To jest naprawde kapitalne !!! Jakbym widzail bucow z tego FORUMA

))
Polak w Ameryce, staje mi przed oczami majestatyczny, niczym wykuty w
kamieniu, Zibi w szortach i sandałach.""
I jeszcze raz :
"""Polak w Ameryce, staje mi przed oczami majestatyczny, niczym wykuty w
kamieniu, Zibi w szortach i sandałach."""
"""
Napisał do mnie obrażony czytelnik. W poprzednim felietonie, tej głupawej
satyrze o niezdarnym tytule "Barbakiu", rozpoznał bowiem siebie. Uznał, że
opisałem imprezę na świeżym powietrzu, w której uczestniczyliśmy on i ja.
Dodał, że w innym moim tekście jego znajomi rozpoznali kiedyś siebie i im
także zrobiło się przykro.
Ponieważ chętnie odpowiadam na anonimy, napisałem czytelnikowi szczerze, że
kompletnie nie pamiętam barbecue sprzed trzech lat, gdyż w moim kombatanckim
życiorysie są już tony parówek zjedzonych w polskim towarzystwie i cały
Bałtyk wypitej wódki z ginger ale. Teraz odpowiedź rozszerzę.
Po 18 latach pobytu w Ameryce, z których 15 (!) spędziłem pracując dla
polskiej gazety i w związku z tym codziennie przestając z Polakami, w moim
mózgu zaszły trwałe zmiany. Przestałem rozpoznawać poszczególnych ludzi,
rozmyły mi się imiona, adresy i daty. Mój umysł, pewnie w desperackiej próbie
obrony przed szaleństwem, dokonał procesu syntezy.
Od tej pory widzę całą Polonię w osobie jednego pękatego Zibiego i jego
korpulentnej, starannie zaondulowanej żony Krysi. Także wszystkie polskie
dzieci zsumowały mi się, tworząc dwa klony - żeński i męski. Polska
dziewczyna? Od razu widzę opaloną w solarium wysoką lalę w obcisłych
niebieskich dżinsach, z odkrytym pępkiem i utlenionymi, długimi włosami.
Młody Polak? Głowa ogolona na zapałę, skórzana kurtałka, kaczy chód, bluzg w
ustach. Zlała mi się w głowie w jedną muzyka ze wszystkich polskich
dancingów, urodzin, przejazdów samochodem i pikników. Rozmowy zlały mi się w
jeden słowotok na jeden z kilku obowiązkowych tematów: zostać/wracać, głupota
Amerykanów, polityka polska i światowa, pieniądze. Wszystkie odwiedzane domy
stały się jednym, takoż domy narodowe i wernisaże. Jednię stworzyli moi
patriotyczni polemiści. W jedną masę stopiły się gołąbki, pierożki i żurek.
Szanowny czytelniku, nie obrażaj się, bo nie o tobie piszę. Mój proces
twórczy (?) nie przebiega tak, jak u pisarzy czy filmowców. Nie siedzę z
kartką papieru i nie wypisuję w słupku cech rzeczywistego Zbyszka (żeby mu,
ot tak, sprawić przykrość), a następnie, dla niepoznaki, doklejam mu wąsy
Stanleya. Doszedłem już do sublimacji, syntezy. Gdy ktoś rzuci hasło: Polak w
Ameryce, staje mi przed oczami majestatyczny, niczym wykuty w kamieniu, Zibi
w szortach i sandałach.
Ktoś się oburzy: jak ty, Latus, śmiesz nazywać nas klonami! Przecież każda
istota ludzka, a więc i każdy Polak w Ameryce, to inne jestestwo, osobna
osobowość, niepowtarzalny zespół cech psychofizycznych, inna mieszanka
talentów i idiosynkrazji.
Otóż nie. Wszyscy Polacy w Ameryce są tacy sami. To mnie najbardziej dobija.
Po 20 latach w Ameryce ubierają się ciągle tak samo, piją to samo, słuchają
tego samego i, co najgorsze, o tym samym w kółko rozmawiają.
Słowem, najbardziej mnie męczy na polskich spotkaniach ich przewidywalność i
nuda.
Napisałem kiedyś felieton "Czas zatrzymany". Żeby oszczędzić sobie fatygi,
przepiszę jego fragment:
"Po kilkunastu latach przebywania w środowisku polonijnym słyszę te same
piosenki wykonywane przez knajpianych wokalistów. Umrzecie z "Bara bara bara,
riki tiki tak, jeśli masz ochotę, daj mi jakiś znak" na ustach? To jest wasz
ekstrakt narodowej pamięci i wykwit intelektualnego rozwoju? Do śmierci
chodzić będziecie w dżinsach i koszulach w kratkę z krótkim rękawem? Słuchać
kompaktów Grechuty i jeździć co roku na wakacje nad Bałtyk? Nie znudzi się
wam to?".
No i co? Minęło wiele lat i nie zmieniłbym ani jednego słowa. A wczoraj na
Greenpoincie usłyszałem, przechodząc obok polskiego lokalu... "Bara bara
bara...".
Na polskim przyjęciu w Palo Alto zamiast dyskusji o komputerach słuchałem,
przy kabanosach i sałatce jarzynowej, tęsknych pytań o Polskę. W pięknym
Redwood Park, też w Kalifornii, puszczano wyłącznie Skaldów. Czy Led Zeppelin
i Clapton także nie byli muzykami tego pokolenia? Młody profesjonalista z
Connecticut jazdę samochodem uprzyjemnia mi zawsze "Banią dla Cygana".
Naprawdę nie ma lepszej na świecie muzyki i tekstów? W domu w Pensylwanii
leci, w czasie Thanksgiving (!) polska telewizja. W polskim motelu na
Florydzie - TV Polonia na okrągło. Do klubu Europa na Greenpoincie przychodzą
co niedziela, jak do kościoła, ciągle te same osoby, które, tak samo ubrane,
rozmawiają o tym samym. Nie ma w Nowym Jorku innych klubów? Żeby pójść do
nich tylko czasem, ot tak, dla odmiany?
Odnoszę wrażenie, że u polskich imigrantów przepaliły się jakieś obwody w
mózgu i ich myśli biegną od tej pory po krótkim obwodzie zamkniętym.
Te utyskiwania dotyczą średniego pokolenia, nazywającego
siebie "solidarnościowym". Rozumiem - przez pierwsze lata przechodzili stres
adaptacji, nauki języka, dorabiania się. Ale przecież na ogół im się udało!
Stoi dom, dwa paszporty w szufladzie, konto w banku, dzieci w college'u. Mogą
odetchnąć, wyluzować się, poszaleć, ale nie - jakby pozostali zapętleni: w
tych samych gustach, tych samych tematach rozmów, właściwie już obsesjach.
Nie mówię o ich pracy, która jest, jaka jest. Mówię o czasie wolnym. Ameryka
daje przecież wielki wybór stylów życia, ubrania, hobby, języka, lektur,
rozrywek. Pełno tu fantastów, hobbystów, dziwaków. Ludzi zwyczajnych w pracy,
ciekawych wieczorem.
Ale my jesteśmy potwornie szablonowi. Nie mamy za grosz fantazji i luzu.
Wszystko robimy po sznureczku, a decyzje mają zawsze nudny, praktyczny
charakter. Zgoda, hondy i toyoty to niezawodne samochody, ale wśród, tak
słynnych ze złotych rączek, Polaków chciałbym poznać więcej takich, którzy
majsterkują przy starym, niepraktycznym, ale pięknym, jaguarze albo maserati.
A potem porozmawiają ze mną o starych samochodach. Albo o psach i kotach -
toż to można godzinami! Albo o dziewczynach, o winach, o modzie, o tym, co
może być po śmierci, o obejrzanym ostatnio japońskim filmie, o jedzeniu, o
parapsychologii, o podróżach. Nie jestem pięknoduchem, który oczekuje
intelektualnych dyskusji o literaturze, ale może ktoś przeczytałby czasem, do
diabła, jakąś powieść po angielsku! Nie - czytają Grocholę, Głowackiego o
Ameryce i "Kod da Vinci" w polskim przekładzie (sic!); prenumerują "Politykę"
i czytają w internecie "Wyborczą". Po 20 latach w Ameryce. Ja tego, proszę
Państwa, najzwyczajniej w świecie nie rozumiem.
Czytelnik-polemista doradził mi mniej cynizmu, a więcej optymizmu.
Optymizm/pesymizm to niepasująca tu para pojęć. Ja po prostu coraz częściej
nie jestem ciekaw kolejnych Polaków, kolejnych z nimi spotkań, rozmów i
zagajeń ("Jedziesz może czasem do Polski?" i alternatywnie: "No i jak było w
Polsce?"), tych samych, mechanicznie powtarzanych maksym, powiedzonek,
banałów, niczym w "Umarłej klasie" Kantora.
Nie izoluję się od Polaków, nie wywyższam - przeciwnie, piszę dla nich,
przejmuję się nimi; najwyraźniej mnie obchodzą, skoro ciągle piszę o nich, a
nie o polityce światowej czy jazzie. Dlatego z nieustającą wiarą, przez 15
już lat, chodzę na spotkania z nimi, licząc, że może wreszcie będzie
ciekawie; inaczej. I prawie zawsze spotyka mnie rozczarowanie. Znowu byłem na
sklonowanej imprezie i znowu rozmawiałem z Polonusami-klonami.
Ale niech tam, skończę optymistycznie! To wszystko, co powyżej, dotyczy
średniego i starszego pokolenia. Ludzie młodsi (którymi chętnie się otaczam,
nie tylko z erotycznych powodów), ci do 30., nawet 40. roku życia , są inni.
A już na pewno inni są ci młodzi, którzy tu studiują, chodzą do high school
albo chowali się w niekomunistycznej Polsce.
Może nie będą tacy nudni jak m