alinaw1
07.12.05, 15:45
Z ważnych powodów (ale bynajmniej nie dlatego, że coś było nie tak w
przedszkolu) zmuszona byłam przepisać dziecko z prywatnego przedszkola do
publicznego. Wiedziałam, ze bedą różnice (choćby w liczbie dzieci w grupie)
ale każdego dnia przeżywam rozgoryczenie. Czuję się tak jak ktoś, kto
przeprowadził się z apartamentowca do zapadłej kamienicy. To przedszkole to
relikt PRL z dyktatem pani dyrektor i pań woźnych. Dziwi mnie każdy drobiazg:
płacenie tylko 2 razy w tygodniu, tylko gotówką i zawsze w dużej kolejce. Gdy
zaproponowałam aby była możliwość opłat przelewem (i lista szczegółów u
poszególnych grup) wywołało to niemal oburzenie. Tak zawsze było! Nie daj
Boże się spóźnić! Nawet nie ma czasu pogadać z wychowawczynią bo rodzice nie
mogą przeszkadzać w zajęciach, a więc odbierać dziecko i pędem uciekać. O
indywidualnym podejściu do dziecka nie ma mowy. Przykładów mogłabym mnożyć.
Gdyby nie znajomość zasad i zwyczajów tamtego przedszkola- pewnie bym nie
marudziła i zgadzała się ale... mamy jednak inne doświadczenia...
No i to przymusowe leżakowanie...
Kiedyś tata synka, który chodził z moim do tamtego prywatnego powiedział mi,
że wział kredyt aby jego dziecko mogło bawić się i uczyć w tym prywatnym
przyjaznym przedszkolu. Wtedy bardzo się dziwiłam. Kredyt? Toż to odwaga i
poświęcenie! Teraz nie dziwię się. I rozumiem go.