undocumented.alien
23.04.06, 01:16
Sąsiad, w Polsce uczciwy i życzliwy, w tamtym drugim państwie wygryza z pracy albo nasyła zbirów za działkę od zrabowanych sąsiadowi pieniędzy. Zaczyna się handel pracą (konkretnie informacjami, gdzie jest wolne miejsce pracy, co kosztuje w Belgii średnio 1 tys. dol.). I kanciarstwa. Jak wynika z badań prowadzonych pod koniec lat 90., każdy polski emigrant został przynajmniej raz dotkliwie oszukany przez krajana.
Weźmy jedną z polskich sieci – w Islandii. Dziś jest tam kilka tysięcy Polaków. Zaczęło się tak: dwojgu islandzkim turystom w miejscowości Stare Juchy koło Ełku zepsuło się auto. Mieszkańcy pomogli naprawić, niebawem był ślub panny ze wsi z chłopakiem z samochodu. Panna młoda do kraju męża sprowadziła swoją matkę, która znalazła w Islandii pracę dla sąsiadek. I tak na stałe wyjechało ze Starych Juch do Islandii już 40 proc. rodzin.
....
Gorzej, gdy się nie uda. Polski ksiądz Andrzej Pyka, traktowany w Dublinie jak pogotowie duchowe, regularnie jeździ do szpitali do niedoszłych samobójców. Inny polski ksiądz Dariusz Kwiatkowski, wikariusz w londyńskiej parafii NMP, słynnej wśród polskich imigrantów z tego, że pomaga w kryzysowych sytuacjach, opowiada o setkach miejscowych kloszardów, którzy się wywodzą z grupy polskich magistrów.
To tylko 10% calosci, ktora jest tutaj:
www.polityka.pl/polityka/index.jsp?place=Menu02&news_cat_id=602&layout=1#pageTop