tralalumpek
15.01.03, 17:46
.......... - Ludzie, którzy przyjechali po odzyskaniu przez Polskę
niepodległości, tego kompleksu już w tak dużym stopniu nie mieli?
- Tak. Najnowsza emigracja nie jest obciążona wieloma sprawami, a przede
wszystkim nie ciąży na niej niemożliwość powrotu do kraju. Do 1989 r. była
to ogromna przeszkoda, która blokowała psychicznie niemal każdego emigranta.
Niejedna osoba stawała przed np. takim dylematem: jak się mam zachować, gdy
moja matka czy ojciec zachorują? Przed tego typu problemami stawało
codziennie sporo osób, a zatruwało sobie myślenie o nich znacznie więcej.
Ponadto na emigrantach sprzed 1989 r. ciążyła klątwa czy stygma
uciekinierów, zdrajców, którzy porzucili ojczyznę w potrzebie. Prof. Maria
Janion trafnie zauważyła, że funkcjonująca wśród Polaków koncepcja ojczyzny
jako wampirzycy wysysającej krew swym obywatelom jest dla Amerykanów
zupełnie egzotyczna.
- Czy nie przesadza Pan z tym, że emigranci sprzed 1989 r. żyli w
przeświadczeniu, iż są zdrajcami?
- Nie. Naprawdę bardzo duży odsetek ludzi przybyłych do Ameryki po II
wojnie światowej uważał się za - jak to określam - cudzoziemnika. Celowo
nawiązuję do cudzołóstwa, gdyż przed 1989 r. wyjazd z kraju był traktowany
jak rozwód małżeństwa zawartego w kościele. Mam nadzieję, że już na zawsze
emigranci pozbyli się problemu związanego z porzuceniem Polski.
- Nie zgadzam się z poglądem prof. Janion, ponieważ uważam, że tak
naprawdę mitem jest przekonanie, że przeciętny Polak dla ojczyzny może
poświęcić życie niemal bez wahania.
- Moim zdaniem, Polakowi ciągle łatwiej przychodzi poświęcić życie dla
ojczyzny niż dla niej dobrze pracować.
- Historycy, m.in. prof. Tadeusz Łepkowski, którzy próbowali ustalić,
jaki odsetek polskiego społeczeństwa brał udział w walkach lub innego
rodzaju działalności na rzecz odzyskania niepodległości w okresie zaborów
czy uczestniczył w opozycji przeciwko reżimowi komunistycznemu, wykazali, że
procentowo niewielu lub wręcz bardzo niewielu Polaków było zaangażowanych w
tego typu działania. Wydaje mi się, że trudne do wyobrażenia dla
przeciętnego Polaka są stosunek Amerykanów do swojej ojczyzny i wola
poświęceń dla niej w ciężkich sytuacjach.
- Przyznam, że sporo prawdy jest w tym, że nasza wola do poświęceń za
ojczyznę bywa często powierzchowna, bardziej deklaratywna niż rzeczywista,
ale gdy przychodzi chwila prawdy, to mimo wszystko uważam, że jako
społeczeństwo potrafimy poświęcić swój los na ołtarzu ojczyzny. Trafnie
opisał ten problem prof. Antoni Kępiński, wybitny psychiatra. Profesor
podzielił Polaków na dwa typy osobowościowe: psychoasteniczny i histeryczny.
Ilustracją typu histerycznego może być nasz słomiany zapał, skłonność do
fanfaronady i zadęcia. Ludzie zaś należący do typu psychoastenicznego są
cisi, skromni, ale pracowici. Choć minęło przeszło 30 lat od chwili, gdy
prof. Kępiński dokonał tego podziału, to czy zmieniliśmy się na tyle, by ten
podział stracił na aktualności? Twierdzę, że nie.
- Czy te cechy Polaków są widoczne na emigracji w Ameryce?
- Oczywiście ujawniają się, i to wyraźnie.
- Czy jednak, by przetrwać w Ameryce, nie musimy jak najszybciej zmienić
naszej mentalności?
- Ważniejsze dla emigrantów jest coś innego: Polak w Stanach
Zjednoczonych powinien jak najszybciej przyswoić sobie wartości najbardziej
cenne dla Amerykanów, przede wszystkim uczciwość, zaakceptować, że umowa
dżentelmeńska jest rzeczą świętą itp. Aby dobrze funkcjonować w nowym
państwie, szczególnie, kiedy chce się zostać przedsiębiorcą, przyjęcie
wartości, o których wspomniałem, wydaje się konieczne. Przyswojenie sobie
tych amerykańskich wartości powoduje równocześnie redukcję naszych polskich
przywar.
Jednak nie tylko my się w Ameryce zmieniamy, dostosowujemy do wymagań,
ale również do zastanej tam rzeczywistości wprowadzamy polskie walory,
którymi są m.in. przedsiębiorczość, kreatywność, a może przede wszystkim
umiejętność przetrwania w trudnych sytuacjach.
- Czy Amerykanie mają świadomość naszych zalet?
- Mają i dlatego generalnie Polaków ceni się jako pracowników. Spora
część rodaków odnosi zresztą sukcesy w Stanach Zjednoczonych. Udaje się to
jednak niemal wyłącznie tym, którzy potrafią pozbyć się całego bagażu
przywiezionych z kraju przeróżnych kompleksów. Na szczęście - o czym już
mówiłem - najnowsza emigracja przywozi do Ameryki znacznie mniej kompleksów
niż poprzednie. Polacy w USA czują się dzisiaj o wiele lepiej również
dlatego, że mają świadomość przynależności do Europy Zachodniej, czujemy się
Europejczykami. Dotyczy to głównie pokolenia młodych emigrantów, którzy nie
są obciążeni stygmą komunistycznych kompleksów, często dobrze znają język
angielski, są obyci w świecie i nie żyją w poczuciu niemożności powrotu do
kraju.
- W Ameryce zatem najnowsza emigracja woli się czuć bardziej
Europejczykami niż Polakami?
- Trafniej byłoby powiedzieć, że nie wszyscy rodacy lubią afiszować się
swoją polskością. Powodów tego stanu rzeczy jest wiele, a z pewnością nie
można bagatelizować i następującego: emigrant świeżej daty nie zawsze jest
skłonny utożsamić się z tym, co szczególnie tzw. stara Polonia pieczołowicie
hołubi i z czym się identyfikuje. Z tego powodu nie brak rodaków, którzy po
przyjeździe do Ameryki unikają kontaktów z Polakami.
Na wizerunek emigranta po 1989 r. wpływa przecież nie tylko nasza
zaszłość historyczna, ale także postawa Polonii w Stanach Zjednoczonych.
Polonia, jak wiadomo, jest szalenie zróżnicowana i dlatego nie może dziwić,
że z jednymi jej członkami chcemy się identyfikować, podziwiać ich, a
zachowań innych się wstydzimy.
Dr Janusz Wróbel jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pracę
magisterską z zakresu terminologii dotyczącej pokrewieństwa w języku
schizofreników napisał pod kierunkiem prof. Krystyny Pisarkowej. Promotorem
jego pracy doktorskiej poświęconej semantyce i pragmatyce języka
schizofreników był prof. Władysław Miodunka, który zaproponował mu pracę w
Instytucie Badań Polonijnych. W 1984 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych.