marsau1
09.12.04, 10:38
Urodziłam moją córcię we Wrocławiu w szpitalu na "klinikach" na ul.
Chałubińskiego. Lekarz przy przyjmowaniu mnie do szpitala, przy badaniu
stwierdził, że mogę wracać do domu, bo nie mam rozwarcia. Potraktował mnie
tak, jakbym wymyślała skurcze. mają chyba stare maszyny do KTG, bo nic prawie
na nich nie wychodziło, a ja miałam już mocne bóle. Dodam, że to moje
pierwsze dziecko, jednak wszystkie oznaki były dla mnie wyraźne. Skurcze
zaczęły mi się o 5.30 rano, czułam je, bo mnie obudziły. Cały dzień
zwlekałam, bo po co mam tam leżeć i czekać, wolę w domu. Pojechaliśmy ok.
19.00, lekarz wyprosił tatusia, chociaż to miał być poród rodzinny, jednak
położna stwierdziła, że spokojnie może jechać do domu i przyjechać rano. Ok.
21 zaczęły się takie skurcze, że zaczęło mi być niedobrze i zaczęłam tracić
przytomność (a zostawiono mnie w szpitalu, bo nie byłoby rano miejsc, a tak
mnie wcisneli do jakiejś sali). Jednak dalej nie było rozwarcia, ale
postanowili mnie wysłać na porodówkę. Więc wzięłam swoje torby (kazano mi je
ze sobą wziąć) i po parę kroków, zginając się z bólu przez cały korytarz
dotachałam się na miejsce. Kazano mi wejść na łóżko porodowe. Kiedy zaczęłam
się wdrapywać pomiędzy bólami zwróciła mi uwagę położna, którędy ja
wchodzę? "Zdrugiej strony!" Jednak tylko ta osoba okazała się naprawdę
pomocna i mogę napisać, że miała na imię Hania. Skręcałam się z bólu tak
przez kilka godz., bojąc się głośniej stęknąć. Oczywiście nie w głowie mi
było wtedy dzwonienie po męża. Czego do dziś, i pewnie zawsze będę żałowała,
on zresztą też, bo go na to długo namawiałam i kiedy się zgodził... Lekarz,
który mnie przyjmował zaglądał może ze dwa razy. Nie było go przy samym
porodzie. Może wtedy nie był potrzebny, ale później okazał się potrzebny i
aby mnie wyłyżeczkować i zszyć czekałam tak z rozwalonymi nogami (moje
dziecko leżało obok i krzyczało z głodu również czekając!) przez 40 min.
zanim znaleźli lekarza (innego niż mnie przyjmował), przez następną godz.
mnie zszywał! Oczywiście jak było po wszystkim to byłam tak wykończona, że
mało nie straciłam przytomności przechodząc na drugie łóżko, więc podali mi
glukozę, napoili herbatą (za co dziękuję tej Pani, która we mnie
ją "wlewała", bo nie byłam w stanie nawet głowy podnieść. Na szczęście moje
dzieciątko zostało ze mną do końca i przystawiono mi je do piersi. Nie wiem,
czy będę miała jeszcze dzieci, czas pokaże, ale na pewno nie będę tam drugi
raz rodzić. Pominęłam najważniejsze, na salę noworodków może wejść każdy, w
butach z dworu (co z tego, że ochraniaczach), w okryciach prywatnych, nie ma
ograniczeń wiekowych odwiedzających (co mnie bardzo zdiwiło). Natomiast nie
zdiwiło mnie za bardzo to, że moja córcia została przez nich obdarowana
GRONKOWCEM. Nie polecam, wręcz odradzam rodzenie w tym szpitalu.