kandyd.a
28.02.08, 01:23
Od ładnych paru lat jest taka moda, tendencja (nie skreślam jej na dzień
dobry, żeby było jasne) p.t. "Twoje dziecko jest partnerem, musisz znać jego
potrzeby, rozmawiać z nim jak równy z równym, spędzać jak najwięcej czasu,
traktować jak dorosłego" bla, bla, bla.
Jest to podejście w zasadzie słuszne, ALE...
I o to ALE chciałabym z Wami porozmawiać.
Z tego co obserwuję, z tendencji "Twoje dziecko jest partnerem..." zrobiła się
tendencja "Jak dziecku najlepiej wejść w tyłek" (bez skojarzeń!).
Jak byłam mała, to 90% dzieci znało swoje miejsce w domu: "To są rodzice, i
trzeba ich słuchać. Jak są zajęci swoimi sprawami, to nie należy im
przeszkadzać. Jak dyskutują z innymi dorosłymi, to nie należy się wtrącać.
Tymczasem idę pobawić się z Kasią czy tam Tomkiem na podwórku." itd.
W dzisiejszych czasach dziecko i rodzice są ze sobą WSPÓŁUZALEŻNIENI. Dziecko
nic nie zrobi bez pomocy albo wskazówki dorosłego, a dorosły wpada w histerię
spuściwszy na pięć minut z oka swoją pociechę.
Gdzie się podziały czasy, kiedy dzieci miały swój świat, swoje tajemnice,
swoje sprawy, które załatwiały między sobą - a rodzice mieli czas dla siebie i
nie chodzili za dziećmi jak kwoki za kurczętami?
Przecież każdy z nas, który ma dzisiaj 25 lat i powyżej, i z reguły jedno,
dwójkę dzieci, został w ten sposób wychowany! Partnerstwo owszem, ale nie
współuzależnienie! Dlaczego nie umiemy przenieść tego na kolejne pokolenia?
Dlaczego - dosłownie - krzywdzimy swoje dzieci, właściwie pozbawiając je
dzieciństwa...
Nie chodzi mi żeby przestać się interesować życiem dziecka i pozostawić je
samemu sobie, ale znaleźć jakąś równowagę między partnerstwem,
zainteresowaniem, a pewną swobodą... Tymczasem wpatrujemy się w nasze małe i
podrośnięte już pociechy poświęcając im 100% swojej uwagi, a za 15 lat okaże
się, że one bez tego naszego wzroku i czujności nie mogą same żyć!
Hmmm... Rozpisałam się, przepraszam. Proszę potraktować to jako luźne
dywagacje, a nie żadną prowokację.
Po prostu przypomniałam sobie, jak to w dzieciństwie bywało na wakacjach -
jeździliśmy pod namiot, gdzie z całą watachą dzieciaków cieszyliśmy się
absolutną swobodą i każdy umiał się pilnować. Dzisiaj krępujemy swoje dzieci
niewidzialną smyczą, a co gorsza one bez tej smyczy naprawdę nie umieją
funkcjonować!
Czy to przez źle rozumiane "partnerstwo" i "poświęcanie dziecku czasu", które
prowadzi (tak to chyba jest) do braku zaufania w jego możliwości?