Dodaj do ulubionych

jan,maria i cdn

IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.02.06, 23:29


Z pamiętnika pewnego pacjenta

Dzień Pierwszy od wyborów:

Obudziłem się później niż zwykle. W zasadzie nie wiem, czy to był sen, w
każdym razie usłyszałem dobiegający z kuchni głos Nelly: "Wstawaj, bo
spóźnimy się do URM-u". No, jest wreszcie po co wstawać z łóżka przed 11.00.
I nie ma jak powrót na stare śmieci - w 93-ecim mieliśmy z Hanką pod butem
całą tę krainę...

Dzień Drugi od wyborów:

Podjąłem pierwsze decyzje. Od dziś śniadanie będzie o 9.00. Potem obiad w
jakiejś stacji radiowej, w zależności od tego, kto szybciej mnie zaprosi.
Żona już cieszy się z oszczędności - ma prawdziwą, choć nabytą duszę Krakusa!
Podwieczorki będę jadał u Jasia Dworaka. Przy okazji będzie można ustalić, z
kim i o czym Monika będzie rozmawiać wieczorem. Podczas kampanii wkurzył mnie
Kurski, więc Monika spróbuje zrobić z niego pajaca. Swoją drogą Donald
niepotrzebnie wspominał o dziadku w prezydenckich spotach. Ale teraz, po
wygranej, i tak nie ma to już znaczenia. Na kolacje zaś będę wpadał na
Czerską, do Adama. Chyba, że Olek będzie w Wilanowie.

Dzień Trzeci od wyborów:

Zadaję sobie pytanie, dlaczego ściany w URM-ie, gdzie bywam teraz codziennie,
są pomalowane na zielono. I ten dziwny zapach: woń farmaceutyków zderzona z
zapachem zupy, gotowanych ziemniaków, marchewki i groszku... Niepokoi mnie
też to, że mój sekretarz chodzi ubrany na biało i wciąż się uśmiecha, choć
przecież sprawy wagi państwowej nie należą do zabawnych. Jeśli nie
przestanie, to go zwolnię - może wciąż jest w zwycięskiej euforii? Poza tym,
mój fotel w gabinecie premiera ma na oparciu i poręczach jakieś zagadkowe
pasy. Sekretarz wyjaśnił, że to taki żart personelu - te pasy mają mnie
przytwierdzić do fotela na tyle mocno, abym na nim wytrwał do końca kadencji.
Taka tapicerska metafora. Uśmiałem się serdecznie. Swoją drogą nie posądzałem
ich o skłonności do studenckich psikusów. OK, niech te pasy zostaną. Będą
pomyślną wróżbą na najbliższe cztery lata...

Dzień Czwarty od wyborów:

Postanowiłem skrytykować prezydenta Busha. Jeszcze nie wiem za co, ale to
ustalą moi doradcy. Nie ma jak dobre éntre na światowej arenie politycznej -
media zaraz to podchwycą. Ciekawe, kto będzie pierwszy - CNN, New York Times
czy Wall Street Journal. Już to widzę! Ziomale z krakowskiego Kazimierza
pękną z zazdrości. Ale i zapewne będą szpanować tym, że mają kolesia
premiera. No i że wszyscy jesteśmy z Krakowa, choć większość z nich mieszka
dziś w Hajfie, Beer-Shebie czy pod Waszyngtonem.

Dzień Piąty od wyborów:

Nelly znów każe mi łykać jakieś świństwo. Podobno ma wspomagać mój układ
decyzyjny. Mówiła, że te tabletki to coś w rodzaju politycznego ABS, aby nie
naobiecywać zbyt wiele elektoratowi. Ale po co mi to - przecież zwycięskie
wybory są już za nami! Teraz muszę opracować program na pierwsze 100 dni.

Dzień Szósty od wyborów:

Zmagam się z oporem materii. Nie tak łatwo rozplanować te 100 dni. Czasami
wydaje mi się, że jestem na wzgórzu, siedzę na koniu z dłonią wsuniętą za
połać munduru, a gdzieś w dali majaczą brytyjskie i pruskie pułki. Dudnią
werble, grają trąbki sygnałowe. Nie mam tylko pewności, jak nazywa się ta
miejscowość. Zaraz, zaraz, chyba coś na `W'... Na szczęście po wizycie Nelly
i sekretarza, który dał mi zastrzyk - jak mówił, przeciwko grypie - znów
mogłem się skoncentrować na pracy. A co do grypy, to sekretarz miał rację -
idzie zima, więc lepiej się uodpornić. Zapowiadają mrozy. Choróbsko w czasie,
gdy na dobre rozkręcę się na urzędzie, to sabotaż - moja absencja, choćby
najkrótsza jest niepowetowaną stratą dla kraju.

Dzień Siódmy od wyborów:

Od rana mam ubaw. Prasa podała, że Kaczory tworzą Piwnicę Światła. Muszą być
strasznie sfrustrowani podwójną porażką wyborczą, decydując się na taki krok.
Podobno chcą recenzować nasze działania. Po pierwsze, medialnie nie
podskoczą, bo sprawę załatwią dwa telefony: jeden na Woronicza, drugi do
Adama. A po drugie, to ja się pytam: jak można mieszkać w domu, w którym
piwnica jest na dachu? Tak się uśmiałem, że nie poczułem ukłucia - znów ten
sekretarz ze strzykawką! Jednak go wywalę i przeniosę do jakiegoś
ministerstwa. Ile razy można szczepić się przeciwko grypie?

CDN



~studniówek, 07.02.2006 21:59

Obserwuj wątek
    • Gość: azok Dąbrowa Górn. Re: jan,maria i cdn IP: *.telpol.net.pl 08.02.06, 10:50
      Super, po zachowaniu półTuska wyraźnie widać jakie musieli plany.
    • Gość: zenek-reaktywacja Re: jan,maria i cdn IP: *.internetdsl.tpnet.pl 08.02.06, 22:09
      Dzień Ósmy od wyborów:

      Pod dom po raz pierwszy zajechał wóz ochrony. Długo czekałem na ten moment.
      Zbiegłem na dół. Chłopcy z BOR-u wysocy, dobrze zbudowani, w nie rzucających
      się w oczy długich białych uniformach. Wiadomo, giwery.... Samochód został
      dobrany zgodnie z przewidywaniami mojego projektu `Tanie państwo'. Polonez
      truck z przyciemnianymi szybami i dyskretnym kremowym lakierem. Tylko co robią
      na drzwiach te czerwone krzyże? Choć podejrzewam, że to kamuflaż, jednak każę
      BOR-owcom przemalować auto. W końcu mieszkamy w Polsce, nie w Szwajcarii.
      Chłopcy nakładają mi nowy model kamizelki kuloodpornej. Jest super lekka,
      pewnie z kevlaru. Trochę mi w niej niewygodnie, bo ręce mam skrzyżowane na
      piersiach i nie mogę podrapać się po łysinie, tudzież przetrzeć zaparowanych
      okularów. Ale od czego jest Nelly? Tak, bezpieczeństwo premiera przede
      wszystkim. Mkniemy na sygnale do URM-u. Zza przyciemnianych szyb spoglądam na
      kłębiący się na ulicach elektorat. Miło jest być panem tej ziemi...

      Dzień Dziewiąty od wyborów:

      Zabieram się za języki. Do południa opanowałem podstawy niemieckiego. Posługuję
      się już biegle najbardziej potrzebnymi w dyplomacji zwrotami: `Hände hoch',
      `Ich habe keine Ahnung', `Ich weiss nicht', `Raus', `Rauchen verboten' i `Was
      haben Sie zu verzollen?' Zastanawiam się, od którego z nich zacząć pogawędkę z
      Angelą Merkel, z którą spotykam się w przyszłym miesiącu.

      Dzień Dziesiąty od wyborów:

      Nelly stanowczo doradza mi wizytę u logopedy. Fakt, od dziecka miałem kłopot z
      dźwięczną spółgłoską `r'. Nawet teraz nie mogę solidnie zrugać podległych mi
      wojewodów, bo ile razy rzucę słowem na `k', to wychodzi jakoś tak miękko. Żona
      przekonała mnie, że zna dobrego specjalistę. To ten sam, do którego chodzi
      Adam.




      ~studniówek, 08.02.2006 21:04

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka