie zakwalifikowałaś).
                                              Nawet nie jestem ciekawa co chciałaś wyraziś przez ten swój tekst:
                                              > Czlowiek sie tym wszystkim holocaustom i walkom z system,
                                              mocherowym
                                              > beretom etc. przestaje dziwic.
                                              bo ja jednak się holokaustom dziwię, walkę z systemem kiedyś tam
                                              podjełam na swój mały sposób i guzik Cię to obchodzi, choć winna mi
                                              jesteś podziekowanie, ze zyjesz w normalnym kraju..a moherowego
                                              beretu nie mam i nie gustuję..co gorsza dla Ciebie, to porównanie
                                              pasuje jak pięść do nosa..za to obawiam się, że Ty wychowasz
                                              dziecko, które również nie będzie się dziwiło..a moze w którymś
                                              momencie dojdzie do wniosku, że taki mały holokaust nie zaszkodzi,
                                              bo ktos tam przeszkadza mu sie "realizować"..bolesne to dla mnie nie
                                              jest i nie będzie..ja mam w odróżnieniu od Ciebie juz to za sobą..i
                                              mogę sobie podziwiac owoce mojej pracy..czyli moge postawić sie na
                                              pozycji historyka a nie proroka..Ty jedynie mozesz mieć nadzieję, ze
                                              Twoje metody sie sprawdzą..ja juz wiem, że moje sie sprawdziły!!!!!
                                              • kandyd.a Re: sama wlasnym oczom nie wierze 05.03.08, 11:44
                                                Babcia, daj spokój, nie ma sensu dyskutować z tą... osobą.
                                                Nie przejmuj się - to ona kiedyś obudzi się ze świadomoscią, że
                                                poświęciła dla dziecka wszystko, a ono będzie mieć w nosie ja i cały
                                                wrzechświat.

                                                • kandyd.a Błąd - przepraszam 05.03.08, 11:47
                                                  wszechświat*
                                                  • babcia47 Re: Błąd - przepraszam 05.03.08, 19:01
                                                    taa widzę, ze dyskusja jest bezprzedmiotowa, na zasadzie dziad o
                                                    szydle baba o igle..a co gorsza po przeczytaniu cudzego
                                                    wpisu..interpretacja pt. pewnie to miała na mysli..i rzucanie swojej
                                                    interpretacji jako oskarżenie wobec rozmówcy!! bez cienia
                                                    refleksji..np jezeli rodzic ma wobec dziecka wymagania, które miec
                                                    musi jeżeli ma wychowac dziecko na normalnego człowieka tzn. ze jest
                                                    oziębły uczuciowo..jezeli wymaga by umyło nózki g..nem ubabrane to
                                                    tłamsi jego wolę i naraża na życiowa traumę..szkoda klawiatury...
                                              • krwawakornelia praktyka z teoria sie troszke nie pokrywa? 05.03.08, 19:08
                                                • babcia47 Re: praktyka z teoria sie troszke nie pokrywa? 05.03.08, 19:59
                                                  zanim Ci odpowiem proszę o powołanie się na moje własne słowa (może
                                                  byc link) wraz z uzasadnieniem co skłoniło Cię do takiej a nie innej
                                                  interpretacji mojej wypowiedzi..
                                                  • krwawakornelia sposob w jaki piszesz nie pokrywa sie z tym 08.03.08, 22:30
                                                    co mowisz. Zwlaszcza jak piszesz np. o szacunku etc.

                                                    www.lastfm.pl/music/Gloria+Gaynor/_/I+Will+Survive
    • peresia Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 28.02.08, 13:55
      Uważam, że tu nie tylko chodzi o powazniejsze umiejętności dziecka
      (np ugotowanie obiadu w wieku 6 lat), ale o proste samodzielne,
      codzienne czynności. Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, która jest
      nauczycielką w przedszkolu. Powiedziala, że coraz więcej dzieci,
      zwłaszcza tych, które zaczynają edukację przedszkolną w wieku 6 lat
      ma problem z samodzielnością: nie potrafią same jeść, żuć stałych
      pokarmów, trzymać łyżki w ręce, umyć rąk, ubierać się, nie potrafią
      trzymać kredki, nie wiedzą do czego służą farby, stanowczo odmawiają
      sprzątania zabawek (mama po mnie przyjdzie, to posprząta).
      Ostatnio znajoma, która ma 3,5 letnie dziecko powiedziała mi, że nie
      może zapisać dziecka do przedszkola publicznego, bo dziecko jeszcze
      chodzi w pampersie, była tym faktem niezwykle oburzona, gdyż wg niej
      jej dziecko jest jeszcze za małe na trening czystości i samodzielne
      jedzenie...uncertain
    • primum_non Re: Źle rozumiane 29.02.08, 04:36
      Ostatnio zanika rola mężczyzny i wogóle rodziców i starszych.Częściowo nie da
      się tego uniknąć(internet,nauka),ale unikać zawsze trzeba takich
      sytuacji:dziecko obraża,wyśmiewa rodzica czy starszego na zasadzie tylko
      takiej,że mu się na to pozwala,i nie ma w tym nic konstruktywnego.Jestem
      przeciwnikiem wychowania tradycyjnego,które uważam za zbyt ciasne,zdecydowanie
      należy natomiast podtrzymywać rzeczywisty autorytet oraz nie naruszać roli
      władzy rodzicielskiej nawet dosłownie niczym nie popartej,ale również nie
      szkodliwej.Mężczyzna może być miły czysty,zadbany,przyjacielski,ale pokonywany
      to raczej z przymrużeniem oka,tylko w zabawie.Przyjęło się,że to dziecko jest
      wykorzystywane,także przez brak przyjaciół,brak doświadczenia czy zniechęcanie
      do innych ludzi.W krajach Południowej Ameryki dzieci mają ciało w strupach,a i
      tak są szczęśliwsze.Ale w kraju coraz częściej wykorzystywani są rodzice i
      starsi,którzy stają się tylko "żulami".
    • jakw Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 20.12.08, 15:42
      Porównujesz zupełnie inne światy. Moi rodzice wracali jednak
      zdecydowanie wcześniej z pracy niż ja i mój mąż - w sumie codziennie
      byli do przodu o kilka godzin. I to jest raczej norma niż wyjątek. A
      dzieci potrzebują jednak trochę kontaktu z rodzicami. Rodzice z
      dziećmi też. A czas, w którym rodzic jest dostępny po prostu się
      skrócił. Więc brak czasu rodziców dla siebie skrócił się imho nie
      dlatego, że dzieci go bardziej pochłaniają, tylko dlatego, że
      rodzice mają wogóle mniej czasu "pozapracowego".
      Osobiście jakoś sobie nie przypominam, żebym jako 4-latka latała
      sama po podwórku. Jako 6-latka owszem. Moja starsza córka sama na
      plac zabaw zaczęła chodzić w wieku lat 7. Taka duża różnica?
      Dodatkowo te 20-30 lat temu był jednak większy przyrost naturalny i
      łatwiej było o kolegów w tym samym bloku czy na podwórku pod
      blokiem. Dzisiaj w 2 blokach na 48 mieszkań moja starsza nie ma ani
      1 koleżanki w tym samym bądź zbliżonym wieku. Latanie do koleżanki
      pod 2-giej stronie ulicy nie jest takie proste dla przedszkolaka. Ja
      miałam 1 koleżankę w tym samym bloku, 2 czy 3 kolejne w blokach
      sąsiednich, o własnej siostrze nie wspominając. To kolejna różnica:
      teraz jest jednak zdecydowanie więcej jedynaków bądź np 2 dzieci z
      większą różnicą wieku. Siłą rzeczy dzieci te nie mają pod ręką
      kompana do zabawy to i "zawracają głowę" rodzicom.
      Moja młodsza też nie ma żadnego kolegi czy koleżanki na podwórku.
      Zresztą na podwórko pod blokiem i tak bym jej nie puściła. Choćby
      dlatego, że po podwórku tym mają zwyczaj jeździć samochody -
      postawić samochód gdzieś trzeba. Tylko niektórzy robią to z
      prędkością 40 km na godzinę nie zwracając na nic uwagi. I z tego
      względu chodnik przed domem nie nadaje się do puszczenia tam
      kilkulatki, żeby sobie z koleżanką porysowała coś kredą lub pograła
      w klasy.
      Inne rzeczy tez się zmieniły - dostępność narkotyków, alkoholu czy
      wiek inicjacji seksualnej, dostęp do internetu czy telewizji (w tym
      do scen niekoniecznie dla dzieci przeznaczonych). Nie da się przed
      tym wszystkim dzieci ochronić metodą "masz się mnie słuchać, bo
      jestem rodzicem".
      Więc skąd rodzice mają wiedzieć jak "przenieść wychowanie na
      następne pokolenie" skoro sami byli wychowywani w zupełnie innych
      warunkach?
    • camel_3d Re: Źle rozumiane partnerstwo rodzice-dziecko. 30.12.08, 14:36
      kandyd.a popieram ci..taz ostatnie takie cos zauwazylem. rodzice nie potrafia
      pokazac dzeicku, ze sa jego rodzicami , a ono jest ich DZIECKIEM. Dochodzi to
      roznych paradokow, typu dyktowanie jak maja sie ubrac rodzice, kogo zaprosic na
      urodziny rodzicow, gdzei spedzac urlop itd..

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka