gwiezdna_rzeka
14.07.08, 18:40
Mój problem nie dotyczy własnych dzieci. Poradzić sobie z nim nie potrafię, bo
rozmowa z rodzicami nic nie daje. Wprowadziłam się kilka lat temu do spokojnej
dzielnicy, niski blok, czyściutka klatka schodowa. Marzenie. Rok po mnie
wprowadziły się dwa małżeństwa z dziećmi. W miarę upływu czasu dobytek rodziny
rósł, mieszkanie niestety nie. Na 25 metrach kwadratowych jest czwórka
dzieci, u drugiej rodziny dwójka. Dzieci rano są wypuszczane na dwór i tak
bytują cały dzień. Młodsze kilkuletnie pilnowane są przez starsze. Cały dzień
pod moimi oknami słychać wrzaski, jazgoty i krzyki. Dzieci nie potrafią ze
sobą normalnie rozmawiać tylko krzyczą. Nie ma tam placu zabaw, tylko parking
i śmietnik. W tym śmietniku spędzają większość czasu. Dołącza do tego
towarzystwa jeszcze pół osiedla i w domu nie można wytrzymać. Zdarzyło mi się
odsypiać trzecią zmianę u koleżanki w mieszkaniu. Zamknięcie szczelne okien
niewiele daje, tak samo jak spanie w stoperach. Tego już nie można wytrzymać.
Czysta klatka zamieniła się w chlew. Papiery, butelki, zabawki wszystko to
porozwalane leży po całej klatce. Wejście zastawione jest rowerami, wózkami,
hulajnogami, rolkami i gratami przytarganymi ze śmietnika. Wiele razy
widziałam, jak sąsiedzi próbowali rozmowy z rodzicami. Nic to nie dało.
Poprawcie mnie, ale dzieci się wychowuje a nie hoduje na dworze! Obie mamy
siedzą cały dzień w domu i są szczęśliwe, gdy dzieci nie przebywają w
mieszkaniu. Zimą towarzystwo przenosi się na klatkę. Uwierzcie mi, wypoczynek
we własnym mieszkaniu jest niemożliwy