Dodaj do ulubionych

A co będzie na studiach...???

28.04.05, 16:55
Teraz zdaję nową maturę i nie radzę sobie dobrze ze stresem przed egzaminami.
Przed maturami ustnymi poprostu nie umiałam oderwać się od lodówki i chociaż
zdałam nadspodziewanie dobrze to boję się co to będzie na studiach gdzie
każde kolokwium odbywa się w podobny sposób. Zaczynam wątpić czy dam sobie
radę jeżeli dostanę się na stosunki międzynarodowe :( Boję się, że ten stres
na studiach wykończy mnie nie tyle psychcznie co fizycznie bo przecierz
wymiotowanie naprawdę wycieńcza organizm..
Zwracam się do dziewczyn które studjują...jak sobie radzicie???
Obserwuj wątek
    • soma21 Re: A co będzie na studiach...??? 29.04.05, 20:15
      hmm.. ja sobie nie radzę, pewnie,staram się mało opuszczam ale,gdy to przyjdzie
      to poddaję się zupełnie.
      Staram się walczyc ale efekt jest jeszcze gorszy. Coraz częściej wstaje rano
      żeby zdążyć zamaskować pudrem popękane na twarzy naczynka, blizny na rękach..
      Mam takie studia na ktorych o bulimii mówi sie sporo,różnie wtedy
      reaguję..czasami chcę mi się płakać innym razem czuję się dumna,że mam coś
      swojego,tajemnicę o ktorej nie wiedzą..
      pozdrawiam cię ciepło
      mam nadzieję,że Tobie się uda


      M.
    • to_ona Re: A co będzie na studiach...??? 08.05.05, 11:34
      na mnie matura też sie cholernie odbija, stres i nerwy zjadam coraz częściej w
      domu. I nie wiem, co będzie, gdy uwolnię się z domu rodzinnego i wyruszę na
      podbój do innego miasta. nie będzie rodziców, nie będzie kontroli. Pewnie bede
      miała ze dwa wyjscia; albo przestanę jeśc albo dopiero zacznę.... Ale i tak
      najwięksą nadzieję mam na to, że uda mi się znaleźć dobrego lekarza, który
      naprowadzi mnie na dobrą drogę. OBy.
    • hipocam Re: A co będzie na studiach...??? 08.05.05, 13:40
      Ja myślę, że to zależy od osoby ,ale mogę powiedzieć jak było w moim wypadku.
      Na początku było tragicznie. Bardzo stresowała mnie nowa sytuacja, nowi ludzie.
      Jak rozładowywałam napięcie chyba nie muszę mowić.
      Szybko jednak zaczeło się poznawanie ludzi, którzy okazali się super. Czułam
      się akceptowana i bardzo lubiana. A uczelnia okazała sie bardzo przyjaznym
      miejscem ( nie wiem czy tak jest wszędzie). I ... ataki prawie znikneły (
      prawie 4 miesięczna przerwa była czymś niesamowitym bo wcześniej ataki miałam
      codziennie), nawet zaczełam jeść jak wszyscy. Pierwsza sesja poszła mi
      rewelacyjnie ( choroba wyrobiła we mnie ciągłe dążenie do perfekcji, więc
      naprawde się przyłożyłam). Paradoksalnie w tym momencie zaczeły się schody.
      Ludzie zaczeli mnie postrzegać jako osobę bardzo inteligentną, moje prace były
      wyróżniane - powinnam się cieszyć, a ja nie mogłam sobie z tym poradzić. Mam
      przekonanie ,że nie jestem w stanie sprostać tym oczekiwaniom. Któregoś dnia
      spojrzałam w lustro i zobaczyłam siebie - grubą i głupią. I wszystko wróciło i
      to w pewnym sensie ze zdwojoną siłą.
      Do tego "wlepszym okresie" zaangazowałam się mocno w życie uczelni , a że
      wróciły ataki, zaczełam zawalać rożne rzeczy, bo nie starczało mi czasu na
      wszystko,bo spedzałam kilka godzin dziennie na jedzenie i wymiotowanie.
      Ale piszę ci o tym , bo ta historia ma happy end ( a raczej początek happy
      endu).
      Jest jedna rzecz o której nie wspomniałam , własciwe do tego momentu (wyżej
      opisanego) , nie uważałam ze jestem chora( pomimo chorowania na bulimie 4
      lata). Kiedy zaauważyłam, że obżeranie się i wymiotowanie wrociło, że nie chce
      tego robić, bo zawalam ważne dla siebie rzeczy i ranie innych, a nie mogę
      przestać zadałam sobie sprawe, że jestem chora. Wycieńczona i zrozpaczona
      postanowiłam coś z tym zrobić. Pod wpływem impulsu powiedziałam o wszystkim
      rodzicom ( co wcześniej było dla mnie nie wyobrażalne) i ... zaczełam
      leczenie !!
      Mam naprawdę silna motywację, zasmakowałam życia "normalnych" ludzi i chce tam
      znowu wrócić, a wiem że sama nie dam rady. Narazie ataki nie ustały ,ale mam
      je dużo rzadziej. Jestem dopiero na początku drogi, miewam momenty załamania,
      ale dzięki terapi szybciej sie podnoszę i staje ponownie do boju;)
      Więc podsumowując myślę że nie ma co się bać studiów , może one dla ciebie też
      bedą przełomowym momentem. Życze ci tego.
      Pozdrawiam
      • theniebiesky Re: A co będzie na studiach...??? 09.05.05, 14:43
        cóż, dla mnie studia to było ozdrowieńcze doświadczenie (do czasu, ale jednak)
        Czasy licealne wspominam jako bulimiczny koszmar jak czytam swoje pamietniki to
        az sie wzdragam. Na studiach uwolnilam sie od toksycznego domu. Ataki były b.
        rzadkie - ale tez szkoda mi było pieniedzy. Oczywiście, zdarzało się - raz na
        kilka miesięcy. Jak jezdzilam do domu w odwiedziny - wracało. Mialam tez
        bulimiczne ciągi - przez tydzień a pozniej spokoj na długi czas. Niestety,
        bulimia wrocila po studiach. Znalazlam pracę, potem ja zmienilam, w
        miedzyczasie wydarzylo sie wiele dobrych i złych rzeczy (romans, którego sie
        wstydze, ślub z ukochanym). Na dobre zaczęło sie 1,5 roku temu- mąż
        odreagowywała moj romans w knajpach, ja sama w domu, pracująca na pół etatu
        wiec mająca jakies grosze - a knajpy potrafiły zabrac pól wypłaty.Męzowi
        przeszło - mnie nie.
    • noelka84 Re: A co będzie na studiach...??? 09.05.05, 18:03
      no ja niestety sobie nie radze
      własnie na studiach z bulimia jest cora gorzej
      nie umiem sobie z nia poradzic
      • hana24 Re: A co będzie na studiach...??? 10.05.05, 17:58
        Przestalam sie stresowac takimi sytuacjami,zbyt wiele w zyciu doswiadczylam i
        sesja to pryszcz w porownaniu z nimi,tak sie zaczelo moje
        odstresowanie,poprostu wiem ze nie warto sie denerwowac egzaminami,oplacilo sie
        takie podjescie,nauka idzie mi gladko,szkoda ze reszta sie tak ladnie nie uklada

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka