Gość: Stary
IP: *.clover.com.au
07.02.02, 08:44
Ostatnio dużo się tu dyskutuje, czy warto z Polski wyemigrować, i za ile. Każdy
musi sam za siebie zdecydować. Ale pamiętać należy, że nigdy nie należy mieszać
rzeczy tylko pozornie ze sobą związanych. W podanych poniżej parach rzeczy do
wyboru, które trzeba sobie dobrze przemyśleć jeszcze przed wyjazdem, "jedno"
i "drugie" są to zupełnie odrębne konkurencje, wymagające zupełnie odmiennego
spojrzenia na świat i całkiem różnych predyspozycji psychicznych
- Komfort psychiczny i ogólna wygoda z tego, że za granicą nikt ci nie chce
wleźć na głowę, to jedno;
- Tłuczenie kasy na okrągło, 24 / 7 / 365, to drugie.
- Mieszkanie za granicą po to, żeby mieć stabilność, pewność jutra dla siebie
i rodziny, święty spokój od "polskiego kotła", Lepperlandu, , ogólnej
niemożnosci, pobożności, czy polskiego imperium absurdu, to jedno;
- Robienie za granicą kasy, po to, żeby ją potem w Polsce wydać, to drugie.
- Zarobienie za granicą na przyzwoite życie, bez wielkich luksusów, ale i bez
radykalnych niedostatków, to jedno;
- Dojście za granicą do dużych pieniędzy, to drugie.
- Stopniowa integracja z nowym krajem bez nacisków, bez dyskryminacji, z
własnej dobrej woli i chęci, aż do przyjęcia z czasem obywatelstwa nowego kraju
zamieszkania - to jedno;
- Agresywna postawa roszczeniowa (mię się należy!) albo niezachwiane
przekonanie o własnej wyższości, czyli jazda bez trzymanki na wysokim koniu
polskiego konkwistadora, zesłanego przez Boga, żeby łupił zachodnich
prymitywów, to drugie.
Tak jedno jak i drugie jest do załatwienia. Jedno można trochę łatwiej, z
drugim jest przeważnie trudno. Każdy może sobie satysfakcję czerpać albo z
jednego, albo z drugiego. Ale musi sobie od samego początku zdawać sprawę, na
czym stoi.
Sam mogę się powoływać tylko na własny przykład. Mieszkam w Australii od dobrze
ponad 20 lat. Żadnych wielkich pieniędzy tu nie zrobiłem i pewnie już nie
zrobię.
Jeżdżę starym samochodem, latam samolotami na najtańszych biletach, nie chodzę
dwa razy dziennie do knajpy, garnitury kupuję gotowe z wieszaka, zamiast szyć
na miarę, na wakacje latam do północnego Queenslandu, Nowej Zelandii albo na
wyspy Pacyfiku, zamiast do Europy albo Stanów.
Ale żyję spokojnie, w przyzwoitych warunkach, we własnym domu, na który sam
uczciwie zarobiłem własną pracą, otoczony rodziną, którą tu sobie założyłem;
moje dzieci chodzą do dobrych szkół; nie siedzę po uszy w długach; kiedy chcę
się napić przy obiedzie wina, otwieram butelkę, która ma korek, a nie zakrętkę.
Jestem luźny, refleksyjny, zadowolony z życia. W Polsce mam rodzinę, ale jak
przylatują z wizytą i opowiadają o realiach krajowych, to wrzód żołądka mi się
zaczyna robić i ciśnienie krwi wzrasta od samego słuchania, więc zaraz sięgam
po korkociąg i im też nalewam, żeby przestali.
Potem rodzina z Polski odlatuje z powrotem, lamentując na sydneyskim lotnisku
jakby wjeżdżali windą na szafot, a ja jadę swoim starym samochodem z powrotem
do domu. Ruch jak jasna cholera, słońce świeci, ocean się iskrzy, klimatyzacja
dmucha chłodem, zaraz mi się nastrój poprawia. Tradycyjnie nastawiam sobie w
takich momentach refleksji za kierownicą moją ulubiona płytę CD z super cool,
jazzową wersją australijskiego hymnu narodowego "Advance Australia Fair", James
Morrisson Big Band.
W wersji oficjalnej, ten hymn to nudnawa politgramota. Ale w tej wersji, której
ja chetnie słucham, jajarskiego jazzowego pastiszu, ostre wejście saksofonów w
pierwszym takcie to sama przyjemność. Z przyjemnością słucham, jak zaraz po
saksofonach klezmerzy Jima Morrissona dają czadu w puzony, i myślę, że to
bezczelne ciągnięcie łacha z hymnu powstało przecież na oficjalne zamówienie
australijskiego federalnego ministerstwa kultury i sztuki, w 1988 roku, jako
część obchodów 200-lecia Australii, gdzie niczego się nie traktuje ze
śmiertelną powagą.
W Polsce, za nagranie podobnie pozbawionej szacunku dla hymnu państwowego,
jazzowej wersji "Mazurka Dąbrowskiego", polskie ministerstwo kultury i sztuki
nie tylko nie zapłaciłoby jazzmanom za robotę, ale kazałoby ich wytarzać w
smole i pierzu za obrazę Boga, Historii, ducha przodków, Pana Prezydenta i
Matki Boskiej Częstochowskiej.
Dalej idzie doskonałe, długie solo trąbki; kontrabas w tle wibruje w tylnych
głośnikach niskim tonem; perkusja szura rytmicznie; lawina samochodów już
ciągnie ostro, szybkościomierz oscyluje dookola 110 km/h. Zaczynam sobie,
cokolwiek fałszywie, nucić razem z lekko przepitym barytonem Morrissona ten
hymn, którego prawie nikt tutaj nie zna na pamięć: "…we've golden soil and
wealth for toil / our home is girt by sea / our land abounds in nature's
gifts / of beauty rich and rare / in history's page / at every stage / advance
Australia fair / in joyous voices let us sing / advance Australia fair...".
Czuję się u siebie.
Po raz kolejny, jak codzień od ponad dwudziestu lat, dziekuję dobremu Panu
Bogu, że kiedy byłem młody, dał mi dość odwagi, żeby na zalanej deszczem ulicy
smutnego zachodnioeuropejskiego miasta cisnąć do śmietnika gazetę ze zdjęciem
Jaruzelskiego na pierwszej stronie i powiedzieć głośno: "pierdolę, nie wracam".
Nigdy potem nie przyszło mi tego momentu objawienia zesłanego przez opatrzność,
czyli iluminacji, żałować.
A Giertych z Lepperem, i wszyscy inni dzisiejsi arbitrowie patriotyzmu chłopa
przypisanego do ziemi, mogą mnie pocałować w dupę.
Stary
Sydney