pitulek_czerwcowy
21.03.08, 11:00
Nie wiem juz, czy to zmeczenie, czy zaczyna do mnie docierac po
malu, co mnie czeka, ale mam kryzys...
W pracy - koszmar. Osiem godzin harowki non stop. Kilka razy
wspominalam szefowi, ze moj kregoslup nie wytrzymuje tyle, i ze
chcialabym skrocic czas pracy do 6 godzin... (przeciez w kodeksie
pracy jest jasno napisane, ze wolno mi pracowac maksymalnie 4
godziny dziennie przy komputerze) i nic... za kazdym razem cisza. 2
tygodnie temu ocena pracownicza i werdykt: zero podwyzki, bo nie
biznesowo jest dawac podwyzke kobietom w ciazy (chociaz 4 miesiace
temu mowil zupelnie cos innego) + postawione cele, ktore jak
zrealizuje (ciekawe kiedy, jak za chwile nie bedzie mnie pol roku w
pracy), to moze wyrownaja mi pensje. Plus mam jakies dziwne
przeczucie, ze najchetniej to by chcieli, zebym sie zwolnila. Bo
mama dwojki malych dzieci, to tylko dla nich problem... Ale nie moga
mnie zwolnic, bo mam bardzo wazna dzialke, ktorej nie mozna
zaniedbac.
W domu - wracam tak zmeczona, ze na nic nie mam sily. Nie
posprzatalam na swieta, zmuszam sie do zmycia naczyn, nie gotuje,
prasuje raz na miesiac, jak uzbiera sie sterta. Maz ma w pracy tez
sajgon, wiec wraca pozno wypruty z energii.
Ciezko mi siedziec, stac... nie jestem w stanie wskrzesic w sobie
chociaz odrobine sil.
I w tym wszystkim Mikus... zywiol, ktory chce, zeby mama go nosila,
bawila sie z nim (najlepiej w berka i w chowanego), czytala
ksiazeczki albo rysowala... jak jest w zlobku, to przynajmniej ma
kontakt z dziecmi, wybiega sie, wyskacze i wraca na tyle zmeczony,
ze wystarczy juz czytanie ksiazeczek i rysowanie.
Do tego zaczyna mu sie chyba bunt dwulatka... moge 1000 razy mowic:
nie wolno dotykac kuchni, nie wolno przekrecac kurkow w pralce, nie
wolno wrzucac samochodow za kaloryfer, do wanny pelnej wody, do
kuwety kota, do pojemnikow na proszek, do parowniczek etc... NIC.
JAK DO SLUPA. Z usmiechem na ustach robi to po raz tysieczny.
Do tego nerwus sie zrobil: zle mu samochod upadnie - ryk. Nie
pozwole mu czegos zrobic - ryk z rzucaniem na podloge.
Nie mowiac o tym, ze ma teraz manie rzucania wszystkim.
Teraz byl chory, wiec siedzial z nim moj tata, ktory cudownie sie
nim zajmuje. Mikus jest w nim zakochany z wzajemnoscia. Co mnie
napawa radoscia.
Ale... wczoraj myslalam, ze mi serce peknie... obudzil sie rano i
pierwsze slowo to bylo: dziadzia, a potem do drzwi i ryk, ze dziadka
nie ma. Nie chcial mi dac buzi na do widzenia, nie chcial zrobic
papa.
Wiec szlam do pracy i plakalam... ze to przeze mnie, ze z tego
wszystkiego nie bawie sie z nim tak, jak powinnam, ze nie poswiecam
mu tyle czasu... ze to straszne, ze wracam tak zmeczona i marze
tylko o chwili kiedy bede mogla polozyc sie spac... ze pewnie robimy
mu krzywde serwujac mu rodzenstwo, ze bedzie cierpial... I on to
wyczuwa, wiec przelal swoja milosc na mojego tate.
Potem po powrocie do domu, ryk ze dziadek wychodzi, wiec ja w ryk.
Po polozeniu go spac, lezac w wannie lezalam i ryczalam jak bobr.
Boze, dziewczyny, mam takiego dola... nie moge isc jeszcze na
zwolnienie. Z roznych wzgledow... Mam tylko nadzieje, ze to chwilowy
kryzys, przemeczenie, ze jak pojde na zwolnienie, wyspie sie
wreszcie, odpoczne, to nabiore energii... Bo przeciez pozniej nie
bedzie latwo...