Drogie E-Mamy, zwracam się do Was z prośbą pierwszy raz. Pewna życzliwa osoba podpowiedziała mi to forum, mam nadzieję, że jej intuicja okaże się pozytywnym zrządzeniem losu.
Czy za ''mamę'', której zechciałybyście pomóc, uznajecie samotną matkę z szesnastoletnią córką? Czy są Pomocne Mamy w Lublinie?
Z przyczyn losowych musiałam sprzedać mieszkanie około 10 lat temu. Nadal żałuję, że nie mam pisma od dyrektora MOPSu, w którym to stwierdził, że nie otrzymam pomocy, ponieważ mogę sprzedać mieszkanie. W końcu dostałam coś (ok. 100-200 zł, łącznie z alimentami wtedy 500 zł), co właściwie pogrążyło mnie w stanie ciągłej potrzeby starania się o pomoc. Musiałam korzystać przez te lata nie tylko z uprzejmości ludzi, ale też innych instytucji (banków...), musiałam starać się o pomoc w instytucjach charytatywnych takich jak Kościół Polski albo Caritas. Doświadczyłam biedy i zaniedbania. Moje życie jest stanem ciągłej wegetacji. Już nie raz i nie dwa musiałam z córką znaleźć się w Domu Samotnej Matki, w trzech różnych miastach (pierwsze, w którym udało mi się na dwa lata ustabilizować sytuację, drugie, gdzie mieszka moja rodzina - obecnie nie mam z nimi żadnego kontaktu, trzecie to aktualne miejsce pobytu), w każdym doznałam z córką ogromnej traumy. Nieobca jest nam wrogość ludzi, ponieważ rosną koszty utrzymania, a my nie jesteśmy stanie spłacić kilku zaległości. Ola jest dzieckiem albo nastolatką inteligentną, wrażliwą - niejednokrotnie dała na to dowód, jednak podczas tych 7 lat spędzonych w DSM nabrała wstrętu do szkoły - zaczęło się od teoretycznie niewinnego zagadnienia przez koleżankę ze szkoły, że dlaczego nie ma normalnego domu. Miała bardzo dobre wyniki w nauce - zawsze, ale szczerze powiem, że omijała mnóstwo zajęć. Na teście gimnazjalnym uzyskała sto procent, co w gruncie rzeczy było czynnikiem, który pozwolił jej wtedy przejść. Próbowałam wszystkiego, od próśb, prób motywacji, gróźb i ''terapii szokowych'' - nic nie poskutkowało. Zrozumiałam, że szkoła w zwykłym trybie nie jest dla niej. Straciła dwa lata, zamiast w pierwszej liceum jest w drugiej gimnazjum. Teraz ma nauczanie domowe - uczy się w ''domu'', czyli akademiku, do którego wyrwałyśmy się półtora roku temu z DSM. Szukałam pracy praktycznie wszędzie, nawet na kasie w TESCO, jako sprzątaczka, ktokolwiek. ''Przyjęliśmy w tym miesiącu 30 osób'' usłyszałam. 500 złotych alimentów i UWAGA zero innej pomocy. Poszłam do pań z MOPRu i dowiedziałam się, że nie mogę się starać o pomoc, bo muszę mieć zaległość czynszową. Taka interpretacja przepisów. I że na pewno mam jakieś dochody, bo pewnie opłacam to mieszkanie. Nie mogę opłacić od trzech miesięcy. W końcu udało mi się to im uświadomić. Wiecie, co mi powiedziały? Że nawet pożyczka od rodziny to dochód. Myślałam, że zemdleję. Zostałam z niczym do 10 stycznia, kiedy będą alimenty. Udałam się dzisiaj do MOPRu, mając nadzieję, że może dostanę mąkę i tym podobne, dżemy, płatki śniadaniowe, itd., gdzie dostałam karteczkę, że nie otrzymam pomocy, ponieważ nie mają takiej możliwości. Skierowano mnie do innych instytucji, gdzie także mi odmówiono, ze względu na trudności w zdobywaniu produktów żywnościowych. Na nic nie mogę liczyć, dosłownie na nic i na nikogo. To prawdziwy cud, że administrator budynku pozwolił mi zostać i kazał napisać do właściciela pismo. Przynajmniej nie jesteśmy w DSM albo pod mostem. Jestem na studiach dziennych - doszłam do wniosku, że skoro nie mogę znaleźć pracy, to muszę znaleźć coś innego - nie zgadza się to z moimi zasadami etycznymi, naprawdę nie chcę nikogo ''oskubywać'' - okropnie się czuję, pisząc to - liczyłam na stypendium. W zeszłym roku dostałam, w tym już niestety nie. Kolejny powód, dla którego mogłam zamieszkać w akademiku, ale i kolejny, dla którego teraz nie mogę zapłacić. Piszę do Was z komputera jednego ze współlokatorów, to bardzo dobry człowiek, ale sam nie ma lekko. Jest mi potwornie wstyd, mogę się jedynie pocieszyć myślą, że kiedyś być może nastąpi moment, kiedy to ja do Was dołączę i komuś pomogę. Teraz przejdę do najtrudniejszej części, czyli formułowania prośby. Nie chcę pomocy finansowej, wiem, że prawdopodobnie nie będę w stanie oddać, proszę jedynie o pomoc żywnościową, ogromnie mi na tym zależy. Już nam się zdarzyło jakiś miesiąc temu, że nie jadłyśmy nic, absolutnie nic, dziesięć dni. To był koszmar, musiałam jeszcze chodzić na zajęcia, Ola zaś zostawała głodna na cały dzień w ''domu''. Nawet nie mogę jej kupić teraz płaszcza albo kurtki, wszystko idzie na jedzenie, więc na razie siedzi w domu, czasem tylko wychodzi w lekkiej, jesiennej z darów. Nie wiem, czy może być coś gorszego od świadomości, że nie można nakarmić swojego dziecka. Ola zaproponowała, że pójdzie do pracy do księgarni, na kilka godzin dziennie, podreperowałoby to nasz budżet o 500 zł, jednak wszystko się znów przesunęło w czasie.
Przepraszam, że taki długi i nieco chaotyczny tekst ''skomponowałam'' - w tej sytuacji nietrudno stracić rozum, zwłaszcza, że jest sporo okropnych sytuacji z naszego życia, których wolę nie podawać na forum. Dziękuję za cierpliwość i ewentualną chęć pomocy.
Mój mail: marmoladopodobna@gazeta.pl