Dodaj do ulubionych

poddałam się...

29.11.07, 02:04
Nie wymiotowałam od kwietnia, było raz lepiej raz gorzej ale nie kończyłam w
toalecie...
Teraz jest już mi wszystko jedno i tak jestem beznadziejna i nigdy nie poradzę
sobie z tym problemem...
Proszę o pomoc mojego narzeczonego, ale mam wrażenie że jego też już nie
obchodzi, często zostawia mnie sama w domu, a jak proszę żeby wrócił do domu,
to mówi "nie". Nie wiem czy to jego taktyka, czy jego nieczułość... Ale za
każdym razem jak go nie ma ląduje w toalecie, dzisiaj nawet się cieszyłam, że
wyszedł z domu. Nie musiałam odpowiadać na retoryczne pytania...
Teraz jest mi już wszystko obojętne, mogę jeść wymiotować, wymiotować jeść...
Nie widzę sensu żeby z tym skończyć...
A najgorsze jest to, że jak wróciłam do wymiotowania poczułam swoista ulgę,
brzuch nie jest taki nadęty i rano czuje się lepiej...
Ja chyba nie chce wyzdrowieć...
Obserwuj wątek
    • marta.scisia Re: poddałam się... 29.11.07, 10:06
      Nic nie ma sensu... Początki depresji??? To chyba normalne w bulimii, niestety...
      Może powinnaś udać się do dobrego psychiatry???
    • last_vera111 Re: poddałam się... 29.11.07, 12:39
      Droga effacler!Czytając twój artykuł jestem oburzona postępowaniem
      twojego narzeczonego...przecież to brak zainteresowania z jego
      strony!!!!Mój narzeczony pomaga mi jak tylko może żebym
      wyzdrowiała...wspiera mnie i mówi mi że jestem silna i dam
      radę...Jak ty masz wyzdrowieć skoro nikt ci w tym nie pomaga...nikt
      z tobą o tym nie rozmawia...powinnaś porozmawiać z narzeczonym
      przecież będziecie ze sobą całe życie i co zawsze będzie wychodził
      gdy ty będziesz miała problem???
      • effaclar Re: poddałam się... 29.11.07, 14:45
        do psychologa nawet gdybym chciała to nie mogę iść (mieszkam zagranicą), wiec
        zostaje mi moja sypialnia, łóżko i lodówka - tak na poprawienie humoru...
        narzeczony ma już tego wszystkiego dość, o bulimii wie od dawna, nawet wcześniej
        bardzopomagała ale teraz mam wrażenie ze albo moje problemy go denerwują, albo
        przerosło go to wszystko...
        więc nic mi nie pozostało jak tylko się poddać... To też pewnego rodzaju
        przyjemność... Przynajmniej na chwile jest mi lepiej...
        • littlebutterfly Re: poddałam się... 29.12.07, 14:51
          ja w prawdze nie mam narzeczonego, nawet nei mam chlopaka, ale rozumiem Cie i
          to, ze czujesz sie zawiedziona, tak jakby Twoj problem przestal istniec, cos w
          stylu: rob co chcesz kobieto, mi to juz zwisa. Jednak mimo takich sytuacji,
          ktorych cos czuje bedzie wiele to nei mozna sie poddawac. Bo on juz sie tym nie
          interesuje to ja zarzygam sie na smierc? Jak moja matka i lepsi znajomi
          dowiedzieli sie o tym, ze jestem chora to budzilam powszechne zainteresowanie,
          pytali sie jak sie czuje, czy wszystko ok, normalnie czulam sie jak obloznie
          chora, dosyc tego wlasciwie mialam no i oczywiscie po niedlugim czasie wszystko
          ucichlo, juz nawet nie mam sie do kogo odezwac. Po prostu idz dziewczyno, rob
          sobie co chcesz. Napisalam to po to, zeby pokazac jak mniej wiecej ludzie
          reaguje. Poczasie im sie nudzi, wydaje sie, ze jak raz sobie z tym poradzilas to
          juz po wszystkim. Wiadomo, ze tak nie jest. Moim zdaniem powinnas z nim
          porozmawiac, bo to, ze Ty rzycacsz sie na lodowke nic nie zmieni. Ty bedziesz
          rzygac, on sobie gdzies bedzie chodzil, w koncu w zlosci wyrzucisz mu wszystjko
          nie tak, pozrecie sie i tym bardziej wrovisz do mii. Musisz troche powalczyc z
          choroba i z facetem;p i zastanow sie co spowodowalo, ze znowu choroba wrocila?
          Moze chcialas, zeby narzeczony ciagle kolo Ciebie skakal? Moze tez warto
          zainteresowac sie co on mysli, czuje a nie zrzucac tylko wine na niego. To taka
          drobna sugestia. Jak zwykle rozpisalam sie, bleh...Zycze powrotu do zrowia;)
          • urselka Re: poddałam się... 29.12.07, 21:11
            zgadzam sie co do podejscia ludzi.
            Gdy powiedzialam kilkorgu moich znajomych wszyscy sie strasznie
            zaiteresowali, pytali jak mi pomoc.
            Kilka razy dziennie do mnie wypisywali pytajac jak sie czuje i
            wspolczujac mi...
            Co to dawalo?
            Bylam z siebie dumna, bo nareszcie zwrocilam na siebie czyjas
            uwage...
            Ale po tygodniu czy dwoch wszyscy jakos zapominali.
            Traktuja mnie jak kazdego, nie, wlasciwie zaczeli mnie traktowac jak
            powietrze i uciekac od problemu.
            Nie istnial temat jedzenia. Gdy rozmawialismy o gotowaniu (uwielbiam
            gotowac) udawali, ze nie istnieje problem mojego zywienia i
            nikt "nie widzial", ze moja milosc do gotowania jest czescia
            choroby. (patrzac na jedzenie najadalam sie...)
            Ludzie traktuja mnie jak tredowata, gdy mnie obok nie ma.
            Cala ja jestem tematem tabu...
            Moze mysla ze tego nie widze...?
            Nie wiem.
            Ale nikt juz nie pyta czy dalej w tym tkwie czy jest lepiej (jest
            znacznie lepiej)
            Ale to ich problem.
            Ja zwyciezam z choroba.
            To MOJE zwyciestwo...
            • littlebutterfly Re: poddałam się... 30.12.07, 16:09
              no qwlasnie, z czasem traktuja Cie jak tredowata, udaje, ze nie maja pojecia o
              chorobie tak jakby nigdy o niczym sie nie dowiedzieli. Chociaz zanim
              powiedzialam to bylo znacznie lepiej, teraz czuje te chora obojetnosc, nawet nie
              da sie tego opuisac. No coz, tak juz bywa, jak widac jednak ludzie sa mniej
              wiecej tacy sami tzn podobnie reaguja;p mnie tez gowno obchodzi co oni sobie o
              mniem ysla itp. to ich problem. Pozdrawiam;)
    • mado-2 Re: poddałam się... 29.11.07, 16:09
      a ja miałam zamiar powiedzieć mojemu o buli, ale teraz trochę się
      boję a co jak nabierze do mnie obrzydzenia i odwróci się plecami
      udając że nie ma problemu?
      • urselka Re: poddałam się... 28.12.07, 18:51
        to znaczy, ze jest kretynem i nie dostrzega Twojego niezwyklego
        piekna, ktore co prawda chowasz pod usmiechem i bulimia, ale ktore
        On powiniem widziec. Jesli kocha, dostrzeze to piekno...

        Ja mialam to szczescie, ze trafilam na cudownego chlopaka...
        Ale jemu tez bylo bardzo ciezko i kilka razy zaczynal watpic czy sie
        kiedykolwiek uda...
        A teraz?
        Pracujemy na wzajemne zaufanie. :)
        i jest pieknie - 4 miesiace jedzenia. :)
        i jakiegos niezwyklego spokoju...
        czuje ze jestem naprawde piekna...bo jestem soba... :)

        Zycze Wam tego spokoju. Nie ma nic piekniejszego. :)
        • mado-2 Re: poddałam się... 28.12.07, 20:37
          to super , że wam się udało , ale ja chyba nie zaryzykuję , nie
          zniosłabym jakby mnie zostawił :(((((
          • urselka Re: poddałam się... 28.12.07, 22:42
            rozumiem to bardzo dobrze...
            zaufalam komus wczesniej, ale on mnie tylko zdeptal...
            A teraz?
            Sama nie wiem czemu odwazylam sie mu powiedziec...
            mysle, ze to nie byla kwestia odwagi.
            Mysle, ze chcialam sobie udowodnic, ze faktycznie jestem
            beznadziejna i nikt ze mna nie bedzie szczesliwy...pomylilam sie.
    • zawsze-alusia22 Re: poddałam się... 19.01.08, 21:17
      NIE MA TAKIEJ OPCJI!!!!!Pamiętaj że absolutnie nie wolno Ci się poddawać w końcu robisz to tylko dla siebie nie dla narzeczonego prawda?To Ty masz być szczęśliwa spełniona i ZDROWA!Ty nikt inny!Musisz uwierzyc że stać Cie na to ze potrafisz walczyć z "przyjaciółka", że potrafisz ją zabić dla siebie nie dla innych!Uwierz ze stac Cię na wszystko co postanowisz i trwaj w swym postanowieniu bez względu na wszystko!Życzę Ci tego z całego serca i pamietaj nie wolno ći mysleć inaczej niz że jesteś JEDYNA NIEPOWTARZALNA I WYJATKOWA.Uda Ci sie zobaczysz!
      • demole Re: poddałam się... 20.01.08, 07:01
        ja raz zjadlem niedopalek papierosa z ulicy,
        innym razem,po wyonanizowaniu sie w kiblu,i wyrzuceniu "papierka z cukierka" do
        muszli,wyjalem go z powrotem i chcialem zjesc,bo mama weszla,ale wyplulem te
        ochydztwo

        innym znow razem,kiedym poznal sie na polityce,
        lozach masonskich,egzekucjach i szantarzach
        tak sie zalamalem,ze wzialem wetke i poszedlem lowic ryby...
        • zawsze-alusia22 Re: poddałam się... 20.01.08, 11:13
          do DEMOLE:jesteś ohydny sam w sobie o co ci chodzi?Jak nie potrafisz zrozumiec
          drugiego człowieka to idź lepiej łowic te ryby...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka