Hej Dziewczyny!
Muszę sie komuś wyżalic ....po prostu muszę....wybrałam to forum, bo nie raz
już otrzymałam od Was pomoc w postaci dobrego słowa.Ale od początku. Mam 32
lata i nie miałam szczęścia w swoim życiu do facetów....W zeszłym roku to sie
odmieniło, zakochałam się bardzo szczęsliwie a po 5 miesiącach znajomości
okazało sie, że jestem w ciąży. Cóż bylismy trochę zaskoczeni ale bardzo
szczęśliwi jednocześnie - nosiłam w sobie owoc naszej miłości. Wszystko
układało się w miarę ok...25 maja urodziłam sliczną córeczkę. Mąż był przy
porodzie a mi wydawało się że moje szczęście sięga zenitu. Własnie wtedy
zdałam sobie sprawę jak bardzo Go kocham. Wszystko zaczęło się psuć po moim
powrocie do domu ze szpitala. 5 dni po powrocie mój mąż pojechał 150 km do
swoim rodziców zostawiając mnie z gorączką i płaczącym dzieckiem, bo okazało
się że musi załatwić ważną sprawę urzędową (która mogła spokojnie poczekać).
Zadzwoniłam wtedy do jego matki z pytaniem dlaczego nie odesłała go do domu -
odpowiedź byłam taka że to przecież kawał drogi i on tego samego dnia nie
wróci bo musi odpocząć itp.....To był pierwszy poważny zgrzyt. Mąz mało mi
pomaga przy dziecku, na noc zakłada stopery aby nie słyszć płaczu małej. Nie
ma dnia bez poważnej awantury.Nie mogę mieć własnego zdania, czasem czuję sie
osaczona

..........Jestem tak zdenerwowana, że czasami zanika mi pokarm..
Dziś też sie strasznie pokłóciliśmy - nie zasnę chyba całą noc tyle
usłyszałam przykrych słów. On cały czas mi mówi że się wyprowadzi albo że
powinnismy od siebie odpocząć. No i niestety teściowa (która niby traktuje
mnie jak córkę) cały czas jest po jego stronie....Oni oboje poszli by za sobą
w ogień.....Nie czuję się najważniejszą kobietą w jego życiu - na pierwszym
miejscu jest mama

.... Nadal go kocham....Ale chyba już nie mam na to
kolejne awantury siły

.....Co się stało z tą naszą miłością?