edyta24-live
17.01.09, 18:26
Moja relacja jest opisem naturalnego porodu, bez upiększania Wrażliwe
kobiety proszę o nieczytanie jeżeli miałoby to wzbudzić negatywne emocje i
niestosowne komentarze.
Zaczęłam czuć skurcze o 2 w nocy w niedzielę, nawet nie było tak źle, mogłam
spokojnie chodzić, dopakować torby, zjeść, mąż pomógł mi wejść do wanny, gdzie
skurcze troszkę łagodniały. Kiedy były już co 8 minut pojechaliśmy do
szpitala, była 9 rano, przekonana, że to już nie długo. Kiedy w końcu
zostaliśmy przyjęci, na „dzień dobry” pani doktor zapytała mnie czy muszę tu
rodzić… mieli taki nawał, że odesłali mnie na patologie, miałam rozwarcie na
jeden cm a skurcze co 3 minuty, jednym słowem masakra.
Bolało bardzo, ale wytrzymywałam bez krzyku, dużo pomagał mąż i oddychanie.
Badanie co godzinę nie wykazywało postępu w rozwieraniu szyjki… Byłam
załamana, położna mówiła, że trzeba czekać, ale na co, skoro skurcze tak
częste a rozwarcia brak?? Było ok. 20, kazałam mężowi pójść po jakiegoś
lekarza, bo już byłam na skraju wyczerpania a na szybkie rodzenie się nie
zapowiadało. No i przyszedł, najpierw mnie wyzwał, że krzyczę, a badał mnie na
skurczu (!!!!!) i że on tu nie widzi żadnego powodu do grymasu. Użył bardziej
dosadnych słów, poczułam się jak rzecz, kolejna rodząca co wymyśla, a mnie
bardzo bolało, płakałam. Po badaniu przez owego doktora krew polała się do
skarpet, rozwarcie na 2 cm. Przeszliśmy na porodówkę, tam rozłożyliśmy się w
przedporodowej, przyszła położna- młoda, z idealnym makijażem, wypachniona
dziewczyna. Przeraziłam się, wiłam się z bólu a ona ze stoickim spokojem
mówiła, że tak ma być i muszę wytrzymać, ryczałam coraz bardziej, mąż pytał
jak może mi pomóc a ona, że to poród- musi boleć. Po hegarze, zostałam
położona na łóżku i podpięta do ktg, położna poszła w cholerę, zostaliśmy
sami- w tym momencie krzyczałam, że chcę umrzeć, ból był nie do zniesienia…
Przyszedł doktor- ten sam co mnie wcześniej badał, kiedy go zobaczyłam już
miałam dość całego rodzenia, pogranicze życia i śmierci. Po bardzo bolesnym
badaniu, kiedy z ręką w moim kroczu szczebiotał sobie z położną a na mnie
fukał, żebym się uspokoiła- kazał podłączyć oksytocynę, ze względu na to, że
chciałam znieczulenie, a nie miałam rozwarcia. Byłam zdruzgotana postawą
lekarza i położnej, nie zwracali na mnie uwagi, żartowali sobie,
podszczypywali się nawzajem a ja miałam wrażenie, że to jakaś farsa a nie
poród. Kiedy spłynęły pierwsze krople oksytocyny zaczęło się piekło… Skurcze
co minuta, ból jakby rozrywali mi krocze, nic nie pomagało i nikt oprócz męża
nie chciał mi pomóc, wiłam się tak przez godzinę, krzycząc i wyjąc, inaczej
się nie dało, próbowałam bez krzyku, skupiać się na oddechu- nic z tego. W
końcu zdecydowano, że można podać zop, czekałam na to jak na wybawienie z
moich katuszy, przemiła pani anastazjolog- ukłon w jej stronę, założyła je
szybko i sprawnie, nic nie czułam. Jednak w moim wypadku to znieczulenie nie
zadziałało…Rozpacz!!! Zawołaliśmy położną, potem lekarza, orzekli, że tak też
może być… W tym momencie błagałam, żeby mi cos dali bo nie wytrzymam- na to
dostałam odpowiedź- no na pewno. Po kolejnej godzinie zdecydowano, że przebiją
mi pęcherz, bo rozwarcie stanęło na 4 cm. Z pomocą męża położyli mnie na
fotelu porodowym, przebicie nic nie bolało, polał się wodospad gloniastych
wód. Jeszcze zostałam wycewnikowana, bo jak to określił lekarz- zajszczy nas
tu. To jest podejście do pacjenta na Ujastku, tak się traktuje rodzącą, nie
szczędzi wyzwisk w jej stronę, a samemu zagląda za spodnie położnej…Zawołano
sprzątaczkę-ja z rozwalonym kroczem, krew sika, a tu pani sobie podłogę myje…W
tym momencie wszedł mąż, bo go wyprosili, kazano wstać- zaczęły się parte. Na
stojąco przed fotelem wisząc na mężu wyłam jak dobijane zwierzę, krew sikała
na wszystkie strony. Położono mnie z powrotem na łóżko- rodzimy. Skurcze parte
były bardzo bolesne, czułam jak pękają mi tkanki, nacięto mnie, poczułam
zgrzyt nożyczek, w sumie było mi wszystko jedno- oby to się szybko skończyło.
Przy kolejnym skurczu lekarz położył mi się na brzuchu i całą siłą wyciskał
dziecko, krzycząc przy tym na mnie, żebym nie wrzeszczała. Nie dałam rady. Po
kilku parciach położono mi na brzuchu najpiękniejszą istotkę na świecie, naszą
córeczkę- Zofię Annę. Potem mąż poszedł na mycie i ważenie, ja płakałam tym
razem ze szczęścia. Szycie było paskudne- położna trzymała jakieś metalowe
łyżki, a doktor szył, czułam każde ukłucie i przeciąganie nici, ale sama
siebie uspokajałam, że to już koniec. Wrócił mąż, posadzili mnie na wózku i na
salę poporodową. Tam z pomocą męża umyłam się i zostaliśmy sam na sam we
trójkę. Dziś jestem 6 dni po porodzie, Malutka śpi słodko w łóżeczku, jest
nagrodą za 22 godziny męki, najwspanialszą jaką można dostać.
Nikt mnie nie zapytał jak chcę urodzić, zwyczajnie położyli mnie na leżąco,
nikt mi nie dodawał otuchy, nie próbował mi pomóc. Lekarz był najbardziej
prostackim lekarzem jakiego znam, położna dbała żeby sobie paznokcia nie
złamać… Ujastek jest przereklamowany, na szkole rodzenia tak wspaniale mówią o
porodzie, o pomocy przy łagodzeniu bólu- jedna wielka ściema !!!Poród był dla
mnie koszmarem, ale mam to już za sobą, teraz piekielnie boli mnie krocze, ale
to kwestia czasu.