Jestem w 33 tc, od paru wlasciwie miesiecy jestem cholernie drazliwa, hustawki
nastrojow to standard. Od euforii, przygotowywania z radoscia wszystkiego na
nowego potomka i wiary, ze wszystko bedzie super, ze bedziemy szczesliwa,
pelna rodzina z dwojka dzieci (jedno juz mamy) do totalnego dola,
histerycznego placzu bez wiekszego powodu, nienawisci do swiata, zwlaszcza
najblizszych (doslownie na noze z mama i mezem w sumie chyba o...drobiazgi,
jak sie tak na trzezwo nad tym zastanowie). Do tego zero cierpliwosci do
dziecka, darcie sie na nie, no i przemozne uczucie, ze MNIE NOSI (zwlaszcza
teraz, jak mi lekarka kazala lezec, bo niby brzuch za czesto twardnieje...).
Tez tak mialyscie? Ja juz nie moge, powaznie

( Chyba pojde do psychologa,
bo w takim trybie albo sie rozwiode, albo wyladuje w psychiatryku. Myslalam
nawet o lekach antydepresyjnych, ale w ciazy to podobno wiecej szkody niz
pozytku, chyba ze rzeczywiscie trzeba. Tak sie ludze, ze u mnie moze jeszcze
nie. Chociaz sa momenty, ze sie zastanawiam, czy nie lepiej opuscic ten
swiat... Ale to raczej tylko gdybanie, nie sadze, bym sie do tego posunela.
Dodam, ze ciaza jest bardzo chciana (podobnie jak pierwsze nasze dziecko). Maz
stara sie mi pomagac, wyreczac jak moze, ale...No wlasnie - jest jedno ale.
Nie dociera do niego, ze kobieta - zwlaszcza w ciazy - potrzebuje duzo
wsparcia emocjonalnego, rozmow, ciepla, zwyklego przytulenia. Nie wiem, czy
wszyscy faceci tak maja??! Nie chce wszystkiego na niego zwalac, ale tak sobie
mysle, ze gdyby mnie lepiej rozumial i poswiecil wiecej czasu na rozmowy,
przytulanie... czulabym sie o niebo lepiej. Wiem, ze kobiety w ciazy bywaja
ciezkie (zwlaszcza ja z moimi i tak juz zmiennymi nastrojami), ale nie zmienia
to faktu, ze czuje, iz moje podstawowe potrzeby nie sa zaspokajane...