Witam,
chcialabym sie Was poradzic, bo juz sama nie wiem, co o tym
wszystkim myslec. Wyjechalismy z dzieckiem do Londynu (sorry, tu nie
ma polskich znaków

. Mala ma 3 lata i zaprowadzilismy ja do
przedszkola, bo, po pierwsze, bardzo ciagnie ja do dzieci, a po
drugie, chcemy, zeby sie nauczyla jezyka w miare szybko, bo to jej
pomoze w integracji tutaj.
Bylismy z mezem w 10 (!) przedszkolach, zeby wybrac to najlepsze
(serio uzaleznialismy lokalizacje mieszkania od przedszkola. Udalo
sie i mala poszla. W tymze przedszkolu jest nawet mila i madra
polska pani, ktora sie nasza mala fajnie zajmuje i
stanowi 'poduszke' jezykowa dla niej. Ale mala nie chce zostawac.
Jest do mnie przywiazana i teraz (odkad chodzi od tygodnia do
przedszkola|)to niemalze w domu do toalety nie pojde sama. Normalnie
boi sie, trzyma sie mnie, wymusza ciagle zajmowanie sie nia tylko
przeze mnie, mimo, ze jest i ulubiony dziadek i oczywiscie tata. Juz
dwa razy wymiotowala ze strachu. Natomiast panie w przedszkolu
jednym chorem pieja, ze powinnam 'trzymac garde' i dalej robic to
samo, ze mala sie przyzwyczai i ze jak bede np. siedziec razem z nia
na sali, to bedzie to jeszcze gorsze. A nawet wlasciwie teraz juz
niemozliwe, bo uznaly, ze te kilka dni, to wystarczajacy czas na
taka aklimatyzacje i ze mala juz musi zostawac sama. No i jestem w
kropce. Czy wlasnie funduje wlasnemu dziecku traume?
Blagam, poradzcie, bo jestem w takim momencie, ze albo zrezygnuje z
przedszkola w ogole (na razie), albo 'pociagne'...
Jakie sa Wasze doswiadczenia? Z premedytacja pisze na to forum, zeby
miec byc moze szerszy wachlarz opinii.
Z pozdrowieniami
Joanna
P.S. A moze znacie kogos (psycholog dzieciecy, pedagog) z ktorym
moglabym porozmawiac o tej sytuacji?