Dodaj do ulubionych

DO WSZYSTKICH MARCÓWEK: URODZIŁAM!!!

IP: *.* 26.03.02, 20:12
Hej, zgłaszam się po pięciu tygodniach od przyjścia na świat mojej córeczki Natalki. Zgodnie z zapowiedziami zostałam mamą lutową, a co ciekawsze urodziłam tego dnia, którego Dżoance odeszły wody. Ponieważ obiecywałam, że opiszę wszystko ze szczegółami, już się do tego zabieram. Do szpitala dotarliśmy bezboleśnie i w szampańskich humorach, wyobrażając sobie przez całą 70-km trasę, co nas czeka. Pan doktor wręcz nie mógł się nas doczekać (1,5-godz opóźnienia). KTG, badanie - 3cm rozwarcia i żadnych skurczy. Zapadł wyrok: dzisiaj (16.02) nie urodzimy, żel na szyjkę i nocleg w sali przedporodowej, następnego dnia indukcja. Ku naszemu zaskoczeniu w izbie przyjęć okazało się, że jednak mam skurcze, wpierw nieśmiałe co 5min., później co 4. Położna była raczej bezproblemowa- żadnych zbędnych pytań, ani słowa o lewatywie. Jedyny zgrzyt to pytanie: A pani już ogolona czy golimy? Spojrzałam na nią jak na Marsjankę, pytam: To w tym stuleciu są jeszcze takie zasady??? Ach, oczywiście, tylko w miejscu nacięcia- pospieszyła z wyjaśnieniami. Obejrzała mnie dokładnie i stwierdziła, że jeszcze troszeczkę podgoli. Zażyczyłam sobie maszynkę do ręki i sama dokonałam zabiegu. Na trakcie porodowym po KTG (6 skurczy w 27 minut) zaprowadzono nas do sali porodów rodzinnych- świeżo urządzona, z nowym łóżkiem porodowym wypożyczonym przez producenta do przetestowania, byliśmy pierwszymi użytkownikami. Przyszła położna ze szkoły rodzenia, obdarowała nas materacem, na wszelki wypadek dwoma, oraz workiem sako (REWELACJA- kupię sobie zamiast foteli), pokazała jakie cuda można z tym robić i poszła. Następnie znów pojawił się nasz pan doktor, zarządził kroplówkę (pytając nas o zgodę), chodzenie ze stojakiem i monitorowanie UDT co 15 minut przez chwilę. Tak nam zeszło do 19.00 (od 13.35). Zmiana położnej, z fajnej na fajniejszą, kolejna kroplówka, a my nadal dobrze się bawiliśmy. Mocno nie bolało, żartowaliśmy z położnymi, piliśmy sok jabłkowy, atmosfera super. Lekarz (a w zasadzie dr n. med) skwitował tę sytuację: żeby tak naprawdę urodzić to trzeba takich skurczy "job twoj mać" (sorry za nieparlamentaryzm, to był cytat), jeszcze kawałek drogi. Okazało się, że moja szyjka to wredna i oporna jędza, nie chciała się rozwierać. Po drugiej kroplówie na 5 cm zdecydowaliśmy się na amniotomię. Zrobiło się trochę mniej wesoło. Przy każdym skurczu kucałam ,wpierw sama, później uwieszona na rękach męża. Nie powiem do czego służy całe to oddychanie, którego uczą, bo znów wyraziłabym się nieparlamentarnie. Autohipnoza czy inne półdiablę... Ja opatentowałam własną metodę polegającą na wdychaniu i wydychaniu powietrza ustami z głośnym dyszenio-stęko-jękiem. Pomagało. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że nie wytrzymam i poprosiłam o zastrzyk. Pan doktor natychmiast się zgodził, niemniej okazało się, że w tym szpitalu znieczulanie porodów to zjawisko tak rzadkie, że nie mieli w zapasie odpowiednich środków. Położna popędziła więc do apteki, a my - pod prysznic. Ciepła woda to fajna sprawa, nawet w towarzystwie metalowego stojaka z butelką. Po zastrzyku cokolwiek mnie otumaniło, więc ułożyłam się wygodnie na worku i przez godzinke drzemałam, prztykając palcami dla zasygnalizowania położnej kolejnego skurczu i poganiając męża, żeby nie przestawał masować mi kręgosłupa (bolały później biedaka ręce). Po godzinie pani Ula zarządziła musztrę i wygoniła nas na spacer po korytarzu. Następnie wymyśliła jeszcze inną torturę: masaż szyjki (nie życzę nikomu), bolesny ale skuteczny.Już nie pozwoliła mi poleżeć. Potem jeszcze jedno badanie i masaż, i już była 1.30. przyszedl pan doktor i powiedziałsmirkłuchajcie, to już trochę długo trwa, musimy wreszcie coś urodzić.Ja na to: Panie doktorze, a może ja bym lepiej umarła? Spojrzał na mnie Łagódek (zdrobnienie od nazwiska), zwykle opanowaną i powiada: Karolina, teraz nie trzeba gadać głupot, tylko zdać sobie sprawę, że ty masz tu poważne zadanie do wykonania. Przymknęłam jadaczkę. Zbadał mnie i stwierdził, że Natalia ma źle przypartą główkę. Zaczął ją ściągać w dół, przy moich "inteligentnych" pytaniach :Ile palców pan tam zmieści? Dwa, ale do końca. Tak sobie rozmawialiśmy, trzymałam go za rękę, mąż mnie przytulał i usłyszałam: Szyjka już nie stanowi przeszkody, możesz przeć. Kiedy mi się nie chce. To złaź z fotela. Zdjęłam jedną nogę i łapnął mnie skurcz. Zostaję- zdecydowałam. Położna zaczeła szykować sprzęt noworodkowy. Przyszły dwie inne położne, które się akurat nudziły, bo dwie kobiety, które przyszły po nas już zdążyły urodzić. Ktoś wyciągnął cukierki miętowe( Jak poczuje miętę to wyjdzie), ja zaczęłam przeć. Pierwsza próba skończyła się krzykiem i własnym komentarzem: Nie w tą stronę idiotko z tym powietrzem, nie wrzeszcz. Pokrzepiona swoimi słowami na polecenie położnej spróbowałam po raz drugi. Mąż podpierał mi plecy- niepotrzebnie, bo siedziałam pod kątem prostym i przyciskał głowę do piersi. Usłyszałam jak pani Ula mówi: Natalka, chodź do nas, i za chwilę : O, widzę czarne włoski, nie, rude. Zdążyłam pomyśleć: A wsadź sobie te włoski, gdy mój mąż krzyknął: Ty, ona naprawdę ma kudłatą głowę. W tym samym momencie poczułam pieczenie w pochwie i skurcz sie skończył. Główka utknęła w połowie drogi. Zaczęłam przeć bez skurczu, po chwili poczułam ulgę i kolejne pieczenie- barki, jeszcze jedno- nóżki, i miałam na brzuchu małą zdziwioną dziewczynkę. O, jest Natalka- mówiły uszczęśliwione położne. Szczerze mówiąc po 12 godzinach było mi wszystko jedno. No niech ją pani trzyma- usłyszałam. Za moment urodziło się łożysko, maleństwo poszło się zbadać, a ja zszyć. I znowu było wesoło. Śpiewaliśmy pięśni religijne, krzyczałyśmy do siebie z pediatrą przekazując informacje o stanie Natalii (8,8,9,10pkt w kolejnych minutach), tłukłam rękami w fotel,żeby nie wrzeszczeć z bólu( komentarz Łagódka:Karolina, to nowy fotel, jak rozwalisz, będziesz płacić.)Na koniec pan doktor uściskał nam łapki, pochwalił, że dobrze rodziliśmy, przebrałam się, zjadłam jogurt i na położnictwo. Była godzina 2.25, Natalia urodziła sie pół godziny wcześniej i ważyła 3050g. Nie chcę być w ciąży nigdy więcej, ale rodzić mogłabym jeszcze ze dwa razy. Było fantastycznie!!! Myślę, że tak wyglądają porody bez przemocy na miarę 21 stulecia. SERDECZNE DZIĘKI DR N. MED LESZKOWI ŁAGÓDOWI ORAZ POŁOŻNEJ URSZULI CELIŃSKIEJ Z WSzS W BIAŁEJ PODLASKIEJ ZA FACHOWĄ POMOC, PRZESWIETNĄ ATMOSFERĘ A TAKŻE MNÓSTWO CIERPLIWOŚCI I POCZUCIA HUMORU.
Obserwuj wątek
    • Gość: AnetaLelonek Re: DO WSZYSTKICH MARCÓWEK: URODZIŁAM!!! IP: *.* 26.03.02, 21:16
      Wielkie gratulacje juz niemoge doczekać sie swojego porodu termin mam na wrzesień Jeszcze raz GRATULACJE I ŻEBY NATALKA DOBRZE SIE CHOWAŁADUZO ZDRÓWKA DLA WAS PA
    • Gość: erato Re: DO WSZYSTKICH MARCÓWEK: URODZIŁAM!!! IP: *.* 27.03.02, 10:06
      Karolina... Gratuluję bombowego opisu!!! Mam przed sobą jeszcze jakieś 10 tygodni i Twoja relacja naprawdę podniosła mnie na duchu :))) Tak trzymaj! (nie myślałaś o pisaniu jakichś tekstów???).Pozdrawiam i dziękuję...Justyna i Brzunio :hap:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka