Dodaj do ulubionych

Egipt moimi oczmi. Część I

12.12.10, 01:58
Wstęp

Pomysł na wakacje dojrzewał w nas pół roku, kolejne pół roku zajęło nam planowanie wycieczki. To, ze zdecydowaliśmy się w sposób niezorganizowany zwiedzić Egipt, w dużej mierze jest zasługą tego forum, a w szczególności dwóm relacjom z podróży. Ula_25, 78-dario dziękuje Wam za moje wspaniałe wakacje, bo byliście dla mnie ogniwem zapalnym tej wyprawy.
Spędziliśmy w Egipcie 21 cudownych listopadowych dni. Z założenia ta wyprawa miała być połączeniem zwiedzania zabytków bardzo starych, starych i nowszych, poznawania ludzi, kultury i obyczajów, wypoczynku i dobrej zabawy. Zależało nam na zachowaniu równowagi pomiędzy tymi celami i chyba nam się to udało, a teraz chcę się podzielić z Wami Egiptem widzianym moimi oczami. W wyprawie wzięły udział trzy osoby: ja, mój ukochany i nasz egipski kolega, który postanowił z Nami zwiedzić swój kraj. Obecność naszego kolegi była i dobra i zła. Dobra, bo bez niego nie poznalibyśmy Egiptu od strony egipskiej, gdzie niewielu ludzi zna inny poza swoim językiem, gdzie menu w restauracji (o ile w ogóle jest) to pisane „wężykiem”, gdzie nie jest tak kolorowo i turystycznie tylko szaro, ale pięknie i egipsko. Zła, bo wiele razy musieliśmy przezwyciężać różnice, nie tylko kulturowe, ale zwykłe różnice charakterów, gdzie musieliśmy chodzić na kompromisy, które nie zawsze nam się podobały, gdzie czasem drobnostki zatruwały naszą sielankę. Nie żałujemy jednak ani jednej chwili spędzonej w Egipcie i jeszcze długo będziemy wspominać naszą egipską przygodę.
Ale do rzeczy, relacje podzieliłam na trzy części i poszczególne dni, jest napisana z pamięci, więc jeśli wkradną się jakieś błędy to poprawiajcie mnie, uprzedzam, ze nie wszystkie koszty pamiętam, ale postaram się wiernie odtworzyć większość miejsc i związanych z nimi wydatków. W czasie całej wyprawy towarzyszyły nam dwa przewodniki, jeden mały i lekki, ale pełen świetnych informacji praktycznych wydawnictwa Bezdroża „Egipt, Oazy w cieniu piramid” i drugi większy i ciężki wydawnictwa National Geographic „Egipt” – szczególnie polecam ten pierwszy, pomógł nam kilka razy.
Obserwuj wątek
    • irhana dzień 0 i 1 12.12.10, 02:00
      Dzień 0 i 1

      Do Egiptu wybraliśmy się rejsowym samolotem LOT, wylot z lotniska Okęcie o 22:30 czasu polskiego. Na lotnisku byliśmy dwie godziny wcześniej, odprawa bagażowa i paszportowa poszły błyskawicznie, więc mieliśmy jeszcze sporo czasu na odwiedzenie kilku sklepów bezcłowych. Kupiliśmy jakieś słodycze i napoje, poszliśmy do kasy a przemiła Pani ze zdziwioną miną zapytała nas, dlaczego nie kupujemy alkoholu, przecież wszyscy lecący w tamtym kierunku kupują i nawet jest duży rabat na jego zakup. Dziwne, ale jakoś nie mogła uwierzyć, ze w Egipcie nie mamy zamiaru w ogóle pić! Samolot wystartował o czasie, lot minął spokojnie, dosyć szybko podano jedzonko, po którym można było zapaść w błogi sen. W Kairze wylądowaliśmy dokładnie o czasie, czyli o 2:30 lokalnego czasu (u nas czas się zmieniał wtedy jak wylatywaliśmy, wiec po przybyciu na miejsce nie musieliśmy przestawiać zegarków). W Kairze również wszystko przebiegło sprawnie i szybko a następny lot do Luksoru mieliśmy dopiero o 5:30, więc 3h wolnego czasu w środku nocy. Wyszliśmy zaczerpnąć egipskiego powietrza i zapalić polskiego papierosa (niestety nałogi z nas straszliwe), potem ustaliliśmy nasze położenie i terminal krajowy, z którego odlatywał nasz samolot linii EgyptAir (cena przelotu 556,00 le za osobę, rezerwacja zrobiona jeszcze z Polski bezpośrednio przez system rezerwacyjny linii lotniczych). Samoloty do Luksoru odlatują co godzinę, ale my kupiliśmy bilet dopiero na 5:30 w obawie o jakieś opóźnienia w locie z Warszawy, opóźnień nie było no ale tego wcześniej wiedzieć nie mogliśmy. Punktualnie o 5:30 wystartował nasz samolot niosąc nas ku naszej egipskiej przygodzie. Po ok. godzinnym locie wylądowaliśmy w Luksorze gdzie miał na nas czekać nasz egipski kolega, ale jak to bywa z Egipcjanami i ich poczuciem czasu dostaliśmy sms, ze bardzo przeprasza, ale spóźni się 15 minutek i prosi żebyśmy nie jechali sami do hotelu tylko na niego poczekali. Czekaliśmy ponad pół godziny, w czasie, której chyba ze 100 razy grzecznie podziękowaliśmy za ofertę taxi. Luksor przywitał nas wschodem słońca i niezłym chłodem, który zanim dotarliśmy do hotelu zrobił się miłym ciepełkiem a potem niezłym upałem. O tej porze roku amplitudy dobowe potrafią dawać się we znaki. Do hotelu ostatecznie dotarliśmy ok. ósmej rano. Nasz wybór padł na hotel Susanna, 52 Karnak Temple St, pokój zarezerwowaliśmy jeszcze z Polski korzystając z portalu www.booking.com . Dwójka ze śniadaniem kosztowała nas 35,00 $ za noc. Hotel położony jest w samym centrum Luksoru, nieopodal Świątyni Luksorskiej. Z tarasu, zlokalizowanego na dachu hotelu rozpościera się przecudny widok na Świątynię, Nil i Zachodnie Teby (szkoda, ze te dziesiątki statków wycieczkowych psują sielankowy widok ;) ). Sam hotel skromny, ale czysty, niezbyt duże pokoje i wysłużone meble, łazienka też nadgryziona zębem czasu, ale czysta, klimatyzacja działa bez zarzutu, śniadania skromne w stylu kontynentalnym, ale smaczne, ogólnie niczego więcej nie było nam potrzeba, w końcu nie przyjechaliśmy tutaj wylegiwać się w łóżku tylko poznawać Egipt.
      Mimo nieprzespanej nocy postanowiliśmy nie iść spać, więc po szybkim prysznicu, poszliśmy przywitać się z Luksorem. Bazar znajdujący się w pobliżu dopiero budził się do życia, minęliśmy część turystyczną i zniknęliśmy w zaułkach bazaru dla tubylców (wracaliśmy tam jeszcze wiele razy). Część egipska bazaru różni się od tej turystycznej tym, ze jest mniej kolorowo, bardziej brudno, znajduje się tam wiele różnych warsztacików i knajpek dla mieszkańców, w których próżno szukać obsługi w innym niż arabskim języku a menu o ile w ogóle jest to bez znajomości ichniejszych „wężyków” ciężko coś zamówić. Mieliśmy to szczęście, że był z nami nasz kolega, dzięki niemu mogliśmy poznawać smaki egipskich potraw przyrządzanych dla Egipcjan. Zrobiło się już nieznośnie gorąco, więc postanowiliśmy pójść nad Nil, wynajęliśmy motorówkę (50 LE/h) (niestety nie było wiatru wiec feluka odpadała), która leniwie z nami pływała przez dwie albo trzy godziny w czasie, których postanowiliśmy uciąć sobie małą drzemkę. Na obiadek popłynęliśmy na bananową wyspę, która od naszego ostatniego pobytu bardzo się zmieniła, jeszcze rok temu była bardziej „dzika”, bez specjalnych wygód a teraz fajna restauracja na wolnym powietrzu, prawie zakończona budowa hotelu i odkrytego basenu – ech cywilizacja wkracza wszędzie…
      Po obiadku i spacerku po wyspie postanowiliśmy wrócić do hotelu, bo zmęczenie i brak snu już zaczęło nam się dawać we znaki. Umówiliśmy się z naszym kolegą na wieczór i poszliśmy na jakieś cztery godzinki spać. Wieczorkiem wybraliśmy się do Świątyni Luksorskiej i tam spotkała nas niemiła niespodzianka (ale o tym za chwilkę). Świątynia wieczorem wygląda przepięknie, jest cała podświetlona i jeszcze bardziej tajemnicza niż za dnia. Bilety wstępu to koszt 50/25 le (bilet normalny/ulgowy). Świątynie zbudował Amenhotep III (1390-1352 p.n.e) ku czci Boga Amona. Świątynia za panowania kolejnych władców była sukcesywnie rozbudowywana. Nie będę się rozwodziła na temat wyglądu tego miejsca innych miejsc zresztą też, bo żadne słowa tego chyba nie oddadzą, to po prostu trzeba zobaczyć. Pisałam wcześniej o niemiłej niespodziance, otóż okazało się, ze nasz kolega nie może wejść z nami do świątyni, bo nie ma pozwolenia wydanego przez Policję Turystyczną na przebywanie z turystami, wybuchła wielka awantura. Ostatecznie kolega z nami wszedł, ale zaraz po wyjściu udaliśmy się z wizytą na policje celem wyrobienia pozwolenia. Biuro pana policjanta od pozwoleń to mała obskurna klitka, bez klimatyzacji, komputera i innego wydawałoby się niezbędnego sprzętu biurowego. Pan policjant wyjął jakieś formularze do wypełnienia i poprosił o nasze paszporty, po dokładnym spisaniu naszych danych poprosił o dostarczenie kserokopii paszportów i ID naszego kolegi, poszukiwanie kserokopiarki zajęło nam trochę czasu, myśląc, ze to już koniec i będziemy szczęśliwymi „notowanymi w Egipcie” posiadaczami ważnego pozwolenia usłyszeliśmy, ze teraz to musimy poczekać na pieczątkę i podpis szefa. No i czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy … po półtorej godzinie (chyba w myśl zasady, że papier musi nabrać mocy urzędowej) otrzymaliśmy upragniony „kwit na turystów”, jeszcze tylko 20 LE bakszyszu, podanego przez okno tak żeby nikt nie widział i mogliśmy wrócić do hotelu. Kolację w stylu egipskim zjedliśmy już na hotelowym tarasie wpatrując się w pięknie podświetlone wzgórza zachodniego brzegu.
      • irhana Re: dzień 2 12.12.10, 02:00
        Dzień zaczął się dla nas o świcie, kiedy to poznaliśmy pierwszy minus naszego hotelu. Nieopodal były dwa meczety, jeden z prawej, drugi z lewej strony więc o świcie obudziły nas nawoływania muezinów wzywające na poranną modlitwę, stwierdziliśmy, ze ten po prawej ma lepszy głos i ładniej nawołuje, następnie poszliśmy dalej spać, ale nie na długo bo w tym dniu postanowiliśmy wstać wcześnie rano (ok. 7:00 ) i od 8:00 zacząć zwiedzać zachodni brzeg. Transport zapewniliśmy sobie już dzień wcześniej prosząc brata naszego kolegi, żeby został naszym kierowcą, bez targowania przystaliśmy na cenę 200 LE i o ósmej rano ruszyliśmy na drugą stronę Nilu.,00 Pierwszym przystankiem naszej trasy zwiedzania były Kolosy Memnona (wstęp bezpłatny), nieopodal po drugiej stronie drogi znajdują się kasy biletowe, więc po chwili zadumy i zrobieniu kilku zdjęć udaliśmy się po bilety do pozostałych zabytków. Zdecydowaliśmy, że zobaczymy Deir El- Medina- wioskę budowniczych grobowców w Dolinie Królów (koszt 30/15 le), Medinet Habu- znajduje się tutaj dobrze zachowana Świątynia grobowa Ramzesa III (30/15 le), Ramesseum- Świątynię grobową Ramzesa II (35/25 le) i Deir El Bahari- przepiekną, wykutą w skale Świątynię Hatszepsut (30/15 le). Na zachodnim brzegu spędziliśmy kilka godzin. Wczesnym popołudniem pojechaliśmy na obiad do rodziny naszego kolegi, który mieszka 15 km na południe od Luksoru w Armancie. Znajduje się tam (a raczej znajdowała się) najstarsza świątynia w Egipcie wzniesiona ku czci Boga Montu. Niestety dzisiaj to tylko wielka dziura w środku miejscowości z kilkoma porozrzucanymi kamieniami. Świątynię rozebrali miejscowi i z uzyskanych kamieni zbudowali fabrykę cukru. Armant to urokliwe miejsce bez asfaltowych dróg, z bardzo scisłą kilkupiętrową zabudową. Domy są wielorodzinne, rodzice budują dom, który ma 1, 2 piętra i stopniowo rozbudowują w górę, tak żeby synowie mieli gdzie mieszkać ze swoimi rodzinami. Zanim poszliśmy na obiad to mój ukochany odwiedził jeszcze sklep z materiałami i krawca celem uszycia sobie galabii, krawiec wziął miarę i powiedział, że galabija będzie do odbioru następnego dnia wieczorem. Chciałam sobie uszyć tradycyjna prostą abaje, ale niestety krawiec powiedział, że ma za mało czasu – cóż obeszłam się smakiem. Rodzina naszego kolegi przyjęła nas iście po królewsku, stół uginał się od potraw, pysznych owoców i świeżo wyciskanych soków. Na obiad zjedliśmy wiele tradycyjnych egipskich potraw takich jak molohija, falafel, kofte, ryż z warzywami, sosy, pasty rybne i z soczewicy i oczywiście pyszny egipski chlebek. Spędziliśmy tam przemiłe kilka godzin, poznaliśmy cała rodzinę i sąsiadów (byliśmy atrakcją turystyczną) i dostaliśmy zaproszenie od taty na kolację następnego wieczoru. Po obiadku wróciliśmy do Luksoru, bo chcieliśmy jeszcze wykupić lot balonem i pójść na spektakl światło/ dźwięk do Karnaku (100 le ). Z centrum Luksoru do świątyni w Karnaku pojechaliśmy dorożką (caleche), za którą zapłaciliśmy 20 LE, po drodze jeszcze dogadaliśmy się z woźnicą, że załatwi nam na następny dzień wyprawę quadami na pustynię. Spektakl był fajny, ale mnie nie zachwycił, chyba liczyłam na cos więcej a może już byłam taka zmęczona… - ale i tak myślę, że było warto zobaczyć i posłuchać (w języku angielskim) o historii tego miejsca. Spektakl odbywa się w różnych miejscach świątyni, więc w jego czasie fala ludzi przelewa się przez świątynię, aby ostatecznie zając miejsca siedzące na wzgórzu nad świętym jeziorem i już na siedząco podziwiać resztę spektaklu. Po spektaklu wróciliśmy szybko do hotelu, bo nazajutrz w planach mieliśmy lot balonem, przejażdżkę na quadach oraz wycieczkę do Dendery i Esny.
        • irhana Re: dzień 3 12.12.10, 02:01
          Niestety nie za długo spaliśmy, bo loty balonem odbywają się o wschodzie słońca. O 5:30 przyjechał pod nasz hotel przedstawiciel firmy, w której wykupiliśmy lot (250 le) i pojechaliśmy na zachodni brzeg do miejsca, z którego startują balony. Sam lot bardzo przyjemny, widoki niesamowite, tylko jak dla mnie trochę za krótki. Wylądowaliśmy w jakimś polu, dostaliśmy pamiątkowe koszulki i dyplomy. Zrezygnowaliśmy z transferu do hotelu, bo byliśmy już umówieni z inna firmą na quady. Pustynia wokół Luksoru ma swój urok, nie jest tak górzysta jak na Synaju, ale mimo to warto ja zobaczyć. Na quadach jeździliśmy sobie niespiesznie ponad godzinkę, jedyny minus tej przejażdżki to beznadziejne kaski na głowach, ale niestety nie udało nam się namówić właściciela na rezygnacje z nich.
          Po powrocie z pustyni dokładnie się odkurzyliśmy kompresorem i już z bratem kolegi w roli kierowcy ruszyliśmy do Dendery oddalonej od Luksoru o ok. 60 km na północ.
          W Denderze znajduje się Świątynia Bogini Hathor, to jeden z najlepiej zachowanych zabytków starożytnego świata i bodaj jedyna starożytna świątynia, gdzie można chodzić po dachu. Niezliczona ilość zakamarków (nie wiem czy udało mi się wszystkie zobaczyć). Po świątyni oprowadzał nas jeden z policjantów, nie wiem czemu nas tak polubił, ale to było miłe. Pokazywał nam wszystkie ciekawsze miejsca i malunki. Oczywiście zarobił za to kilka dolarów. Zeszliśmy również do piwnic, ale nie wytrzymałam tam długo, bo źle się czuję w ciasnych, dusznych pomieszczeniach
          Z Dendery wróciliśmy do Luksoru a następnie pojechaliśmy do Esny zobaczyć Świątynię Chnuma (20/10 le). Esna oddalona jest od Luksoru jakieś 60 km na południe . Świątynia znajduje się w samym centrum miasta, samochód zaparkowaliśmy przy głównej drodze i poszliśmy spacerkiem przez suk do centrum. Świątynia umiejscowiona jest pod poziomem dzisiejszej Esny, więc żeby ją zwiedzić trzeba pokonać wiele stromych schodów. Widok z góry na Świątynię jest przepiękny. Późnym popołudniem wróciliśmy do Luksoru i poszliśmy na obiad do miłej egipskiej restauracji zlokalizowanej na piętrze kamienicy. Przyjemna atmosfera, miła obsługa (niestety niemówiąca po angielsku) pyszne jedzenie. Po obiadku poszliśmy na dworzec PKP kupić bilety do Asuanu, kupiliśmy bilety na godzinę 10 w pociągu 2 klasy turystycznej (25 le). Z dworca poszlismy spacerkiem do hotelu przepakować plecaki, bo jeden postanowiliśmy zostawić u rodziny kolegi, bo i tak wracaliśmy za kilka dni do Luksoru.
          Po zapakowaniu niezbędnych rzeczy pojechaliśmy mikrobusem do Armantu, u kolegi zjedliśmy lekką kolację i poszliśmy spacerkiem nad nil. A zapomniałabym, mój ukochany pojechał jeszcze motorem razem z kolega odebrać swoją piękną białą galabiję, w którą natychmiast się ubrał. Nad nilem spędziliśmy miły wieczór przy sziszy i herbatce, wpatrując się w ciemne wody nilu. Późnym wieczorem do hotelu odwiózł nas brat kolegi.
          • irhana Re: dzień 4 12.12.10, 02:01
            Pobudka o 8 rano, szybki prysznic, śniadanko i w drogę … Pociąg przyjechał o czasie, zajęliśmy swoje miejsca w wagonie, pociąg czysty i wygodny (nasza 2 klasa często gorzej wygląda), po pociągu co jakiś czas chodzą sprzedawcy kawy, wody, ciasteczek, orzeszków itd. Pociąg zatrzymuje się na kilku stacjach a do Asuanu dojeżdża po 3,5 h. Im bliżej Asuanu tym w pociągu robiło się coraz więcej Nubijczyków, więc mieliśmy mały przedsmak czarnej Afryki. Na miejsce dojechaliśmy ok. 14 i pierwsze kroki skierowaliśmy do informacji turystycznej (bo hotel, który sobie wybraliśmy wcześniej niestety nie miał wolnych miejsc). W informacji miły Pan polecił nam hotel Kleopatra, który znajdował się niedaleko, więc poszliśmy do niego spacerkiem, po drodze kupując jakieś picie i papieroski. Szybko się zameldowaliśmy i wyruszyliśmy po kolejne pozwolenie od Policji Turystycznej. Tym razem już nie było tak łatwo jak w Luksorze. Pan policjant, powypisywał papierki, pozbierał nasze paszporty, uzyskał pieczątkę szefa (trwało to jakieś 2h) i oświadczył nam, że musimy jechać do głównej asuańskiej policji (tej w szarych mundurkach) i oni musza zatwierdzić pozwolenie. Cóż było robić złapaliśmy taxi i wraz z Panem policjantem pojechaliśmy poznawać kolejną policję. Niestety pozwolenia nie uzyskaliśmy, to znaczy niby uzyskaliśmy, ale nie mogliśmy odebrać, bo podobno musiało drogą urzędową trafić znowu do policji turystycznej, żeby tam ktoś coś jeszcze zatwierdził. Droga urzędowa miała trwać min. 2 dni – hahaha super, bo my przyjechaliśmy do Asuanu na trzy dni więc znając egipskie poczucie czasu z pozwolenia nici. Nie myliliśmy się, do momentu naszego wyjazdu pozwolenia nie odebraliśmy. No, ale zwiedziliśmy dwie policje, straciliśmy na to w sumie kilka godzin i jesteśmy „notowani” w Asuanie i Luksorze :D
            Zrobił się już wieczór a my zgłodnieliśmy, więc poszliśmy poszukać jakiejś restauracji nad Nilem, żeby jedząc kolacje wpatrywać się w zachód słońca. Kolacja oczywiście egipska a po kolacji deserek – zdecydowaliśmy się na Om Ali (słodka kaszka z dodatkami). Po kolacji postanowiliśmy pojechać do muzeum nubijskiego (50/25 le). Wokół muzeum jest przepiękny ogród, który też koniecznie trzeba zobaczyć, my byliśmy wieczorem, ale lepiej to zrobić w ciągu dnia. Z muzeum pojechaliśmy prosto do hotelu, bo na następny dzień wykupiliśmy wycieczkę do Abu Simbel (nie mogę sobie jakoś przypomnieć ile zapłaciliśmy).
            • irhana Re: dzień 5 12.12.10, 02:02
              Pobudka o 3 nad ranem, szybki prysznic i w drogę, z recepcji zabraliśmy suchy prowiant i pojechaliśmy dołączyć do formującego się konwoju jadącego do Abu Simbel. Upchnięci jak śledzie w puszce po kilku godzinach dotarliśmy na miejsce, była godzina 9 rano i już dawał się we znaki niezły upał. Trochę zamieszania mięliśmy z kupnem biletów wstępu (80/40 le) bo wszyscy ustawiali się w kolejce, która okazywała się kolejka do toalety a nie do kas. Żeby dojść do Świątyni trzeba przetupać ok. 1 km ścieżka wzdłuż góry i jeziora Nasera. Ze wzgórza rozciąga się cudny widok na Świątynie i jezioro. Zwiedzanie zajęło nam 2 godzinki (dłużej nie mięliśmy siły ze względu na panujący upał) ostatnią wolną godzinę spędziliśmy odpoczywając w cieniu akacji nad jeziorkiem. Niestety w Abu Simbel były takie tłumy ludzi, ze skutecznie zniechęcało nas to do zwiedzania i wczuwania się w atmosferę tego miejsca. W samo południe wyruszyliśmy w powrotną drogę do Asuanu, w planie wycieczki była jeszcze Wielka Tama Asuańska (20 le) – imponująca budowla, przy której zatrzymaliśmy się na 15 minut (całkowity zakaz używania kamer, można robić zdjęcia aparatem). Kolejnym punktem była Świątynia Izydy na wyspie File. Na wyspę popłynęliśmy całą „mikrobusową” grupą (koszt 5 le od osoby w dwie strony – oczywiście po ostrych targach). Na wyspie spędziliśmy ok. jednej godziny, następnie wróciliśmy do Asuanu, bo nikt nie wyraził chęci zobaczenia niedokończonego obelisku. Po powrocie do hotelu ja poszłam spać a w tym czasie moje kochanie nawiązywało nowe znajomości na znajdującym się nieopodal suku. Nasz kolega też wybrał się na zakupy. Obydwaj wrócili zadowoleni ale zmęczeni, a że ja byłam już wyspana i wypoczęta to nie dałam im pospać. Poszliśmy razem na suk dla Egipcjan na kolacje i szisze. Kupiliśmy też egipskie ciasteczka i desery. Po wypaleniu sziszy pojechaliśmy dorożka do krawca, żeby uszyć moja wymarzoną abaje. Wybrałam biały materiał z czarnymi motywami. Krawiec wziął miarę, narysował projekt i kazał się zgłosić po gotowa abaje o 23:00. Ta samą dorożką wróciliśmy do hotelu. Mój ukochany poszedł spać a ja z kolegą poszliśmy na zakupy na suk, kupiłam sobie kilka ślicznych chust. O 23:00 zgłosiliśmy się do krawca, abaja wyszła ślicznie (zapłaciłam za nią 220 le), dodatkowo dostałam do niej chustę uszyta z tego samego materiału. Od krawca wyszłam już ubrana w mój nowy egipski strój. Miny facetów na targu bezcenne :D Wyszliśmy z targu i poszliśmy na mały spacer nad Nil to tez było ciekawe doświadczenie, wszyscy zastanawiali się czy jestem turystka czy Egipcjanka z północy, niezły ubaw przy tym miałam. Do hotelu wróciliśmy sporo po północy.
              • irhana Re: dzień 6 12.12.10, 02:02
                Tego dnia postanowiliśmy się wyspać, w końcu jesteśmy na wakacjach!!! Wstaliśmy ok. 9:30, zjedliśmy śniadanko i postanowiliśmy jednogłośnie, że wynajmujemy na kilka godzin felukę, bo na zwiedzanie jest dla nas stanowczo za gorąco. Z feluka był drobny problem, dzień był bezwietrzny, ale ostatecznie udało nam się wypłynąć i tak sobie leniwie dryfowaliśmy mocząc nogi w nilu. Kapitanem naszej łódeczki był przemiły Nubijczyk. Po godzinie pływania przybiliśmy do brzegu wyspy z ogrodem botanicznym (10 le). Na wyspie spędziliśmy miła godzinę wśród palm i innych drzew egzotycznych i popłynęliśmy dalej. Nie było wiatru wiec trzeba było uruchomić wiosła a żeby było ciekawiej za tymi wiosłami usiedli na zmianę mój ukochany i kolega. Wtedy też przyszedł nam do głowy szalony pomysł żeby ochłodzić się kompielą w Nilu. Popłynęliśmy do przecudnej zatoczki gdzie znajdowała się nubijska plaża. Prosto z feluki wskoczyliśmy do Nilu. Pływaliśmy dosyć długo bo tak było super, ze wzgórza spoglądali na nas lekko zszokowani Nubijczycy- chyba nie widzieli nigdy kapiących się w nilu obcokrajowców. Zrobiliśmy sobie po kilka zdjęć dla upamiętnienia tego wydarzenia. A i zapomniałabym, do nilu weszłam tak jak stałam, znaczy w całym ubraniu, żeby nie gorszyć miejscowych. Po wodnej rozrywce wsiedliśmy znowu na felukę i popłynęliśmy do małej przystani, z której prowadziła droga do nubijskiej wioski, w której zamierzaliśmy zjeść obiad. Do wioski dojechaliśmy miejscowa taryfą kabrioletem, czyli na pace ciężarówki :D . W wiosce jest specjalnie przygotowany dla turystów dom (muzeum) nubijskie, w którym mogliśmy pooglądać jak żyli i mieszkali dawni Nubijczycy. Na obiad czekaliśmy ok. godziny, w tym czasie zajadając się świeżymi daktylami. Obiad standardowy, kurczak, ryba, ryż, warzywa, pasta z soczewicy, chlebek itp. Po obiadku wypiliśmy kawę po nubijsku, ze świeżo wypalanych i ucieranych na naszych oczach ziarenek kawy z dodatkiem kardamonu, piliśmy ją z malutkich filiżanek. Była bardzo mocna, słodka i pyszna. Po obiadku i kawie wróciliśmy tym samym wypasionym kabrio do przystani i wróciliśmy do Asuanu, po drodze wpatrując się w przepiękny zachód słońca. Wieczorem wybraliśmy się jeszcze na suk kupić kolejna abaję dla mnie , tym razem tradycyjna czarna z pięknymi srebrnymi zdobieniami, zanim się na którąś zdecydowałam to przymierzyłam ich chyba ze 20. ostatecznie mój ukochany zdecydował, w której wyglądam najlepiej. Abaja kosztowała mnie 200 le.
                Wróciliśmy do hotelu, ja poszłam się przebrać w mój nowy nabytek, a kolega został wysłany jeszcze raz na suk celem zakupu kolejnej galabii dla mojego kochania. Galabije te z Luksoru różnią się od tych asuańskich tym ze pierwsze nie maja z przodu guzików a drugie tak. Na koniec naszego pobytu w Asuanie postanowiliśmy jeszcze na chwilkę wyjść na herbatkę do parku, do którego przychodziły całe rodziny egipskie na pikniki, był tam też plac zabaw dla dzieci. Wypiliśmy herbatkę z mlekiem, napój bananowy i poszliśmy spać.
                • irhana Re: dzień 7 12.12.10, 02:03
                  Wczesna pobudka około 6 rano, ostatnie śniadanko w Asuanie i w drogę. Taxi zawiozło nas na drugi koniec miasta gdzie znajduje się dworzec autobusowy. Znaleźliśmy mikrobus jadący do Kom Ombo, nasze plecaki wylądowały na dachu (niczym nie umocowane) a my zajęliśmy miejsca w środku. Podróż z Asuanu do Kom Ombo zajęła nam około półtorej godziny. Mikrobus nie zatrzymywał się w centrum miasta, dlatego zmuszeni byliśmy wysiąść na poboczu drogi. Na szczęście udało się nam złapać jadącego w stronę miasta tuk tuka (taki motorek z budą trzyosobowy + plecaki). Rzeczonym Tuk Tukiem pojechaliśmy do Świątyni Boga Sobka. Plecaki zostawiliśmy w naszym pojeździe i poszliśmy zwiedzać (30/15 le). Droga lądowa nie jest często uczęszczanym turystycznym szlakiem, większość turystów przypływa Nilem. O tej porze dnia na szczęście nie było aż tak dużo zwiedzających. Gdy już mieliśmy dosyć zwiedzania Tuk Tuk zawiózł nas na dworzec autobusowy, kolejnym przystankiem miała być świątynia Horusa w Edfu. Na dworcu okazało się jednak, że żaden mikrobus nie zabierze ze sobą turystów (czyli nas) ponieważ nie mają stosownych pozwoleń a co za tym idzie nie chcą płacić mandatów. W nadziei na kontynuacje naszej przygody potupaliśmy na dworzec kolejowy. Po 3 minutach nadjechał pociąg i się zaczęło. Próba wejścia do pociągu została przerwana przez policje turystyczna, która oznajmiła nam, że nie możemy jechać tym pociągiem, bo jest to pociąg 3 klasy tylko dla Egipcjan. Po chwilowej ostrej wymianie zdań jeden z policjantów zaczął nas prowadzić do wagonu z przodu pociągu, w wagonie tym siedzieli dyżurni policjanci, pod których czujnym okiem przejechaliśmy całą drogę. Czysto to w tym pociągu na pewno nie było, ale cieszyliśmy się, że możemy jechać dalej, dowiedzieliśmy się też wtedy, do czego służą pułki na bagaże, otóż świetnie spełniają role kuszetki. Bilety kupiliśmy od konduktora. Kosztowały około 3 LE za osobę. Gdy dojechaliśmy do Edfu było już bardzo gorąco, postanowiliśmy chwile odpocząć, po czym wzięliśmy „taksówkę”, której kierowca na „oko” miał ze 14 lat aczkolwiek chwalił się prawem jazdy, więc istnieje ryzyko, że 18 miał. Pojechaliśmy do świątyni Boga Horusa (50/25 le), bagaże zostawiliśmy w taksówce i poszliśmy zwiedzać. W świątyni wytrzymaliśmy około godziny, temperatura wykańczała. Byliśmy już tak zmęczeni drogą, upałem nerwami, niewyspaniem, że drogę z Edfu do Luksoru postanowiliśmy pokonać taksówka (miała być z klimatyzacją), ale jak się okazało nasz młody kierowca jechać nie mógł, więc zadzwonił po kumpla, który pojechać mógł. Przepakowaliśmy się do drugiego samochodu i ruszyliśmy w drogę i wtedy okazało się, że o naszej upragnionej klimatyzacji możemy tylko pomarzyć, samochód miał klimę, ale zepsutą. Droga w tym upale była dla nas męczarnią. Mieliśmy parę przystanków po drodze jeden na krótki spacer, drugi na kawę a trzeci na mandat . (Oczywiście kierowca nie miał pozwolenia na przewożenie turystów, co kosztowało nas 50 LE). Do Luksoru dotarliśmy skrajnie wyczerpani, zniechęceni i ubożsi o 160 le, bo tyle kosztowało taxi z Edfu do Luksoru. Zameldowaliśmy się we wcześniej zarezerwowanym hotelu San Joseph i rzuciliśmy się na łazienkę! Zimny prysznic okazał się zbawienny. Zjedliśmy późny obiad w hotelowej restauracji. Za standardowe egipskie jedzonko, na które bardzo długo czekaliśmy zapłaciliśmy prawie 400 LE (3 osoby)- to o jedno zero więcej niż zazwyczaj płaciliśmy w restauracjach dla Egipcjan. Mój ukochany poszedł spać a ja z egipskim kolegą pojechałam mikrobusem do Armantu po nasze plecaki. Wróciliśmy około godziny 23:00 i poszliśmy spać.
                  Tak zakończył się pierwszy etap naszej trzytygodniowej podróży.
                  Nazajutrz mieliśmy zacząć odkrywać uroki pustyni zachodniej wędrując od oazy do oazy.
                  • irhana Re: podsumowanie 12.12.10, 02:06
                    Tyle udało mi sie do tej pory napisać. Wiem duzo w tym bledów językowych i innych, czasem troche chaotyczne, ale w sumie takie były nasze całe wakacje :) Nie zamieszczałam dokładnych opisów miejsc bo to wszystko mozna poczytac w przewodnikach, nie wiem czy komus bedzie pomocna ta relacja, no ale obiecałam, ze napisze to napisałam.

                    Kolejna część mam nadzieję, ze bedzie za tydzień, za kolejny tydzień kolejna część (o ile czas mi pozwoli).
                          • janan2 Re: podsumowanie 12.12.10, 11:53
                            Jeszcze nie teraz.Po pierwsze dlatego,że tego typu opisy ze " świeżej" ręki zawsze wzbudzają emocje.Muszą pochodzić z właściwego nicka i autora.Ty jesteś "nowa" więc zaskakujesz pod każdym względem.Nie chciał bym się wpisywać w trend przemyśleń zazdrośników.Niektórzy wypowiadający się przede mną (deoand,kasia)doskonale wiedzą czym kończą się opisy i wspomnienia od" nieuprawnionych".Poczekam nieco... na dalszą część.No i co ja tu mogę komentować,na niczym się nie znam,nic nie widziałem he ,he.Zawsze jestem pierwszy raz.W Egipcie też.Więc płytkie będą te moje przemyślenia.Mogą wzbudzić niezdrowe emocje.Ale dobrze,że Cię zmobilizowałem nieco.Teraz jak przeloty w miarę tanie do Kairu,to taka relacja jak Twoja daje do myślenia.Czekam na ciąg dalszy.
    • niiktos Egipski kolega - pare przemyslen 12.12.10, 09:31
      1. czy ten egipski kolega towarzyszyl wam przez caly czas?
      2. czy gdyby nie on (gdyby go nie bylo) to zdecydowalibyscie sie na taka wyprawe?
      3. ile kosztowal i skad go wziac?

      A teraz wywolam burze - uwazam ze takie relacje sa ... BARDZO szkodliwe. Uprzedzam zarzuty - tak, pisze tak glownie przez zazdrosc. Bo jestem zadrosny i sam bym tak chcial ale wiem ze jest to nierealne. Nierealne z powodow jak nizej.
      Takie relacje tworza perspektywe jak to latwo i prosto pojechac samemu na łazęgę po Egipcie. Ona taka moze byc - pod jednym wielkim warunkiem (no moze dwoma ;) ale sprowadzaja sie one do tego samego
      - albo jest ktos lokalny kto sie zaopiekuje
      - albo zna sie jezyk, realia, otoczenie, ludzi

      Ciekawi mnie jak wygladalaby relacja z takiego łazęgi kogos kto jest pierwszy, gora drugi raz w Egipcie, nie zna ni w ząb jezyka i nie ma przy sobie zadnego Egipcjanina za przewodnika.
      • wrzutnatylku Re: Egipski kolega - pare przemyslen 12.12.10, 09:54
        niiktos napisała:

        > Ciekawi mnie jak wygladalaby relacja z takiego łazęgi kogos kto jest pierwszy,
        > gora drugi raz w Egipcie, nie zna ni w ząb jezyka i nie ma przy sobie zadnego E
        > gipcjanina za przewodnika.

        Są tu na forum wypociny niejakiego pc-maniaca który prosty przejazd z hotelu do Sakali nazywa "wyprawa" więc masz odniesienie pomiędzy piękną opowieścią autorki tego wątku, a tworzeniem mitu i pseudo przygody.

        Poszukaj na Forum Gazety wspomnień "Beduinki", to jest dopiero cudo. Tyle że ona zna perfekt Arabski ;-)

        Od siebie powiem że da się dużo zrobić i poradzić sobie w najdziwniejszych miejscach bez przewodnika(takiego książkowego) czy lokalnego(takiego ze skóry i kości).
        Co piękne, tu gdzie nie ma masówki turystycznej tam ludzie nie traktują cie jak bankomat, są mili i prosto ciekawi innych.
        My np. wbrew obiegowej opinii bez problemu dostaliśmy się z Egiptu do Sudanu i dalej do Etiopii.


        Pozdrawiam podróżników śmigających na własną rękę, to jest zabawa nie do opisania.
        • deoand Re: Egipski kolega - pare przemyslen 12.12.10, 10:41
          Nie uważam , że relacja jest szkodliwa natomiast bardzo obiektywna ponieważ nie ukrywa trudnosci i problemów na jakie mogą napotkac samotnie podróżujący podróżnicy .
          Inne relacje na tym forum sprowadzały sie do samych achów i ochów dla samotnego podróżowania a ich autorzy dostawali gesiej skórki gdy im sie przypomniało , że Egipt to jednak nie Europa a brud jest dośc istotnym elementem krajobrazu .... a tu obiektywnie ...
          Hotel Clepoatra w Asuanie jest mi bliski ponieważ sam tam byłem / jeśli to ten ? / leży tuz tuż przy wejściu na słynny targ w Aswanie tak to chyba sie nazywa w oryginale . Sam hotel jak hotel do przespania .

          Ja zwiedziłem Egipt czyli mniej wiecej to samo w tydzień na objazdówce z Triadą no juz parę lat temu i wtedy to nawiązujac do twojego pytania z innego wątku zaczeła sie Wielka Wojna Forumowa .....

          Samodzielne zwiedzanie Egiptu jest jak sądzę bardzo fajne dla młodych pasjonatów , którzy jeszcze do tego maja czas i dobrze jesli w krajach "dzikich " znajomego tambylca .
          Natomiast dysponujac 3 tygodniami urlopu ale chcąc zobaczyć kraj plażowania to jednak 7 +7
          wszysyko jedno z jakiego biura ale zeby program objazdu był atrakcyjny i obejmował standarty danego kraju .

          pzdr czekam na ciąg dalszy .
          • kasia_p45 Re: Egipski kolega - pare przemyslen 12.12.10, 11:00
            A ja już nie moge sie doczekac kiedy tam bede. Na rejsie pewnie nie zobacze tego wszystkiego co Irhana zwiedziła i to droga lądową.. ale pewnie niektóre mejsca tak.
            Juz je widzę oczami wyobraźni.. narazie oczami Irhany... a później (mam nadzieje) swoimi w realu :))

            Irhana nie przejmuj sie tym co pisza zazdrośnicy.. Ja jestem ciekawa dalszej opowiesci. I pewnie nie tylko ja :))
            Zreszta popieram takie opisywanie swoich przygód. Jakiekolwiek by ono nie było. Każdy pisze jak potrafi i to jest właśnie fajne :))
            I wcale nieszkodliwe jak tu ktos zaznaczył... Ale mysle, że to taki żarcik był?
            • irhana Re: Egipski kolega - pare przemyslen 12.12.10, 11:58
              > A ja już nie moge sie doczekac kiedy tam bede. Na rejsie pewnie nie zobacze teg
              > o wszystkiego co Irhana zwiedziła i to droga lądową.. ale pewnie niektóre mejsc
              > a tak.
              Kasiu możliwe, że zobaczysz więcej, bo my jednak wiele zabytków odpuszczaliśmy. Droga ladowa jest jednak bardziej męcząca więc nie zawsze nam się chciało, albo wybieralismy kąpiel w Nilu i lenistwo na feluce zamiast oglądania kolejnej Świątyni.
          • irhana Re: Egipski kolega - pare przemyslen 12.12.10, 11:52
            > Hotel Clepoatra w Asuanie jest mi bliski ponieważ sam tam byłem / jeśli to ten
            > ? / leży tuz tuż przy wejściu na słynny targ w Aswanie tak to chyba sie nazywa
            > w oryginale . Sam hotel jak hotel do przespania .

            Tak to ten sam hotel :) Masz rację to taki hotel do przespania, ale my tylko z takich korzystalismy.
      • irhana Re: Egipski kolega - pare przemyslen 12.12.10, 11:45
        1. nie
        2. zdecydowanie tak (zreszta prawie do końca nie było wiadomo czy bedzie z nami)
        3. kolegów sie poprostu ma albo nie ;) i nie wiem ile nas kosztował a ile my kosztowaliśmy jego ;)

        Nie jest trudno pojechać samemu do Egiptu, tylko wcześniej trzeba się do tego przygotować ;) Gdyby nie było z nami kolegi to zapewne mniej poznalibyśmy "życie Egiptu" a bardziej skupili sie na zabytkach.
        Ale przyznam Ci rację - podziwiam tych, którzy pierwszy raz jadą do Egiptu indywidualnie, bo "pierwszakom" na pewno jest o wiele trudniej, ale nie jest to niemozliwe. Kolega nie był naszym przewodnikim , on też "odkrywał swój kraj", ale bardzo ułatwiał nam życie tam gdzie trudno było sie dogagać w innym niz arabski języku.
        • deoand Re: Egipski kolega - pare przemyslen 12.12.10, 12:18
          No to ten hotel Cleopatra chyba nocowaliśmy tam przez dwie noce napisałem hotel jak hotel ale z drugiej strony miał on chyba 3 * więc jak na hotel na objazdówce to nie taki zły !!!
          Niektórzy forumowi podróznicy to mieszkali w hotelach " poza gwiazdkowych "

          Teraz tez coś kontrowersyjnego tan czy warto jechac do Abu Simbell ??

          Kawał drogi - goraco wściekle - świątynia widoczna tylko od strony Nilu tzn dwie światynie i piekny widok Nilu w Słońcu tzn zalewu .

          Warto czy nie - ja tam polecam bo byc i nie zobaczyc - paza tym polski archeolog prof Michałowski cos tam robil przy przenoszeniu tej swiatyni ale obiektywnie ..

          warto czy nie ???

          pzdr i po tych dygresjach czekam na dni nastepne
          • irhana Re: Egipski kolega - pare przemyslen 12.12.10, 12:25
            Że tak kontrowersyjnie odpowiem- drugi raz bym tam nie pojechała ;) Mnie bardziej podobał się mój dzień na Nilu i u Nubijczyków niz zwiedzanie Abu Simbel - no ale każy niech robi to co chce na wakacjach, lepiej pojechać niż później załować, że się nie było.
          • wp20007 Re: do Deo 12.12.10, 18:31
            Deos - nie poznaje cie . Ty stary tramp masz dylemat -zobaczyc czy nie? Oczywiście że warto zobaczyc , oczywiscie że warto dowiedziec sie co i w jaki sposób mozna przenies o 70 km? Myśle ze to mogło sie odbyc tylko i wyłącznie pod batuta Polaka prof Michałowskiego ktory zostawił w Egipcie pare ładnych latek ze swojego burzliwego życia . Jedgo dokonania w dolinie krolow sie nie mniej spektakularne niz ''przeprowadzka''Abu Simbel W czasie mojego objazdu / poczatek lipca/ byl ''tropik'' niesamowity. Jakies tam małoloty mdlały , staruchy wogóle nie wychodziły z autobusu ale zobaczyc ten jeden z egipskich programów ''jazdy obowiazkowej'' należy a przy okazji mozna sie pochwalic przekroczeniem zwrotnika raka.
            Wiesz doskonale ze wielu tzw turystów było w Egipcie po kilkanascie razy i moga sie pochwalic znajomoscią hotelowego menu, najblizszych hotelowych knajp czy jakis tam innych tancbud.wp2007
        • niiktos Re: Egipski kolega - pare przemyslen 12.12.10, 13:12
          irhana napisała:
          > Nie jest trudno pojechać samemu do Egiptu, tylko wcześniej trzeba się do tego p
          > rzygotować ;)
          Oooooo i to jest to. To co tygryski interesuje najbardziej ;)
          Jak bys sie szykowala, jak sie szykowac do takiej wyprawy?
          Podrozujac samopas np po Polsce czy kraju europejskim wiem ze nikt nie zedrze ze mnie ceny*5, przy pomocy angielskiego (polskiego w Polsce) jakos sie dogadam (w Egipcie - moze byc ciezko a arabskiego w miesiac sie nie naucze) itp itd

          Rozumiem ze wariant 1 odrzucilas (tzn obecnosc lokalnego opiekuna) jako nie dotyczacego ciebie tzn nie determinujacego czy jechac czy nie. Czy wariant 2 (znajomosc jezyka, realiow egipskich itp) dotyczy ciebie?
          • irhana Re: Egipski kolega - pare przemyslen 12.12.10, 13:58
            > Oooooo i to jest to. To co tygryski interesuje najbardziej ;)
            > Jak bys sie szykowala, jak sie szykowac do takiej wyprawy?
            > Podrozujac samopas np po Polsce czy kraju europejskim wiem ze nikt nie zedrze z
            > e mnie ceny*5, przy pomocy angielskiego (polskiego w Polsce) jakos sie dogadam
            > (w Egipcie - moze byc ciezko a arabskiego w miesiac sie nie naucze) itp itd
            >
            > Rozumiem ze wariant 1 odrzucilas (tzn obecnosc lokalnego opiekuna) jako nie dot
            > yczacego ciebie tzn nie determinujacego czy jechac czy nie. Czy wariant 2 (znaj
            > omosc jezyka, realiow egipskich itp) dotyczy ciebie?

            Po pierwsze duzo czytać, ja przeczytałam chyba wszystkie dostepne relacje z podróży po Egipcie, wyłapujac z tych relacji to co mogło mi się przydać, np. jak się poruszać, jak się targować, co ile kosztuje, co warto zobaczyć. Po drugie dużo czytać o miejscach, do których się jedzie, jest tyle stron internetowych dotyczących Egiptu, ze nie jest to trudne wystarczy chcieć. Po trzecie kupić sobie dobry przewodnik, pełen praktycznych informacji, jak dojechać, czym się poruszać, gdzie spać, ile co kosztuje, itp. Po czwarte zaplanować trasę wycieczki ze świadomością, że może ona ulec zmianom i modyfikacjom na miejscu. Zresztą to co najważniejsze czyli miejsca do spania można zarezerwować jeszcze przed podróżą. Po piate poprostu chcieć jechać !!!

            Co do znajomości jezyków, bez angielskiego (i wcale nie musi być doskonały) raczej trudno jechać na taką wycieczkę. Arabskiego nie trzeba znać, ale znajomość kilku podstawowych zrotów jest zawsze mile widziana (tych kilka słów można się w miesiąc nauczyć). Ja przed wycieczką nauczyłam prócz kilku zwrotów również ichniejszych cyferek, bo w wielu miejscach są podane centy tyle, ze w "wężykowym języku". Mój przewodnik (ten papierowy) pomógł mi nie przepłacać, bo starałam się nie płacić więcej niż było w nim napisane, ze powinnam- oczywiście nie zawsze się to udawało no ale w większości przypadków było skuteczne.
            Ralia Egiptu liznełam trochę w czasie poprzednich pobytów więc jakieś tam doswiadczenie praktyczne też miałam.

            Powiem jeszcze tyle, że z egipskim kolegą było fajnie poza turystycznymi miejscami, tam dogadywał się i płacił on, natomiast w miejscach uczęszczanych przez turystów to my negocjowaliśmy ceny, bo on słyszał, ze zamiast nam pomagać powinien dac zarobić swoim, niestety nie raz był stawiany w głupiej sytuacji i nie był tak skuteczny w negocjowaniu jak my.
      • imonate Re: Egipski kolega - pare przemyslen 15.12.10, 23:57
        niktos, żeby fajnie pozwiedzać Egipt wystarczy znać troszku angielski, to naprawdę nic trudnego. Jak poszperasz w archiwum to kilka fajnych relacji znajdziesz, np. miriam, platynki, corrina_f1, o beduince ktoś tu wspomniał, ale jak dal mnie to już "wyższa egipska półka", zresztą jak znajdziesz jej relację, to się przekonasz dlaczego tak piszę :D (żeby nie było, bardzo mi się relacja beduinki podobała).

        Ktoś miły i nie złośliwy napisał o "wyprawie do Sakali" pc_maniaca, hehe ...jak na tak krótką "wycieczkę" troszku się o niej wypisał ;p forum.gazeta.pl/forum/w,622,10482694,0,Egipt_na_wlasna_reke_wspomnienia_w_odcinkach_.html
    • irhana Trochę fotek 12.12.10, 21:10
      Wstawiłam na FotoFormum trochę fotek z południa Egiptu, wykonanie amatorskie, ale może komuś się spodoba :) fotoforum.gazeta.pl/72,2,889,119796391.html
      • deoand Re: Do wp ogólnie -do irhany szczególnie 12.12.10, 21:57
        Akurat odwrócę odpowiedź i zacznę od irhany - rzeczywiście drugi raz to chyba do Abu już bym nie jechał tak jak pisze autorka wspomnień . Do wp teraz ... ogólnej filozofii czyli jak najwięcej zobaczyć i zawsze coś nowego nie zmieniłem o czym świadczy tegoroczna moja " wyprawa do Jordanii i Ziemi Świętej oraz Sharmu .
        Ale jak śpiewał Laskowik w takim programie z Malickim cytuję niedokładnie oczywiście " gdy małe pagórki są jak duże górki -to znaczy , że masz już z górki " więc i ja zastanawiam się - może już nie obijać się tysiące km autobusami różnej marki i biegać od świątyni do ruiny i vice versa tylko stacjonarnie -spokojnie w cieniu parasola nad morzem lub basenem i .. no może jeden fakultet .
        Ano pożyjemy zobaczymy -serdecznie pozdrawiam wszystkich forumowiczów tego wątku a teraz pooglądam sobie fotki autorki i przypomnę sobie Starożytny Egipt
      • janan2 Re: Trochę fotek 12.12.10, 22:09
        Ciężko się powstrzymać przed komentarzem.Fajne fotki.Przydał by się opis,przynajmniej pod tymi mniej znanymi(fragmentaryczne wykopaliska)co to akurat jest.Poza tym miło popatrzeć na miejsca które deptało się własnymi stopami.Mam nadzieję że będzie więcej.Zaskoczeny jestem tym pływaniem w Nilu.Niebywałe,raczej bym się nie odważył.Mam też podobne.Powiedzmy takie same.Tu przynajmniej na Twoich nie robisz za ducha.Są cienie postaci.Więc to nie duchy,które cienia nie dają.Słońce jednak uciekło(sam byłem w czerwcu)cienia nie było.Jedna fotka to 100 słów co najmniej.Ale przede wszystkim pisz.Dobrze Ci idzie.Może coś więcej z zaskoczeń lub niemiłych,miłych czy humorystycznych nie raz sytuacji.Te po pewnym czasie,bardzo dobrze się wspomina.Sam pociąg ,trzecia klasa,krajowy wyłącznie dla nich, to przeżycie.Akurat jechałem, tylko z Luksoru do Kairu. Możesz wspominać jeszczez niechęcią,bo świeże wrażenia.Ale ja sam teraz z tego się śmieję.Tylko nie jechaliśmy pod dozorem,tylko z miejscowymi.Problem z biletami,czy policją skutecznie rozwiązywały portrety prezydentów USA.Za to jaka wentylacja i klimatyzacja była?Pewno widziałaś,chyba nic się nie zmieniło.Czekam na cd.
        • irhana Re: Trochę fotek 12.12.10, 23:05
          Te fragmentaryczne wykopaliska (o ile dobrze mysle, że pytasz o tą dziure w środku miasta? ) To pozostałosci Swiątyni Montu w Armancie, tej z której powstała fabryka cukru. Masz racje powinnam była opisac te zdjęcia, musze to naprawić. W Nilu pływało się super :D miejscowych nic nie je to niby czemu mnie miało coś zjeść... zdjęcie specjalnie "zacieniłam" bo chyba nie chcę się "ujawniać" ;), ale zapewniam, że ten cień w wodzie to ja.
          Pociąg wspominam miło, ja nie z tych co się wszystkim brzydzą i narzekają na niewygody, czysto nie było, przez szyby niewiele było widac, pełno smieci na siedzeniach i w kieszeniach, fotele niezbyt czyste, obdarte i zardzewiałe, ale my bylismy przeszczęśliwi, ze jedziemy :D A klimatyzacja masz racje, była pierwsza klasa, wystarczyło uchylić okienko i juz czuło sie miły chłodek :D

          Piszę piszę ... jak coś sobie przypomne to na pewno uzupełnię, tyle tego było, ze trudno wszystko zapamietać, ale czasem powracaja jakieś śwmieszne wspomnienia np. pamietam jak pierwszy raz poszlismy w Luksorze na obiad do egipskiej "restauracji" to nasz kolega z dziwną miną zapytał czy aby nie jest tu dla nas za brudno, a kelner jak zobaczył turystów to natychmiast przybiegł z mokra sciereczką i zaczął sprzatać .... zabawne to było :D nastepnego dnia juz nas znali na suku i nikt się niczemu nie dziwił. Na suku dla Egipcjan fajne jest tez to, ze nikt nie zaczepia, nie namawia na kupno, nie trzeba cały czas mówic la szukran, ludzie a szczególnie kobiety usmiechają się miło, w ogóle mimo tej szarości i często brudu jest super atmosferka :)
          Chyba powinnam jeszcze napisać, że zawsze chodziam ubrana w dugie spodnie i bluzke czy koszulkę długim rękawem, bo to jednak ich teren a ja chciałam to uszanować.
          Jadłam wszystko jak leci, nie przejmujac się jakąś tam zemstą, może dlatego faraon się nie zemścił bo widział jak mi smakuje :D No i mam komplet szczepień więc nie obawiałam się o jakąś żółtaczkę i inne takie tam tężce.
          • janan2 Re: Trochę fotek 13.12.10, 17:18
            No nie musisz tak na tip top z tymi fotkami.To sugestia.Czekam raczej na opis.A fotki .no to dobra wola,no i tak po troszku,na wątek fotoforum.Też fotki mam,ale raczej trzeba zacieniować,zawsze ktoś z nas tam jest.Zima u nas długa,jest czas,będzie co pooglądać.Tak mi coś chodzi po głowie ,żeby się tam wybrać.Może akurat się uda,jeszcze nie zdecydowaliśmy.No z tymi kąpielami w Nilu,to lekkie przegięcie.Sam miałem i mam obawy przed wejściem.Pierwotniaki,pasożyty no i woda z tych kanałów czy ich obrzeży też tam jest.Wystarczy to widzieć i jakoś się odniechciewa.Miejscowi żyją tam od pokoleń,może uodpornieni.A tu jednak jest pewne ryzyko.Z drugiej strony to zawsze wyobrażałem sobie jak jeszcze nie byłem,że Nil to jakaś brązowawo-czerwonawa woda zamulony.Nasza Wisła powiedzmy "krystalicznie"czysta.No i było pełne zaskoczenie,porównując czystość wody.Akurat z wyglądu jest odwrotnie niż w wyobrażni.Nil na plus.Sciekiem to jest Wisła.Więc i kąpiel może nie taka grożna,tylko więcej straszenia?Mieszane mam odczucia w tym względzie.Z zemstami władców Egiptu,też nigdy nie mieliśmy problemu.Wy podróż metodycznie zaplanowaliście.A nasz wyjazd z Luksoru do Kairu to była pełna urawiłowka,decyzja szybka pod wpływem chwili.Moment i jedziemy.No i dotarliśmy jakoś.Ale wagonik "cudny" nam się trafił.Drzwi jakoś sie nie zamykały, a szyby akurat mieliśmy " czyściutkie".Nie było w dwu oknach,więc i pełna wentylacja.Po przymusowej przesiadce(nie wystarczyło rżnąć głupa i tłumaczyć),było już lepiej.Nie bardzo chcieliśmy,ale trzeba było i już.Tymi tuk-takami też my jeżdzili,ale w Kairze,ale jakoś nie widzę tam trzech osób.Trochę ciasnawo,droga szybko zleci,no bo oblepione to wszystkim czym się da.My nazywaliśmy to tik-tak.Rozumieli.Ich zwyczaje ani brud jakoś nas nie ruszał.Ale sposobem samopas,przywykliśmy jeżdżąc po innych okolicach, tysiące kilometrów.I to wcale nie w Afryce.Niektóre europejskie okolice,wcale nie sa czyściejsze od Egiptu.Wy mieliście "przewodnika".To wielki plus.U nas tego nie było, parę grzecznościowych zwrotów po arabsku,liczb szybciutko nauczyliśmy się na miejscu(z tablic rejestracyjnych,są nasze odpowiedniki).Z językami też znowu taki biegły nie jestem,jako że znam tylko własny w gębie i te dwa w butach he he.Ale wystarczało.Mile wspominamy,po czasie,wypad do Kairu.Pisz jak dalsza podróż.Ale to też sugestia,a Twoja dobra wola,że chce Ci się chcieć.Pzdr.
            • irhana Re: Trochę fotek 13.12.10, 19:35
              O to Wasz pociąg był fajniejszy niż nasz i klima Wam lepiej działała :D Z tym Nilem to też nie było zaplanowane i też zawsze miałam obawy i obiekcje, to był pełen spontan, zapomnieliśmy o zagrożeniach i konsekwencjach (o ile takowe w ogóle są), liczyło sie tu i teraz. Czy to było mądre- zapewne nie, ale wspomnienia mam super :D Zreszta to było poniżej Asuanu, więc i zanieczyszczeń pewno mniej. A w tuk tuku to dwie osoby siedzą z tyłu a jedna obok kierowcy i wszystkim nawet wygodnie. Z moim angielskim tez zbyt dobrze nie jest, wstyd się przyznać, ale zawsze brakuje mi czasu na podszlifowanie, zresztą Twój przykład pokazuje że chcieć to móc, a jak się chce to braki w obcych językach nie są przeszkodą.
              Pisze pisze musicie dac mi trochę czasu, obiecałam więc napiszę jednak prosze o wyrozumiałość bo to mój debiut pisarski - jakos nigdy nie miałam zapedów do opisywania swoich podróży.
        • janan2 Re: Zdjęcia z Pustyni Zachodniej 14.12.10, 09:41
          Oooo! Qrcze.Też jestem pod wrażeniem!!!Szczególnie jak popatrzy teraz u nas za okno.To aż coś wewnątrz wyje,bo chciało by się,a nie zawsze można!Qrna! Przestaję oglądać! Czekam na "czytankę".A niech się Irhana obrazi,o!!! To z tęsknoty za ciepłem i pięknem natury na fotkach.
            • janan2 Re: Zdjęcia z Pustyni Zachodniej 15.12.10, 15:05
              > No to czekałeś,czekałeś i sie doczekałes na czytanke,więc teraz już możesz pooglądać >zdjęcia:)

              Właśnie zaczynam gryżć opis.Znowu wpadnę qżwa w kopleksy.Dzięki że się sprężyłaś.Aż czuję się nieco winny,że Cię mobilizowałem.A zdjęciom już wczoraj nie odpuściłem.Gdzie by tam się powstrzymał.Chyba by mnie pokręciło.Nawet dwa osły takie same.Biedactwo tak się śpieszyło.:)))

              Ale nię ściągaj znowu jak z pierwszej części fotek.Trochę jakby przewiało.Jeden z tych osłów to chyba przez przypadek bedzie dla deo.On uwielbia koniowate.Ujeżdził sobie już w Turcji czy tam Grecji.To może i tego od Ciebie kupi he he.

              Zdjęć gratuluję.Nie bądz taka skromna! Jednak wpadłem w kompleksy.Kiedyś może się wybiorę sam na południe,bo nie do końca zaliczone.Twoimi śladami.Oby tylko czas mi na to pozwolił.Gratuluje fotek i artystycznego oka.Biorę się za czytanie.Pzdr.
              • irhana Re: Zdjęcia z Pustyni Zachodniej 16.12.10, 08:21
                Dobrze Janan, że mnie zmobilizowałeś bo bez tej mobilizacji nie wiem kiedy bym skończyła, więc mobilizuj nadal. Jak ogladam fotki np. Miriam, to jednak wpadam w kompleksy, nie to oko, nie ten sprzęt, no ale kilka faktycznie ładnie wyszło. Chętnie podziele się osiołkami z Deo ;) tym bardziej, że ja osiołki to już tylko z pewnej odległosci podziwiac będę po tej mojej przejażdżce po Siwie.
                A zamiast na południe (które juz widziałeś) lepiej jedź na pustynie, bedziesz zachwycony.
                • janan2 Re: Zdjęcia z Pustyni Zachodniej 16.12.10, 10:03
                  Czytając opis jestem pod wrażeniem,Nie ma do czego się przypiąć.Nawet ci,co to sto razy i więcej byli,nie mają pola wielkiego do popisów i krytyki.Wystarczy raz a dobrze być i widzieć!!!Ja zazdroszczę.Ale mam też cel jakiś.Chodzi mi tak po głowie.Biała i Siwa,morze piachu.będę szukał opcji.Obłędne i ciekawe.Nawet moja ślubna wpadła w ochy i achy.Niekoniecznie cała trasa przez Egipt po pustyni.Ale te dwa miejsca,to trzeba by zobaczyć.Uśmiałem się z partyzanckiej toalety na pustyni.Nie raz byliśmy w takiej sytuacji.To deprymujące szczególnie dla kobiet.Strasznie dziczeją w takich okolicznościach.Poszukiwania ustronia raz i u mojej skończyło się wyprowadzeniem pod kałasznikowem z pod mostu jako terrorystki.Ale przynajmniej mostek był,a u Was i tego nie było.Ma teraz uczulenie,nie wspominając tego, że jej zablokowało funkcje życiowe ze strachu na jakiś czas.Ale myślę że tak żle nie będzie, jakby co.A namiocik,ognisko czy jakaś drobna biba,niezapomniane.Przejazd terenówka po wertepach też przerabialiśmy na Synaju i w Tunezji.Lubią się popisywać tuziemcy,szczególnie przed kobietami.Wyjazd na wydmę,potem zjazd...no to raz widać tylko niebo a raz piach.Właściwie nie wiadomo czy pojazd poleci do tyłu,czy do przodu,czy na boku polegnie.Zakopać w piach też się trafiało.Mają fantazję,ale i umiejętności.Zoładek przylepia się nie raz do kręgosłupa.Teraz już wiem,że obfitszy posiłek szkodzi,po takim przejeżdzie.Naprawdę nie masz powodu,aby czuć kompleksy ani pod względem ujęć,ani sprzętu.Ważne jakie wspomnienia i krajobrazy pozostały w głowie i pod powiekami.No i opis staranny.Widać,że włożyłaś w to wiele pracy.

                  Dlatego czuję się nieszczególnie,że Cię podkręcałem.To wiele roboty kosztowało.Więc jakby poczucie winy u mnie.Ale z drugiej strony sprawdzasz się jako literat,no i dużo ludzi czyta,czy ogląda,czemu daje wyraz na tym watku.Więc może jakieś rozgrzeszenie od jakiegoś mułły kiedyś dostanę za to podkręcanie.

                  A deo pewno osiołkiem się obraził na mnie.Ale mu przejdzie.Czasem lubię go mało szkodliwie podszczypnąć.Traktowanie zwierząt tam,to całkiem odmienny rozdział.Trzeba by książke,ale nieraz jest to drastyczne.
                  • irhana Re: Zdjęcia z Pustyni Zachodniej 18.12.10, 11:15
                    Janan podręcaj dalej to może skończę wreszcie swoja opowieść :)
                    Świetny plan żeby zobaczyć te trzy miejsca, o których pisałeś - sa najpiekniejsze. Wybierając się na Biała Pustynię na pewno też zobaczycie Baharije - zreszta od niej najlepiej zacząć, stamtąd pojechać na camping na białą a potem do Siwy, a po drodze Wielkie Morze Piasku (wiem, że sa też organizowane campingi na Wielkim Morzu Piasku nieopodal Siwa).

                    Ci co nie chcą sami, albo z egipską firmą na pustynię, moga jechać z polskim BP, z tego co wiem Itaka ma wycieczkę do oaz Pustyni Zachodniej.

                    A ja to mam taka nadzieję, że po tym moim opisie kilka osób skusi sie na zobaczenie Pustyni Zachodniej, bo póki co Polaków nie ma tam niestety za wielu, a szkoda.
                    • kasia_p45 Re: Zdjęcia z Pustyni Zachodniej 18.12.10, 12:36
                      No ja ciebie tez chyba zaczne podkrecac abys sie sprężyła i szybko dokończyła swoja opowieść. Sama jestem ciekawa :))
                      A Itaka rzeczywiście ma jakieś nowe wycieczki objazdowe... Muszę sie temu dokładniej przyjrzeć.. Może faktycznie warto będzie kiedyś skorzystac i sie wybrać??
                      Kurzczeee życia mi nie starczy!! No teraz to juz ten rejs zabukowałam... A latem to chyba Kreta albo co?
                      Ale przyszły rok na wiosne... Kto wie:)) Jak nam sie rejs z corka spodoba to może?.. Ale ja chciałam tez do Izraela jeszcze i do Petry.... I do Kairu samopa..
                      Kurde życia mi niestarczy :((.. No zobaczymy... co będzie to będzie :))
                      Powoli po trochu cos się tam zorganizuje... Szkoda, że nie mam jeszcze 20-stu latek :))
                      A tak apropos to taki wypad na pustynie to kiedy lepiej? Na wiosne czy jesień?
                      Ale pewnie na jesień bo na wiosne te hamsiny wieją i może nie wypalić..
                      • irhana Re: Zdjęcia z Pustyni Zachodniej 18.12.10, 17:03
                        Kasiu zdecydowanie jeaienią i zimą bo temperatury już znośne, jeśli na wiosnę to dopiero jak przestanie wiać. Kair samopas mozesz połączyć z wizytą na pustyni, będziesz miała dwa w jednym i więcej życia na pozostałe plany :)
                    • janan2 Re: Zdjęcia z Pustyni Zachodniej 19.12.10, 11:57
                      >bo póki co Polaków nie ma tam niestety za wielu,a szkoda.

                      No właśnie.Tak sobie mędrkuję,jak by to było do Kairu drogą Miriam,no i potem wypad na te miejsca co wspominasz(najbardziej atrakcyjne).No ale tydzień,to pewno mało.Zresztą nie bardzo się kalkuluje,a i rybki by wypadało zobaczyć.Nie moge dłużej się urwać niż dwa tygodnie.Trzeba by to jakoś wszystko zsynchronizować w czasie.

                      No to bedę Cię jeszczę molestował (słownie) o dalszą część.Chyba Kair i coś może jeszcze.Spręż się nad dokończeniem przygód.Byłem w rozjazdach,więc nie podkręcałem,bo mnie nie było.Ale teraz wypadało by,niedokończone dokończyć.Nie tylko ja czytam i obmyślam plany.Innym też może się przydać.

                      Uśmiałem się też z tych Waszych ucieczek.Przewodnik musiał mieć niezłego pietra.On za Was odpowiadał i chronił,a Wy mu na opak.A już "koncertowo" to było na tym koncercie.Nie dość,że niewierna i biała,to na dokładkę zbeszcześciła nabożny koncert.Toż to jakby nie ci policjanci, to miejscowi mogli Was obrzucić jakimiś kamieniami traktując to,jako beszczeszczenie "świętości".Policjanci dobrze wiedzieli co robią.To akurat nie było dla Was miejsce,więc takie podziwowisko,no i pomyłka z perspektywy biorąc wyjątkowo "koncertowa".
        • irhana Re: Zdjęcia z Pustyni Zachodniej 15.12.10, 00:28
          egiptosek napisał:

          >jak byś mogła napisać jaka rzecz, wydarzenie, coś co podczas twojej wyprawy
          wspominasz najlepiej i coś co było najtrudniejsze , bo napewno oprócz tych wspaniałych chwil były też te gorsze .

          Jesli chodzi o samą pustynie to najmilej wspominam camping na białej pustyni a najgorzej komary w Siwie. A jeśli pytasz o cała wyprawę to juz moge napisac, ze najmilej, wręcz z łezka w oku wspominam Białą Pustynię i oaze Siwa a najtrudniejsza była pierwsza noc w Kairze, ale o tym w kolejnej części wspomnień. :)
    • irhana Re: Egipt moimi oczmi. Część II-Pustynia Zachodnia 15.12.10, 00:17
      Wstęp

      Ta część wyprawy była najbardziej zorganizowana, nie zdecydowaliśmy się jechać na pustynię w ciemno, swój los powierzyliśmy „profesjonalistom” . No właśnie, jacy to byli profesjonaliści to okazało się już na miejscu. Na ok. dwa miesiące przed planowaną podróżą zaczęliśmy szukać egipskiej firmy, z którą pojedziemy na pustynię. Wybór padł na firmę Minamar, napisaliśmy im czego oczekujemy i ile dni chcemy być na pustyni, ułożony program wyprawy nam odpowiadał, cenę wynegocjowaliśmy na 650 $ od osoby. Na pustyni/w oazach spędziliśmy 6 nocy/7 dni. Nasza trasa przebiegała od Luksoru do Aleksandrii i obejmowała pięć oaz pustyni zachodniej: Dachle, Charge, Farafre, Baharije, Siwe oraz kemping na białej pustyni. W planie wyprawy mieliśmy zapewnione noclegi, transfery, całodzienne wyżywienie (bez napojów do posiłków), jakąś tam ilość wody na dzień, wstępy do zabytków itp. Czyli generalnie plan zakładał bajeczną podróż samochodem 4x4 przez pustynię, a jak było?
      • irhana Dzień 1 15.12.10, 00:18
        Punktualnie o 7 rano pod nasz hotel podjechał mikrobus firmy Select (podwykonawca Minamaru), zapakowaliśmy nasze bagaże i ruszyliśmy w drogę do pierwszej oazy, oddalonej o 300km El Charga. Do oazy dotarliśmy przed południem, pierwszym przystankiem naszej wycieczki była jedna z najstarszych nekropolii chrześcijańskich „Bagwat”, przepięknie usytuowana na wzgórzu, mieszcząca kilkaset grobowców wykonanych z cegły mułowej oraz bazylikę.
        W Bagwat czekał na nas przewodnik, Egipcjanin Hosem, który miał nam towarzyszyć w naszej podróży, miły i wesoły 27-latek z Kairu (swoją drogą miły był nie tylko dlatego, że taki ma charakter, ale też dlatego, że chyba nieźle na nas zarobił). Zanim zaczęliśmy zwiedzanie to poszliśmy na obiad. Obiad podany został na wolnym powietrzu, w sympatycznej restauracji zlokalizowanej już na terenie Bagwat. Obiad w stylu egipskim więc oczywiście kofta, falafel, zupka z soczewicy (moja ulubiona), warzywa, ryż, pasty, chlebek, owoce no i nieodłączny kurczak. Po obiedzie postanowiliśmy się „dogadać” z naszym przewodnikiem, a raczej powiedzieć mu czego oczekujemy i jaka widzimy jego rolę w całej wyprawie. Chyba nie do końca nam to dobrze poszło bo prawie się obraził czując się niepotrzebnym, a my tylko chcieliśmy mu wytłumaczyć, ze nie mamy ochoty biegać od zabytku do zabytku tylko czasem chcemy odpuścić i podelektować się oazami i pustynią, nie mógł tez zrozumieć o co nam chodzi jak mówimy do niego, że zero jakichś turystycznych restauracji bo my chcemy w egipskich jadać. Usłyszał też, że najbardziej zależy nam na samej pustyni i jej urokach. Po dłuższej rozmowie chyba nas zrozumiał uff. Poszliśmy zwiedzać, słońce prażyło niemiłosiernie na odsłoniętym pustynnym wzgórzu. Po nekropolii oprowadzał nas miejscowy Beduin pokazując co ciekawsze grobowce, w niektórych do dzisiaj widoczne są ludzkie szczątki. Większość kaplic grobowych nie ma specjalnych zdobień, ale można znaleźć kilka pięknych perełek. W jednej z kaplic, do której weszliśmy mogliśmy podziwiać pięknie zachowane malunki przedstawiające sceny z raju oraz wizerunki Jezusa i Maryji. Nie wiem ile czasu spędziliśmy w Bagwat bo nikt nie spoglądał na zegarek. Następnym naszym celem była Świątynia Hibis, poświęcona triadzie tebańskiej (Amonowi Re, Mut i Hnosu). Świątynia ta jest jednym z nielicznych zabytków Egiptu pochodzących z okresu panowania dynastii perskiej. Niestety na teren Świątyni nie mogliśmy wejść z powodu trwania intensywnych prac mających na celu przeniesienie jej wyżej bo w miejscu, w którym stoi obecnie jest podmokły teren, cóż pozostało nam podziwiać Świątynię z pewnej odległości. Kolejnym celem było Muzeum Nowej Doliny znajdujące się w głównym mieście oazy i noszącym taką samą nazwę czyli El Charga. Muzeum to sporej wielkości dwupiętrowy gmach, w którym zgromadzono wiele cennych kolekcji starożytności odnalezionych w oazach Pustyni Zachodniej. Można tu podziwiać jedne z najstarszych na świecie ksiąg pisanych na akacjowych deseczkach, pięknie zdobione trumny z okresu rzymskiego i greckiego. W muzeum znajduje się tez wiele pamiątek sztuki islamskiej i koptyjskiej (biżuteria, monety, broń, tekstylia). Po zwiedzeniu muzeum przyszedł czas na zameldowanie się w hotelu Charga Oasis Hotel (po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na szisze i herbatkę beduińską w przemiłej kawiarence). Na pierwszy rzut oka, niezbyt fajny hotel, budynek główny to taki nijaki szary blok, ale po przejściu na druga stronę budynku naszym oczom ukazał się śliczny ogród z kawiarnią na wolnym powietrzu i szeregiem miłych nowych bungalowów (w jednym z nich zamieszkaliśmy). El Charga to duże miasto (kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców) więc jakos nie pasowała mi do mojego wyobrażenia o oazach, liczyłam raczej na jakieś małe budyneczki z cegły mułowej a nie na nowoczesne bloki :D . Po rozpakowaniu się i szybkim prysznicu (niestety wody nie można było nazwać ciepłą) postanowiliśmy zobaczyć miasto. Nasz przewodnik zadeklarował chęć pójścia z nami co nawet nas ucieszyło. Gdy już mielismy wsiadać do naszego mikrobusa, zupełnym przypadkiem wywiązała się rozmowa na temat kolejnych dni i wtedy usłyszeliśmy, że do kolejnej oazy pojedziemy też mikrobusem tylko z innym kierowcą. Wtedy pierwszy raz w czasie naszego pobytu naprawdę puściły mi nerwy, w planie wycieczki, który otrzymaliśmy jeszcze przed wyjazdem było wyraźnie napisane, ze mikrobus jest tylko pierwszego dnia na trasie Luksor- Charga, kolejne dni mieliśmy podróżować już Toyota Lancruz 4x4. Wybuchła potężna awantura, która prawie zakończyła się moją rezygnacją z dalszej podróży z firmą Minamar. Teraz jak to wspominam to nawet mi się chce z tego śmiać, ale wtedy byłam wściekła, że tak mnie oszukano i to na samym początku, nasz przewodnik razem z kierowcą próbowali za wszelką cenę mnie uspokoić i przekonać, ze na trasie Charga- Dachla nadal podróżuje się drogami i bez sensu jest ta trasę pokonywać samochodem terenowym. Argumenty może i były rozsądne, ale ja i tak byłam wściekła, że nie dostaję tego co wynegocjowałam wcześniej za ustaloną cenę, po jakiejś godzinie nerwy mi na tyle opadły, ze zaczęliśmy spokojnie rozmawiać. Zwiedzanie oazy skończyło się na sziszy i herbacie w jednej z restauracji (turystycznej, o co też byłam zła). Kierowca (ten który miał z nami jechać nazajutrz), zapytał co może zrobić żeby nam humor poprawić, zaproponował nam kupno jakichś „ziółek” . Ziółek nie chcieliśmy, ale pierwszy raz mieliśmy ochotę się napić czegoś mocniejszego a że u nas w hotelu było tylko wino to pojechaliśmy poszukać czegoś mocniejszego (niestety nie było to takie proste, w jedynym miejscu, w którym mieli whisky (bo o czystej to w ogóle mogliśmy zapomnieć) usłyszeliśmy cenę 1300 le za butelkę, doszliśmy do wniosku, że bez jaj nie będę piła zwykłej whisky za 650 zł. Wróciliśmy do hotelu, kupiliśmy kilka butelek wina (100 le za butelkę- też niezła cena) i kilka puszek piwa dla naszego kierowcy, i w ogrodzie urządziliśmy sobie małą imprezę. Wszyscy jesteśmy z reguły mało-pijący więc winko szybko zaczęło szumieć w głowie (w tych muzułmańskich jeszcze szybciej niż w naszych). Wszyscy wyluzowali, nasz kierowca okazał się świetnym wesołym człowiekiem, którego poczucie humoru jeszcze długo będę wspominać. Poszliśmy spać grubo po północy.
        • irhana Re: Dzień 2 15.12.10, 00:18
          Poranek był tragiczny chyba dla wszystkich (te ich wina jakieś lewe chyba były), jak ja wtedy żałowałam, ze jeszcze w Polsce na lotnisku nie dałam się namówić na kupno „normalnego” alkoholu. Mieliśmy wyjechać z oazy o 9 rano, ale okazało się to niemożliwe, więc ostatecznie śniadanie zjedliśmy ok. 10 a z oazy wyjechaliśmy przed południem. Jak wyglądała pustynia miedzy Chargą a Dachlą nie bardzo pamiętam bo starałam się przespać złe samopoczucie. W drodze do Dachli zatrzymywaliśmy się kilka razy w poszukiwaniu wiatru. Tak tak szukaliśmy wiatru bo mój ukochany zabrał ze sobą do Egiptu latawiec i bardzo chciał go sobie popuszczać na pustyni, nasz przewodnik, który nigdy nie puszczał latawca też się „napalił” na ta zabawę. Za któryms razem udało nam się odnaleźć wietrzne miejsce i panowie przystąpili do zabawy, nasz przewodnik nawet zgubił buty biegając z latawcem (na szczęście odnaleźliśmy je). Do Mut – największego miasta Dachli oddalonej o 190 km od Chargi dotarliśmy już popołudniu i jakoś nikt nie miał ochoty niczego zwiedzać, bo wszyscy jednak pamiętali nadal poprzedni wieczór. Pojechaliśmy więc do hotelu (w centrum miasta) gdzie zjedliśmy obiad, po którym wszyscy poszli spać na 2h. Gdy już trochę odpoczęliśmy to postanowiliśmy, ze może jednak przynajmniej w ciepłym źródle popływamy. Pojechaliśmy więc do hotelu Desert Lodge, w którym znajdowało się jedno z ciepłych źródeł. Wieczorna kąpiel w ciepłym źródle była bardzo przyjemna. Woda miała rdzawy kolor i właściwości lecznicze, spędziliśmy tam ok. godziny. Wypoczęci i odprężeni pojechaliśmy na suk, na którym wypiliśmy beduińską herbatkę i zapaliliśmy beduińską sziszę (nasz przewodnik wreszcie zrozumiał w jakich miejscach chcemy przebywać). Na wieczór mieliśmy jeszcze w planach pójść na koncert, który właśnie tego wieczoru odbywał się w mieście. Koncert był bezpłatny, sponsorowany przez władze miasta. Myśleliśmy, że to koncert taki rozrywkowy jakiejś egipskiej gwiazdy, ale okazało się, że to koncert najsławniejszego w Egipcie piosenkarza religijnego (Yasen el tohamy- to jego nazwisko), śpiewającego sury Koranu. Na koncert przyszło kilka tysięcy osób, odbywał się on na dużym placu w centrum Mut. Gdy wchodziliśmy na plac „dorwała” nas policja (tajniacy bez mundurków). Panom policjantom było bardzo miło, ze turyści chcą posłuchać Koranu, ale w trosce o nasze zdrowie i życie postanowili nas pilnować. Prawdę powiedziawszy wcześniej nie przyszło nam do głowy, że coś się nam może stać i nadal wydaje mi się że bardziej to było na pokaz niż rzeczywiste zagrożenie, zresztą to ich pilnowanie wyglądało tak, że dostaliśmy ławeczkę gdzieś z boku (ale z dobrym widokiem na scenę) oni postawili dla siebie dwa krzesełka obok i nie pozwolili nikomu się do nas zbliżyć. Wokół nas było tyle wolnej przestrzeni, że byliśmy świetnym celem dla jakiegoś szaleńca, chyba bezpieczniejsi bylibyśmy jednak w tłumie, gdzie nie rzucalibyśmy się tak w oczy. Tak więc dzięki przemiłym Panom policjantom (z którymi miło minął nam czas na pogawędce i paleniu papierosków) staliśmy się dla niektórych większą atrakcją niż sławny piosenkarz. Po koncercie poszliśmy spacerkiem do hotelu bo była już późna godzina a nie chcieliśmy tracić kolejnego dnia długim wylegiwaniem się w łóżku.

          • irhana Re: Dzień 3 15.12.10, 00:19
            Wstaliśmy o poranku i po niespiesznie zjedzonym śniadanku ruszyliśmy w dalszą drogę, w kierunku oazy Farafra (oczywiście nadal mikrobusem). Po przejechaniu ok. 30 km zatrzymaliśmy się w Kasr, jest to najdłużej i nieprzerwanie zasiedlona wieś na terenie oazy. Znajduje się tutaj świetnie zachowane stare miasto, zbudowane na gruzach rzymskiej osady. Ciekawostka jest to, że nadal w niektórych częściach mieszkają ludzie. Prąd doprowadzono tutaj dopiero kilkanaście lat temu. Wstęp na teren starego miasta jest bezpłatny. Po mieście oprowadzał nas sympatyczny Beduin. Znajduje się tam wiele krętych labiryntów i ciasnych przejść, w oczy rzucają się przepiękne akacjowe nadproża, na których wygrawerowane są imiona właścicieli domów, cytaty z Koranu oraz podpis twórcy nadproża i data wykonania. Znajduje się tutaj także pięknie odrestaurowane mauzoleum i meczet Nasr al Dina pochodzące z XIII/XIV wieku. Minaret wykonano również z cegły mułowej i mierzy on 21m. W mieście panuje bardzo przyjemny chłód nawet w największe upały. Gdy już nacieszyliśmy oczy pięknym widokiem starego miasta, ruszyliśmy w dalsza drogę. Obiad zjedliśmy w oazie Farafra, jest to najmniejsza z pięciu oaz Pustyni Zachodniej, panuje tutaj wszechogarniający spokój, nawet ludzi zbyt dużo nie widać na ulicach (asfaltu brak). Obiadek zjedliśmy w małej przydrożnej restauracyjce w centrum i poszliśmy na krótki spacer ulicami Farafry. Znajduje się tam wiele niezamieszkałych domów komunalnych, które zbudowało państwo w ramach projektu zachęcającego ludzi z doliny nilu do przeniesienia się na tereny oaz. Mimo, że mieszkania dawane są za darmo i w dodatku przez jakiś czas nie trzeba płacić podatków to zbyt wielu chętnych do zamieszkania w tej maleńkiej oazie nie ma. W oazie nie ma zbyt wielu atrakcji turystycznych więc po krótkim spacerze ruszyliśmy dalej, na spotkanie z Białą Pustynią. Na skraju pustyni spotkaliśmy się z naszym nowym kierowcą- sympatycznym Beduinem pochodzącym z oazy Baharija. Przepakowaliśmy nasze plecaki do terenowej Toyoty, pożegnaliśmy się czule z poprzednim kierowcą (bo naprawdę bardzo go polubiliśmy) i ruszyliśmy bezdrożami Białej Pustyni. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się podziwiać piękno tej krainy, widoki rozpościerające się dookoła nas zapierały dech w piersiach, chyba od dziecka marzyłam, żeby pojechać na pustynię, zawsze fascynowało mnie surowe piękno pustynnego krajobrazu, a ten który zobaczyłam wtedy nie mógł się równać z żadnym innym (no możliwe, że jedynie wielkie morze piasku może z nim konkurować w moich oczach). Pustynny krajobraz to też jeden z głównych powodów dla których pokochałam Egipt i lubię do niego wracać. W którymś momencie wpatrywania się w ten „księżycowy” widok dostrzegliśmy samotną palmę rosnącą obok ogromnego głazu, to było niesamowite, dookoła pustynia usiana wapiennymi formami skalnymi, przyjmującymi różne kształty (grzybów, zwierząt), a pośród tego wszystkiego samotna palma – ile trzeba mieć chęci życia żeby przetrwać w tak niesprzyjającym wszelkiemu życiu terenie?
            Są też minusy Białej Pustyni, a tymi minusami jesteśmy my, niestety biała pustynia jest oblegana przez turystów, co najlepiej widać popołudniu jak wszyscy zaczynają rozkładać swoje obozowiska, gdzie nie spojrzeć to ktoś jest. My też zaczęliśmy rozkładać swój mały obozik nieopodal jednej z cudnych wapiennych skał. Nasz samochodzik był niczym wielbłąd wyposażony we wszystko co niezbędne (no prawie wszystko bo latarki, które świetnie się przydały mieliśmy my – jedną dostał w prezencie kierowca). Gdy obóz był gotowy, nasz kierowca przystąpił do palenia ogniska (drewno tez mieliśmy ze sobą) i do przyrządzania kolacji. Kolacja po części była przygotowywana nad ogniskiem (prowizoryczny ruszt na którym grilowały się mięsa) oraz na turystycznej kuchence gazowej (pyszny beduiński gulasz warzywny z dodatkiem mięska). Czekając na kolację (bo gotować to ja niestety nie potrafię więc nie pomagałam) poszliśmy na spacer wśród wyrastających z piasku „grzybków”. Kolacja była przepyszna, chyba nigdzie jedzenie nie smakowało mi tak bardzo jak tam. Po kolacji wpatrywaliśmy się w zachód słońca, gdy zrobiło się już całkiem ciemno postanowiliśmy zabawić się w rozniecanie ognia za pomocą wojskowego krzesiwa (zabranego z kraju), w miłej atmosferze mijały kolejne godziny. Ok. 21 zostaliśmy zaproszeni do zaprzyjaźnionego obozu (tej samej firmy ale więcej samochodów i turystów) na beduińską imprezę, na której bawiliśmy się czas jakiś przy dźwiękach beduińskiej muzyki na żywo i pysznej herbacie. Zanim poszliśmy spać to jeszcze wpatrywaliśmy się w gwiazdy, tak rozgwieżdżonego pięknego nieba próżno szukać u nas. Żeby nie było tylko wspaniale i pięknie to musze wspomnieć o jeszcze jednym minusie pustyni, otóż nocą jest na niej diabelnie zimno, więc spać poszliśmy ubrani w polary.
            • irhana Re: Dzień 4 15.12.10, 00:19
              Obudziliśmy się o 7 rano, niestety przegapiłam wschód słońca, który tak chciałam zobaczyć. Zamiast wschodu słońca zobaczyliśmy pełno śladów małych zwierzęcych łapek na piasku wokół naszego obozu- należały do pustynnych lisków fenków, których chyba sporo mieszka w pobliżu. Liski były oczekiwanymi gośćmi, po kolacji nasz kierowca wszystkie resztki zostawił na jednym z głazów, właśnie dla nich. Szkoda tylko, ze przyszły dopiero jak spaliśmy i nie udało nam się z nimi przywitać. Nasz przewodnik i kierowca jeszcze spali a my zastanawialiśmy się nad poranna toaletą, wieczorem było prosto zrobić siku bo było ciemno, ale rano znalezienie ustronnego miejsca graniczyło z cudem, bo wszędzie byli turyści, udało się to dopiero po ponad kilometrowym spacerku. Mycie ząbków poszło sprawnie bo zabraliśmy ze sobą szczoteczki podróżne z płynna pastą, brak prysznica zastąpił nam specjalny płyn do mycia, nie wymagający używania wody i chusteczki nawilżone. Poranna toaletę ułatwiło nam też posiadanie namiotu, przynajmniej mieliśmy trochę intymności. Wieczorem denerwowaliśmy się, ze rozkładają nam namiot bo chcieliśmy spać pod gwiazdami, ale rano już doceniliśmy jego zalety. Kiedy zakończyliśmy poranną toaletę postanowiliśmy zacząć składać i sprzątać nasz obóz (kierowca i przewodnik jeszcze spali błogim snem, tym bardziej że zrobiło się już miłe ciepełko). To co mogliśmy to posprzątaliśmy, usiedliśmy na jednym z głazów i wpatrywaliśmy się w pustynię, po jakiejś chwili nasi towarzysze obudzili się zdziwieni, ze obóz prawie spakowany a oni śpią. Zjedliśmy szybkie śniadanko (dżem, serek, miodek, pomidorki, ogóreczki), napiliśmy się herbaty, spakowaliśmy nasz obóz do końca i ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejnym celem była kryształowa góra, zanim do niej dotarliśmy, przejechaliśmy przez malowniczy teren zwany Aqabat, który pokryty grząskim piaskiem z domieszką kredy. Kryształowa góra to niewielkie wzniesienie zbudowane z kryształków kwarcu. Wysiedliśmy z samochodu aby z bliska zobaczyć „górę”. Dopiero z bardzo bliskiej odległości widać z czego jest zbudowana, stojąc przed wzniesieniem nie robi ono jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Kryształowa Góra leży niedaleko drogi wiodącej z oazy Farafra do oazy Baharija więc po obejrzeniu kryształów wjechaliśmy na drogę, z której zresztą niedługo zjechaliśmy na Czarną Pustynię, na której można zobaczyć wiele ściętych stożkowych szczytów, które czarne zabarwienie zyskały wulkanicznemu bazaltowi. Zatrzymaliśmy się na chwilkę przy Czarnej Górze, żeby zrobić kilka zdjęć i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Bawili- największego miasta w oazie Baharija, dotarliśmy wczesnym popołudniem. Pierwsze kroki skierowaliśmy do policji celem uzyskania któregoś tam z kolei pozwolenia. Trochę czekaliśmy (ale nie tak długo jak w Luksorze), następnie pojechaliśmy zameldować się w hotelu. Hotel Minamar znajdował się na uboczu, niedaleko przepięknych gajów palmowych, w którym rosną palmy daktylowe. Hotel nie duży, ale bardzo przyjemny, niestety bliskość gajów palmowych powodowała, że na terenie hotelu można było spotkać dużo „gajowego życia” a komary cięły niemiłosiernie (w oknach były moskitiery wiec przynajmniej pokoje były wolne od komarów). Po zameldowaniu się i krótkim odpoczynku pojechaliśmy podziwiać uroki oazy. Pierwszym celem było słone jezioro, znad którego rozpościerał się przepiękny widok na pustynię i na gaje palmowe. Następnie odwiedziliśmy kilka gorących źródeł (na terenie oazy jest ich wiele, ale wszystkie są zasilane pompami). Pierwsze do którego pojechaliśmy było tak gorące, ze ledwie mogliśmy zamoczyć nogi (temperatura wody miała ponad 60 stopni Celsjusza), kolejne było już z idealna wodą, ale nie zdecydowaliśmy się na pływanie, w zamian za to mój ukochany i nasz przewodnik zaczęli się bawić jak małe dzieci, biegając i polewając się woda nawzajem. Naszym kolejna rozrywka była szalona jazda po wydmach w wykonaniu naszego kierowcy, facet pochodzi z tej oazy więc był na swoim terenie i wyczyniał cuda z samochodem. Ja tam strachliwa nie jestem i lubię szybką jazdę i trudny teren, ale kilka razy miałam ochotę go zamordować za te szalone ewolucje, mojego ukochanego zresztą też bo jemu się podobało i cały czas prosił o więcej. Gdy już mieliśmy dosyć to pojechaliśmy do miasta na obiado/kolację (oczywiście w stylu egipskim) a potem żeby „tradycji stało się za dość poszliśmy na szisze i herbatkę po beduińsku. W oazie Baharija odpuściliśmy zwiedzanie zabytków (zobaczymy je następnym razem). Tego dnia poszliśmy wcześniej niż zwykle spać bo nazajutrz czekała nas długa (500 km) droga szlakiem dawnych karawan do najbardziej tajemniczej i niedostępnej oazy Siwa.
              • irhana Re: Dzień 5 15.12.10, 00:20
                Mieliśmy wyjechać z oazy o 7 rano, ale jak zwykle nam nie wyszło. Droga do Siwy to przez wiele kilometrów szutrowa ścieżka, na której mieści się nie więcej niż jeden samochód, zresztą czasem nawet ta ścieżka była zasypywana przez piasek. Nasz kierowca nie lubił jeździć ta droga i często z niej zjeżdżał, jadąc wzdłuż wytyczonego szlaku. W związku z tym, ze Siwa leży niedaleko granicy z Libią to na trasie do niej zlokalizowanych jest wiele posterunków wojskowych, przy których trzeba się zatrzymać i wylegitymować, bardzo często na tych posterunkach zostawialiśmy żołnierzom papierosy, wodę, owoce, słodycze, które dla nich znaczą o wiele więcej niż pieniądze, chłopaki maja przerąbane na tym pustkowiu, przy większych posterunkach czasem rosną jakieś drzewa dające czasem cień, ale wiele z nich to małe budyneczki na środku pustyni. Przy jednym z takich posterunków zatrzymaliśmy się na dłużej. Nasz kierowca podarował żołnierzom dużą paczkę z jedzeniem, herbatą, cukrem i papierosami, a nam oświadczył, ze tutaj zjemy obiad. Żołnierze to bardzo miłe chłopaki dzielące się jedzeniem z hordą bezpańskich psów- jedynych towarzyszy ich niedoli. Chyba nie wolno opisywać jak wyglądają budynki wojskowe więc tego nie zrobię, powiem tylko tyle, że warunki iście spartańskie, w jednym pokoju piętrowe prycze, w drugim skromna kuchnia, trzecie pomieszczenie to malutka łazieneczka (nie wiem skąd mieli wodę, jakoś nie zapytaliśmy), obok budynku żołnierze zrobili sobie mały ogródeczek warzywny, o który bardzo dbali starając się wyrwać pustyni kawałek ziemi. W cieniu z boku budynku rozłożyliśmy koc, na którym zjedliśmy obiadek składający się z warzyw, owoców, past rybnej i z soczewicy, miodku, dżemu, chlebka i chipsów. Tym co nam zostało po obiedzie podzieliliśmy się z pieskami, które wesoło do nas merdały ogonkami, pamiętam że szczególnie słodka była mała biała sunia, która nie miała szczęścia bo wszystkie lepsze kąski porywali jej koledzy. Nie daliśmy za wygraną i „sposobem” nakarmiliśmy i ją. Po obiadku żołnierze zrobili nam pyszna herbatkę, po wypiciu której ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Siwy dotarliśmy jeszcze za dnia, droga wjazdowa do oazy wiedzie wzdłuż przepięknego słonego jeziora, którego wody tak niesamowicie szkliły się w słońcu od ilości soli. Słone jeziora to pozostałość po morzu, które miliony lat temu zalewało tereny oazy. Po kilkuset kilometrach pustyni taki widok przyprawiał o zawrót głowy, było przecudnie. Oaza Siwa to miejsce najmniej zmienione przez cywilizacje wśród wszystkich miast Egiptu. Dopiero dwadzieścia lat temu zbudowano asfaltową drogę prowadząca z oazy do Marsa Matruh nad Morze Śródziemne. Prócz przepięknych jezior Siwa posiada niezliczone gaje palmowe i oliwne oraz kilkaset źródeł z krystalicznie czystą wodą. W Siwie mieszkają od wieków Berberowie, kobiety chodzą pozakrywane od stóp do głów (wiem, ze to straszne, ale przyznam się, ze my nazywaliśmy je żartobliwie nietoperzami), bo chodziły ubrane w szerokie czarne szaty, czarne rękawiczki i oczywiście całe pozakrywane twarze (nawet dziurek na oczy nie miały). Głównym środkiem lokomocji w oazie były „osiołkowe taxi”. W samym centrum Siwy wznosi się sztuczne wzgórze starego miasta Shali, które „stopiło” się czasie ulewnych deszczów i ostatecznie opuszczone w latach trzydziestych ubiegłego wieku (było zbudowane z surowca zwanego karshif- muł z duża domieszka soli, która po wyschnięciu stawała się twarda jak skała, ale niestety deszcz ja rozpuszczał).
                Zatrzymaliśmy się w centrum na obiad, oczywiście szerokim łukiem omijając turystyczna restaurację. Po obiadku pojechaliśmy zameldować się w hotelu, który niestety znowu był na uboczu, hotelik mały, słodki z pięknym ogródkiem i basenikiem wokół którego, umiejscowiono bungalowy. Widok słodki ale gaje palmowe tuz za ogrodzeniem, dużo roślin, kwiatów i wody wewnątrz powodowało, że komary były nie do zniesienia, nie pomagało na nie nic, żaden środek na komary, który mieliśmy ze sobą był nieskuteczny, moskitiery w oknach pomagały tylko trochę bo komarów w pokoju i tak było całe mnóstwo, wystarczyło na kilka sekund otworzyć drzwi i już wlatywały całe stada. Pokój był sympatyczny i czysty, ale łazienka to jakaś pomyłka, cieknąca toaleta, zardzewiały prysznic, ale to nic w końcu nie liczyliśmy na specjalne wygody. Wieczorkiem pojechaliśmy jeszcze raz do centrum, żeby siedząc na trawce w miniparku na środku centrum (o dziwo tutaj komarów nie było) wypiliśmy herbatkę i zapaliliśmy sziszę. Tej nocy nie dane nam się było wyspać, skutecznie uniemożliwiały nam to stada komarów i innych małych robaczków mieszkających zapewne na co dzień w ogrodzie.
                • irhana Re: Dzień 6 15.12.10, 00:20
                  Gdy wstaliśmy rano to niebo było całkowicie zachmurzone i było zimno. W czasie śniadania okazało się, że nasz przewodnik źle się czuje, miał wysoka gorączkę i dreszcze i katar. Kazaliśmy mu wypić aspirynę położyć się do łóżka, protestował bardzo, ale po naszych zapewnieniach, że nie ruszymy się bez niego z hotelu i poczekamy aż 3 godzinki pośpi, wreszcie uległ. Gdy tylko zasnął „uciekliśmy” z kierowcą pozwiedzać oazę. Pierwsze kroki skierowaliśmy do starego Shali (tego w centrum, o którym pisałam), ze szczytu rozpościerał się cudny widok na całe miasto, które okolone jest niezliczonymi gajami palmowymi. Niebo nadal było zachmurzone, ale zaczęło się robić już duszno i gorąco wiec postanowiliśmy pojechać zobaczyć Źródło Kleopatry. Gdy tam dojechaliśmy nie było jeszcze turystów. Źródło zlokalizowane jest wśród gęstych gajów palmowych, słynie ono z krystalicznie czystej wody i wydobywających się bąbelków, niestety nie zawsze jest regularnie czyszczone i porasta algami (jak my byliśmy to połowa źródła była w algach). Źródło jest bardzo głębokie, osiąga 10 m głębokości więc bez umiejętności pływania z kąpieli nici. Kobiety mogą się kąpać, ale ubrane, ja w ogóle się nie zdecydowałam (teraz trochę żałuję). Wypiliśmy pyszną kawkę w kawiarence zlokalizowanej obok źródła i pojechaliśmy dalej odkrywać uroku oazy, po drodze do Aghurmi zobaczyliśmy jeszcze Um Ubayd - pozostałości po Świątyni Amona. Aghurmi to ruiny ufortyfikowanego miasta, położonego na zboczu góry, w którym znajduje się legendarna świątynia, w której wyrocznia oznajmiła Aleksandrowi Wielkiemu, ze jest synem Boga co ostatecznie przypieczętowało jego starania o tron Egiptu. Do lat 30 zeszłego wieku w miasteczku mieszkali ludzie, ale po ulewnych deszczach niestety część miasta zawaliła się i ludzie musieli się wyprowadzić. Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy było Gebel Dakrur. Jest to pasmo składające się z trzech szczytów, ze wzgórza rozpościera się piękny widok na oazę. Mieliśmy w planach pojechać jeszcze do Gebel Mawta (Góra Umarłych), która jest usiana wykutymi w niej grobowcami, z których najstarsze pochodzą z V wieku przed nasza erą. Ostatecznie zrezygnowaliśmy i wróciliśmy do hotelu. Poszliśmy odwiedzić naszego przewodnika (który oczywiście dowiedział się, ze pojechaliśmy zwiedzać oazę), powiedzieliśmy mu, że idziemy odpocząć więc może dalej spać i poszliśmy … ale nie do pokoju tylko do recepcji załatwić sobie jakiegoś tuk tuka, bo postanowiliśmy sobie zwiać i wreszcie poczuć wolność i niezależność, bo mimo tego że nasz przewodnik i kierowca byli super facetami to już byliśmy zmęczeni ich ciągłą obecnością, graniczącą z pilnowaniem nas. Po piętnastu minutach podjechała nasza tuk tukowa taryfa i pojechaliśmy do centrum, cos zjeść bo byliśmy już trochę głodni. Niestety to był piątek i wszystkie restauracje , prócz tej turystycznej były zamknięte. Zamówiliśmy jedzonko, potem deserem i kawę. Nagle zaczął dzwonić telefon- to przewodnik (zapewne zaniepokojony naszym zniknięciem). Doszliśmy do wniosku, że nie będziemy odbierać, a co chcemy trochę wolności! Długo się nią nie cieszyliśmy, po pięciu minutach zobaczyliśmy nasz samochodzik, niestety kierowca też nas zauważył. Wysiedli z samochodu, nasz przewodnik miał srogą minę a kierowca zanosił się od śmiechu, śmiał się oczywiście z przewodnika, któremu podobno pierwszy raz zwiali turyści, on się bidula o nas martwił a my się dobrze bawiliśmy. Powiedział nam wtedy, że już nas nie zgubi. Najlepsze było to, że ta nieszczęsna turystyczna restauracja była ostatnim miejscem, w którym nas szukali (pamiętając naszą do niej niechęć). Nasi towarzysze zamówili sobie obiadek a my wybraliśmy się na przejażdżkę „osiołkowym taxi” po centrum oazy. Szybko pożałowałam tej zachcianki, jak zobaczyłam jak woźnica bije biednego osiołka, który nie chciał iść pod górę to zrobiło mi się niedobrze, nakrzyczałam na tego drania i kazałam zawieść się powrotem do centrum (bo Pan postanowił nas obwieść po starym Shali). Jak wysiadłam to było mi słabo i niedobrze, i jestem pewna, ze nigdy więcej!!! Jak w ogóle można tak zwierzę traktować? W planach wycieczki mieliśmy też przejażdżkę na wielkie morze piasku, więc gdy wróciliśmy do restauracji zapytałam, czy możemy tam jechać i tu niestety usłyszałam, ze jest za późno. Żeby jechać na wydmy trzeba mieć pozwolenie wojska, a w związku z tym, że kazaliśmy naszemu przewodnikowi leżeć w łóżku to go nie załatwił. Załatwienie pozwolenia zajmuje ok. 2h więc jakbyśmy je dostali to już byłoby ciemno.
                  Poczułam się wtedy jakby mi ktoś odebrał coś bardzo ważnego, coś po co tu przyjechałam, coś o czym marzyłam od dziecka. W sumie to była po trochę wina nas wszystkich i wszystkim było przykro, ze tak wyszło. Nasz przewodnik wpadł na „genialny” pomysł żeby na wielkie morze piasku iść na nogach, a my szaleńcy przystaliśmy na ta propozycję. Samochodem podjechaliśmy maksymalnie tak daleko jak tylko było można i wyruszyliśmy na kilkukilometrowy „spacerek” , żeby było już całkiem fajnie to nawet wody nie zabraliśmy ze sobą. To co udało mi się zobaczyć w czasie tego spacerku to był tylko przedsmak Wielkiego Morza Piasku, no cóż stwierdziliśmy, że będzie przynajmniej po co tu wrócić. Droga do samochodu wlokła się niemiłosiernie, nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy jak daleko zaszliśmy, w pewnym momencie do naszego przewodnika zadzwoniła żona, rozmowa się przedłużała i przestał przez chwile zwracać na nas uwagę wiec wpadliśmy na szalony pomysł, że znowu mu się zgubimy, odczekaliśmy na odpowiedni moment i schowaliśmy się za nasypem obok ścieżki. Czekaliśmy ok. 10 minut zanim po nas wrócił z przerażona miną, zaczęliśmy się z niego śmiać, że chcieliśmy mu udowodnić, że nie jest w stanie nas upilnować. Potem nam opowiadał, ze tak sobie szedł co jakiś czas zerkając na nas do tyłu i nagle nas nie było, wpadł w delikatna panikę bo myślał, ze serio stało się coś niedobrego.
                  Do samochodu doszliśmy skrajnie zmęczeni, wypiliśmy po dużej butelce wody i pojechaliśmy do hotelu. Pod hotelem pożegnaliśmy naszego szalonego kierowcę wynagradzając go sowitym napiwkiem (następnego dnia opuszczaliśmy Pustynie Zachodnią). Po szybkim prysznicu postanowiliśmy ostatni raz pojechać do centrum, wypic ostatnią pustynna herbatę i zapalić ostatnia sziszę. Zamówiliśmy tuk tuka, którego kierowca okazał się malutki (może 1,4 m a może mniej) sympatyczny i wesoły Berber. Pojechaliśmy z nim do miasta, gdzie zaprosiliśmy go na herbatkę i szisze. Podobno miał 35 lat (wyglądał na o wiele więcej), żonę i piątkę dzieci. W towarzystwie naszego przewodnika i tubylca spędziliśmy ostatni wieczór na pustyni.
                  • irhana Re: Dzień 7 15.12.10, 00:21
                    O siódmej rano przyjechał po nas mikrobus, który miała nas przetransferować do Aleksandrii. Z łezka w oku żegnaliśmy pustynię. W czasie drogi do Marsa Matruh zatrzymaliśmy się jeszcze puścić latawca, pustynia była dla nas łaskawa i na pożegnanie dała nam silny wiatr. Szaleliśmy z latawcem wszyscy przez jakąś godzinkę i pojechaliśmy dalej. Z Siwa do Aleksandrii jest ponad 500 km więc czekała nas bardzo długa droga. Nagle zmienił się klimat z suchego pustynnego na śródziemnomorski, zobaczyliśmy kurorty egipskie nad Morzem Śródziemnym, tak wyglądał koniec naszej pustynnej przygody. Miałam wielki niedosyt , czułam, że ominęło mnie wiele, ze musze jeszcze tam wrócić. Mam piękne wspomnienia, przeżyliśmy wiele cudownych chwil, zobaczyliśmy niezapomniane widoki, ale mimo to mamy niedosyt, chcemy tam wrócić, chcemy wrócić na Saharę i może nam się to uda. W maju chcemy wziąć udział w ekspedycji na Wielkie Morze Piasku, chcemy zobaczyć to czego teraz nie widzieliśmy, chcemy dotrzeć do Wielkiego Kryształu Libijskiego i spędzić dwa tygodnie zmagając się z siłami natury z dala od wszelkich osiedli ludzkich. Trzymajcie kciuki żeby nam się to udało.
                    • kasia_p45 Re: Dzień 7 15.12.10, 08:41
                      Jaacieee.. ale ci zazdroszcze tak cudnej przygody. Bede trzymała kciuki aby udała wam sie ta majowa wyprawa na pustynie. Sama czuje jakis niedosyt jak to wszystko przeczytałam :)) Pewnie było za krótko co?
                      Czekam na dalszy ciąg..
                      Rewelacja i gratuluje odwagi i zdrowia :))
                      • deoand Re: Dzień 7 15.12.10, 10:02
                        No no ... o ile Luksor Aswan czy Abu to i ja tam byłem i mniej wiecej ogladałem prawie to samo i spałem w tym samym hotelu a róznica polega na tym , że przemieszczałem sie klimatyzowanym autokarem to juz wyprawa na pustynie i do Aleksandrii rzuca na kolana .

                        I jak czytam relacje ,to nie tylko mnie ,co nie dziwota ,ale również naszych forumowych egipto- włóczykijów typu janan czy nawet pc .

                          • irhana Re: re :Egipt moimi oczmi. Część II-Pustynia Zach 16.12.10, 08:09
                            Ten wypad na Wielkie Morze Piasku to był zaledwie kilkukilometrowy spacerek, ale przyznam, że po popiasku nie chodzi się najlepiej, pomogły nam w tym pustynne buty, bez których za pewne nawet tych kilku kilometrów byśmy nie przeszli :D

                            A co do oaz w ogóle, to powiem Wam, że teraz już wiem, że wynajmowanie firmy na całą trasę jest bez sensu. Do Charga i Dachla spokojnie można jechać mikrobusem np. z Asjut (tam ich jeździ najwięcej), baza noclegowa i turystyczna w tych ozazach jest dobra, jeździ sie tylko drogami więc samochód z napędem na cztery koła jest zbędny. Na trzy pozostałe oazy już fajnie jest mieć jakąś "terenóweczkę", ale w oazach jest mnóstwo firm zajmujących się wypadami w głąb pustyni, więc wszystko można zorganizować sobie na miejscu. My niestety mielismy troche mało czasu, ale też trochę sie baliśmy tak zupełnie samopas stąd pomysł wynajęcia firmy na cała trasę (następnym razem już bym tego nie zrobiła). Generalnie polecam wszystkim wycieczkę od oazy do oazy, bo jest cudnie, może mniej zabytkowo jak na południu, ale surowe piekno pustyni i uroki oaz to coś niesamowitego. Ja tak się zakochałam w tej części Egiptu, że zaraz po powrocie zaczełam szukać czy ktos organizuje ekspedycje na saharę i znalazłam, mam nadzieję że zbierze się odpowiednia grupa do tego, żeby pojechac na wiosnę, jak przestanie wiać sławetny hamsinek.
                      • irhana Re: Dzień 7 16.12.10, 07:52
                        Nie zazdrość tylko jedź to zobaczyć :D Masz rację tydzień w oazach to o jakieś dwa tygodnie za krótko (przynajmniej dla mnie), ale przynajmniej jest do czego wracać :)
                      • irhana Re: Dzień 7 16.12.10, 08:15
                        No to w drogę :) może córeczce zabawa w piasku spodoba sie bardziej niż rybki :) Widzielismy w oazach kilkoro "małych turystów" , to serio nie jest taka trudna wycieczka a i temperatury jesienią w sumie przyjemne (na południu było bardziej gorąco niż na pustyni), jak dojechalismy do pierwszej oazy to nawet zaskoczył nas miły, chłodny wiaterek wiejacy od czasu do czasu i dający wytchnienie.
                        • deoand Re: Dzień 7 18.12.10, 18:46
                          Kasia ty tam nie kombinuj znowu z tym Egiptem - i tak sama nie pojedziesz ... a jesli juz na pustynie to Tunezja i Sahara -można Maroko - tam tez są miejscowe biura co zawioza ciebie na pustynie maroko4you były pilot wycieczek ci to załatwi bo teraz przeszedł na swoje ... no ale nie w kółko to samo - na litość boską !!!
                          • 78dario Re: Dzień 7 20.12.10, 12:48
                            A może jednak się skusi :-).

                            W Tunezji w Douz pustynia jest piękna, w Wadi RUM w Jordani nie daje o sobie zapomnieć, ale największa piaskownica jest podobno w Namibii - trzeba by to sprawdzić - może Kasia zerknie jak jest naprawdę.

                            Pozdrawiam Dario.
                            • janan2 Re: Dzień 7 20.12.10, 17:58
                              >A może jednak się skusi :-)

                              Wszystko możliwe.Pyta i pyta,ale to nic złego,jak to u kobitek.Pogadać zawsze można,przynajmniej wyobrażnia podpowie resztę.Może ulegnie przemianie i coś więcej zobaczy niż z fakultetami.Nawet samolotem,mercedesem czy w lektyce nie zobaczy tego co samopas.Będzie miała dłuuugie plany z rozjazdami.Trzeba by jej śladami Irhany.Kair i Pustynia Biała.Co najmniej.Do Petry pewno pojedzie,bo tak nakręcona jak tą łajbą po Nilu.No i pustyń w Afryce czy na B.Wschodzie,to tam dużo.No może za wyjątkiem Maroka.Ale to już deo lepiej wie,bo tam jeżdził.Tutaj akurat (aż dziwne) ma wątpliwości do Kasi.Może pojedzie,wybór jest wielki.Nawet w tym Douz,tylko trzeba nieco dalej niż do ostatnich palm i płotków ( z liści palm)przeciwwydmowych.Akurat tam z piaskiem jest tak samo jak teraz u nas ze śniegiem.A na słonym jeziorze(też jakby pustynia)też nieżle siecze solą jak wiatr.Noooo i jest autobus,klima,spanie w luksusach jak fakultet.W Maroku to większość jakby "suche połoniny",więc tam raczej inne wrażenia,bardziej hiszpańskie krajobrazy.Może dalej na południe są pustynie,typowe dla Sahary.Bo tu gdzie turystyka to cieniutko.Ale deoand wie lepiej.Był nie tak dawno.Nawet oglądałem jego fotki,najlepsze to kozy na drzewie.Nie zdradził czy chciał je wydoić,że ze strachu bidule akurat tam uciekły jak ptaszyny, na same wierzchołki rachitycznych drzewek.A Irhana mogła by się zmobilizować nieco.Jest poważna konkurencja w relacjach,choć kierunek inny.Ale bazą wypadową jest zawsze Egipt.
                              • kasia_p45 hmm 20.12.10, 18:56
                                No Was to już chyba Bóg opuścił??
                                Gdzie mam jechac ? Do Namibii?? Noo jeszcze tam mnie nie było.. :P
                                A pytam bo lubie i jestem ciekawa .. Coś z tego zawsze uszczkne dla siebie :))
                                Na rejsie napewno sie przyda opowiadanie Irhany.. a to jeszcze tylko 3 miesiące zostały.
                                Inne wycieczki narazie w planach... tylko troche dalszych. Na wakacje planuje cos innego. Chyba Kreta i lekka zaprawa trekkingowa w Wąwozie Samaria. Ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła. A jak przeżyje ten wąwóz to juz będzie dobrze :))
                                Te kozy na drzewkach w Maroku tez ciekawy obrazek. Chętnie bym to na żywo zobaczyła :))
                                No cóż.. mam tylko nadzieje, że będę długo żyła i zrealizuję choć część swoich marzeń :))
                                • janan2 Re: hmm 20.12.10, 21:15
                                  Sam pisałem o Douz(Tunzja).Lepiej Ci jednak jakiś fakultet z Kairu lub z BP na do oaz i na Białą.Jak na fotkach i opisuje autorka.Sam widzę ,że warto by tam być.A Ty napaliłaś się na Kretę.Córka była,widziałem film i relację też znam.Odpuść sobie.Zdecydowanie więcej jeśli o wąwozy i inne dziwy natury zobaczysz,wybierając za bazę Egipt.Nawet z Tunezji wrócisz zadowolona,jakby co.Tego akurat o Krecie zdecydowanie powiedzieć nie można.Ale każdy lubi to co chce albo musi.Wybór i tak należy do Ciebie.Zdecydowanie za dużo rezygnowałaś z różnych atrakcji,nawet fakultetów jak byłaś w Egipcie.Z tego zawsze niedosyt.
                                  • kasia_p45 Re: hmm 20.12.10, 21:45
                                    Ojojoj.. nie tylko Egiptem czlowiek żyje.. A ja na wiosne przecież tam znów będę.. na Rejsie... nie pamiętasz?. A teraz urlop będę miała na poczatku sierpnia to chyba za ciepło na takie wojaże po pustyni? Fajnie jak sie leży w basenie czy pod palmą nad Morzem Czerwonym..
                                    Już to przerabiałam .. fajnie było. Ale jesli chodzi o pustynie to zdecydowanie chyba lepszy będzie październik?
                                    Spokojnie Janan.. nie gorączkuj sie tak :)).. W tym roku (2011) rejs po Nilu i Kreta (chyba) muszą wystarczyć.. A później zobaczymy co będzie :))
                                    A informacje cały czas trzeba gromadzic bo później jak znalazł :))
                                    • janan2 Re: hmm 20.12.10, 21:57
                                      Pamiętam,pamiętam.Nawet dziś wspomniałem gdzieś pisząc,że się wybierasz.Co mi tu sugerujesz.Jakąś demencję starczą czy inną sklerozę he he.No i poczarowała.Puściłem sam login.Tfuuuu na Twoje uroki i czary.Może giwi zdejmie.A Krety nie polecam.
                                        • janan2 Re: hmm 21.12.10, 16:44
                                          Nie,nie byłem.Nawet nie zamierzam się tam wybierać.Wystarczy mi wiarygodna i od osoby najbliższej informacja i kilkugodzinny film,aby sobie wyrobić zdanie na ten temat.Niepewny kraj i wątpliwe atrakcje.Zresztą ten wątek nie o tym.
                              • irhana Re: Dzień 7 21.12.10, 23:31
                                janan2 napisał:

                                A Irhana mogła by się zmobilizować nieco.Jest poważna konkurencja w relacja
                                > ch,choć kierunek inny.Ale bazą wypadową jest zawsze Egipt.

                                Ech mobilizuje się tylko w ostatnim tygodniu jakos cały czas w rozjazdach i czasu na pisanie nie było, ale już pisze i może jutro skończę (najpóźniej w czwartek).
                                • janan2 Re: Dzień 7 22.12.10, 14:04
                                  No to już nie masz konkurencji.Dario78 wypad.Całkowicie niezrozumiała dla mnie decyzja.Lączy się jak najbardziej z Egiptem,bo wiele osób na fakultety jedzie do Petry.Więc warto wiedzieć od której przynajmniej strony zaczynać,no i co można.Wiadomo.Z fakultetem wielka gonitwa,czasami trzeba coś z doświadczeń indywidualistów.A tutaj poooszłooo! Szkoda.

                                  Jeśli przynajmniej Ty się uchowałaś,no to wreszcie dokończ.Wiem,wiem.Każdy jakoś musi sobie radzić.No tak,żeby na następny wyjazd stykło z kasiorką.Też miałem nieczasowe problemy i rozjazdy.Ale pierwszą rzecz,którą robię po powrocie(jeszcze przed tradycyjną pyskówką ze ślubną) z pracy, czy tam wyjazdu,to zawsze pierwsze zaglądam tutaj.Akurat Twoja wersja jest bardzo interesująca,przynajmniej dla mnie.Coś mi tak chodzi po głowie.Ale chyba zdążysz.Sa święta,czas i może wena przyjdzie.A ten wpis to tak w ramach molestowania o Twoje wrażenia.Interesuje mnie akura środkowa część (z trzech,jak sądzę) pustynie i oazy.Kairem raczej mnie nie zaskoczysz.Pzdr. i życzę świątecznej weny.

                                  • irhana Re: Dzień 7 22.12.10, 14:42
                                    Tez nie rozumiem czemu giwi wycieła wątek Dario ... niech powyciena połowę zapytań o hotele lepiej, bo te kurortowe hotele mają chyba mniej wspólnego z Egiptem niż wyprawa opisana przez Dario.

                                    Pisanie juz skończyłam więc w święta bede mogła poświętować z dala od komputera :) Mam nadzieję, że bedzie to dla Was miła i inspirująca lektura.

                                    pozdrawiam i życzę udanych Świąt :)
                                    • miriam_73 Re: Dzień 7 22.12.10, 15:17
                                      Irhano, to się nazywa "konsekwencja"....
                                      Wątków dotyczacych hoteli się nie tnie mimo, że jest odrębne forum o hotelach. A ciekawy opis, bo "nie o Egipcie" ląduje na Tursytyce na świecie, gdzie po prostu zginie.

                                      Dzięki za opis, zaczęłam tęsknić za Kairem ;-)))) (acz jestem na etapie planowania wypadu do Damaszku, hhihihihihi)
                                      • irhana Re: Dzień 7 22.12.10, 18:18
                                        Co za świat ... a Damaszku już Ci zazdoszczę i mimo, że to dorum o Egipcie, to mam nadzieję, ze przemycisz tutaj przynajmniej linka do wątku z relacją z Damaszku :)

                                        Mnie też juz tęskno za słoneczkiem i też juz planuję tyle, że wiosenną Saharę :)
                                  • 78dario Re: Dzień 7 22.12.10, 19:41
                                    janan2 napisał:

                                    > No to już nie masz konkurencji.Dario78 wypad.Całkowicie niezrozumiała dla mnie
                                    > decyzja.Lączy się jak najbardziej z Egiptem,bo wiele osób na fakultety jedzie d
                                    > o Petry.Więc warto wiedzieć od której przynajmniej strony zaczynać,no i co możn
                                    > a.Wiadomo.Z fakultetem wielka gonitwa,czasami trzeba coś z doświadczeń indywidu
                                    > alistów.A tutaj poooszłooo! Szkoda.


                                    Ale ja jeszcze tu wrócę.

                                    Dario.

                                    Ps. Pierwsze fotki zamieszczone - wiesz gdzie.

                                    Miłego Dnia.
    • irhana Egipt moimi oczmi. Część III - Aleksandria, Kair 22.12.10, 14:29
      Wstęp

      Ostatni tydzień postanowiliśmy spędzić zwiedzając największe egipskie miasta Aleksandrię i Kair. Początkowo ten czas chcieliśmy podzielić po równo, ale nasze plany uległy modyfikacji i w Aleksandrii spędziliśmy tylko dwa dni, na zwiedzanie Kairu zostawiając sobie pięć dni, w czasie, których mięliśmy w planach odwiedzić również Sakarrę, Dahszur i Memfis. W drodze do Aleksandrii udało nam się również zobaczyć muzeum i cmentarz w El Alamein.
      • irhana Dień 1 22.12.10, 14:31
        Po dotarciu do Marsa Matruh i ostatecznym pożegnaniu Pustyni Zachodniej wjechaliśmy na drogę wiodącą wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego. Z okien naszego mikrobusu podziwialiśmy egipskie kurorty, ciągnące się dziesiątkami kilometrów wzdłuż wybrzeża. Morze tego dnia było wzburzone a niebo zaciągnięte chmurami, przez które tylko czasem wyglądało słoneczko. Gdzieś w połowie drogi zatrzymaliśmy się na obiad i krótki odpoczynek. Restauracja, do której trafiliśmy była typowym zajazdem przydrożnym, jakich wiele na całym świecie. Jedzenie dobre, ale już nie tak pyszne, do jakiego przyzwyczailiśmy się przez ostatnie dwa tygodnie. Po jakiejś godzinie ruszyliśmy dalej, udało nam się namówić naszego kierowcę i przewodnika żeby po drodze zjechać do El Alamein. Na miejsce jednej z największych w dziejach bitwy pancernej przybyliśmy chyba ok. trzynastej i pierwsze kroki skierowaliśmy do Muzeum Wojny (20 le, możliwość robienia zdjęć dodatkowo 5le). Część eksponatów znajduje się na zewnątrz, można zobaczyć wozy bojowe, czołgi, działa itp. różnych armii biorących udział w bitwie. Gdy już wszytko zobaczyliśmy i zrobiliśmy kilka pamiątkowych fotek to poszliśmy do gmachu muzeum. W muzeum można zobaczyć mapy i makiety ilustrujące przebieg kampanii wojennej oraz bogate zbiory uzbrojenia i umundurowania wojsk biorących w niej udział. Muzeum zrobiło na mnie ogromne wrażenie, ale ja jestem w tym momencie nieobiektywna, bo bardzo lubię muzea wojskowe z czasów II Wojny Światowej, której historia zawsze mnie interesowała. Możliwość zobaczenia miejsca tak ogromnej bitwy, stanowiącej punkt zwrotny walk w Afryce, była dla mnie bezcenna. Po obejrzeniu wszystkich pamiątek pojechaliśmy na cmentarz aliantów. Równo ułożone groby zajmujące ogromny teren robią wrażenie. Zaczęliśmy spacerować alejkami poszukując grobów polskich żołnierzy, których na cmentarzu jest podobno o ile się nie mylę siedem, niestety nie udało nam się odnaleźć ani jednego, bo niewiele mieliśmy na to czasu a w dodatku zaczął padać deszcz. Żołnierze pilnujący wejścia na cmentarz byli zdziwieni, że jesteśmy z Polski, bo jakoś naszych rodaków ciężko tam spotkać, a szkoda, bo warto na chwilkę zapomnieć o starożytności i zobaczyć pamiątki tej nowszej historii, w której tworzeniu Polacy też uczestniczyli.
        Aleksandria (jak przystało na kilkumilionowe miasto) przywitała nas ogromnymi korkami i hukiem klaksonów. Zatrzymaliśmy się nieopodal centrum nad morzem, pożegnaliśmy naszego przewodnika Hosema, z którym przez te kilka „pustynnych” dni zdążyliśmy się zaprzyjaźnić i ruszyliśmy w poszukiwaniu hotelu z widokiem na morze. Po kilku nieudanych próbach, spowodowanych brakiem miejsc albo zbyt ekstremalnymi jak dla nas warunkami (za wcale nie małe pieniądze) postanowiliśmy zaufać naszemu papierowemu przewodnikowi i pojechać do samego centrum, w sumie było niedaleko, ale ciężkie plecaki i zmęczenie całodzienną podróżą skutecznie zniechęcało nas do spaceru. Zatrzymaliśmy taxi, wpakowaliśmy nasze bagaże i pojechaliśmy do Holiday Hotel (nie mylić z Holiday Inn). Hotel zlokalizowany jest niedaleko Pomnika Nieznanego Żołnierza i w bardzo bliskim sąsiedztwie bazaru. Hotel bardzo skromny, malutka recepcja, ale z miła obsługą. Zdecydowaliśmy się zarezerwować pokój na dwie noce, wsiedliśmy do windy, jadąc na górę nagle zobaczyłam karalucha, nie był to miły widok. Pełni obaw o to, co zastaniemy w pokoju otwarliśmy drzwi, pokój okazał się małym apartamencikiem z salonikiem, sypialnią i śmieszną łazienką (takim szklanym kontenerem ustawionym w sypialni). Na szczęście było czysto, ale ja i tak wywróciłam do góry nogami pokój w poszukiwaniu jakiegoś „życia”, którego uffff nie znalazłam. Okna pokoju wychodziły na suk, który prawie cała dobę tętnił życiem, było to dla nas o tyle trudne, że przyzwyczailiśmy się do spokoju i ciszy pustyni. W czasie rozpakowywania się mieliśmy niemiłą niespodziankę, okazało się, że nie ma naszego netbooka, na którym mieliśmy zrzucone ok. 2000 zdjęć z podróży. To było totalne załamanie, jak już się trochę otrzęśliśmy i zaczęliśmy logicznie myśleć zadzwoniliśmy do naszego przewodnika i okazało się, że netbooka zostawiliśmy na siedzeniu mikrobusu ( a tak go pilnowaliśmy przez dwa tygodnie). Kierowca zgodził się przywieść nam naszą zgubę dnia następnego, trochę nas to kosztowało, ale cena nie była istotna, bo zdjęcia były bezcenne. Okazało się, że to nie koniec naszych zgub, zniknęły też moje pustynne buty, zostawiłam je w bagażniku taxi, którym jechaliśmy do hotelu (trochę było mi ich szkoda, bo je lubiłam, ale tak to już bywa, na wiosenną wyprawę będę musiała kupić nowe). Gdy już się rozpakowaliśmy i uspokoiliśmy to wybraliśmy się na spacer nad morze. Wzdłuż wybrzeża wiedzie główna ulica Aleksandrii oddzielająca miasto od morza i promenady. Przejście przez ruchliwą, kilkupasmową ulicę trochę trwało, bo musieliśmy się psychicznie na to przygotować, co prawda już na południu ćwiczyliśmy sztukę poruszania się miedzy samochodami, ale spokojnego południa nie da się porównać do „pędzącej” Aleksandrii. Po jakimś czasie znaleźliśmy się na promenadzie, spacerując wzdłuż wybrzeża przyglądaliśmy się zachowaniom i zwyczajom aleksandryjczyków. Niewątpliwe zachowania ludzi tutaj różnią się bardzo od zachowań ludzi południa (nie wspominając o ludziach pustyni). Wyraźnie widać rozluźnienie obyczajów (jak na muzułmańskie warunki oczywiście), wiele kobiet nie nosi chust, są ładnie umalowane i modnie ubrane. Można spotkać wiele par spacerujących trzymając się za ręce czy przytulonych do siebie. Na promenadę przychodzi wiele grupek chłopców i dziewczyn, których główną zabawą jest podrywanie płci przeciwnej, chłopcy maja jakąś taką dziwną manierę „syczenia” na przechodzące dziewczyny a one albo się uśmiechają albo rzucają piorunami z oczu. Po godzinnym spacerku poszliśmy na kawę (znowu trzeba było pokonać ulicę), weszliśmy do jakiejś miłej kawiarenki, poprosiłam o dobrą egipską herbatę, która się okazała liptonem wysypanym z torebki, no cóż wypiłam co dali, mój ukochany zamówił kawę, która podobno była dobra. Był już wieczór a my od południa nic nie jedliśmy więc poszliśmy na suk obok naszego hotelu cos zjeść, weszliśmy do pierwszej lepszej egipskiej restauracji, w której były wolne stoliki i zamówiliśmy jedzonko. Czekając na podanie zamówienia zaczęliśmy rozglądać się po restauracji i coraz mniej nam się podobało, a jak zobaczyliśmy upadające mięso na podłogę podniesione przez kogoś z obsługi i wyniesione do kuchni to odniechciało nam się jeść. To, co nam przynieśli na talerzach mimo wszystko nawet dobrze wyglądało, ale po pierwszym kęsie kofty prawie zwymiotowałam, bo poczułam w niej piasek i nie wiadomo, co jeszcze (pewno to było to mięso, które upadło na podłogę), w tej sytuacji już niczego nie tknęliśmy. Po zapłaceniu rachunku (z dużym rabatem za niejadalne potrawy) szybko stamtąd wyszliśmy i nadal głodni (z nadzieja, ze naszym żołądkom nic nie będzie po tym kęsie mięsa) poszliśmy do hotelu. Jak widać Aleksandria miło nas nie przywitała, a w dodatku ja się rozchorowałam, niestety zmiana klimatu z pustynnego na wilgotny śródziemnomorski przyprawiła mnie o mocne przeziębienie i zapalenie oskrzeli (a przynajmniej jego początki).
        • irhana Dzień 2 22.12.10, 14:32
          Wstaliśmy dosyć wcześnie rano, bo ruch na ulicy niestety nie dawał nam dłużej pospać. Śniadanie w hotelu było bardzo skromne, jakieś bułki, dżem, miód, serek dodatkowo zamówione i płatne jajka i tyle. Po śniadaniu postanowiliśmy pojechać do Królewskich Ogrodów Montaza. Ogrody zajmują ogromną powierzchnię i są ostoja ciszy, i spokoju. Spacer alejkami wśród kwiatów i palm był tym, czego potrzebowaliśmy, na terenie ogrodu znajduje się też przepiękny Pałac Montaza zbudowany przez ostatniego władcę Egiptu u schyłku XIX wieku. Chcieliśmy trafić też na plażę Montaza, ale mimo ciągłej bliskości morza nie mogliśmy trafić na jakieś zejście na plażę, złapaliśmy taxi i poprosiliśmy o zawiezienie na podobno najpiękniejszą w Aleksandrii plażę Montanaza. Plaża to malutka zatoczka osłonięta skałami, tworzącymi naturalne wrota na pełne morze, na plaży nie było zbyt wielu gości, dostaliśmy swój stolik i krzesełka, zamówiliśmy coś do picia i mogliśmy się delektować szumem morskich fal. Miejsce urokliwe, ale nie zachwyca, ja jednak o wiele bardziej wolę plaże na otwartym morzu, po których można godzinami spacerować. Na pływanie się nie zdecydowaliśmy, bo woda o tej porze roku już nie jest ciepła, poza tym ja byłam chora i nie chciałam przeginać. Siedzieliśmy sobie na tej plaży jakieś dwie może trzy godzinki, w czasie, których mogliśmy obserwować kapiące się Egipcjanki. Wchodziły do wody w tych swoich długich szatach i brodziły (ciekawe ile Egipcjanek potrafi pływać?). Pogoda tego dnia była piękna i słoneczna, ale wiał dosyć mocny chłodny wiatr, a te Egipcjanki wychodziły całe mokre i zamiast się przebrać to siedziały takie przemoczone w tym wietrze, ja to bym chyba zapalenia płuc od razu dostała. Z plaży pojechaliśmy na drugi koniec miasta do Cytadeli Qajtbeja wybudowanej w XV w na gruzach Latarni z Faros (jednego ze starożytnych cudów świata). Niestety zbliżała się już godzina szesnasta i nie mogliśmy wejść do środka. Musieliśmy zadowolić się widokiem twierdzy z zewnątrz. Długo tam nie zabawiliśmy, bo zrobiło się już trochę chłodno, wróciliśmy, więc do hotelu przebrać się w coś cieplejszego. Na obiad pojechaliśmy do studenckiej restauracji zlokalizowanej nieopodal Biblioteki Aleksandryjskiej (nasz papierowy przewodnik polecał to miejsce jako tanie i smaczne), jedzenie okazało się faktycznie i tanie i dobre. Przez restaurację przewalały się tłumy głodnych studentów. Z pełnymi brzuszkami poszliśmy spacerkiem pod bibliotekę, do środka już nie mogliśmy wejść ze względu na późną porę, usiedliśmy, więc na chwilkę na ławce w kształcie książki i poszliśmy do pobliskiej kawiarni. Pierwszy raz od dwóch tygodni poczuliśmy się po europejsku siedząc we włoskiej kawiarni, popijając pyszną kawę i jedząc lody. Była dopiero dwudziesta, więc wyciągnęłam mojego ukochanego na zakupy do centrum handlowego, chciałam sobie kupić jakieś buty, żeby nie marznąć po powrocie do Polski. Butów nie kupiłam, bo nie znalazłam ani jednego dobrego sklepu sportowego, ale przynajmniej zobaczyłam, że tak samo jak u nas panowie znudzeni i z cierpiącymi minami czekali aż ich żony wyjdą wreszcie ze sklepu. W centrum handlowym był taki tłok, że sama z chęcią z niego wyszłam. Tego wieczoru już nie mieliśmy ochoty na nic więcej, więc spacerkiem wróciliśmy do hotelu i położyliśmy się spać z postanowieniem, że nazajutrz opuszczamy Aleksandrię. Możliwe, że teraz spadną na mnie gromy i zostanę posadzona o nasza polską narzekającą naturę, ale napisze to: dla mnie Aleksandria to wielki brudny, ciasny moloch z ciągle zakorkowanymi ulicami, nie mam pojęcia co ludzi w niej tak zachwyca, bo mnie nie zachwyciło tam prawie nic i cieszyłam się, że z niej wyjeżdżam. Może mam tak złe zdanie, bo oczekiwałam czegoś zupełnie innego, jak się czyta relacje i te wszystkie ochy i achy, że to takie nowoczesne, piękne i kosmopolityczne miasto, z cudnymi plażami, przemiłą atmosferą to człowiekowi zaczyna się wydawać, że zobaczy coś na wzór Nowego Yorku Afryki. Gdybym przynajmniej trafiła na piękną piaszczysta plażę, to może moje zdanie byłoby inne, niestety większość plaż w Aleksandrii jest prywatna i ogrodzona, więc nie można spacerować swobodnie wzdłuż brzegu morza. Publiczne plaże są pełne śmieci i paskudne. Hotele o wiele za drogie w stosunku do standardu, jaki oferują, taxi to same stare Dacie bez klimatyzacji i z niedomykającymi się szybami. Może i można zachwycić się Aleksandrią, ale my niestety tego zachwytu w sobie nie odnaleźliśmy.
          • irhana Dzień 3 22.12.10, 14:32
            Po śniadaniu, spakowaliśmy się i pojechaliśmy na dworzec kolejowy, kupiliśmy bilety (35 le)
            Do Kairu i na szczęście nie czekając wsiedliśmy do pociągu, bo już stał na peronie. Po przejechaniu kilku kilometrów nasz pociąg nagle się zatrzymał, a po chwili zaczął się wycofywać, trwało to trochę czasu. Okazało się, ze maszynista nie zatrzymał się na ważnej stacji, na której czekało mnóstwo ludzi chcących jechać do Kairu. Droga do Kairu minęła nam szybko i na miejscu byliśmy ok. czternastej. Szybko zapakowaliśmy się do taxi i pojechaliśmy na plac Al Hussein, znajdujący się w starej części Kairu muzułmańskiego. Chyba wszyscy, którzy byli w Kairze, nawet na 1-dniowym fakultecie znają ten plac, bo właśnie tam zatrzymują się wycieczki odwiedzające najsłynniejszy suk Chan El- Chalili. Przyjechaliśmy na Al Hussein, bo ja się uparłam, ze chcę mieszkać w hotelu o tej samej nazwie. Pamiętam jak pierwszy raz byłam z wycieczką w Kairze to tak sobie zamarzyłam, że kiedyś jak przyjadę tutaj sama to zamieszkam właśnie w tym hotelu, nie wiedziałam wtedy, jaki ma standard i uroki ten hotel (teraz już wiem). Wejście do hotelu zlokalizowane jest od strony bazaru, co wydało mi się jeszcze bardziej urokliwe. Dostaliśmy pokój na czwartym piętrze (oczywiście z balkonem i widokiem na plac), i to by było na tyle pozytywnych stron hotelu. Weszliśmy do pokoju i niestety to, co zobaczyliśmy niezbyt nas zachwyciło, no, ale przecież za taką cenę nie liczyliśmy na jakieś luksusy, a widok z balkonu był przecudny. Pokój, mimo, że zniszczony to wydawał się w miarę czysty, niestety prawdziwy dramat zaczął się po wejściu do łazienki. Przez cały pobyt widziałam różne, jedne bardziej inne mniej zniszczone, ale to, co zobaczyłam tam nie mieściło się w moim wyobrażeniu o miejscu gdzie mogę umyć coś więcej poza zębami (a i to niechętnie). Nawet nie będę opisywała dokładnie tego, co tam zobaczyłam, po prostu syf, brud, rdza, rozwalona muszla klozetowa, wanna cała poobijana, brudna i w rdzawym kolorze, ściany wypaprane nawet nie chcę wiedzieć, czym, cieknący kran i ogólny syf. Usiedliśmy na łóżku i zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej, koniec końcem doszliśmy do wniosku, że jedną noc jakoś przeżyjemy. Mimo wszystko bardzo pozytywnie nastawieni i w świetnych humorach zeszliśmy na plac na późny obiad i kawę. Ledwie wyszliśmy z hotelu i już nas „napadło” dziesiątki sprzedawców pamiątek, a na placu restauracyjni naganiacze. Wybraliśmy jedną z restauracyjek i zamówiliśmy obiad. Po obiedzie siedząc przy kawce i obserwując ludzi przewijających się przez plac wpadliśmy na pomysł, żeby znaleźć taxi i pojechać na wieczorną wycieczkę po mieście- tak też zrobiliśmy. Jeździliśmy kilka godzin i byliśmy chyba wszędzie poznając topografie Kairu i Gizy. Gdy wróciliśmy było już przed północą, więc czas najwyższy spać. Niestety ze spania nic nie wyszło z różnych powodów. Po pierwsze jak ściągaliśmy narzuty z łóżek to okazało się, ze pościel jest brudna, po drugie nie było czystych ręczników a tego, co wisiał w łazience w ogóle bałam się dotknąć, choćby po to żeby go wyrzucić, a po trzecie i najlepsze jak ustał ruch turystyczny na placu to zaczęła się „egipska impreza”. A nie napisałam jeszcze o tym, że na drugi dzień miało być wielkie muzułmańskie święto Wielki Bajram- święto ofiar i Egipcjanie tłumnie zjechali na to święto do swoich rodzin w Kairze. Jest to święto ustanowione przez Mahometa na cześć ofiary Abrahama i przypada zawsze w okresie pielgrzymek do Mekki. Połączone jest ono z bardzo krwawą tradycją, ulice w czasie święta spływają krwią zabijanych zwierząt (owiec, baranów, krów itp.). Jak jeździliśmy taxi po mieście to widzieliśmy setki stad zwierząt czekających na rzeź- smutny widok. Wracając do imprezy na placu- Egipcjanie bawią się bardzo bardzo głośno, krzyczą, śmieją się, grają na instrumentach i śpiewają. Bawili się tak całą noc, byli niezmordowani i skończyli się bawić dopiero jak Muezin zaczął wzywać na poranną modlitwę, wtedy śpiewy ucichły i wszyscy poszli się modlić. Jeszcze w nocy zaczęliśmy szukać innego hotelu, w nadziei, że jeszcze tej nocy wyniesiemy się w jakieś bardziej spokojne miejsce, zadzwoniliśmy do kilkunastu i wszędzie usłyszeliśmy, że nie ma wolnych miejsc. Około drugiej w nocy już nie mieliśmy siły dalej szukać, zmęczenie zaczęło nas pokonywać, jakimś cudem znaleźliśmy wreszcie na jakimś portalu rezerwacyjnym wolne pokoje w hotelu Concorde Dokki, bez wahania zarezerwowaliśmy tam kolejnych pięć nocy w nadziei, że za o wiele wyższą cenę dostaniemy też o wiele lepsza jakość i chwilkę ciszy. Szczęśliwi, ze od następnej nocy mamy inny hotel staraliśmy się zasnąć, udało się to dopiero po świcie, jak już ucichli Egipcjanie a turyści jeszcze nie nadjechali.
            • irhana Dzień 4 22.12.10, 14:33
              Po ok. trzech godzinach snu wstaliśmy, toaletę ograniczyliśmy do umycia zębów (ta wieczorna była podobna), niewyspani, marząc o prysznicu spakowaliśmy się i zeszliśmy już z bagażami na plac, bo w hotelu jakoś nie mieliśmy ochoty jeść śniadania w obawie, że śniadanie będzie takie samo jak hotel, czyli nieświeże i niejadalne. Na placu oczywiście dopadli nas naganiacze, nie zwracając na nich uwagi weszliśmy do pierwszej lepszej, zamówiliśmy kawę i coś do jedzenia. Mieliśmy, co najmniej 2h czasu, bo doba hotelowa w nowym hotelu zaczynała się o 12:00. Zaopatrzyliśmy się również w mapę Kairu, żeby sprawniej poruszać się po mieście. Około południa dotarliśmy do hotelu, który okazał się bardzo ładny i miły, dla zyskania pewności, ze zaznamy odrobinę komfortu zarezerwowaliśmy superior room. Hotel zajmował kilka pięter kamienicy, więc nasze 3 piętro było na poziomie jakiegoś 10 pietra kamienicy naprzeciwko. Pokój przestronny z wygodnymi łóżkami i świeżą czystą pościelą, dodatkowo w pokoju mała sofa i stolik. Łazienka nowa, czysta z wanna i prysznicem. Okna wychodziły na ulicę Tahrir, ale ruchu ulicznego prawie nie było słychać. Jak na trzy egipskie gwiazdki był bardzo komfortowy i miły. Dzielnica Dokki, w której się znajdował to chyba najlepsza baza wypadowa do zwiedzania miasta, przysłowiowe dwa kroki od Nilu, dla bardziej wymagających w pobliżu znajdują się dwa dobre hotele Sheraton i Pyramisa. Spacerkiem można też dojść do Opery i Wieży Kairskiej. Kilkadziesiąt metrów od hotelu jest także stacja metra.
              Po długim prysznicu, który postawił nas na nogi postanowiliśmy odwiedzić dzielnice koptyjską, do której pojechaliśmy metrem. Ze stacji Dokki, z przesiadką w Sadat dojechaliśmy do stacji Mar Girgis, zlokalizowanej obok Muzeum Koptyjskiego (50/ 25 le). Zanim weszliśmy do muzeum zobaczyliśmy ruiny twierdzy Babilon, które obecnie zlokalizowane są głęboko pod poziomem ulicy, niewiele niestety z nich zostało. Na terenie muzeum niestety nie wolno używać aparatów fotograficznych, które zostają w schowku przy wejściu. Muzeum zostało niedawno odnowione, więc zwiedzanie to przyjemność. W muzeum znajduje się największa na świecie kolekcja o tematyce chrześcijańskiej. Po wyjściu z muzeum poszliśmy na krótki spacer uliczkami Starego Kairu podziwiając już z zewnątrz zabytki dzielnicy. Obiad zjedliśmy w jednej z restauracji zlokalizowanej niedaleko muzeum (już się nauczyliśmy, że na północy lepiej jednak jadać w miejscach turystycznych). Gdy wróciliśmy do hotelu było już ciemno, szybko przebraliśmy się w coś cieplejszego i pojechaliśmy białym taxi pod piramidy (25 le), bo chcieliśmy zobaczyć spektakl Światło i Dźwięk. Stojąc przed wejściem i czekając na jego otwarcie poznaliśmy kilka młodych mieszkanek Kairu, które przyszły z rodzicami na spektakl. Podeszły do nas i zaczęły zagadywać testując swoją znajomość języków obcych. Po chwili rozmowy poprosiły czy mogą sobie zrobić ze mną zdjęcie, oczywiście się zgodziłam. Bramę otwarto i wreszcie mogliśmy wejść i zająć miejsca na ławeczkach przed Sfinksem, po drodze pobraliśmy jeszcze słuchawki z tłumaczeniem spektaklu na język polski. Spektakl mnie zachwycił, był o wiele lepszy od tego, który widziałam w Karnaku. Po spektaklu złapaliśmy jakieś taxi (białe), które w druga stronę już trochę więcej kosztowało i wróciliśmy do hotelu. Tej nocy szybko zapadliśmy w błogi sen, którego nic nie zakłócało.
              • irhana Dzień 5 22.12.10, 14:33
                Wstaliśmy wcześnie rano (znaczy ok. 7:00) i po szybkim śniadanku (szwedzki stół, jedzenie w stylu kontynentalnym) pojechaliśmy do Kairu Muzułmańskiego. Wysiedliśmy obok Meczetu Al Azahr, który poszliśmy zwiedzić. Jest to największy meczet w Egipcie, na terenie, którego znajduje się również jeden z najstarszych i nadal funkcjonujących uniwersytetów na świecie założony w 970 roku. Do zwiedzania meczetów byłam przygotowana, długie spodnie, bluzka z długim rękawem i egipska chusta na głowie zakrywająca włosy. Tak ubrana nie miałam problemu z wejściem na teren meczetu. W środku znajduje się przepiękny dziedziniec, przez który przechodzi się do sali modlitw. To, co mi się podoba w meczetach to ich prostota, nie ma tam nadmiernego przepychu tak charakterystycznego dla naszych kościołów, nic nie rozprasza wiernych w modlitwie. Z Meczetu Al. Azahr poszliśmy na plac Al Husseina na kawę. Dalsza część naszej wycieczki wiodła wzdłuż Al Muizz Li DinAllah, jest to główny trakt wiodący od placu Al. Husseina do Bab Al Futuh - starej bramy miasta. Wzdłuż tej ulicy zlokalizowane są perełki architektury islamskiej. Do niektórych meczetów wchodziliśmy inne oglądaliśmy tylko z zewnątrz. Warto wejść do meczetu i mauzoleum Sułtana Al Mansura Kalwuna zbudowanego w XIV wieku następnie do meczetu Al. Nasira i meczetu Al Hakima. Jest tam o wiele więcej ciekawych miejsc, więc w miarę wolnego czasu można tak spacerować i zwiedzać okolice pewno kilka dni. Na wejście do meczetu Al Hakima musieliśmy chwile poczekać, bo akurat trwała modlitwa, czekanie umilało nam oglądanie meczu piłkarskiego w wydaniu młodych Egipcjan, którzy pod meczetem postanowili sobie pograć. Gdy już doszliśmy do końca ulicy wsiedliśmy do taxi i pojechaliśmy do Parku Al Azahr (7 le), jest to ostoja zieleni i spokoju w środku miasta. Przepiękny park umiejscowiony na wzgórzu, do którego warto przyjechać odpocząć chwilkę od zgiełku ulicy- tak jest w teorii, ale praktyka pokazała coś innego. Park przecudny i byłby ostoją gdyby nie wolne świąteczne dni, a jak to bywa w święto, każdy szuka kawałka zieleni dla siebie. W parku tysiące Egipcjan urządzało sobie pikniki, prawie w ogóle nie było wolnej przestrzeni, wszędzie ludzie, alejkami trzeba było się wręcz przeciskać. W obliczu takich tłumów postanowiliśmy pójść do restauracji zlokalizowanej na samym szczycie, z pięknym tarasem, z którego rozpościerał się widok na cały Kair z jednej strony, a z drugiej na Cytadelę. W restauracji prawie w ogóle nie było ludzi, których skutecznie odstraszał chyba koszt stołowania się w niej. Na obiad trzeba było wydać, co najmniej 100 le na osobę (obowiązkowy koszt szwedzkiego stołu- ale podobno nie zawsze tak jest + dodatkowe wydatki np. na napoje). Zjedliśmy pyszny obiad wpatrując się w panoramę miasta i pojechaliśmy dalej, kolejnym przystankiem była Cytadela Saladyna (50/25 le). Do największych atrakcji na terenie Cytadeli należy meczet Mohammada Alego zwany także Meczetem Alabastrowym. Na dziedzińcu znajduje się piękna fontanna służąca ablucjom i zegar słoneczny podarowany przez króla Francji Ludwika Filipa I w zamian za obelisk Ramzesa II ze Świątyni Luksorskiej. Meczet Alabastrowy robi wielkie wrażenie, szczególnie jego bogato zdobiony strop, który najlepiej podziwiać kładąc się na plecach. Nieopodal Meczetu Alabastrowego znajduje się Meczet Sułtana Al Nasira Mohammada z pięknymi minaretami pokrytymi masą szklaną. Na terenie Cytadeli znajduje się jeszcze kilka atrakcji (Pałac klejnotów, Studnia Saladyna, muzea Policji, Przejętych Zabytków, Wojskowości, Meczet Sulejmana Paszy), których niestety nie zobaczyliśmy, bo zbliżała się już godzina zamknięcia i ochrona prosiła o opuszczenie kompleksu. Z Cytadeli pojechaliśmy jeszcze do Meczetu Sułtana Hassana, ale okazało się, ze nie możemy do niego wejść, bo już jest zamknięty, tak samo jak meczet Ibn Tuluna, w tej sytuacji postanowiliśmy zobaczyć Misto Umarłych (zanim zapadnie zmrok). Pan taksówkarz zgodził się na taką wycieczkę, miasto umarłych znajduje się nieopodal, więc po chwili wjechaliśmy do niego. Przejechaliśmy główną ulicą z zaciekawieniem przyglądając się zabytkowym grobowcom. Na ulicy nie było zbyt wielu ludzi, gdzie niegdzie stały zaparkowane całkiem niezłe jak na to miejsce samochody. Dojechaliśmy do Mauzoleum Imama El Shafi w centralnej części miasta, ale nie zdecydowaliśmy się na wyjście z samochodu żeby je zobaczyć, bo zapadał już zmrok. Z Miasta umarłych pojechaliśmy do hotelu, ale jeszcze nie mieliśmy dosyć, więc po krótkim odpoczynku pojechaliśmy do Wieży Kairskiej. Po zakupieniu biletów (70 le) ustawiliśmy się w gigantycznej kolejce do windy. W kolejce sami Egipcjanie, którzy tłumnie przybyli zobaczyć panoramę swojego miasta. W kolejce zawarliśmy kilka ciekawych znajomości, dowiedzieliśmy się też, ze w związku ze świętem Egipcjanie mają bardzo duże zniżki na wstępy do zabytków i innych obiektów, dlatego wszystkich stać na odwiedzanie miejsc, które, na co dzień są dla nich niejednokrotnie za drogie. Po kilkunastu minutach stania w kolejce zobaczyliśmy jak turyści omijają kolejkę i są wpuszczani do windy poza kolejnością. Winda jest jedna, więc wstrzymywało to kolejkę. Zastanawialiśmy się czy nie skorzystać z „przywileju bycia turystą), ale doszliśmy do wniosku, że przecież jesteśmy na wakacjach, mamy czas i nie chcemy pokazywać, że jesteśmy „jacyś lepsi”. Po godzinie świetnej zabawy w kolejce (już chyba wszyscy wiedzieli skąd jesteśmy, co widzieliśmy i za co kochamy Egipt) i zawarciu wielu znajomości, nagle dojrzał nas ochraniarz i chciał nas z tej kolejki wyciągnąć, żebyśmy poza kolejnością pojechali na górę- nie udało mu się to, powiedzieliśmy, ze stoimy jak wszyscy już od godziny i możemy postać kolejne pół. Z prędkością światła (a raczej z prędkością dzieciaków) cała kolejka dowiedziała się, że wolimy z nimi stać i wszyscy zaczęli nam bić brawo (chyba zrobiliśmy dobra reklamę Polskom i zyskaliśmy szacunek tłumu). Po ok. półtorej może dwóch godzinach wreszcie wyjechaliśmy na wierzę podziwiać widoki Kairu nocą, przeszliśmy dookoła i zeszliśmy dwa piętra niżej do obrotowej restauracji na bardzo późna kolację. W restauracji spędziliśmy jakąś godzinkę podziwiając panoramę miasta. Po wyjściu z wieży poszliśmy spacerkiem do hotelu. Była już prawie północ jak dotarliśmy do swojego pokoju i zmęczeni poszliśmy spać.

                • irhana Dzień 6 22.12.10, 14:34
                  Tego dnia wstaliśmy o szóstej rano, bo o siódmej miał podjechać pod nasz hotel załatwiony przez naszego przewodnika z oaz samochód terenowy, którym mieliśmy pojechać do Sakkary, Dahszur, Memphis i na wydmy Ar Rammak. Samochód podjechał punktualnie, pierwszym naszym przystankiem była Sakkara. Po kupieniu biletów (60/30 le) pojechaliśmy najpierw zobaczyć najstarszą na świecie piramidę wzniesioną przez architekta Imhotepa dla Faraona Dżesera. Tego poranka niebo było zachmurzone i wiał nieznośnie zimny wiatr, a my niestety ubraliśmy się zbyt lekko licząc na kolejny upalny dzień i trochę zmarzliśmy pod piramidą. W pobliżu znajduje się jeszcze kilka mniejszych piramid i muzeum Imhotepa, którego nie zobaczyliśmy, bo najnormalniej w świecie nam się nie chciało, byliśmy niewyspani, zmarznięci i marzyliśmy o kawie. Z Sakkary pojechaliśmy do Dahszur żeby zobaczyć piramidę czerwoną i piramidę łamaną. Obydwie piramidy znajdują się na wzgórzu i dzieli je od siebie jakiś kilometrowy spacerek. Zatrzymaliśmy się na dole przy posterunku policji i kasach biletowych, kupiliśmy bilety (30/15 le) i nie pojechaliśmy dalej. Okazało się, że nasz samochód się popsuł i odmówił dalszej drogi a do pierwszej piramidy było jakieś 3,5 km drogą wiodącą na wzgórze. Po 15 minutach czekania (kierowca starał się naprawić samochód) postanowiliśmy pójść na nogach. Zrobiło się już cieplej, ale nie upalnie, więc spacerek był bardzo miły i w sumie cieszyliśmy się z tego zepsutego samochodu. Naszym oczom pomału odkrywał się piękny widok, najpierw na Piramidę Czerwoną, wzniesioną przez Faraona Snofru, ojca sławnego Cheopsa. Snofru wybudował dwie piramidy, najpierw łamaną a dopiero później czerwoną, ta druga była pierwszą prawdziwą piramidą z płaskimi, niemającymi stopni ścianami, w tej piramidzie prawdopodobnie ostatecznie spoczął Snofru. Idąc tak spacerkiem podziwialiśmy widoki dookoła, coraz dokładniej widząc piramidy, gdy już byliśmy na samym szczycie nadjechał nasz naprawiony samochód. Obejrzeliśmy Czerwoną Piramidę z bliska, nie zdecydowaliśmy się na wejście do niej, bo żeby to zrobić trzeba pokonać wysokie schody, na wysokość ok. 30 m , a później przeciskać się wąskim dusznym otworem w głąb piramidy. W przewodniku przeczytaliśmy, że wewnątrz panuje straszna duchota i smród kału nietoperzy, które licznie zamieszkują piramidę. Co ciekawe Piramida Czerwona przez okolicznych mieszkańców nazywana jest el- haram- el- watwat czyli Piramida Nietoperzy. Zrobiliśmy kilka zdjęć i pojechaliśmy malowniczą ścieżką wiodącą szczytem wzniesienia do Piramidy Łamanej, gdzie nie zabawiliśmy długo i po zrobieniu kilku zdjęć pojechaliśmy dalej. Kolejnym przystankiem było Memphis starożytna stolica Dolnego i Górnego Egiptu. Dzisiaj niewiele pozostało po dawnej świetności miasta. W miejscowości Mit Rahina znajduje się muzeum na wolnym powietrzu (35 le) , w którym można podziwiać to, co pozostało z dawnego Memphis. Mimo, że nie jest tego dużo to warto tam pojechać i zobaczyć, szczególnie robiący ogromne wrażenie posąg Ramzesa II.
                  Na wydmy Ar Rammak nie pojechaliśmy w obawie o stan techniczny samochodu, kierowca, co prawda zapewniał, ze wszystko jest, ale jakoś nie chcieliśmy ryzykować nocy w piasku bez przygotowania, gdyby jednak znowu się popsuł. Było z tym trochę zgrzytu, bo kierowca bardzo chciał jechać (i oczywiście zarobić), ale ostatecznie postawiliśmy na swoim i wróciliśmy do hotelu, gdzie okazało się, że nie ma wody. Wody nie miała podobno cała dzielnica, jakaś duża awaria głównej pompy pozbawiła wody tysiące osób. Było wczesne popołudnie a my nie mieliśmy planów na dalszą część dnia, a jak nie ma konkretnych planów to najlepszym wyjściem jest pojechać do kompleksu grobowego w Gizie (60/40 le), tak też zrobiliśmy. Taxi zawiozło nas pod kasy, nieopodal Sfinksa. Pierwsze swoje kroki skierowaliśmy do dolnej świątyni, obok której od tysięcy lat majestatycznie stoi Sfinks pilnując spokoju Faraonów spoczywających na wzgórzu. Kolejnym celem była Piramida Cheopsa, majestatycznie wznosząca się po prawej stronie drogi, podeszliśmy do niej na chwilkę i ruszyliśmy dalej do stojącej po lewej stronie drogi Piramidy Chefrena, byliśmy już trochę zmęczeni, bo tego dnia nachodziliśmy się sporo pod górę, więc usiedliśmy na jakimś głazie obok drogi i wpatrując się w piramidę odpoczywaliśmy dłuższą chwilę. W planie mieliśmy dostać się jakoś na miejsce widokowe, znajdujące się na szczycie wzgórza, skąd rozpościera się piękny widok na wszystkie piramidy. Było już popołudniu i słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, wiedzieliśmy, że na nogach nie damy rady tam dojść w tak krótkim czasie, jaki nam pozostał do zamknięcia kompleksu. Dorożką też nie chcieliśmy tam jechać, bo po całym dniu pracy było widać jak bardzo koniki są zmęczone, a ja dodatkowo pamiętałam nadal biednego osiołka z Siwy, tak siedzieliśmy zastanawiając się, co tu zrobić i wtedy zatrzymało się obok nas czarne taxi. Kierowca zapytał czy aby nie chcemy jechać na plac widokowy (oczywiście chcieliśmy), usłyszeliśmy jego cenę i doszliśmy do wniosku, że aż tak to my się naciągnąć nie damy i nie zapłacimy 200 le za podwiezienie nas 2 km. Ostatecznie po długich targach kierowca zgodził się nas zabrać za 40 le, niby dalej dużo, ale innych możliwości dotarcia już nie mieliśmy. Wsiedliśmy do taxi i kierowca zaczął się nawracać na wąskiej maxymalnie zatłoczonej samochodami, dorożkami i ludźmi drodze. W czasie tego zawracania doszło do niegroźnej stłuczki, bo w nasze taxi wjechał jakiś samochód, panowie nakrzyczeli na siebie, poczym wsiedli do swoich samochodów i odjechali. Jak dotarliśmy na miejsce widokowe to ochrona zaczęła już wszystkich stamtąd wypraszać, więc zrobiliśmy tylko kilka pamiątkowych zdjęć i pojechaliśmy z powrotem. Początkowo chcieliśmy żeby taxi zawiozło nas do bramy wyjściowej, ale utknęliśmy w gigantycznym korku i ostatecznie wysiedliśmy poniżej Piramidy Chefrena i dalej poszliśmy na nogach. Okazało się to świetną decyzją, bo po dotarciu w pobliże Sfinksa słońce zaczęło pięknie zachodzić między piramidami. Staliśmy tak chwilkę i wpatrywaliśmy się w ten niesamowity widok. Pewno zostalibyśmy o wiele dłużej, ale niestety ochrona była nieubłagana i byliśmy zmuszeni opuścić teren piramid. Znalezienie taxi zajęło nam dłuższą chwilę, a jak już jakieś znaleźliśmy to usłyszeliśmy cenę 80 le za dowiezienie nas nad Nil, ostatecznie kierowca przystał na 50 le (czyli o 20 le za dużo). Po prawie godzinie jazdy w korkach wysiedliśmy nad Nilem nieopodal przystani promowej. Tłumy nad Nilem były ogromne, nadal były wolne świąteczne dni, więc Kairczycy bawili się nad Nilem, chwilkę pospacerowaliśmy, ale tłum nas szybko zmęczył tym bardziej, że byliśmy swojego rodzaju atrakcją turystyczną, bo innych obcokrajowców prócz nas na Corniche el Nil nie było. Zastanawialiśmy się, czemu tak jest, czyżby turyści bali się wchodzić pomiędzy miejscowych, ograniczając swoje wycieczki do miejsc typowo turystycznych? Stwierdziliśmy, że popłyniemy na druga stronę promem, a stamtąd spacerem wrócimy do hotelu. Namówieni przez jednego z naganiaczy zeszliśmy na przystań i wsiedliśmy do małej motorówki udającej felukę, żeby trochę popływać po Nilu i ostatecznie wysiąść na drugim brzegu (swoją drogą strasznie za to przepłaciliśmy). W połowie naszego „rejsu” motorówka odmówiła posłuszeństwa, silnik zgasł a my zaczęliśmy dryfować, nasz kapitan próbował uruchomić silnik przez jakieś 15 minut, ale niestety bezskutecznie, więc zaczął się rozglądać za kimś, kto może nas przyciągnąć do brzegu. Nieopodal przepływała „pływająca dyskoteka”, jakich wiele można było zobaczyć na Nilu, która zgodziła się nam pomóc, niestety, gdy już byliśmy prawie przy brzegu wpłynęła na nas inna „dyskoteka” i znowu zaczęliśmy dryfować. Po jams czasie w końcu udało się nam dobić do przystani (tej, z której wypłynęliśmy). Właściciel, nie chciał nas wypuścić z motorówki, mówiąc, że zaraz ja naprawią i tak jak było umówione odstawia nas na drugi brzeg, byliśmy już tak zmarznięci, że nie ch
                  • irhana Dzień 6 - cd 22.12.10, 14:35
                    Wywiązała się wielka awantura, bo chciała zwrot pieniędzy, ostatecznie zwrócono mi połowę. Do hotelu wróciliśmy spacerem, idąc najpierw przez most El Tahrir (zwany również podobno mostem miłości), za mostem się pogubiliśmy na rondzie i zamiast dalej iść ulicą Shari El Tahrir to poszliśmy małą uliczką wiodącą do hotelu Sofitel, który znajduje się na samym czubku wyspy Zamalik, nadłożyliśmy przez to trochę drogi, ale ostatecznie doszliśmy do kładki przez Nil, skąd już mieliśmy bardzo blisko do hotelu. Po wejściu do pokoju okazało się, ze awaria jest poważniejsza niż sądzono i nadal nie ma wody, ech dobrze że jeszcze mieliśmy chusteczki nawilżone i płyny do mycia bez użycia wody, bo przynajmniej trochę mogliśmy się odświeżyć, w nadziei że rano będzie woda poszliśmy spać.
                    • irhana Dzień 7 22.12.10, 14:36
                      Wody nadal nie ma !!! Ten dzień postanowiliśmy spędzić spokojnie, bo po dwóch dniach intensywnej bieganiny było nam to bardzo potrzebne, z okna pokoju obserwowaliśmy beczkowozy kolejno zatrzymujące się na ulicy i tłumy ludzi w kolejce po wodę. W recepcji usłyszeliśmy, że może do wieczora naprawią wodociąg i o ile poprzedniego wieczora usłyszeliśmy, że możemy iść się wykąpać (za opłatą) do hotelu Sheraton o tyle teraz już nie można było bo nawet w Sheratonie (mimo prywatnych pomp) wody już zabrakło – ciekawe jak tam ludzie przeklinali swój los, w końcu tam zatrzymują się jednak bardziej wymagający klienci. Cóż było robić, nie chcieliśmy całego dnia spędzić w hotelu więc jakoś się pozbieraliśmy i pojechaliśmy do pobliskiego Ogrodu Zoologicznego. Na terenie ZOO były jeszcze większe tłumy niż w Parku Al Azahr dwa dni wcześniej. Każdy nawet najmniejszy kawałek zieleni zajęty był przez całe rodziny urządzające sobie pikniki. Zaczęliśmy chodzić alejkami poszukując zwierząt, wiele klatek było pustych. Po jakimś czasie dotarliśmy do wielkich drapieżników, gdy zobaczyliśmy w jakich fatalnych warunkach są przetrzymywane to odniechciało nam się dalszego zwiedzania (np. w maleńkiej klatce bez wybiegu kilka tygrysów). W czasie naszego spaceru po ZOO cały czas mieliśmy „cichą ochronę”, oficer przy bramie kazał jednemu z policjantów wszędzie za nami chodzić dla naszego bezpieczeństwa. Z zadowoleniem wyszliśmy z ZOO i pojechaliśmy metrem do zlokalizowanego na północy Heliopolis, jest to nowoczesna dzielnica Kairu, która na początku XX wieku została założona z inicjatywy belgijskiego przedsiębiorcy barona Edouarda Empaina i stanowiła autonomiczny obszar zlokalizowany na północny wschód od Kairu. Z czasem rozrastający się Kair wchłoną Heliopolis, ale do dnia dzisiejszego pozostało ono elegancką, nowoczesną dzielnicą z dużą ilością zieleni i piękną architekturą. W Heliopolis znajdują się największe centra handlowe, rozrywkowe i niezliczona ilość eleganckich restauracji i kawiarni. Pierwsze kroki skierowaliśmy do największego centrum handlowego, bo zbliżał się już koniec naszej wyprawy i chcieliśmy kupić kilka drobnych prezentów. Przed wejściem do centrum ochrona „selekcjonowała” klientów. O ile turyści są mile widzianymi gośćmi o tyle grupy młodych Egipcjan nie wpuszczono do środka. Po centrum, które wyglądało jak tysiące innych centrów na świecie, z podobnym układem, tymi samymi sklepami, w których sprzedawane są te same produkty co wszędzie, chodziliśmy ok. dwóch godzin w czasie których kupiliśmy jakieś drobiazgi, a następnie poszliśmy do części restauracyjnej cos zjeść. Zmęczyły nas te zakupy więc do hotelu wróciliśmy już taxi, trwało to dobre dwie godziny, bo miasto było zakorkowane. W hotelu spotkała nas miła niespodzianka, pompa została naprawiona i woda lała się szerokim strumieniem, nie trudno zgadnąć, że pierwsze kroki skierowaliśmy do łazienki. Po kilkugodzinnym odpoczynku poszliśmy spacerkiem nad Nil, żeby razem z Egipcjanami pobawić się na pływających, kolorowych dyskotekach, które widzieliśmy poprzedniego wieczora, ale nie zdecydowaliśmy się uczestniczyć w imprezie. Nad Nilem znowu był straszliwy tłok, zeszliśmy do najbardziej rozbawionej i kolorowej motorówki, poczekaliśmy aż zbierze się cała grupa, zapłaciliśmy po 3 le za 15 minutowy rejsik i przy blasku setek kolorowych światełek, i dźwiękach egipskich przebojów popłynęliśmy się zabawić. Część uczestników zaczęła tańczyć taniec brzucha czy coś podobnego a reszta im klaskała, było naprawdę wesoło i znowu byliśmy jedynymi turystami. Po 15 minutach przybiliśmy do brzegu, część ludzi wysiadła, część została (my też zostaliśmy), wsiedli nowi imprezowicze, znowu zapłaciliśmy po 3 le i bawiliśmy się dalej (powtórzyliśmy to jeszcze kilka razy). Gdy już mieliśmy dosyć światełek i głośnej muzyki, to wróciliśmy do hotelu.
                      • irhana Dzień 8 22.12.10, 14:36
                        To był ostatni dzień naszej egipskiej przygody. Początkowo mieliśmy w planach zwiedzić jeszcze dwa meczety i Muzeum Kairskie, ale ostatecznie zrezygnowaliśmy. Po trzech tygodniach włóczęgi byliśmy już zmęczeni i przestaliśmy chyba przyswajać kolejne zabytki. Spaliśmy tego poranka chyba do dziesiątej, z wszystkich planów wycieczkowych zrezygnowaliśmy i postanowiliśmy na dobry początek spakować się, wcale takie proste to nie było, bo w naszych bagażach przybyło sporo rzeczy zakupionych w czasie podróży. Same abaje i chusty zajmowały sporo miejsca, nie mówiąc o innych „drobiazgach” takich jak przeróżne kamyczki znalezione na trasie wędrówki. Jakimś cudem udało się nam wszystko zapakować, dobiegała już pierwsza i zrobiliśmy się głodni (bo na śniadanie nie trafiliśmy). Postanowiliśmy ostatni raz zobaczyć dzielnicę muzułmańską, zjeść obiad na placu Al Hussaina i powałęsać się trochę po Chan El- Chalili. Na placu był względny spokój, usiedliśmy w jednej z restauracji i zamówiliśmy duży obiad, składający się z większości poznanych przez nas w czasie wędrówki potraw. Najedzeni tak, że aż nas brzuchy rozbolały zamówiliśmy jeszcze kawę i szisze, której jakoś na północy nie było okazji zapalić, poprosiliśmy o typową egipska szisze i taką dostaliśmy, była taka mocna, że nawet tacy nałogowcy jak my zaczęli się dusić. Na placu spędziliśmy ok. trzech godzin. Gdy już wypaliliśmy sziszę i wypiliśmy kawę, ruszyliśmy uliczkami bazaru w poszukiwaniu ostatnich pamiątek z podróży. Sprzedawcy naprawdę tam przeginają z cenami, ale po trzech tygodniach spędzonych w Egipcie ciężko nas było naciągnąć na „majfrenda” i specjal price for you. Znaliśmy już na tyle egipskie ceny, że w czasie negocjacji na „dzień dobry” obcinałam jeno zero z podanej ceny i tak np. za kilka piramidek ze szkła chcieli ze mnie zedrzeć grubo ponad 200 le, ale usłyszeli, że za coś takiego to mogę zapłacić nie więcej niż 30 le bo tyle jest to warte. Zaczęły się lamenty, że pięć żon i gromadka dzieci, że puszczam ich z torbami i takie tam. Ostatecznie za 8 piramidek zamiast 270 le zapłaciłam 60 le, prócz piramidek kupiłam jeszcze trochę ziół i dwie róże pustyni. Po udanych zakupach wróciliśmy do hotelu jakoś upchnąć do plecaków to co jeszcze kupiliśmy. Po chwili odpoczynku, poszliśmy ostatni raz zobaczyć Nil, tym razem juz nie przechodziliśmy całkiem na drugą stronę, przeszliśmy kładka na wyspę Zamalik i poszliśmy do parku zlokalizowanego nad Nilem od strony wyspy. Po Nilu już nie pływało tyle dyskotek co przez ostatnie dni, już nie było tłumów, było miło i spokojnie. Usiedliśmy na ławeczce nad Nilem i przez dwie godziny wpatrując się w spokojne wody zaczęliśmy podsumowywać naszą wyprawę, przypominaliśmy sobie zabawne historie, które nas spotkały po drodze, poznanych ludzi, piękne miejsca. Byliśmy jacyś tacy rozdarci bo z jednej strony chcieliśmy już wracać do domu, ale z drugiej żal było wyjeżdżać. Wróciliśmy do hotelu ok. 21:00 i poszliśmy spać na kilka godzin, tej nocy mieliśmy powrotny lot do Polski. Wstaliśmy o północy, pozbieraliśmy się spokojnie z wszystkim, wymeldowaliśmy się z hotelu i o pierwszej wsiedliśmy do taxi, po pół godzinie byliśmy na lotnisku, za kurs zapłaciliśmy zgodnie z taksometrem 35 le. Mieliśmy jeszcze 2,5 h do odlotu. Spokojnie przeszliśmy odprawę bagażowa i paszportową, i poszliśmy na kawę. Samolot wystartował o czasie i po czterech godzinach lotu wylądowaliśmy na Okęciu. Tak skończyła się nasza egipska przygoda.
                          • irhana Re: Dzień 8 22.12.10, 19:16
                            Wszystko co dobre zbyt szybko się kończy niestety ...
                            Ale ja i tak wierzę w to, że ten koniec jest początkiem jeszcze większej tym razem już tylko pustynnej przygody :)

                              • deoand Re: Dzień 8 22.12.10, 20:07
                                No wszystko pięknie ale JAK MOŻNA BYŁO NIE ZOBACZYĆ MUZEUM STAROŻYTNOŚCI W KAIRZE ??
                                To błąd straszliwy - trzeba będzie jeszcze raz !!!
                                • irhana Re: Dzień 8 22.12.10, 20:53
                                  deoand napisał:

                                  > No wszystko pięknie ale JAK MOŻNA BYŁO NIE ZOBACZYĆ MUZEUM STAROŻYTNOŚCI W KAIR
                                  > ZE ??
                                  > To błąd straszliwy - trzeba będzie jeszcze raz !!!

                                  JAK WIDAĆ MOŻNA BYŁO !!! - przepraszam za ten krzyk ;) To była moja podróż i moje chciejstwa i niechciejstwa a do Muzeum Kairskiego (czy to się komuś podoba czy nie) nie chciało mi się iść, tak samo jak nie chciało mi się iść do Doliny Królów w Tebach i jeszcze do kilku innych "obowiązkowych" miejsc.
                                  A w Muzeum Kairskim byłam wcześniej nie jeden raz zwiedzając nie tylko pietro z pamiątkami po "wspaniałym" i bardzo znanym z tego, ze go nie okradli Tutenchamonie, ale zwiedziłam także parter pełen pięknych zabytków świata starożytnego ;)
                                  • janan2 Re: Dzień 8 22.12.10, 21:22
                                    Irhana!.Spokojnie!Deo nieco zgryżliwy bywa czasami,no i szuka dziury w całym,ale jest i będzie po Twojej stronie,no bo coś już widział i wie.On tak ma.Zresztą ja też potrafię podnieść ciśnienie.To akurat nic nie znaczy.Wcześniej czy pzniej ucieka się z dwuznacznej polemiki.Oby tylko była.Czasem go zaczepiam (najwyżej się obrazi,nie na długo),więc wnioski mogą być niewłaściwe.Mea culpa!A że dociekliwy? Wybacz!

                                    To była Twoja podróż.Twoje wrażenia.Nic nikomu do tego.Dzięki za to,że chciało Ci się chcieć.Gratuluję odwagi i ujmujących opisów.Sam się nakręciłem,widząc Twoje fotki.Też tak miałem,kilka lat temu.Ale jak dostałem "po uszach" od znawców przedmiotu,no to wszystkie relacje odłożyłem na zaś.Teraz wraca wszystko do tego,jak być powinno.Wiec gratuluję.Oswbiście dziękuję,za pokazanie kierunku.Alla(ch) wie czy będę.Fotek jakby brak.Pzdr.
                                    • irhana Re: Dzień 8 22.12.10, 22:23
                                      Jakoś nie lubię chować głowy w piasek jak ktoś zaczyna na mnie krzyczeć ;) też cuś tam widziałam i cuś tam wiem nie tylko o Egipcie, a że nigdy o tym nie pisałam, coż nie wszyscy lubią się chwalić swoimi podróżami w internecie, ja nie lubię. Egipt polubiłam szczególnie i lubię do niego wracać, stąd też może moja obecność tutaj, na tym forum. Relację napisałam (pierwszy raz w życiu) z dwóch powodów: żeby udowodnić niektórym "wesołkom" że jednak zdobyłam się na taką podróż przez Egipt i dlatego, że kilka osób mnie do tego namawiało- za co im dziekuję, bo okazuje sie, że miło jest utrwalić wspomnienia. Te nie utrwalone jakos ulatują, a moze pamięć już nie taka jakby się chciało mimo niewielu wiosen.

                                      A fotki postaram się załadowac jutro, niechcacy zrobiłam w nich niezły bałagan i teraz musze je jakos poukładać :)
                          • janan2 Re: Dzień 8 22.12.10, 20:18
                            >Coo? Już koniec???Az się wzruszyłam:))

                            Niepotrzebnie! Szkodzi zdrowia,bo podnosi ciśnienie.Jak powiada nasz stały bywalec deo,nooo to,nic nic z tych zachwytów nie będzie.Dla Ciebie nierealne.To nie znaczy wcale,że deo dopytywać może,choć się nie wybiera(wątek dario) a Tobie nie wolno,bo wyłącznie pytasz.On tak na zasadzie przygadał kocioł garnkowi.A pokrewny i interesujący wątek dario sruuu!Niepojęte!

                            Sam rozczytuję.Foto nie widzę.A Tobie radzę coś bez ochów i achów.Swięta idą.Curik do placków.To za deo.
                            • deoand Re: Dzień 8 22.12.10, 22:23
                              A skąd mam wiedzieć , że już byłaś w Muzeum Kairskim ?
                              Natomiast jeśli ktoś jest kilka dni w Kairze po raz pierwszy i nie wchodzi do Muzeum Kairskiego to niezależnie kto nim jest i jaka to jego osobista i indywidualna podróż to napiszę mu otwartym tekstem , że popełnił błąd i tyle . A jak ktoś już był to druga wizyta w tym samym muzeum to jego indywidualna sprawa i rzeczywiście nie podlega forumowej ocenie !!
                              • irhana Re: Dzień 8 22.12.10, 22:43
                                Było zapytać zamiast KRZYCZEĆ, ale to juz nieistotne, ja nie z tych co uwielbiają się kłócić dla samej kłótni :)

                                Mój błąd, nie napisałam nigdzie, że to moja któraśtam wizyta w Egipcie i że coś tam już wcześniej widziałam czy to na fakultetach czy na indywidualnych krótkich wyskokach z hotelów. Napisze więc teraz, to była moja druga wizyta w Luksorze i czwarta w Kairze i Gizie, pozostałych miejsc opisanych w relacji nigdy wczesniej nie widziałam. Prócz miejsc, które teraz odwiedziłam, to jeszcze dosyć dobrze poznałam Synaj, szczególnie od strony pustynnych atrakcji. Na mojej mapie włóczegi po Egipcie zostały dwie zupełnie białe plamy- dolina Nilu powyżej Dandery i Wielkie Morze Piasku, na które mam nadzieję wybierć się wiosną.
                                • deoand Re: Dzień 8 22.12.10, 22:58
                                  Piszę duzymi literami tylko wtedy gdy uważam , że cos jest bardzo istotne - nie uznaje żadnego tam krzyku forumowego i takich tam wymysłów forumowych .

                                  Ooooo Ty juz jesteś z Egiptem za pan brat więc nie dziwota , że szukasz czegos nowego a standarty są dla ciebie przy okazji . Zreszta wcale sie nie dziwię-trzeci raz a moze i drugi tez nie wchodziłem do National Galery w Londynie .
                                  • irhana Re: Dzień 8 22.12.10, 23:27
                                    A no niby za pan brat, ale do znawców tematu jeszcze mi daleko i mam nadzieję, że tak juz pozostanie, bo lepiej i fajniej cały czas odkrywać, i poznawać niz juz wszystko znać, i wiedzieć. No i nic nie wiem nadal prawie nic o rybkach i innych reksiach mieszkających w Morzu Czerwonym, ale w tym temacie to chyba zadowolę się teorią i pieknymi opowieściami innych.
                                • janan2 Re: Dzień 8 22.12.10, 23:39
                                  Fotki poukładaj.Chętnie przynajmniej ja popatrzę.Nie ma co się przekrzykiwać na racje.Każdy ma swoją.Póki co to super,że jest to.Dla deo,trzeba czasami specjalnie.Podkreślić! Minimum sto razy byłam,widziałam,jestem alfa i omega.Wtedy zrozumie i nie będzie upierdliwy.Tak od lat przywykł.No, ale przejechać się raz a dobrze(tym razem zachodnia strona),to wcale nie trzeba być kilkadziesiąt razy.Wystarczy mieć oko i zauważać,to czego inni nie dostrzegają.Nie wszyscy też mają takie możliwości.Więc,wszystko jakby w normie.No i polemiki niepotrzebne.
        • janan2 Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 25.12.10, 20:29
          Przeczytałem i pooglądałem fotki.Zaskoczenia z Kairem dla mnie przynajmniej nie ma.W zdecydowanej większości miejscc byłem.No ale z opisu wynika,że do Aleksandrii,no to nie ma po co.Z tego wniosek jak już pisałem.Kair jako baza wypadowa,podróż tam systemem Miriam,no i wypad oaza Siwa, Biała i M. Piachu.Troszkę uzupełniłem fotkami Meczet Alabastrowy.Tak poglądowo.Zeby ci co omijają to miejsce, mieli czego żałować.Najwyżej się mi oberwie lub przykryjesz własnymi fotkami,których z pewnością masz więcej.I to nie tak jak ja prywatne.Tylko bardziej poglądowe.Z innych miejsc też są,ale nie chcę psuć Twojej galerii.Dzięki za relację.Dla mnie była i chyba będzie pomocna w wyborze kierunku.
          • miriam_73 Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 26.12.10, 16:10
            Z Aleksandrią widać kwestia gustu :) Dla mnie Alex to miasto magiczne i wyjątkowe:
            travel.webshots.com/album/566696963nyqhpC
            Teraz planuję załatwić sobie nurki w bazie, która organizuje "zwiedzanie" m. in. pałacu Kleopatry, może mi się uda w tym roku - widziałam trochę wyłowionych artefaktów oraz fotografii i śni mi się to po nocach :)
            • irhana Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 26.12.10, 21:09
              Wiesz w sumie to gdyby nie pewien splot zdarzeń i miejsc poprzedzających wizyte w Aleksandrii, to może spojrzałabym na nią innymi łaskawczymi oczami. To jest tak, że z jednej strony dobrze było zacząć podróż na południu, bo mieliśmy siły i nam się chciało, potem zakochalismysię w spokoju oaz i pustyni i nagle po dwóch tychodniach wpadliśmy do ogromnego, zakorkowanego miasta, a ja w dodatku się rozchorowałam - wydaje mi się, że to miało jednak duży wpływ na moje postrzeganie tamtejszego piękna. Gdybysmy zaczeli od Kairu i Aleksandrii to możliwe, że miałabym o niej o wiele lepszą opinie i chętnie w niej spędziła kilka dni, dopiero później udając się do cichych cudnych oaz.
              Tylko, że gdybyśmy zaczeli na północy to mogło by już tyle sił nie starczyć na południe, na którym nam zależało najbardziej. Ze spokojnego południa trudniej też byłoby wracać do domu, z Kairu było łatwiej bo bylismy zmęczeni już hałasem, tłumami ludzi, ciągle pędzącymi samochodami ...

              Kilka miesięcy przed podróżą zapytałam o radę od czego lepiej zacząć czy od południa czy od północy, wtedy ktoś mnie wyśmiał, że jak nawet tego nie wiem to o jakiej ja podróży myslę. Dzisiaj mogę temu "wesołkowi" powiedzieć, że teraz jestem pewna, ze to było jedno z mądrzejszych pytań, a decyzja dotyczaca trasy miała ogromny wpływ na to gdzie i ile zobaczyliśmy.
              Zapewne kiedyś wróce tylko do Kairu i Aleksandrii i może wtedy napiszę, że jest piekna i magiczna. :) A Tobie zyczę spełnienia snów, zaraz po Damaszku oczywiście :))))
          • irhana Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 26.12.10, 21:34
            Dobrze, ze dodałes fotki, ja też większość mam prywatnych (tak to juz jest jak jest się z kimś, ty robisz fotki jemu, on tobie - lub odwrotnie), dopiero po powrocie człowiek zaczyna się dziwić, że miał zrobić tyle pieknych poglądowych a wyszły same prywatne :)))
            A do Aleksandrii jedź, moze Tobie się spodoba, ja byłam chora, zmęczona, straciłam buty. Przez to wszystko była ze mnie wielka maruda, negatywnie nastawiona do świata wokół. Kair mimo, ze to cztery razy większe miasto i równie zatłoczone to jakoś bardzo miło wspominam- nawet mimo widoku chodników we krwi i "resztek" zwierzątek po rytualnym mordzie. Swoją drogą do dzisiaj mam pod powiekami te sterty owczych skór, jeszcze ociekających krwią i tłuszczem, suszonych na chodnikach pod murem starego muzułmańskiego miasta - naprawdę okopieństwo !!!

            A moją galerie mozesz "psuć" bez opamietanie, tez chcętnie poogladam Kair i inne miejsca widziane Twoimi oczami :)

            A trasę to sobie zrób taką: Kair, Baharija, Biała Pustynia (camping) i Siwa (z campingiem pod oazą w morzu piasku), albo odwrotnie: Kair, Siwa, Baharija. Pomiedzy Siwa i Baharija raczej nie mozna liczyć na transport zbiorowy, bo praktycznie nic tam nie jeździ więc najlepsza opcja to wynajęcie samochodu terenowego z kierowcą (i w jednej i drugiej oazie sa firmy zajmujące się takimi wyprawami). Można tez sobie skrócić drogę Kair do lub z Siwa i polecieć do Marsa Matruh samolotem (tyle, ze latają tylko w sezonie letnim niestety) - to takie moje luźne sugestie, może coś Ci się z tego przyda w planowaniu swojej trasy :)))
            • janan2 Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 26.12.10, 23:05
              Póki co,nie będę psuł.Jak zacznie tonąć,to coś dodam.Oczywiste,że transport zbiorowy, tam odpada.Ale nigdy tak nie ma,żeby nie było komunikacji jakiejkolwiek.Zawsze ten osiołek co z niego zrezygnowałaś he he,będzie.Są lokalne.Wszystko da się załatwić w Egipcie,kwestia ceny wyłącznie.Trzeba tylko jakieś stałe miejsce,do którego można zawsze wrócić.No a potem wypady.Czasami lubię improwizować,ale jak jest się padnięty, to nie ma się ochoty, ani czasu szukać cokolwiek.Bierze się co jest,no a potem zaskoczenie.No bo albo miejsce nie to,jak Wy w Kairze,albo wtopa z ceną,no i wiele innych niespodzianek.Z Twojej relacji wynika (jeśli tam będę)że środkowa część co opisujesz,jest najbardziej interesująca z mojego punktu widzenia.Jeszcze mnie tam nie było.No więc może czas na to.Ale wypada mi czerwiec,więc mam obawy.A jesieni jeszcze nie sięgam w planach.Jakoś to muszę poukładać,korzystając z Twoich doświadczeń i podpowiedzi wynikających z opisu.No i jakoś zgrać by trzeba jeszcze z morzem.No bo jak można odpuścić sobie pogłaskanie reksia po pysku?

              To święto ofiarowania to miałem okazję widzieć w Turcji.Tam nieco ucywilizowane.Ale wyobrażnia podpowiada jak to mogło wyglądać w Kairze.Osobiście dla mnie to był szok w Tunezji.Tam cały czas przy drodze do Libii są mordownie.Stoją sobie zwierzaki na uwięzi,na czystym placu bez jedzenia i picia.Obok ten co zarzyna,grill,wszystko na widoku.Podróżujący wybierają sobie żywy comber,czym dłużej stał na słońcu tym suchszy i lepszy.Na miejscu jest robiona reszta.Drastyczne!Pozostałe zwierzęta wiedzą i widzą co je czeka.Ale comber już się piecze a pozostałość do hoteli lub miejscowym jak powisi reszta, zawinięte we własną skórę dzień lub dwa.No i następny ze sznura.Tylko tam to wolno idzie.A w Kairze to było zbiorczo i szybko.No i chyba bardziej humanitarnie jednak.Traktowanie zwierząt w tym kręgu kulturowym bywa.....ufff.Nie dokończę.
              • neurkrzysztof do irhany 29.12.10, 17:15
                Daleko mi do znajomości tematu i doświadczenia prezentowanego przez Ciebie i wielu pozostałych forumowiczów, bo Egipt odwiedziłem dopiero dwa razy i na tym forum tylko mogę zadawać mniej lub bardziej trafione pytania. Tym bardziej więc serdecznie Ci dziękuję za mnóstwo przesympatycznych chwil i wrażeń przy czytaniu Twoich relacji i oglądaniu fotek. Podziwiam i szczerze zazdroszczę takich przygód oraz chylę czoła za determinację w podzieleniu się z nami tą opowieścią.
                hm............może kiedyś i ja się kiedyś odważę na taką wyprawę.
                Dziękuję i pozdrawiam.
                • irhana Re: do irhany 29.12.10, 17:36
                  Dziękuje za miłe słowa, mimo, że znawcą tematu się nie czuje i nim nie jestem, to poprostu była szalona ekapada, która przyniosła mi troche wiedzy i doświadczenia :)

                  Co do pytań na formum, to jak to kiedyś ktoś madrzejszy powiedział - nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi i tego się trzymaj :) no i oczywiscie zyczę Ci żebys się odważył bo warto poczuć ta wolność wyboru co i kiedy chcesz robić i zwiedać :)
              • irhana Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 29.12.10, 17:43
                Janan masz rację fujj nie kończ bo mam zbyt bogatą wyobraźnię żeby to przetrawić bez perturbacji zoładkowych ...

                Gdybyś miał jakies pytania dotyczace Pustyni Zachodniej to chetnie służę pomocą i swoimi doświadczeniami, może nawet zdążę wcześniej przed Twoim wyjazdem dowiedzieć się jeszcze czegos wiecej o pustyni :)))
                • janan2 Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 29.12.10, 21:43
                  Każdy kraj ma swoją specyfikę.No i obyczaje.Dla nas bywają nie do przyjęcia,czy rzuca tym i owym na sam widok,a oni żyją z tym od pokoleń.Traktuję to zawsze jako ich zwyczaje,pewien koloryt i dla nich rzecz naturalną.Nic mi do tego.Trzeba to uszanować,mimo ,że nie raz wstrząsa.

                  Takie dwa pytania,jak na teraz."Uwielbiam" ich pociągi.Więc jakby podzielił na dwa razy z Kairu.Raz do Siwah trasą Kair do Marsa Matroh i do oazy.Drugie Kair-Baharijah(pobliże) i dalej pustynia.Za każdym razem powrót do Kairu.Aby uniknąć drogi Siwah-Baharijah i objazdu wokół depresji.Byłaś więc wiesz.Czy między tymi miejscowościami,to właśnie sedno podróży i nie uniknie,choćby chciał.Jakieś zresztą słone jeziora po drodze(pewno wyschnięte).Tak kombinuję jakby co.Boję się temperatur pod pięćdziesiątkę,bo byłby to koniec czerwca lub przekładka na jesień dopiero.No i takie przyziemne pytanie.Słabiutko u mnie z angielskim.Jak po niemiecku czy rosyjsku w tamtych okolicach.Tak,że sęki mogą być.Raz z czasem,drugie z językiem.
                  • irhana Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 30.12.10, 01:02
                    Muszę Cię troszeczkę zmartwić, bo z tymi pociagami tak łatwo nie będzie. Do oaz nie ma połaczeń pociągowych, do Marsa Matruh jest pociąg z Aleksandri, ale tylko w sezonie letnim od czerwca do wrzesnia i podobno jest zatłoczony i bardzo wolny. Do oaz najlepiej jednak dostac się autobusami. jeśli chodzi o sama trasę, to jeśli masz taki budżet to lepiej jednak przejechać trasę Baharija, Siwa samochodem terenowym, a to z tego powodu, ze z Kairu do Siwa jest jakieś 700 km, z Siwa do Baharija ok. 500 (czy jakos tak), z Baharija do Kairu ok. 500 km. Jeśli chcesz jechać do Siwa i wracać do Kairu a potem do Baharija i znowu do Kairu to zrobisz o wiele więcej kilometrów, stracisz o wiele więcej czasu i o wiele bardziej się zmęczysz. Niestety nie ma regularnych autobusów pomiedzy Siwa i Baharija a droga jest w złym stanie, czesto tez zasypywana przez pustynię, dlatego samochód 4x4. z tego co wiem taki samochód z kierowcą na tej trasie można wynająć za ok 1500 le. Żeby spędzić noc na białej pustyni też trzeba wynająć samochód 4x4 (koszt ok 1000 le). Jesli chodzi o temperatury to w wakacje zapewne nie są niskie, ale tak dla porównania to pierwsze co mnie zdziwiło jak wyjechalismy z goracego Luksoru, to to ze na pustynie jest przyjemnie ciepło, ale nie gorąco (byłam tym zaskoczona) w Luksorze czy Asuanie temperatury były o wiele bardziej nieznośne, a dodatkowo na pustyni czesto wiał przyjemny wiaterek, dający ochłodę. Co do turystów to większość odwiedzających pustynię jakich my spotkalismy byli w Twoim, albo jeszcze starszym wieku (zresztą my moze i mamy troche mniej, ale na pewno juz nie 20 lat, które są dawnym wspomnieniem), więc aż tak się nie obawiaj tego wieku, młody facet jesteś :))) . Pomiedzy Siwa i Baharija nie ma jezior niestety, cała droga to bezkresna pustynia. Jeziorka i źródła dopiero w oazach.
                    A jesli o język pytasz to oczywiście (ale o tym wiesz najlepiej jako tako ale coś tam dukać po angielsku) co nie znaczy, ze bez znajomosci też nie mozna się dogadać. Mysle, ze ludzie tam bardziej po niemiecku mówią, bo spotkalismy wielu niemców. A w ogóle to oni tam tak jak wszedzie w Egipcie bardzo chca zrozumieć więc najlepszy język migowy, bo angielskiego tubylcy tez nie wszyscy i nie za dobrze znaja. My sobie radzilismy tam gdzie nie mozna było inaczej ze słownikiem arabskim w ręku (takie podstawowe rozmówki zawarte w przewodniku). W ogóle myslę, ze podstawą dla Was jest dobry przewodnik, nie chce byc posadzona o jakąś reklamę, ale kup sobie czarno-biały przewodnik wydawnictwa Bezdroża " Egipt, oazy w cieniu Piramid" przewodnik nie wygląda okazale, bo jest czarno-biały, ale zawiera wiele cennych informacji. Trasy po pustyni tez są w nim super opisane (czym, jak, skąd, za ile dojechać, gdzie i za ile spać, i oczywiscie co warto zobaczyć), przewodnik zawiera tez troche praktycznych map (bardzo pomocna sprawa), jest to polski przewodnik, wydany w tym roku, wiec informacje sa bardzo aktualne (co zreszta osobiscie sprawdziłam).

                    Jeśli nie znajdziesz tego prewodnika, to moge Ci napisac dokładnie co, kiedy ,skad i za ile jeżdzi do Baharija i Siwa tak wiec daj znać :) postaram się pomóc. Na poczatku maja chce jechać do Baharija, Farafry, na Biała Pustynię i dalej w strone Libii więc jak cos bedziesz potrzebował z konkretnych informacji to jeszcze moge wtedy ustalic na miejscu :)

                    pozdrawiam i jak coś to nadal służę pomocą :)
                    • janan2 Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 30.12.10, 16:59
                      Dzięki za wyczerpującą informację.Takiej się mniej więcej się spodziewałem.Pociągi,io "uwielbiam" z racji,że "luxtorpeda", to z pewnością,ale to było trochę prowokacyjnie.Ale i autobusy nie lepsze,szczególnie muzyczka.Wychodzi,że będziesz wcześniej,no i tu zaskoczenie.Sami w naszej wersji, to wychodzi do Baharija i w stronę M.Sródziemnego.Yeppy nam nie pierwszyzna,wytrzęsie,ale dojedzie.Widać że Aleksandrii nie ominie.Zacząłem sądować moją ślubną.To główna przeszkoda.Jej się nie chce,czasami nie nadąża i chciała by tylko super all i basen.Za nic nie pomaga,że chlor szkodzi na skórę o zdrowiu nie wspominając.Zacząłem plany podróży od wielbładów, no i dużo kilometrów kołysania.Ale,że i wielbłąd może się zmęczyć,no to trzeba będzie trzymając się za ogon na piechotę czasami.Przynajmniej nie wierzga jak koń czy osioł,a poniekąd zgodne z tamtymi obyczajami.Teraz będę poprawiał luksusy ,do yeppa włącznie.Może się zdecyduje po pewnym czasie.Póki co wiem mniej więcej termin,druga połowa czerwca,no i od biletów lotniczych trzeba by zacząć.Resztę wszystko dogra.Tam na miejscu też.Językowe kłopoty,no to raczej nie miałem.Liczby nasze i arabskie znam,grzeczności ichniejsze też.A to najważniejsze.Obyczaje i kontraktowanie także,przynajmniej mi się tak wydaje.Rozmówki?Przerabiałem!Co z tego,że ktoś zrozumie,jak Ty nie zrozumiesz co on do Ciebie.Dotychczas starczyło,to co znam.A jak nie,to język migowy,pismo obrazkowe,długo schodzi ,no i ręce bolą z gadania,ale nie ma możliwości,że się nie dogada.A w hotelach lub policją,starczy to co znam.Egipcjanie są uczynni.Nie popuszczą,zanim się nie dowiedzą o co biega,zrozumią nawet po mandaryńsku.Więc tu jak piszesz,dużo jest naszych sąsiadów,no to i ja nie zginę.Mapki,czy przewodniki swoją drogą.Coś trzeba wiedzieć.Ale trochę czasu na zorganizowanie jest jeszcze.W tej chwili najważniejsze przekonywanie.Nooo! Do młodzieniaszków, to już z pewnością się nie zaliczam.Kiedy nim byłem to góry,Mazury,grzanie Bałtyku zazwyczaj pod namiotem,no bo portfel wtedy wyglądał zawsze jakby go walcem drogowym potraktował.Teraz mnie nosi i nadrabiam,no bo młody to jestem duchem czy tam kondycją.Ale to rzecz nieuchwytna w przeciwięństwie do peselu.Będę pytał,jakby co.Nawet mailem.Póki co ślubna strzeliła focha na samą propozycję,więc pomalutku.Może dąsy z czasem i podwyższaniem luksusu przejdą.Zamieściłem kilka fotek na Twoim wątku.Lekko został zepchnięty,więc,następnym razem, to już sama sobie pilnuj,żeby był na wierzchu.Opis ,relacja i sprawdzenie się w roli literata(to zostanie)czy fotografa,ma swoją cenę.Ale warto.Jest prawdziwy bez upiększeń,czy tam konfabulacji.
                      • irhana Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 30.12.10, 23:08
                        To moze ja juz nic nie będe pisała, bo co mam sobie wroga w Szanownej małżonce robić :))) jeszcze mi sie po uszach oberwie, że ja tak tu namawiam.

                        Biegne zatem zobaczyć Twoje fotki :) a reprymędę o pilnowaniu przyjmuje z pokorą i postaram sie poprawić, a Ty juz więcej nie zaglądaj do tego pesla, po co sobie głowę cyferkami zawracać skoro duch nadal młodzieńczy :)))
                        • janan2 Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 31.12.10, 12:41
                          Niegrożne.Nie ma dostepu tu,ani na pocztę, ani zacięcia by szukać po obcych kompach.To tak,żeby znowu nie nawywijała na mój rachunek.Przejdzie jej.Póki co gryzie problem.Ale trzeba przerwać,no bo przerodziło się w dwustronną debatę.Może inni skorzystają jak poczytają.A niech tam pesel sobie biega gdzie chce,a ja tam gdzie chcę.Niezależni jesteśmy od siebie.Na fotkach jakby tematyczne to podciągnę.Jest doładowane w mojej galerii, na równe 200, nie wszystkie opisane i to na tyle.Mam ich praktycznie tysiące.Z Egiptu najstarsze to 2,5 roku.Muszę sczyścić inne i zostawię same egipskie.To do pytania z fotoforum.No więc do siego.Oby Ci plany wyszły i wszystko się udawało.Kończę bo mnie się oberwie.Dla Ciebie nic grożnego.Wszystkiego najlepszego na 2011!!!.
                        • janan2 Re: Kilka fotek z kairu i nie tylko 01.01.11, 15:08
                          Dzięki za info.Przestudiowałem! Może i z tego coś by wybrał.Było by tak gdzieś pośrodku,niekoniecznie biegać za ogonem wielbłąda,czy nawet w pełni drogą Irhany.Zainteresował mnie poważnie ten kierunek.Jakoś i swoją jejmość by przekonał dawkując i podwyższając standard,nawet z Twoich namiarów.Ale znowu ma argument przeciw.Ten wybuch w Alex,trochę i mnie zmroził.Jeszcze po niekonwencjonalnej "zabawie" wróciła z dorodną "śliwą".Więc żadnej rozmowy,tylko pyszczenie.Więc muszę odłożyć wszystkie plany związane z Egiptem na zaś,póki co.
    • ula_25 Re: Egipt moimi oczmi. Część I 01.01.11, 16:27
      Irhano! Świetna relacja i zdjęcia :) Miło było przenieść się tam na chwilę raz jeszcze. Ale jeszcze milej było przeczytać, że było się dla kogoś inspiracją do odkrywania świata :) Pozdrawiam ciepło i zapraszam do mnie na bloga po kolejne inspiracje :)) Wszystkiego najwspanialszego w Nowym Roku :)