Dodaj do ulubionych

Długi tekst w którym ważną role odgrywają Polaczki

IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 13.06.02, 00:21
dzień któryś tam dobry dzięki opatrzności siedzącej w siódmym niebie i
słuchającej Ras Michaela
patronem wszystkich dobrych i pozytywnych chuliganów jest pan Toots Hibbert,
pomyślał Dermot i wszedł do internacjonalistyczno-komunistycznego akademika.
Jak wszyscy doskonale wiedzieli akademik powstał po słynnym zjeździe czerwonych
studentów, jaki odbył się onegdaj w stolicy. Ponieważ nie wypadało ot tak po
prostu wypuścić ich z powrotem żeby im się w głowach nie poprzewracało z
nadmiaru wolności, specjalnym milicyjnym tramwajem pod eskortą naszprycowanych
enkawudzistów odesłani zostali do naszego goradu. U zaprzężono wszelakich
murzynów, arabów, nikaraguańskich odstępców, przyszłych czilijskich poetów,
indyjskich mówców do betoniarko-koparko-dźwigów i pozwolono im zbudować ów
wspaniały akademik – i po dziś dzień tam mieszkają. Ale mieszka tam też kilku
hippisów, Romek co się narkotyzuje jak mało który chuligan ale niestety potem
często zasypia, a może fajnie, bo jak się śpi to się zajebiste rzeczy czasem
przyśnią, lepsze niż na internecie. Z Romkiem koleguje się pewien szlachecki
opowiadacz, brakuje mu tylko wąsów i ma doprawdy pięknie głęboki głos.
Mieszkają tam naturalnie tez dwie piękne księżniczki, one się do tego nie
przyznają, pewnie chcą żeby wszyscy wierzyli w ich proletariackie pochodzenie,
ale istotę rzeczy zdradził Dermotowi wędrowny nalepiacz plakatów w nocnym
metrze. Ale jak na księżniczki są dość przystępne, i kultywują wiele
pożytecznych i miłych ludowych zwyczajów jak częstowanie na wejściu plackiem,
wódką, buziakiem a czasem nawet koreczkami które wcale nie są koreczkami
śledziowymi, wyobraźcie sobie.
Ha, no i mieszka tam przezabawny czarownik gitarzysta, gra przepiękne
alkoholowe riffy co jest sztuką szczególną bo nie ma gitary. Byłby to jednak
ciągle jeden z wielu miliardów akademików jakie stoją w naszym goradzie lub w
pobliżu, ale wyróżnia się czymś co Dermotowi szczególnie odpowiada, niech powie
zresztą sam;
Hanka, ta ci parking ma, że hej. Mój rower cieszy się i prycha na samo słowo
Hanka, bo wie że tutaj będzie ciepło, bezpiecznie, sucho, baczne oko wiedźmy ze
stróżówki uchroni przed agresją ze strony dresowych trolli. Hanka odznaczona
orderem ministerstwa rowerów, złoty pedał, widzę to w bliskiej przyszłości.
Ale co dalej- no więc wszedłem, minąłem stróżówkę, i na schodach wdałem się w
palenie ziela skręconego zgrabnie. Była to okazja żeby podzielić się
wątpliwościami, bo młodzian w szerokich spodniach był na 70% sympatyczny:
)wiesz ty co. Ostatnio mam wrażenie że siedzi we mnie jakaś obca istota, niczym
jakiś alien, rozumiesz, szatan jakowyś. Bo przecież jadam to co zwykle, tłusto,
niezdrowo, kebabiki, jogurciki, ostatnio może zjadłem parę sojowych kanapeczek
i świerszczyków, ale niewiele –a kupa mi się zmienia. Nie moja konsystencja,
nie mój smrodek, zupełnie obcy, nieprzyjemny, jakby jakiś dywersant sobie za
mnie trawił. To pogłębia mój kryzys tożsamości(
tak sobie gaworzyliśmy
wiecie co, pomyślałem że mogą się wam nie spodobać takie wulgarne wynurzenia,
nie jesteśmy na odpowiednim poziomie znajomości i bliskości. Najlepiej zrobicie
jak nie będziecie czytać tego co napisałem powyżej.
Zacznę jednak od środka. Jak mówi Księga Więzienna Księstwa Szkorbutu ( to
dalej niż Dębiec) każdy braniec ma prawo do skrzynki słodkiego wina i
buraczanej bagietki na dzień. Taki ich socjalny przeżytek To zaś niechybnie
musiało ściągnąć Polaczków.
Co, a właściwie co to jest Polaczek? Specyficzny gatunek, niedawno go w
większości klasyfikacji wyodrębniono, ale wciąż mało opisany. W pewnych
regionach jest go mało, w innych nadmiar. Łowcy go łatwo rozpoznają, po
koszulach, po włosach w kolorze kurzu. Trzymają się w kupach, dość luźnych,
rozpadają się, łączą, agresję kierują to na zewnątrz to wewnątrz grupy.
Oszukują, o w tym są zbliżeni do grupy Czarnych Chuliganów, poziom moralnych
zahamowań w tej dziedzinie góra 30 %. Polaczek nienawidzi Władców ale ich
wykorzystuje, i robi to otwarcie. Omija legalna drogę, nie przechodzi na
zielonym świetle, kradnie cegły, przestawia liczniki, paląc tanie ćmiki z
przemytu wesoło słucha kradzionej muzyki. nigdy nie ma nic do oclenia. Nosi
niepoprawne wdzianka, używa niepoprawnych wyrazów. Jest zakałą świata Porządku.
Jeździ kradzionymi samochodami, bije domowej roboty kijem, na kolacje kradnie
od sąsiadów pomidory, bo jak mówi, nie stać go na własne. Zwykle niskiego
wzrostu, zwykle na bosaka, głośno się śmieją, mają owłosione stopy, uprawiają
małe gospodarstwa albo okradają sąsiednie. Jeżdżą szybko, sikają pod murem.
Nade wszystko uwielbiają nic nie robić i na ogół tym właśnie się zajmują,
czasem jednak staje się coś niespodziewanego, grupują się wówczas, coś
mamroczą, widać że coś szykują, że coś będą robić, i bynajmniej nie będzie to
zbieranie funduszy na obozy dla chorych na koklusz.
Plan był prosty, zablokować główną ulicę malutkiego Księstwa Szkorbutu, w
czasie gdy odbywa się doroczny marsz Społecznej Równości i głośno wykrzykiwać
obelgi pod adresem gwiazd francuskiej piosenki. To powinno wystarczyć aby
zmotoryzowane siły milicyjne ujęły – bo zbędnego oporu nie będzie – wszystkich
40 Polaczków i zawiozły ich wprost do komfortowych kazamatów, a tam będzie już
czekał przysmak wszystkich ludzi ulicy i emigrantów – słodkie winko o wysokim
woltażu. Hej, ale się nie udało.
Bo byli też terroryści arabscy i był wysokiej rangi urzędnik kościelny i były
święte kule które przebijały milicyjne kamizele. Najpierw trzeba powiedzieć
parę słów o Księstwie Szkorbutu. Jest to księstwo bardzo religijne, a dostojnik
który nim zarządza jest nominowany zarówno przez zawzięcie cudzoziemskich
francuzików z centrali jak i przez kudłate myszy z drugiej strony granicy. Te
ostatnie są na ogół podatne na decyzje podjęte przez francuzików, bo cały dzień
słuchają kubańskich bitów i piją browce z litrowych kufelków – przepyszne
zresztą w upał – i polityka ich nudzi. Tak więc Papa który włada księstwem jest
w zasadzie marionetką gogusiów. Księstwo jest małe, wolnocłowe, ergo bogate,
sprawiedliwe społecznie spokojne i dość gejowe – trzeba uczciwie stwierdzić że
według współczynnika cymeryjskiego jeden Conan dałby radę 25 milicjantom
uzbrojonym a 57 nieuzbrojonym. Dlatego też początkujący arabscy terroryści z
nowo powstałej Partii Dżihad Za Petrodolary uznali że na inicjację działalności
najlepiej się nadaje właśnie Księstwo Szkorbutu i postanowili porwać
arcybiskupa, sprzedać go wędrownej sekcie Maorysów za rzadkie totemy, sprzedać
je na giełdzie satanistów i za uzyskane pieniądze wybudować 44 minaret meczetu
w Szczerej Pustyni. Trzeba wam bowiem wiedzieć że prastara przepowiednia Starca
Z Gór głosiła, że kiedy „czterdzieści i cztery minarety na Szczerej Pustyni
staną, wówczas dozwolone będzie, aby wizerunki nagich kobiet i wszelakie
podniety udziałem prawowiernych się stały”. Oznaczało to że nareszcie
odkodowany zostanie Polsat i wspaniałości których istnienie dyskutowano dotąd w
haszyszowych barach odsłonią się dla wiernych mężów islamu. Habib Osiłek,
przywódca sekty już widział się w roli prowadzącego lokalną wersję )masażu
olejkami po gołych piersiach(, i dlatego spieszno mu było do akcji.
Wszyscy milicjanci zostali posiekani zakrzywionymi szablami Szwajcarów ( tak
dla niepoznaki będziemy nazywać Arabów), a ci którzy przeżyli zostali
rozstrzelani, wrzuceni do kwasu, wywleczono im płuca na zewnątrz i nabito na
pal ( Habib wyczytał o tej sztuczce w książce o wikingach), rozciągnięto ich
wnętrzności na drodze poza rogatkami stolicy, posypano solą pieprzem i gałką
muszkatołową, oczy zakonserwowano w spirytusie, żołądki dano na pożarcie
dwugłowym tresowanym sępom, włosy spalono, zęby przerobiono na podarki dla
Kuszytów, mundury na majtki dla eunuchów z haremu, miasto spalono i wysadz
Obserwuj wątek
    • Gość: nygus Ciag dalszy IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 13.06.02, 00:24
      mundury na majtki dla eunuchów z haremu, miasto spalono i wysadzono w powietrze
      i następnie zaorano przy pomocy ocalałych milicjantów których następnie opluto
      i zjedzono. Mieszkańców wygnano Gdzie Pieprz Rośnie, gdzie do tej chwili toczą
      krwawe waśnie etniczne z rdzenną ludnością tej dzielnicy, małymi kibicami
      siatkówki. Te wszystkie okropne i wcale nie podobające się Jehowie rzeczy
      uczyniono po części żeby choć trochę rozerwać wybrednego czytelnika, a po
      drugie żeby dać jasno do zrozumienia że z Partią Dżihad za Petrodolary nie ma
      żartów. Problem jaki wyniknął z całej tej sytuacji dla Polaczków był taki, że
      a) nie było mowy już raczej o darmowym winie, wbrew temu co sugerował
      najbardziej buńczuczny z Polaczków Stefcio o Benzynowych Rękach
      b) nie było już od kogo sępić bejmów ani kogo okradać
      szwajcarzy zniknęli natomiast za horyzontem w swojej karawanie wozów
      opancerzonych. Ukryci w kabinach swych mocarnych tirów polaczkowie przez CB
      radio podsumowywali sytuacje. Całe szczęście że poprzedniego dnia ostro pograli
      w kulki z bułgarskimi prostytutkami i spili ostatni zapas płynów do golenia –
      to spowodowało że zaspali na akcje budowy barykady na głównej drodze, a w
      czasie terrorystycznej masakry wycofali się na parking szkoły dla niewidomych.
      Jak już zostało jednak powiedziane, nie mieli nic więcej do roboty w tym
      miejscu. Przecież nie będą czekać w nieskończoność na statek z niewolnikami z
      wysp Parcianych, których przetransportować mieli w tirach dalej, w głąb Kraju
      Dobrobytu. Tak, trudna sytuacja, Polaczki spalały popka za popkiem i ciężko
      myślały. Na szczęście łebski Marian miał dostęp do Internetu w swojej kabinie,
      bo posiadał prawdziwy, żelazny niemiecki komputer pokładowy. Wykorzystywał go w
      wiadomym celu, jak to kierowca ciężarówki, ale tym razem miał on oddać naszym
      bohaterom ( mam nadzieje że zżyliście się z nimi na tyle że mogę użyć takiego
      sformułowania) nieocenione usługi.
      Jak wiecie, Internet jest bardzo interesującym wynalazkiem, w którym znaleźć
      można pożyteczne rzeczy jak przepisy na imperialne portery ze Szwecji albo
      tysiące gołych piersi, włochatych podbrzuszy i innych takich rzeczy. Ponadto
      znajdują się tam przewodniki po różnych miejscach, a że miejsce w którym nasi
      kierowcy się znajdowali przestało im zupełnie odpowiadać, wybrali jedno z
      takich innych miejsc i do niego weszli. Wchodzenie do Internetu polega na tym,
      że należy odszukać tzw. Terminal inaczej zwany portalem i po zapłaceniu
      określonego haraczu mechanikowi albo innemu panu wchodzi się i idzie się tam
      gdzie się chce. Jak się ma mocarną ciężarówkę, a takimi nasi polo-tirowcy
      dysponowali, można też wjechać i nie płacić.
      Ale o tym za chwilę
      Teraz bowiem przejdziemy na trochę na trzecią osobę. Dermot obudził się z
      potwornym kacem. Zdziwił się, bo zwykle budził się z luksusowymi kobietami,
      albo przynajmniej z kobietami. Obudził się na jednej z bardzo tylnych ławek
      wijowego tramwaju, daleko za pętlą jak udało mu się zauważyć. Tym także się
      zdziwił, bo ostatnio, od kiedy obejrzał prześliczną historię z Dalekiego
      Wschodu, starał się sypiać w swojej ekstrawagancko acz zgodnie z zasadami feng
      shui urządzonej sypialni, ubrany w jedwabną pidżamę, namaszczony wonnymi
      olejkami, na stoliku obok płatki czarnego lotosu, skóra tygrysa na ścianie,
      butelka wina z ryżu chłodzi się na śniadanie, ogólnie pysznie. A tu taka
      niespodzianka, w tramwaju. W dodatku skąd ten kac, przecież od czasu afery z
      wyborami na rastafariańskim uniwersytecie Dermot postanowił odmawiać wszelkich
      cięższych używek, co notabene wydało się bardzo podejrzane agentom z biura
      Nieustannie Śledzącego Jego Poczynania. Kac, stwierdził nasz bohater,był
      skutkiem zbyt długiego oglądania telewizji. Tak, pomyślał ubijając poranne
      ziele, zły uzdrowiciel z audycji Ręce które Kaleczą musiał być przyczyną
      dzisiejszej chandry i bólów żołądka. Jak mawia znajomy lew, jest na to jedno
      lekarstwo, tylko gdzie jest moja hubka, o, znalazła się, no to startujemy.
      Kiedy miła woń towarzysząca słodkawym oparom gęstego dymu, puff, puff,
      wypełniła wiatę przystanku myśli Dermota nieco się rozjaśniły. Poprzez kłęby
      zaczął zauważać swoją sytuację, zarówno w wymiarze perspektywicznym, w świetle
      długiej podróży tramwajowej, co wykazała retrospektywa, jak w kontekście
      kulturowym w jakim się znalazł. Na kontekst ten składały się bagieterie, ohydne
      typy w melonikach czy też berecikach i wielki napis na neogotyckim budynku
      )secours populaire(.
      Zatem jakaś romańska kraina socjalna
      Kadłub spokojnie skubiącego teraz trawę tramwaju pokrywały dziwne pajęczyny,
      błoto, zaschnięta piana, resztki kiełbasek i opakowania po szwajcarskim serze i
      batonikach. Pamięć Dermota stopniowo budowała prawdopodobne wydarzenia, jakie
      miały miejsce po jego urodzinach trzy tygodnie wcześniej. Musiał trafić na
      sektę tramwajowych porywaczy i dlatego zamiast ze swoją szajką pojechać linią
      Południową do rezydencji przy parku trafił do jakiejś wyjątkowo
      dalekodystansowej linii która nie tylko wywiozła go poza Ogrody, Ogrody
      Działkowe, Smochy gdzie mieszkają goradowi smolarze, poza Lotnisko Rybackie ale
      nawet za Złotniki skąd sprowadzano na Wildę wiejskie jaja. Tramwaj jechał i
      jechał, terkotał, trzeszczał, rzucał, prychał, Dermot spał, majaczył, wił się w
      uściskach, był otumaniony sokiem z gerber, gdzieś przez dziurę w tramwajowej
      okiennicy widział jak mijają góry, rzekę po której dryfowały rumuńskie tratwy,
      przejechali chyba przez wspaniały, majestatycznie czarny most Karola dotąd
      znany mu tylko z Pana Samochodzika, wokół bary, zagraniczni turyści, czescy
      piwni esesmani. Potem ciemność, wyłączony fragment z życiorysu, jeszcze tylko
      zmysł dotyku działa ale i on idzie spać. No i pobudka, i w tej właśnie sytuacji
      się znaleźliśmy, ekstremalne Zamieście, wiata przystanku, palimy Ziele i z jego
      pomocą komunikujemy się z przyjaciółmi, czy aby się uda. Prawdziwi przyjaciele
      to ci co też palą Ziele, odbiór. Tak, na Kroma, wyrwało się pogańskie
      przekleństwo Dermotowi, Puczatek by tego nie pochwalił, nawiązana łączność,
      Lug, Ogma, kochani przyjaciele, drodzy chuligani, tak się o mnie martwili,
      teraz jak tylko będą mogli porwą pierwszą lepszą drezynę, świnie tropiciela i
      mnie tutaj odnajdą. A ja tymczasem zabiję Pacmana jakąś bagietą z sardynkami i
      zastanowię się co dalej.
      moja pierwsza praca czyli dlaczego nie ma wydziału )handel żywym towarem(

      musicie zatem wiedzieć że czas jest dla nas, żyjących w nieustającej podróży
      rzeczą mało ważną, nie mówimy najpierw to potem tamto, szybciej bo teraz musi
      być to. Jest akurat to co Wielki Losujący wyciągnie z maszyny losującej i
      pokaże w programie dla grających naszym życiem, gdzieś tam, nie wiemy gdzie,
      może w pałacu Króla Assasynów, Starca Z Gór, a może w niebie u Bozi. Nie
      zmartwiłem się że moi koledzy nie nadjeżdżali, a minęła minuta, dwie, może
      trzy, a może trzy dni, a może trzy lata. Jako że byłem już po studiach
      stwierdziłem że zacznę jakąś pracę, przecież tak nie wypada stale jeść
      darmowego camemberta, sępić na winko i ubierać się w stare adiki od babci z
      secours. A co ja umiem robić, zapytałem się dialektycznie odpowiadając „nic”,
      co dało mi pretekst do zastanawiania się nad kondycją szkolnictwa które mnie
      wydało. Ale tylko chwileczkę. Bo przecież- co ja lubię robić, ah, tutaj się
      mogłem uśmiechnąć, lista była długa ale czołówka jednoznaczna. I tak zbudowałem
      imperium. Małe imperium, ale na początek dobre, potem może je sprzedam i nie
      będę nic musiał robić. Zaraz, przecież wcześniej też nic nie musiałem...No tak,
      ale teraz jestem dodatkowo bardziej wpływowy i przybyło mi kilka punktów
      luksusu.

      Yeah, przytaknęli słuchacze, powiedz jak to się stało

      A tak – powiedział gładząc się po brzuchu, a w zasadzie wycierając ręce z
      tłuszczu smażonego indyka o hawajską koszulę – było to tak

      Z moich szkolnych lat pamiętałe
      • Gość: nygus Re: Czesc 3 IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 13.06.02, 00:27
        A tak – powiedział gładząc się po brzuchu, a w zasadzie wycierając ręce z
        tłuszczu smażonego indyka o hawajską koszulę – było to tak

        Z moich szkolnych lat pamiętałem niewiele. Myślę teraz że to dobrze, ale
        przedstawię wam moje przedsięwzięcie przy użyciu pewnych mądrych określeń. Aby
        osiągnąć sukces potrzebny jest talent, praca, tania siła robocza i surowce.
        Talent miałem już prawdopodobnie od urodzenia, praca, tak, ale za to była tania
        siła robocza – oczywiście Polaczki, wyobraźcie sobie że mój Anioł Stróż
        naprowadził mi ich w najwłaściwszym momencie, w zasadzie ta sprawa z wymianą
        Marokańców na hippisów to był po części ich pomysł, pośrednio w zasadzie.
        Surowce, oczywiście bzdura, bo działaliśmy w branży usługowej. Hippisi do
        Maroka degenerować się, Marokańcy do roboty. Przewozi wujek Ali, szyper z
        Tetuanu na fenickiej galerze. Kaska od jednych i od drugich, i nie tylko.
        Nieuczesani młodzieńcy finansują łapówki dla urzędasów wystawiających bony
        mieszkaniowe dla nadjeżdżających właśnie Arabusów i Berberusów. Piękna sprawa,
        tylko w SocjalDzielnicy do zrobienia. Będziemy to miejsce tak nazywać, im się
        wydaje że są osobnym miastem, ale tak naprawdę, jak wiele innych w pobliżu to
        tylko dzielnica naszego poszerzającego się wciąż terytorialnie Gorada. Im
        bardziej próbuje znaleźć Granice Poznania, tym bardziej przekonuje się, że to
        niemożliwe, poszerzają się one wraz ze mną, Gorad jest tam gdzie ja jestem,
        gdzie my jesteśmy. Nie ucieknę od niego, jest częścią mojego życia, stał się
        więc częścią mojego świata. Z czasem dojdę do przekonania że wszystko jest
        jedynie jego częścią. My jesteśmy częścią naszego dzieciństwa, naszych
        przyjaciół, knajp, podwórek, autobusów, kościołów, dziewek, wypitych piw,
        wybitych szyb, i one idą z nami, tak, nostalgia rządzi światem.
        SocjalDzielnica, z powodu budowy zwana także Kasztelem Socjalnym
        otoczona była wielkimi murami, przepaść chyba na 100 metrów, zrzucali tam
        śmieci i urzędniczą makulaturę, a tramwaj wijowy wjeżdżał przez gustownie
        zrobioną wyrwę koło baszty Północno-Wschodniej, od strony magistrali N30. W
        dawnych czasach, niezależnych, waleczno-rycerskich, zwano to miejsce KarkaSon,
        chyba na cześć potomka jakiegoś woja.
        Taki właśnie napis zobaczyły Polaczki w Internecie, kiedy sytuacja w księstwie
        Szkorbutu stała się dla nich nie do zniesienia. I taki napis widniał na
        ogromnym szyldzie ponad wjazdem do Kasztelu od strony zachodniej poprzez
        kolejną wyrwę w murze. Z czasem przybywający tam turyści mogli się przekonać ze
        wyrw takich jest całkiem sporo i że od czasów rycerskiej świetności musiało
        upłynąć dużo brudnej, pełnej ekskrementów wody w Wiśle.
        Zaparkowali, przeciągnęli się, opuścili swoje tiry i rozejrzeli się wokół.
        Kiedy po tradycyjnym rozpoznaniu terenów i sklepów i tak zwanej Testowej Jumie
        Szlugów spotkali się w umówionym miejscu na winku, przez chwilę milczeli
        zadziwieni tym co ujrzeli. Leżeli tak na skwerku pokrytym miękkim kobiercem co
        dwie godziny perfumowanej trawy i dumali. Jak im się zdało, i co potwierdziło
        się w ciągu następnych cudnych dni, trafili do raju.
        Popatrzcie.
        Miasto miało dostęp do plaży, piękny złocisty piasek, laseczki w bikini bez
        biusthalterów, prysznic co dziesięć metrów, policjanci w ślicznych granatowych
        mundurach. Ciepła woda. Zimne piwo. Mocne winko. Skwierczące bagietki.
        Międzynarodowe towarzystwo rozłożone na dziesiątkach obszernych skwerków, pod
        egzotycznymi palmami, na ławeczkach mięciutko wyściełanych aby się
        społeczeństwo zanadto nie wygniotło. Na noc szerokie mosty z izolacją cieplną,
        dostępem do prądu, prysznicami, boksami dla psów. Tak, pieski, wiadomo że
        Polaczki kochają zwierzątka, a tutaj całe ich chmary, pieski małe, duże,
        włochate, niemieckie i włoskie. Darmowe szczepienia, oczywiście po odpowiednim
        zaświadczeniu z Secours, darmowe kości wyrzucane z niezliczonych tawern i
        supermarketów. Właśnie te supermarkety, zero kontroli, nadmiar swawoli. Działy
        z alkiem zupełnie niefilmowane. Szyneczki, serki, ogóreczki. Wszystko za friko,
        inaczej mówiąc dwie minuty strachu, albo jak się ma wprawę, na luziku. Dział z
        owocami gdzie można sobie zważyć dwie brzoskwinki a zapakować dwa kilo. Sery
        pleśniowe do zjedzenia między półkami. He he, śmiał się Zbychu Mięsożerca, jak
        se zeżarłem takiego wielkiego kurczaka i popiłem Bud’em o szerokim otworze i
        odkręcanym kapslu, to poczułem że żyję. Józef ze ściany wschodniej natomiast
        niezmiernie się ucieszył, poczciwina, jak udało mu się zwędzić słynne
        angielskie skarpetki marki Bentley z metalowym logo z boku. Poza tym walkmany,
        t-shirty, majteczki, gumki, bateryjki, kasetki, czekoladki, batoniki, czipsy,
        rogaliki, sardyneczki. Prawdziwa Wypożyczalnia Artykułów Spożywczych i Nie
        Tylko, porównywalna jedynie z mitycznymi Halami Dobrobytu z Kosta Brawa w kraju
        kudłatych myszy.
        Ale na drzewach wisi tyle smakołyków, winogronka, śliwki, pigwy, jabłuszka,
        wieczorami na secours dają ciepły obiadek, prysznic, mleczko, kakao, w ciągu
        dnia też owocki, darmowa gazetka, ubranka od wyboru do koloru z obsługą
        przemiłych starych bab. Po co włazić do dusznych hal komercji, chyba po dresik
        Lakosta który się wymieni za zielsko z nieświadomym sytuacji nowo przybyłym
        turystą, takim jak Dermot
        Ale o tym za chwilę
        )ile można się tak nudzić( spytał Maras, brat Darasa, potwierdzając tym samym
        słuszność piramidy Masłowa mówiącej o tym że jak się ma już po pachy i szyję
        bananów, bagietek, bab, i tym podobnych podstawowych potrzeb człowieka zaczyna
        się dążyć do wyższych celów, w przypadku Polaczków w grę wchodziła tu potrzeba
        prestiżu, bycia ważniejszym, większym, mocniejszym od reszty poddanych, tak nie
        bójmy się tego słowa, poddanych, Dermot to potem błyskotliwie wykaże że nie
        można mieć tyle fajnych rzeczy za nic; no więc lepszym od reszty poddanych
        SocjalDzielnicy. Stefcio o Benzynowych Rękach, jako herszt, wymyślił coś co na
        zawsze zmieniło oblicze KarkaSon, więcej, spowodowało coś wydawałoby się
        niemożliwego, zetknięcie i powiązanie losów Dermota z Polaczkami, z którymi od
        czasu dyskryminacyjnych ich zachowań w podstawówce nie chciał mieć nic do
        czynienia. Stefcio bowiem przypomniał sobie że na pace swojej ciężarówki ma
        spory ładunek bardzo popularnej w kraju kudłatych myszy, gdzie wcześniej byli,
        używki, tradycyjnie palonej do piwa w litrowych kufelkach. Używka przypominała
        kolorem i konsystencją kupę zająca, i w działaniu zupełnie nie pasowała
        Polaczkom, kręciło się po niej w głowie, chciało się im wyrzygać całą jabolową
        zawartość żołądka, a co najgorsze, zmuszała do jakiś dziwnych myśli,
        wewnętrznych dialogów, rozchwiania świadomości, innymi słowy wszystkich takich
        zachowań, które są antytezą bycia Polaczkiem. Leżała więc na pace i więcej jej
        nie próbowali, zwłaszcza że trochę bali się gniewu zleceniodawców, dla których
        to przewozili, ogromnych kudłatych szczurów, już nie myszy, dla których
        transportowali to poprzez Księstwo Szkorbutu jako dodatkową przesyłkę dla szefa
        z Łazarza. No ale teraz, pomyślał Stefcio, mogą nam nafikać, a że jest to
        popularne tam, może przyjmie się i tu, stwierdził w rzadkim przypływie myśli
        przedsiębiorczej. No i przyjęło się, zaraz zobaczycie, a Polaczki stały się
        magnatami tej używki, nazywanej tu odtąd Polen. Stało się tak, ze ambicje
        zostały zaspokojone, wzrost nastąpił, rozwój i prosperita generalna. Zadziałało
        prawo czasu ogłoszone onegdaj przez siwego dziadka w rajskim ogrodzie, że im
        więcej czasu się na coś poświęci, tym lepsze efekty nadejdą.
        Jak działał Kasztel Socjalny? Z punktu widzenia Dermota całkiem nieźle, nie do
        uwierzenia było na przykład,że zupełnie nie należy obawiać się złych kanarów,
        że chodzą tu taki maleńcy kontrolerzy ubrani w mundurki z szarfami i pagonami
        krzyczącymi „ to my, personel, nadchodzimy, więc schowaj się, gapowiczu”. I nie
        było wcale przemocy, tyl
        • Gość: nygus Re: Czesc 4 - zabijecie mnie chyba za ten flood IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 13.06.02, 00:31
          I nie było wcale przemocy, tylko grzeczne wypisywanie mandatów których
          najwięksi kolekcjonerzy ( a zaliczali się do czołówki Polaczkowie, dopóki nie
          rozkręcili swojego biznesu) mieli na tysiące Franków.
          Zupki wydawano codziennie w strategicznych punktach dzielnicy, przeważnie z
          narożnych dziupli posprejowanych w czarno-białą szachownicę. Do tego owocki,
          rodzynki, browiec i chipsy w niedzielę. Nikt nie nadużywał, nikt nie brał
          dokładki której nie zjadłby później i miałaby spleśnieć. Jednym słowem pełna
          kooperacja społeczna. Oczywiście mówimy o okresie sprzed Wielkiej Wymiany
          Kulturalnej. Tak, zgodnie z unijną nomenklaturą Polaczki nazwały swój biznes
          przy legalizacji, przed którą cały czas ostrzegał ich doradca Stary Niemiecki
          Hippis.
          W okresie w którym Wijowy Tramwaj zawił z Dermotem do Kasztelu sprawy Polaczków
          miały się nieco gorzej. Biznes rozkręcili świetnie, używka z ich ciężarówek
          znikała jednak jak ziarno ze spółdzielczego spichrza. Miasto wołało jeszcze,
          więcej, nienasycone tasiemce oblizywały się, pożerały coraz większe porcje
          socjalnych zupek, aż poruszono ta kwestię na zebraniu przepracowanych kucharek.
          Sezamowe batoniki, czekoladki, jamajskie kakaowe jajeczka, karmelowe węże i
          lizaki syntetyczne, wszystko to zwyżkowało na peryferyjnej giełdzie smakołyków,
          naturalnie ze względu na właściwości używki jaką Polaczki zarzuciły Socjalan (
          tak nazwiemy rdzennych mieszkańców Kasztelu aby odróżnić ich od przyszłej fali
          imigrantów z Brudlandii zwanej inaczej Marokiem.).
          Apetyty wzrastały, niestety zapasy z Księstwa Szkorbutu nie były
          nieograniczone. Wręcz przeciwnie, właśnie się skończyły. Dlatego każdego
          przybysza z zewnątrz Polaczki z wzrastającą niecierpliwością nagabywały.
          Nagabywały, prosiły, groziły, sępiły, wymuszały, przeszukiwały. Każdy
          traktowany był jak potencjalne źródło kostki, ale z każdym próbowano innego
          sposobu, biorąc pod uwagę takie jego parametry jak rozmiar tricepsa i bicepsa,
          agresywność, strój. Efekty niestety były mizerne. Na Polaczki padł blady
          strach, nie dlatego bynajmniej że musiałyby wrócić na łono państwowego trawnika
          bo to jak każde łono było przyjemne, ale ze względu na zobowiązania. Co
          bardziej życiowo doświadczeni wiedzą że nie można być absolutnym Szefem, zawsze
          nad tobą jest większy Szef, większy misiu którego łączą cię z tobą jakieś więzy
          niekoniecznie przyjacielskie. Naiwni pytają czemu większy misiu nie przejmie
          działalności mniejszego, ale oczywistym jest ze pasożyt nie zabija żywiciela. W
          naszym wypadku większym misiem była okrutnie groźna mafia Buraczana, pochodząca
          z dalekich wschodnich rubieży zaratajskich. Nazywana była tak ze względu na
          monopol w sektorze drogaśnego wina buraczanego, które wraz z luksusowym
          wydaniem Głosu Lublina drukowanym na liściach tytoniowych i soczystymi,
          tryskającymi zdrowiem z piersi ciziami z Bieszczad dostarczała owa mafia
          Polaczkom. Naturalnie za dochody z dystrybucji kupy zająca, jak ją wulgarnie
          określał Stefcio. Hej, Stefcio o Benzynowych Rękach, ten gieroj nie bał się
          niczego, ale czuł odpowiedzialność za swoich ludzi. Wiedział ze z Burakami nie
          ma żartów. Nikt do końca nie wiedział skąd przyszli, ani kiedy, może byli
          starsi niż świat, narodzeni w krętych korytarzach donieckich kopalni kiedy
          trawa była zieleńsza a brzoskwinie piszczały gdy się je szczypało. Krążyły
          plotki ze to właśnie szwadron Buraków wybił śmietankę towarzyską polskiego
          wojska podczas wojny, strzelając im z bani w tył głowy. Byli to okrutni
          mężowie, kły czarne a fryzury siwe, zionący wódką i próchnicą, o twarzach
          pooranych pogrzebaczami, kieszeniach pełnych niedopałków, spodniach kanciastych
          i butach mokasynowych wykładanych bursztynem. Byli bezwzględni, potrafili zjeść
          wszystkie kaczki pekińskich kucharzy jako ostrzeżenie, a nawet trochę
          krewetkowych zup, i ryżu po bolońsku, i marchwi w sosie słodko-kwaśnym i nic a
          nic nie zapłacić. Tak czy owak niejeden z Policzków miał motywacje żeby się
          bać, bzykając cizie na kredyt, pijąc buraczane wino i wiedząc ze kredyt ten nie
          w durnym PKO a u Buraków jest zaciągnięty. Widzicie jaka desperacja musiała
          nimi rządzić tego dnia, kiedy własnego bądź co bądź w jakimś stopniu rodaka,
          Dermota, Stefcio o Benzynowych rękach nagabnął. Nie, kolego, Dermot nie weźmie
          od ciebie dresiku Lakosta, nie ma dla ciebie kosteczki, nie dzieli ustnika z
          pospólstwem. Ale być może pomoże ci rozwiązać twoje problemy. Być może decyzja
          żeby zagadnąć właśnie jego gdy zdezorientowany siedział na przystanku tramwaju
          była najlepszą w twoim marnym życiu, Stefcio. Najwyraźniej zajebiście zrobiłeś
          biorąc go jak prosił do secouru na prysznic i lasagne w sosie meksykańskim. Że
          otworzyłeś się przed jego słuchającymi brudnymi małżowinami usznymi, wyjawiłeś
          mu problem, jego zaczątki, genezę i pozorną beznadziejność. Że mu zaufałeś,
          wysłuchałeś odpowiedzi, przyjąłeś radę i nawiązałeś współpracę. Bo Dermot
          wiedział jak rozwiązać problem, znał odpowiedzi, jego kipiąca energia twórcza i
          kwalifikacje mogły nareszcie znaleźć miejsce. Z czasem okazało się ze są
          niepełne, że brakowało mu tego i owego i dlatego żałował ze nie studiował
          raczej handlu żywym towarem, ale i tak było rewela. Sprawdzał się, awansował w
          najważniejszej, bo wewnętrznej hierarchii samozadowolenia. Jego pomysły nie
          obijały się już sfrustrowane o dekiel czaszki ale radośnie fruwały, fikały i
          sprawdzały się, yes, man, w prawdziwym życiu. Dermot był przecież wyśmienitym
          podróżnikiem. Znał krainę kudłatych myszy całkiem dobrze, był na jednym z ich
          słynnych festiwali gdzie zabawa trwała dłużej niż do rana a konopne piwo
          rozlewało się wszystkimi otworami. Wiedział tedy doskonale skąd myszy zdobywały
          ulubioną swą używkę, ergo, wiedział jak zaradzić, przynajmniej teoretycznie,
          niedoborom panującym na rynku Kasztelu. Naturalnie, tak, aby przyniosło to
          korzyść Polaczkom, pomogło spłacić Buraków i nowe zachcianki, ale tez nie za
          darmo, nie, w końcu jakoś na nowe hawajskie koszule musi zapracować. Wiedza,
          panowie, kosztuje, akumulowałem ją długo, a teraz jak dobrze kontrolowany
          balon, po troszku popuszczam, ale musze mieć profity. Więc ugadali się na
          podział przyszłych profitów i umówili na przyszły wtorek, a Dermot zasiadł na
          trawie i niczym Conan myślący o Valerii zadumał się, zasępił, uruchomił
          wszystkie procesy myślowe jakie potrafił, zgrzytał zębami, obgryzał paznokcie,
          dłubał w nosie, skubał i kręcił pejsy, drapał się po genitaliach, rękach,
          wierzchu dłoni, łydkach, przywoływał wszelkie znane mu handlowe teorie i
          formuły, podręczniki i poradniki, rady Wiedźmy Ple Ple z telewizji i wreszcie,
          po tygodniu, nic nie jedząc, nic nie pijąc, nie sikając, się nie myjąc wyrzucił
          z siebie, sam, bez pomocy czyjejkolwiek many, właściwe Rozwiązanie. Było
          genialne, proste, ale nadzwyczaj mądre. Zadziałało, i to najważniejsze, choć
          Stefcio słuchając go po raz pierwszy był cynicznie sceptyczny. Kiedy jednak
          zaczął działać, kiedy ich projekt okazał się sprawnie naoliwioną maszynką
          robienia bejmów, gmerający w nowych złotych łańcuchach Stefcio nie był już ani
          trochę sceptyczny.
          Galera wujka Alego z Tetuanu ledwie miała czas na krótki postój i wymianę
          wioseł, kursowała prawie nieprzerwanie w jedną stronę wioząc rozczochranych
          młodzieńców i dredziaste pannice, a w drugą objuczonych tobołkami smagłych
          wąsaczy z gór Rifu i spoza nich, i ich rodziny, kobiety w chustach, z tatuażami
          na twarzach i dłoniach, monetami w uszach, malinowymi ustami. Dermot nieraz
          siedział w portowej knajpie wraz z Lugiem, bo rychło przybył on do Kasztelu
          ekspresowym tramwajem, i ze Starym Niemieckim Hippisem, nadzorującym prawidłowy
          przebieg wymiany. Siedzieli na werandzie i obserwowali załadunek i odbijanie od
          brzegu, i rozmawiali o tym. Z czasem dołączył do nich Fajczarz w Rifu, ważna
          figura jak można by wnioskować z respektu jakim Chudzi go darzyli. Z rozmów,
          jakie wtedy prowadzili D
          • Gość: nygus Re: Czesc 5 - jak ktos dotarl jest mistrzem-Koniec IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 13.06.02, 00:34
            Z rozmów, jakie wtedy prowadzili Dermot wyniósł wiele mądrości i cennych
            przemyśleń. Wyniósł też niejednego kaca, kufel i tym podobne, ale nie to jest
            istotą tej opowieści, podobnie jak nie są jej treścią dotychczasowe
            wprowadzenia, wiodące przed wszystkim do ważnego monologu Starego Niemieckiego
            Hippisa, uważajcie kiedy nadejdzie, bo będzie zawierał coś w rodzaju przesłania.
            Dermot patrzał na wyrzutków, jak początkowo ich nazywał, porzucających swoje
            leże dla nieznanego. Pamiętajcie bowiem, że choć Dermot to przewspaniały
            podróżnik, podróżnik tamtym okresie krążył głównie po orbicie wokół jądra
            Gorada, jakby przyciągały go jakieś tajemne siły. W tej portowej knajpie,
            patrząc na fantazyjne fryzury emigrujących, na ich stroje z łyka, słomy, szmat
            i gazet, na kolczaste naramienniki, drewniane spinki, kościane wisiorki,
            roześmiane twarze, narkotyczne oczy, obserwując to wszystko starał się
            zrozumieć co odpychało ich z Kasztelu Socjalnego, gdzie życie tak łatwe a ser
            na wyciągniecie ręki. Dlaczego Myszy uciekają, pytanie zadawał sobie, Lugowi,
            aż wreszcie podzielił się wątpliwościami ze Starym Niemieckim Hippisem, którego
            aby nie przedłużać nazywać będziemy Starym Hippisem albo po prostu H. Dermot
            nie był zresztą jedynym który tego nie rozumiał. Haszyszowy Fajczarz, guru
            chudych, klął na głupotę młodzieńców podążających suche doliny jego ojczyzny i
            zarazem ich błogosławił, bo na zwolnione miejsca na skłotach i kartonowych
            osiedlach pod Kasztelem przybywali jego rodacy, całe rodziny żądne lepszego
            życia w pierwszym świecie. Wiecie dlaczego fakt, że H i Fajczarz, nie mówiąc
            już o Roznosicielu Idei Dermocie, spotkali się w tej portowej tawernie,
            dlaczego to było tak ważne. Bo wiedza jest zawsze cząstkowa. Fajczarz wiedział
            jak jest tam gdzie jadą dekadenci z Karka Son, ale to H wiedział przed czym oni
            uciekają. Obie strony mogłyby się sobie dziwować i nie rozumieć, a rozmowa
            pokazała im większą cześć wiedzy niż byłaby dostępna z osobna. To stara prawda,
            westchnął Dermot, trzeba było wierzyć Geremkowi.
            - Jedno to czas, powiedział w pewnym momencie H, jak śpiewa Linton Kwesi J,
            słynny murzyński guru z drugiej strony Kanału, potrzebujemy więcej czasu. Choć
            pozornie czasu tu jak lodu, aby być pełnoprawnym członkiem społeczności trzeba
            tu płacić za wszystko czasem, którego nie można pożyczyć w żadnym banku ani
            dostać na talon, ale którego wszyscy mają tyle samo, jedni troszkę mniej,
            drudzy trochę więcej. Czas rozrywa nas, bo jest coraz więcej rzeczy na których
            możemy go wydać, a my nie chcemy mieć tego wyboru. Wrogowie wolnego wyboru,
            powiedzą o nas, ale nie w tym rzecz – to nie jest wolność, bo tu nie ma
            najważniejszego wyboru, między koniecznością wybierania a możliwością spokoju
            umysłu. Zarzucają nas, bombardują podświadomymi nakazami wybierania, czyniąc je
            atrakcyjnym cielcem, złotym, błyszczącym cielcem wykutym z wielu pustych
            alternatyw. Ja nie jadę w góry Rif ćmić fajkę, nie, to ułuda, która jest
            dostępna i tutaj, ale która ma zastąpić wybór. Jest lekarstwem, świetnym
            lekarstwem, które leczy jednak objawy a nie przyczyny. Przyczyną jest mnogość
            alternatyw, tysiące, miliony rozwiązań, a ich ilość przyrasta w szalonym
            tempie, tyle tylko że każde z nich jest innym kostiumem w jaki przybiera się
            prawdziwą nagość życia.
            - Niezłe, kurwa, jak z )Pani Domu( – wtrącił rozbawiony Lug
            - Wybory i alternatywy sztucznie rozdymają życie, ciągnie się ono jak flaki z
            olejem, jest długie i pełne zadowolenia. Tyle że gdzieś nad naszym chlewem,
            jest gospodarz który wrzuca żarcie, dla nas bardzo smaczne, pyszne, mamy do
            wyboru koryto z takim, i owakim, z żarciem słodkawym słonym, żółtym, fioletowym
            i czerwonym. Tyle, że my nie wiemy o tym, ze są to odpadki, że do tego, co je
            się na zewnątrz chlewu ma się jak Sinalco do oryginalnej słodkiej Pepsi Coli
            pitej w pustynny dzień.
            - hmm – zamruczeli, Fajczarz ze zrozumieniem, bo pił taką, a pozostali bez, bo
            nigdy.
            - Na zewnątrz chlewu zapewne są, nie wiemy tego, bo nigdy tam nie byliśmy,
            niebezpieczeństwa, psy o trzech szczękach, złośliwe dzieci dźgające szpadami,
            zapadnie, pajęczyny, faszyści. Samo zło, rozumiecie, ale tez jest coś dla czego
            warto się wyrwać, jakaś tęcza, no nie wiem dokładnie co. Ale najważniejsze jest
            to że nie wiem, nie chcę robić czegoś co znam, sprawdzać coś, o czym wiem, chcę
            powiedzieć sobie na łożu śmierci że byłem swoim własnym odkrywca, że odkryłem
            cos dla siebie, nawet jeżeli przed mną odkryto to po tysiąckroć. Na zewnątrz
            jest wielka zmiana, jest Wielkie Ryzyko. Nasz świat nauczył nas bać się tego
            słowa, nauczył nas negatywnego znaczenia, kiedy mówimy Ryzyko boimy się, drżymy
            a czasem sramy w gacie. Ale przecież to dobre słowo, pieszczące włosy
            przenikające duszę dobrym zimnem, jak wiatr w upał, zanim jeszcze napiliśmy się
            tej Pepsi. Czujemy się z nim dobrze, a raczej czulibyśmy gdybyśmy spróbowali.
            Nie wiem na pewno, tak sądzę. Ale musimy spróbować, a wy spróbujcie zrozumieć
            dlaczego to robimy.
            Bardzo mądry człowiek, znamy go tylko ze strzępków obrazu, ulotne wspomnienie,
            jak pali sudańskiego papierosa i popija z bukłaka z wielbłądziej skóry, sługa
            Mohamada Farrah Aidida, powiedział cos ważnego.
            Rzekł ) wy, na Zachodzie, prowadzicie długie, pozbawione przygód życie i choć z
            pewnością temu zaprzeczycie, świadczy o was fakt, ze nie bylibyście skłonni go
            nawet bronić, nawet gdybyście potrafili (
            Czy coś podobnego.
            Jeśli gnijąc w wygodnych fotelach naszego chlewu, naszej klatki uważamy ze coś
            zyskaliśmy i jest nam w jakimś sensie lepiej, to musimy pogodzić się z faktem
            że cos straciliśmy. My mamy nadzieję że nie bezpowrotnie i mamy nadzieję to cos
            odnaleźć. Dla wielu nie jest to na tyle ważna strata, większość nawet jej nie
            zauważa, i dlatego pozostanie tutaj siorbiąc darmowe zupki i płacąc swoim
            czasem za wygody, albo unicestwiając się kiedy okaże się ze te wygody nie
            wypełnią pustki. Dla nas nie wypełni jej prorok Puchatek i jego nowo
            odnaleziona wiara, nie wypełnią jej pielgrzymki, nawet ziele, nie wypełni
            telewizor, pralka, gumowa lalka, posada, dobra rada, sen przez 12 godzin,
            obserwowanie innych niewolników ich klatkach. Aby poczuć ze żyjemy musimy dać
            się wytarmosić ryzyku, zrobić coś od tyłu, spróbować inaczej, pozornie
            bezsensownie, popłynąć w druga stronę galerą Alego z Tetuanu. Robimy to też
            dlatego żeby zrobić miejsce dla innych, wszyscy nie mogą iść w tym samym
            kierunku, bo nie starczy miejsca. Przecież to chyba rozsądne, nie nazywajcie
            więc nas więcej głupcami, bo jesteśmy jak mieszkańcy jasnej strony Księżyca,
            żądni zobaczyć jak wygląda ta druga, pozornie gorsza, ciemna. Mnie pociąga
            osobiście brud, nieczystość, chaos, nieprzewidywalność, dziura w asfalcie,
            wszystko to czym nakarmi nas z pewnością Matka Ryzyko. Wiemy że jest
            nieprzewidywalna, jedyną rzeczą którą naprawdę możemy od niej oczekiwać jest
            właśnie zaskoczenie. I ja, mimo że jestem stary i wiele lat w klatce spokoju
            przeżyłem, na to idę. Odrzucam, być może za późno wybory, albo inaczej,
            odrzucam tyranię wyborów i przekonanie że jest to jedyna droga i zdaję się na
            kołysanie przeznaczenia, na dryfowanie podczas którego zdarzy się niejeden
            sztorm, i któryś z kolei mnie zatopi, ale bulgot kiedy będę tonąć będzie z
            pewnością przyjemniejszy od charczenie na ciepłym łóżku, charczenia które można
            przewidzieć, które profesjonalni lekarze odsuną w czasie, bo prosiłbym ich o
            to, jak wszyscy mieszkańcy klatki żądający więcej, więcej.
            Nasze rachunki z życiem, jak przeczytałem w biuletynie geograficznym, określa
            ponoć równanie. Musimy dbać o jego najkorzystniejszy dla nas układ. W liczniku
            jest to co mamy, w mianowniku to co chcemy mieć. Jeśli chcemy długiego życia,
            aby równanie było w równowadze musimy walczyć, cała naszą energię poświęcić na
            walkę z dryfowaniem znoszącym nas do otchłani, byle dalej w stronę spokojnego
            • Gość: nygus cz 6 IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 13.06.02, 00:36
              Jeśli chcemy długiego życia, aby równanie było w równowadze musimy walczyć,
              cała naszą energię poświęcić na walkę z dryfowaniem znoszącym nas do otchłani,
              byle dalej w stronę spokojnego brzegu, na którym, w razie powodzenia spędzimy
              spokojną i dostatnią starość, a może i wiek dojrzały, jeżdżąc plażowym wozem i
              pijąc drinki.
              Tu Fajczarz wyraźnie się rozmarzył.
              - Jednak będziemy wówczas zmęczeni – ciągnął H - bo walczyliśmy ze światem
              żeby przezwyciężyć Dryf. Jeżeli poddamy się mu, jeżeli ograniczymy nasze
              żądania wobec mianownika, wobec tego co i ile chcemy mieć, to zawędrujemy
              prędzej czy później do otchłani, nieraz po drodze zaleje nas nieprzyjemna,
              śmierdząca fala, ale kto wie o jakie lądy zahaczymy. Na pewno nie dotrzemy do
              złocistej, stetryczałej Plaży Drinków. Ale kto, jak nie dzieci ryzyka może
              odkryć nowe, jeszcze nie odkryte plaże. A nuż, naiwnie powiem, lepsze?
              - Ale masz gadkę, napij się waść Fortunki, bo ci musiało zaschnąć a gardziołku
              po takim gadanku. – Lug jak zwykle był towarzyski i ekstrawertyczny, i jak
              zwykle nie starał się zrozumieć ważkiego messedżu Hippisa. Dermot siedział
              zamyślony, naturalnie, tego wymaga konwencja opowiadania, żeby słowa mądrej
              osoby, archetypu Yody, wpłynęły na głównego bohatera, i jak później zobaczymy,
              jego dalsze postępowanie. Fajczarz natomiast odcharknął i powiedział.
              - Zupełnie cię popieram człowieku. Gdybym był jednym z was, pojechałbym z wami.
              Ale w moim wypadku to bez sensu, bo właśnie stamtąd przypłynąłem,. Wy macie
              racje i ja mam rację, bo nasze drogi biegną w przeciwnym kierunku. Gdybyśmy nie
              ruszyli z miejsca nigdy byśmy się nie poznali, i dlatego było warto, i dlatego
              nie warto rezygnować i trzeba iść dalej. Zmiana jest wartością tylko, że my i
              wy inne rzeczy zmieniamy, z innego punktu wyjścia wychodzimy. W naszym języku,
              to co dla ciebie jest dobrą Matką Ryzyko, u nas to surowy ojciec Niepewność.
              Twoja klatka dla nas wygodnym posłaniem. Mi potrzeba właśnie zupek i
              telewizorka i czystych trawników. Żałujmy jedynie oboje, że tak późno
              rozpoczęliśmy naszą podróż. Czy też nasze podróże.
              - Racja. Nabijemy Fajeczkę? – uśmiechnął się H.
              - Nie – z bezzębnym uśmiechem odparł Fajczarz - przyjechałem tu dla waszego
              alkoholu. Dermot, zawołaj no któregoś z Polaczków, słyszałem, że zgromadzili
              przednie wino buraczane.
              - Polaczki niczego nie gromadzą, żyją chwilą, czasem myślę sobie ze są w duszy
              czarni. – odparłem wówczas Fajczarzowi – Ale spytam, może nie zdążyli wypić
              ostatniej partii, a mi przecież nie odmówią.
              I tak robiliśmy nasze imperium, realizując program Wielkiej Wymiany.
              Przekupując urzędników, wysyłając transporty w obie strony. Wymiana ta miała
              sensowniejsze korzenie i podstawę niż zrazu myślałem, nie tylko dawała
              zadowolenie i szczęście obu jej stronom, ale dawała dużo do myślenia mi. I
              miała zmienić moje życie, gdy już się tak dobrze, na maksa dogłębnie
              zastanowiłem nad słowami H, przerobiłem je z każdej strony i wreszcie dałem je
              do oceny naszemu mędrcowi, Ogmie, co został w Fiksater Proti Poti. Powiedział
              mi, że mądrość z naszej Podziemnej Biblioteki i mądrość życiowa to w gruncie
              rzeczy to samo, on jednak, mimo że mnie lubi i w ogóle, nie będzie mi
              towarzyszył, bo zbyt jest sentymentalny. A gdzie miał mi towarzyszyć, o tym
              moje dzieci, następnym razem.






              • Gość: nygus Re: hop na górę IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 13.06.02, 13:37
                hop na gore, zeby ci, ktorym zarabianie pieniedzy i obsmarowywanie innych nie
                zajmuje calego czasu mieli szanse poczytac
                • Gość: nygus Polacy czytaja tylko opakowania od pizzy IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl 16.06.02, 14:13
                  bylo do przewidzenia
                  • Gość: theend31 Re: Polacy czytaja tylko opakowania od pizzy IP: 213.78.106.* 16.06.02, 14:16
                    Gość portalu: nygus napisał(a):

                    > bylo do przewidzenia

                    pech..powinnienes strescic co myslisz..nawet po przeczytaniu tekstu..a nie..o
                    widzicie macie..trzy tomy i nikt nie przeczyta..uczniowie rozwina..biblie
                    napisza..ja to pierdole..a co ty robisz..prosze napisz wiecej o sobie..?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka