i.p.freely
06.11.03, 08:20
Nierząd z biznesplanem
Unia Europejska: Czy polska prostytutka to pracownik wykwalifikowany?
Czy polska prostytutka z wystawy w dzielnicy czerwonych świateł w
Amsterdamie ma prawo pobytu w Holandii, bo prowadzi działalność gospodarczą
na zasadzie samozatrudnienia? Czy wolno domagać się od niej biznesplanu? To
nie żarty. To problemy, nad którymi głowi się najwyższa instancja sądownicza
Unii Europejskiej za sprawą dwóch przedsiębiorczych Polek.
JACEK SAFUTA
Znalazły się one wśród pionierów testujących dobrodziejstwa układów
europejskich, które stowarzyszają z Unią Polskę i inne kraje Europy
Środkowej i Wschodniej. Chodzi o precedens, który może znacznie szerzej niż
dotychczas uchylić przed Polakami drzwi do unijnego rynku pracy. Prawo do
pracy jest kandydatom oczywiście odmówione, ale na otarcie łez uchylono
maleńką furtkę: samozatrudnienie. Co to jest samozatrudnienie? W tym cały
problem. Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu od paru miesięcy
zagłębia się w akta dwóch polskich i czterech czeskich prostytutek.
Kobiety skarżą władze Holandii za to, że odmawiają im prawa stałego pobytu i
samozatrudnienia w tym kraju. Niedawno trybunał w pełnym składzie wysłuchał
racji obu stron sporu. Obecność aż 11 z 15 sędziów świadczyła o wadze, jaką
przywiązują do tej i kilku innych podobnych, jeszcze nie rozstrzygniętych,
spraw obywateli krajów stowarzyszonych. Furtka uchylona? Niektórzy obawiają
się, że noga wsadzona w drzwi zostanie boleśnie przytrzaśnięta. Tak czy
inaczej do historii prawa europejskiego wejdą na stałe panie Jany i
Szepietowska oraz ich czeskie koleżanki, bohaterki niniejszej opowieści.
Spodziewane najwcześniej w drugiej połowie tego roku orzeczenie powinno
położyć kres dowolności interpretacji jednego z najciekawszych, zdaniem
prawników, artykułów układu stowarzyszeniowego – numer 44. Przewiduje on, że
każde państwo Unii „zapewni w odniesieniu do zakładania na swoim terytorium
przedsiębiorstw przez przedsiębiorstwa i obywateli polskich oraz w
odniesieniu do działalności tych przedsiębiorstw traktowanie nie mniej
korzystne niż traktowanie własnych przedsiębiorstw i obywateli”. Następne
paragrafy artykułu precyzują, że w wypadku obywateli zakładanie
przedsiębiorstw to podejmowanie działalności gospodarczej na zasadzie
wspomnianego samozatrudnienia, przy czym może to być działalność
przemysłowa, handlowa, rzemieślnicza oraz „w zakresie wolnych zawodów”.
Już podpisując układy obie strony zdawały sobie sprawę, że artykuł może być
zarzewiem sporów. Unia zaciekle broniła się przed otwarciem swego rynku
pracy dla środkowych Europejczyków i układy pozostawiły kwestię ich
zatrudnienia w Unii do rozstrzygnięcia w kontaktach dwustronnych między
każdym z państw członkowskich a poszczególnymi państwami stowarzyszonymi.
Negocjatorzy unijni przystali na artykuł 44 w nadziei, że w praktyce
pozostawi władzom państw członkowskich dostatecznie dużą swobodę
interpretacji, aby mogły się wybronić przed zalaniem rynku pracy przez tanią
siłę roboczą ze wschodu. Negocjatorzy z państw stowarzyszających się liczyli
po cichu, że z braku lepszych korzyści w tej dziedzinie udało się zrobić
wyłom w „fortecy Europa”, przez który wślizgną się ich co bardziej
przedsiębiorczy rodacy.
Życie pokazało, że obie strony miały trochę racji. Wyłom jest bardzo wąski,
a na wdzierających się przezeń śmiałków czyha wiele przeszkód i
niebezpieczeństw. Obrońcy unijnego rynku pracy nakładają na nich
najrozmaitsze restrykcje i warunki, jeśli nie odsyłają wprost do diabła, i
niejeden mniej wytrwały kandydat na samozatrudniającego się właściciela
jednoosobowej firmy dał za wygraną. Ale pewna liczba upartych przeszła
zwycięsko ciężką próbę i legalnie prowadzi dziś w Unii działalność
gospodarczą polegającą na świadczeniu usług budowlanych, sprzątaniu, pracach
polowych czy pośrednictwie w handlu samochodami.
Co najmniej kilkuset samozatrudniających się, w tym grupa Polaków,
skorzystało z dość liberalnego podejścia władz holenderskich. Są one skłonne
wydawać zgodę osobom wypełniającym nisze na tamtejszym rynku pracy i
wykonującym roboty, za które coraz mniej chętnie biorą się sami Holendrzy.
Przykładem są robotnicy rolni zbierający szparagi.
Ale, zdaniem władz holenderskich, co innego niewdzięczna praca w polu czy
nawet handel samochodami, a co innego prostytucja. Walka z patologią i
przestępczością skłoniła Holendrów do potraktowania prostytucji jak każdej
innej działalności. Starają się uregulować to zjawisko i poddać jak
najściślejszej kontroli. Dlatego uznają prostytucję za zawód, pozwalają
własnym obywatelkom i ich koleżankom z innych państw Unii na samodzielną
działalność w tej dziedzinie. Dlatego w praktyce zalegalizowali burdele w
Amsterdamie. Ale nawet praktyczni Holendrzy uważają, że masowy napływ
kandydatek z naszej części Europy akurat do tego procederu to już gruba
przesada. Wpadli jednak we własne sidła i stanęli nagle w obliczu żądań
prostytutek „stowarzyszonych”, aby nie dyskryminować ich w stosunku do
rodzimych.
Układ stowarzyszeniowy wszedł w życie w lutym 1994 r. Wkrótce pojawili się
pierwsi Polacy, którzy zaczęli powoływać się nań w urzędach różnych państw
członkowskich Unii, aby legalnie zarejestrować działalność gospodarczą.
Większość trafiła na błędne koło – do Unii mogli wyjechać legalnie tylko
jako turyści, na studia, staż, na krótki kontrakt. Próba rozpoczęcia
działalności gospodarczej, nie zgłoszonej przed wyjazdem z Polski, narażała
ich na zarzut, że podjęli ją nielegalnie. Radzono, aby wrócili i wystąpili o
zgodę do ambasady danego kraju w Warszawie. Ta w większości wypadków
oczywiście nie chciała słyszeć o takim wniosku lub piętrzyła przeszkody nie
do przebycia.
W podobną pułapkę wpadły panie Jany i Szepietowska. Wkrótce po przyjeździe
do Amsterdamu w 1996 r. zgłosiły policji, że chcą legalnie uprawiać swój
zawód. Wobec odmowy poprosiły o zajęcie się ich sprawą adwokata
specjalizującego się w sprawach imigracyjnych Gerta Jana van Andela.
Amsterdamski sąd uznał, że władze zbytnio pospieszyły się z decyzją i
nakazał im ponowne rozpatrzenie sprawy. Druga odmowa kosztowała władze nieco
więcej wysiłku, bo trzeba było ją lepiej uzasadnić. Prawnicy holenderskiego
ministerstwa sprawiedliwości przysiedli fałdów i przytoczyli całą listę
argumentów, nie przejmując się, że są często wzajemnie sprzeczne i,
delikatnie mówiąc, słabo udokumentowane.
Ale najważniejszym powodem odmowy było to, że prosząc o zgodę o stały pobyt
w celu prowadzenia działalności gospodarczej w Holandii Polki i Czeszki
automatycznie straciły prawo legalnego pobytu na mocy umów o bezwizowym
ruchu turystycznym. Turysta z Polski czy Czech ma prawo przebywać w Holandii
do trzech miesięcy bez wizy pod warunkiem, że nie pracuje ani nie zamierza
pracować. Gdy tylko zdradzi się z takim zamiarem, traci prawo pobytu i
powinien opuścić Holandię – oświadczyły władze. Sąd poczuł, że sprawa go
przerasta i zwrócił się o opinię do unijnego trybunału. Ten ostatni musi
teraz raz na zawsze rozstrzygnąć, czy należy automatycznie traktować układy
stowarzyszeniowe jak część prawa unijnego, które musi być bezpośrednio
stosowane w każdym państwie członkowskim Unii.
A nawet jeśli tak jest, to czy artykuł 44 odnosi się do prawa stałego
pobytu? Do jakiego stopnia państwo członkowskie ma na mocy innego artykułu
tego samego układu (numer 58) prawo do narzucania Polakom czy Czechom
własnych przepisów o wjeździe, pobycie i pracy? Władze holenderskie zażądały
od prostytutek dowodów, że będą w stanie zapewnić sobie minimalny dochód.
Kobiety miały też wykazać, że potrafią samodzielnie zarządzać jednoosobową
firmą i prowadzić księgowość oraz że ich działalność wymaga stałej obecności
w Holandii. Sąd holenderski zapytał więc trybu