Gość: Bozena L
IP: *.sympatico.ca
04.07.02, 20:34
Do konca roku co trzeci mieszkaniec ponadczteromilionowej metropolii Toronto
bedzie zaliczal sie do grup etnicznych, taktownie okreslanych jako "widoczne
mniejszosci". Mówiac mniej grzecznie - "kolorowych i skosnookich". Poza
setkami tysiecy przybyszów z Hongkongu, Chin, Korei, Wietnamu, Filipin,
Indii, Sri Lanki, Jamajki, sa jeszcze grupy etniczne nie nalezace do
"mniejszosci widocznych": ponad trzysta tysiecy Wlochów, ponad sto tysiecy
Portugalczyków, blisko sto tysiecy Polaków, dziesiatki tysiecy Ukrainców,
Greków itp. Co roku przybywa ponad siedemdziesiat tysiecy nowych przybyszów.
W Toronto jest w uzyciu ponad sto jezyków.
Podobne realia napotyka sie w innych wielkich miastach: Nowym Jorku, Los
Angeles i Miami, Vancouver i Montrealu, Londynie i Birmingham, Paryzu i
Marsylii, Berlinie i Hamburgu. Masowa imigracja jest problemem calego
bogatego swiata.
Tymczasem Polska staje wobec zadan "uszczelnienia" wschodniej granicy.
Domagaja sie tego Niemcy, domaga sie duza czesc polskiej opinii. Moze,
wyrzekajac sie emocji, warto zastanowic sie: czy masowa imigracja przynosi
zyski czy straty krajom docelowym? Czy uda sie uszczelnic granice?
Strata czy zysk
Na poczatku nalezy zrobic zasadnicze zastrzezenie. Opisy z Ameryki Pólnocnej
mozna przytaczac w kontekscie anegdotycznym, natomiast sytuacji na owym
kontynencie nie mozna w zadnej mierze porównywac z sytuacja w Polsce. Chodzi
tu nie tylko o nieporównywalna skale tych krajów i zjawisk. Chodzi równiez -
bedzie o tym mowa dalej - o kompletnie inna filozofie panstwa i inne
nastawienie do przybyszów. Lecz wlasnie dlatego warto o tym napisac.
W obecnej dekadzie USA przyjmuja od osmiuset tysiecy do miliona dwustu
tysiecy legalnych imigrantów co roku. Kanada, o dziewieciokrotnie mniejszej
liczbie ludnosci (zaledwie 30 milionów), bije rekordy: przyjmuje od dwustu
do dwustu piecdziesieciu tysiecy. To tak, jak gdyby Polska wpuszczala co
roku trzysta tysiecy przybyszów na stale.
Czy Waszyngton i Ottawa dzialaja z pobudek humanitarnych? Liczby sugeruja,
ze uchylanie bram granicznych musi sie oplacac.
Kwestia, czy imigrant pomnaza, czy uszczupla produkt krajowy, czy odbiera
prace miejscowym, czy tez wprost przeciwnie - przyczynia sie do powstania
nowych miejsc pracy, byla walkowana w mediach amerykanskich w zwiazku z
inicjatywa legislacyjna ograniczajaca naplyw imigrantów.
Z tej okazji w "Wall Street Journal" i "New York Timesie" przetoczyla sie
fala wypowiedzi za- i przeciwimigranckich. Szczuplosc miejsca pozwala mi na
przytoczenie tylko niektórych glosów.
Burza wybuchla po opublikowaniu przez senatora Spencera Abrahama,
przewodniczacego senackiej podkomisji ds. imigracji, danych, uzyskanych
przez zespól studiów nad imigracja Jamesa Smitha, ekonomisty z osrodka
badawczego Rand Corporation. Wedlug senatora, w wyniku symulacji ustalono,
iz imigracja do USA na obecnym poziomie przyczynia sie do wzrostu produktu
krajowego brutto o dwiescie miliardów dolarów rocznie. Abraham wyciagnal z
tego wniosek, iz w ciagu biezacej dekady poziom PKB w Stanach Zjednoczonych
wzrosnie, dzieki imigrantom, o gigantyczna wartosc dwóch bilionów dolarów.
To stwierdzenie okazalo sie nadinterpretacja danych. W dyskusji zabrali glos
dwaj profesorowie ekonomii z Uniwersytetu Harvarda, George Borjas i Richard
Freeman, obaj bedacy czlonkami wspomnianego zespolu. Wystepujac jednym
glosem w dyskusji, obaj uczeni zarzucili senatorowi manipulacje liczbami.
Ich konkluzja: imigranci przyczyniaja sie do wzrostu dochodów miejscowych
Amerykanów corocznie o sume netto od jednego do dziesieciu miliardów
dolarów.
Nowi imigranci (nie wszyscy!) bywaja dodatkowym obciazeniem dla budzetów
stanowych przez pierwsze dwadziescia lat swego pobytu w USA, dopiero pózniej
suma podatków przez nich placonych przewyzsza sumy doplat do ich pobytu, a w
dlugiej perspektywie - trzystu lat! - kazdy imigrant, za przyczyna wnuków i
prawnuków, wplaca w sumie o osiemdziesiat tysiecy dolarów w podatkach wiecej
do budzetu, niz z niego wyciaga. Jest to scisle fiskalne podejscie do
problemu: budzet stanowy - podatki kontra doplaty.
Natomiast przy szerszym, makroekonomicznym potraktowaniu problemu, okazuje
sie, ze rynek pracy i rynek kapitalowy zdecydowanie bardziej zyskuja, niz
traca na naplywie glodnych pracy przybyszów, zdecydowanych na harówke,
dorabianie sie, w perspektywie zas - zakladanie wlasnych interesów, które
wchlaniaja czlonków ich rodzin i innych czlonków tej samej grupy etnicznej.
Tylko dwie grupy ludnosci ponosza straty netto na rynku pracy: inni
imigranci, którzy musza konkurowac z najnowsza fala przybyszów, oraz ta
czesc miejscowej mlodziezy amerykanskiej, która nie konczy szkól srednich i
nie ma w zwiazku z tym zadnego przygotowania do pracy. Inne grupy ludnosci
zyskuja, i to wyraznie.
Przytoczylem powyzszy wyciag z argumentacji dwóch stron, aby unaocznic
konkluzje: ani jedna, ani druga strona nie kwestionuje faktu, iz imigracja
to oplacalny biznes. Róznia sie tylko ocena skali korzysci.
W innej fazie dyskusji na lamach wyzej wspomnianych dzienników zabrali glos
m.in. znany wszystkim George Soros oraz George Gilder, samodzielny pracownik
naukowy z Discovery Institute w Seattle. Soros napisal po prostu: gdyby w
latach czterdziestych Amerykanie stosowali obostrzenia imigracyjne, jakie
planuja obecnie, George Soros, obecnie obywatel amerykanski, z jego
rozlicznymi inicjatywami finansowymi i humanitarnymi, po prostu nie
zaistnialby w swiecie obrotu kapitalem oraz w swiadomosci spolecznej.
Urzednik imigracyjny nie wpuscilby ubogiego chlopca, wegierskiego Zyda,
który cudem ocalal z Zaglady, zle zas czul sie w kastowym spoleczenstwie
brytyjskim.
Geniusze z zagranicy
Drugi z autorów uzyl silniejszych slów i skojarzen w obronie imigrantów. Oto
synteza artykulu Gildera:
"Bez imigrantów USA nie zaistnialyby jako mocarstwo swiatowe. Bez imigrantów
USA nie zdolalyby zaprojektowac i wyprodukowac skomputeryzowanych rodzajów
broni, które zmusily ZSRR do szalonego wyscigu zbrojen, zakonczonego
kapitulacja. (...) Dzisiaj imigranci sa nam niezbedni juz nie z powodów
militarnych. Od naplywu ludzi z zewnatrz zalezy swiatowa dominacja
amerykanskiego przemyslu i nasza wysoka stopa zyciowa (...) Zeznajac
ostatnio przed komisja Kongresu, Ira Rubenstein, radca prawny firmy
Microsoft, oswiadczyl, ze zahamowanie naplywu imigrantów do USA
spowodowaloby 58-procentowy spadek zagranicznych dochodów jego firmy (...)
Amerykanskiej mlodziezy nie chce sie uczyc matematyki i nauk scislych. Jesli
mimo to Ameryka przewodzi swiatu w dziedzinie techniki, zawdziecza to
glównie przedsiebiorczosci i geniuszowi ludzi, zjezdzajacych do nas z calego
swiata. Decyzja ograniczajaca imigracje, rozwazana przez Kongres,
podminowuje podstawy amerykanskiego cudu cywilizacji technicznej".
W amerykanskich przepisach imigracyjnych jest klauzula, pozwalajaca na
szybkie wydanie zgody na wjazd osobom ubiegajacym sie o wize typu H-1B. Ten
typ wizy zarezerwowany jest dla kandydatów o najwyzszym poziomie
umiejetnosci w dziedzinach okreslanych przez wladze USA jako deficytowe.
Chodzi glównie o matematyków i programistów komputerowych, lecz równiez o
najwyzszej klasy specjalistów w innych dziedzinach, zwlaszcza o laureatów
nagród miedzynarodowych. W biezacym roku pula wiz tego typu wyniosla
szescdziesiat piec tysiecy i zostala wyczerpana do konca maja. W dwa
miesiace pózniej, Izba Reprezentantów i Senat w wielkim pospiechu uzgodnily
kompromisowa poprawke do ustawy imigracyjnej. Na mocy poprawki Amerykanie
przydzielili dodatkowe dwadziescia tysiecy wiz H-1B juz do konca wrzesnia, w
przyszlym roku podniosa limit do 95 tysiecy, w 2001 roku zas - do 115
tysiecy. Widac, ze istnieje kategoria imigrantów, za których USA gotowe sa
placic najwyzsza cene. Amerykanie wiedza, co robia.
Rok temu ogladalem program telewizyjny, poswiecony miedzy innymi firmie
Cypress Semiconductors w Kalifornii. Na dw