Dodaj do ulubionych

Wojaże 1977

IP: *.clover.com.au 02.04.02, 12:56
Mlodziezy dla nauki.

Wojaże 1977

"Kto zapomina o swojej historii, przeżyje ją jeszcze raz" - George Santayana,
1905


Podróże kształcą W PRL kształciły nawet przed ich rozpoczęciem. Lekcje
stosunków państwo obywatel otrzymywało się w późnych latach siedemdziesiątych
stojąc w sześciogodzinnej kolejce przed Biurem Paszportów Komendy Dzielnicowej
Milicji Obywatelskiej, aby odebrać paszport, wydawany do niegodnej zaufania
ręki warszawskiego studenta dopiero po złożeniu weksla gwarancyjnego na sumę
125 000 złotych.


Było to wówczas 5000 dolarów po czysto teoretycznym kursie oficjalnym (24 złote
za dolara) albo 1000 dolarów po kursie rzeczywistym, u cinkciarzy pod Pewexem
(120 złotych za dolara). Suma odpowiadała z grubsza półtorakrotnej cenie nowego
małego Fiata 126p w tzw. zakupie z przedpłatą, gdzie płacić pełną cenę należało
natychmiast, a odbierać samochód być może w dwa lata później, jak dobrze
pójdzie. Weksel gwarancyjny miał gwarantować, że objęty ustawą o planowym
zatrudnieniu student nie ucieknie za granicę.


Ustawa o planowym zatrudnieniu dawała państwu prawo skierowania absolwenta
wyższej uczelni do pracy, gdzie się państwu podobało, zaś co do weksli, to
istniał cały ich szczegółowy cennik, zależnie od kierunku studiów. 125 000 zł
to była stawka dla studentów politechniki, dwa razy tyle dla Akademii
Medycznej, poloniści byli najtańsi. Studentów ASP uznawano za bezwartościowych
dla ekonomii politycznej socjalizmu i w ogóle nie wymagano od nich weksli, być
może w cichej nadziei, że wszyscy uciekną.


4800 złotych miesięcznie (40 dolarów) było w Polsce lat 70-tych bardzo dobrym
zarobkiem; młody inżynier zaczynał od 2400-2800 zł (20-24 dolarów) miesięcznie.
Dla studenta politechniki,1000-dolarowy weksel była to zatem równowartość ponad
trzech lat pracy po dyplomie. Dla jego rodziny i żyrantów, na których weksel
spadał w razie odmowy powrotu do kraju, była to równowartość ponad dwuletnich
poborów doświadczonego pracownika. Oczywiście za sam tylko 1000-dolarowy weksel
(do którego trzeba było mieć dwóch wypłacalnych żyrantów, z czego jednego nie
spokrewnionego oraz zamieszkałego pod innym adresem niż wyjeżdżający) paszportu
jeszcze nie wydawano.


Należało najpierw osobiście złożyć podanie, odstawszy co najmniej dwie godziny
w kolejce do okienka na Komendzie Dzielnicowej MO. Potrzebny był wypełniony,
czterostronicowy, niezmiernie szczegółowy formularz (z mikroskopijnej wielkości
rubryką "kontakty z zagranicą", bo porządny obywatel wszak nie powinien mieć
takich kontaktów). Do tego znaczek opłaty paszportowej za 100 złotych,
sprzedawany w niewielu miejscach w mieście i zupełnie inny od znaczka
skarbowego, metryka, zaświadczenie z dziekanatu, zaświadczenie z WKU lub
Studium Wojskowego na uczelni, zaświadczenie od Uczelnianego Pełnomocnika
Ministra Pracy, Płac i Spraw Socjalnych Do Spraw Planowego Zatrudnienia (w
skrócie UPMPPiSSd/sPZ) , zaproszenie za granice poświadczone notarialnie, z
nalepionym znaczkiem skarbowym, promesa wizy (o paszport prywatny było trudno
bez promesy wizy, a o promesę wizy w zachodnich ambasadach jeszcze trudniej bez
paszportu), zaświadczenie z banku o posiadaniu dewiz, oraz jeszcze inne rożne
pieczątki i zaświadczenia uboczne wedle życzenia panienki z okienka, grzebiącej
w tych papierach bez najmniejszego pośpiechu, a za to z najwyższym
obrzydzeniem.


Potem czekało się przez czas nieokreślony (zwykle miesiąc, czasem dwa, a czasem
do us... śmierci) na decyzję. Decyzja w sprawie podania złożonego w kwietniu
czasem przychodziła tuż przed czerwcowym początkiem wakacji, czasem nie
przychodziła aż do października, kiedy wyjazd dawno już diabli wzięli, w
rzadkich wypadkach można ją było dostać pod choinkę następnego roku. Decyzje
przysyłano do domu w niechlujnej niebieskiej kopercie dwunastego gatunku. W
środku był druczek, w którym bez przebierania w słowach stało: tak albo nie.
Pod tym był podany stosowny paragraf ustawy paszportowej. W razie odmowy, Biuro
Paszportów nieodmiennie powoływało się na artykuł ustawy mówiący, że wydania
paszportu odmówić można, gdy w grę wchodzą "inne ważne względy społeczne". To,
oczywiście, wyjaśniało wszystko: nie, bo nie.


Jeżeli paszportu nie dali, to teoretycznie rzecz biorąc można się było od
odmowy odwoływać. Najpierw do warszawskiego Biura Paszportów MSW, w ponurym
budynku na ul. Koszykowej, gdzie kiedyś mieściła się część UB. W ogromnym
szybie głównej klatki schodowej rozpięta była tam metalowa siatka, przed 1956
rokiem zapobiegająca samobójczym skokom prowadzonych na przesłuchanie; ogromnie
pomagało to na nastrój przed rozmowa z urzędnikiem

W razie niepowodzenia, można ewentualnie było składać odwołanie na piśmie do
samej centrali MSW na ulicy Rakowieckiej. Ale odwołanie to była najczęściej
strata czasu i znaczka opłaty paszportowej za 20 złotych, rzadkiego jak czarna
perła i trudnego do kupienia. Nie po to odmawiano paszportów, żeby je potem z
odwołania przyznawać.


Jak się już miało pozytywna decyzje z paszportówki, można było iść do kolejki
do załatwiania weksla gwarancyjnego w Stołecznym Urzędzie Zatrudnienia przy
ulicy Karowej. Dwóch żyrantów musiało się zwolnić na pól dnia z pracy, aby
osobiście złożyć podpisy na odpowiednim świstku. Żyranci musieli odstać w
jeszcze innej kolejce, do działu kadr u siebie w pracy, aby uzyskać
zaświadczenia o zatrudnieniu i wysokości zarobków, po to, by nikt chyłkiem nie
podstawił niewypłacalnych żyrantów.


Mając w ręku decyzje paszportówki i gotowy weksel, można już się było zapisać
do potężnej kolejki stojącej po odbiór paszportów. Należało w tym celu wstać
wcześnie. Jeśli się miało trochę szczęścia, to można się było zmieścić w
pierwszych trzech setkach. Jeśli się przyszło za późno, to nie było sensu
stawać w kolejce, bo nie było szans przyjęcia na policyjnych pokojach przed
godzina szesnastą, kiedy to, z dokładnością do pół sekundy, urząd zamykano.
Aktywiści, wyłonieni przez kolejkę w drodze trójprzymiotnikowych, wolnych,
demokratycznych i bezpośrednich wyborów, sporządzali tzw. listę społeczna,
którą następnie odczytywano na głos co godzina, żeby nikt nie oszukiwał przez
zajęcie miejsca i pójście sobie precz, do pracy na przykład. Należało stać
twardo i nie wymykać się do roboty czy na zajęcia Wolno było oddalić się do
ustępu, ale nie za często i nie na długo. Wyjście z kolejki na obiad było
możliwe tylko, jeśli ktoś mieszkał niedaleko, pozostałe osoby powinny przynieść
własną wałówkę i wodę mineralną "Mazowszanka". Osoby nieobecne przy dwóch
odczytaniach listy były z kolejki wykopywane przy ogólnej aklamacji. Robienie
sobie kpin z listy i mężów zaufania groziło zlinczowaniem przez kipiący
bezsilną wściekłością tłum.


Stanąwszy w kolejce o wpół do szóstej rano, około południa docierało się
wreszcie przed oblicze nieodmiennie ponurego gliniarza w cywilu, który
przylepiał w paszporcie podatek od podróży zagranicznych, czyli dostarczone
przez petenta znaczki paszportowe za 2000 złotych - trzy tygodnie zarobków
młodego inżyniera - i zabierał do depozytu weksel gwarancyjny oraz książeczkę
wojskową, aby nikt tego tajnego dokumentu nie wywiózł za granice.


Potem, z wyraźnym żalem i ociąganiem, dawał paszport do ręki, odbierał dowód
osobisty, i pouczał o obowiązku złożenia paszportu z powrotem w Komendzie w
ciągu siedmiu dni po powrocie z zagranicy, żeby za następnym wyjazdem można
było wszystko zaczynać od nowa. Potem paszportowy gliniarz, który sam
naturalnie nigdy w życiu nie był za granicą, smutniał jeszcze bardziej, patrzył
na petenta jak na pluskwę, zbierał się w sobie, przełykał ślinę, chrząkał,
poprawiał się na krześle i wreszcie z trudem wyduszał z siebie: "Życzę
szczęśliwej podróży". Wiedzieliśmy wtedy, ze jesteśmy już po drugiej stronie
szlabanu, w Europie. I już można było, jak wolny ptak, lecieć
Obserwuj wątek
    • Gość: Stary Wojaże 1977 (dokończenie) IP: *.clover.com.au 02.04.02, 12:58
      Stanąwszy w kolejce o wpół do szóstej rano, około południa docierało się wreszcie
      przed oblicze nieodmiennie ponurego gliniarza w cywilu, który przylepiał w
      paszporcie podatek od podróży zagranicznych, czyli dostarczone przez petenta
      znaczki paszportowe za 2000 złotych - trzy tygodnie zarobków młodego inżyniera -
      i zabierał do depozytu weksel gwarancyjny oraz książeczkę wojskową, aby nikt tego
      tajnego dokumentu nie wywiózł za granice.


      Potem, z wyraźnym żalem i ociąganiem, dawał paszport do ręki, odbierał dowód
      osobisty, i pouczał o obowiązku złożenia paszportu z powrotem w Komendzie w ciągu
      siedmiu dni po powrocie z zagranicy, żeby za następnym wyjazdem można było
      wszystko zaczynać od nowa. Potem paszportowy gliniarz, który sam naturalnie nigdy
      w życiu nie był za granicą, smutniał jeszcze bardziej, patrzył na petenta jak na
      pluskwę, zbierał się w sobie, przełykał ślinę, chrząkał, poprawiał się na krześle
      i wreszcie z trudem wyduszał z siebie: "Życzę szczęśliwej podróży". Wiedzieliśmy
      wtedy, ze jesteśmy już po drugiej stronie szlabanu, w Europie. I już można było,
      jak wolny ptak, lecieć w świat, nie zaniedbawszy jednak przedtem odebrać w
      dziekanacie kartek na cukier za czas planowanej nieobecności.


      Stary, Australia

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka